W Polsce nad ranem był przymrozek, który zamienił się w piękny, jasny dzień. Mama jest w dobrym nastroju, ale gdy schodzimy na politykę, pochmurnieje. W kraju-raju codziennie umiera na covid-19 kilkaset osób, a policja chodzi po domach zastraszać młodzież biorącą udział w protestach przeciw nierządowi. Fred chce aplikować o irlandzkie obywatelstwo, dobrze, że o tym myśli.
Po śniadaniu idziemy na spacer. Pozdrawiamy i jesteśmy pozdrawiani. Chłopak, który zna naszego kota, zaczepia nas klasycznym lovely morning, isn't it? stojąc przed drzwiami swojego domu i paląc papierosa. Dobry chłopak, Ryszard dał mu się kiedyś pogłaskać.
Przed piątą, po powrocie do domu z zakupów (w Tesco jest już mince pie, czyli pachnie świętam), ściągam pranie, które powiesiłam w ogródku po spacerze. Jest zmrok, cicho, bezwietrznie, tylko w krzaczorach u sąsiadki coś kosowatego nadaje. Tak mi dobrze tutaj. Gdy otworzyłam internety okazało się, że online trwa właśnie warsztat w ramach weekendu z kaligrafią hebrajską organizowany przez Centrum Kultury Jidysz. W związku z tym podpatruję zajęcia prowadzone przez Nibme, dzisiaj o otrzymywaniu atramentu z galasów i z Pieśnią nad Pieśniami czytaną po hebrajsku. Wspaniale, że są ludzie, którzy zajmują się takimi pięknymi rzeczami. Poszłam za ciosem i zanurzyłam się w zaległy webinar SWPS-u o wykorzystaniu psychodelików w psychoterapii (z Fidler i Jamrozem). Słabo, za dużo eeeemmmm yyyy aaammm, wątłe umocowanie w badaniach, szkoda.
___
edit 23:10 Na odsłuchu płyta Night Time Killing Joke (reedycja z 2007 albumu wydanego oryginalnie w 1985 roku).







