Rano Kochany podwiózł mnie do miasta i pojechał odstawić samochód do nowego mechanika. Jego droga popołudniowa też była nieco zagmatwana, więc zrobiłam obiad osobno dla siebie.
W pracy spotkała mnie miła niespodzianka: wraz z gardzistami przyjechało do Centrum dwoje młodych policjantów z Niemiec. Policjantka, Karolina, była bardzo sympatyczna, zareklamowałam jej naszą wieś, chwilę rozmawiałam po angielsku i niemiecku. To drugie to było bardziej dukanie, ale przypomniało mi się, jak lubię ten język i że on chyba lubi mnie. Czyli, rano Rosjanka mi humor zepsuła, Niemka poprawiła go po południu (pięknie).
Postanowiłam jeść mniej mięsa, bo już mi się uszami wylewa. I nie ma lekko oczywiście, bo jakby nie patrzeć, tuńczyk to też zwierzę (na lunch zjadłam kanapkę z tymże tuńczykiem), ale ogólnie dokonuję jakiegoś nadludzkiego niemalże wysiłku w kierunku bardziej jarskim (nie wiem jak to było, że przez 10 lat nie jadłam mięsiwa i spoko, przyzwyczajenie drugą naturą, jak mówiła królowa pszczół).
Kochany wrócił mimo wszystko szybko, bo trochę po szóstej (Babcia w porządku, chodzi jak w zegarku), więc wrzuciłam mu na ruszt hot skrzydełka (u mnie kartoffeln, dwa jajka sadzone, brokuły, na deser jogurt cytrynowy). I tak sobie żyjemy. Za oknem dla odmiany świeci słońce (dzień był deszczowo-pochmurny), Li & Iva mają od kilku dni nowego psa, Lucy (widujemy ją, gdy spaceruje, poznaje okolicę); Kochany zadowolony, że mu się trafiła fucha, ale jak stwierdza, fucha pokazuje, że już się nie nadaje do pełnoetatowej pracy. Suszę włosy, piję herbatę, zwlekam ze sprawdzeniem jednego, małego tekstu.