Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grajdołkowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grajdołkowo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 lipca 2026

2413. wlokę się ...

... przez Krasznahorkaia, pędzę przez Hjorth,
oczywista oczywistość, the latter łatwiej się czyta
w końcu kończę Hjorth przed przyjazdem Kochanego z pracy
miodzio
żądam więcej Hjorth po polsku!

przed obiadem dzwonimy do świekry z życzeniami
i o morderstwo pytamy
nazywane w sieci samobójstwem rozszerzonym
jak czytam, że coś się musiało stać, skoro on to zrobił, kisnę
mój kraj taki piękny, karwa

szarość pogania, włos mokry

poniedziałek, 8 czerwca 2026

2365. Nowy tydzień ...

... zaczęliśmy z przytupem: bilety do Polski zostały kupione, lecimy do Wro, była to najtańsza opcja, do tego wzbijająca najmniej kurzu. Może powinniśmy jeszcze poczekać, ale z drugiej strony po prostu dobrze jest mieć część logistyki z głowy. Poza tym przemieściłam pieniądze pomiędzy kontami, więc już rano wiedzieliśmy, że kupujemy dzisiaj lodówkę: po czwartej spotkaliśmy się w polskim sklepie, a potem zajadając paluszki o smaku cebulki pojechaliśmy do Harveya. Kupiliśmy niewielki Indesit; zapłaciłam, na razie nie ma go w magazynach, ale czekaliśmy tyle z podjęciem decyzji, kilka dni nas nie zbawi.

Nie wiem, czy to wydawanie pieniędzy tak mnie zmęczyło (może sobie głowa jakimś zwojem wydumała, że skoro piniondze tzn. że dużo razem z głową dzisiaj robiłyśmy), ale po obiedzie podstawionym pod nos przez męża padłam jak kawka. Ledwo zdołałam wyjść na chwilę z myszami. Do lektur, jakby mi było za mało, dorzuciłam kryminał Christie, Dom zbrodni, słuchankę w czytaniu Gosztyły, widomy znak, że neurony coś słabo stykają i trzeba opowieści różnej treści dostosowywać do możliwości przetwarzania. Zadzwoniłam do mamy poinformować ją o grafiku naszego przylotu. Przy okazji dopadły mnie smutki i wkurw. Smutek: Maksio przestał dzisiaj chodzić i na lepiej się nie zapowiada. Wkurw zaś na swojskie grajdołkowo: tatko ma problem z zapisaniem się do rodzinnego, bo rejestrują tylko na dany dzień, czyli oczywiście albo telefon zajęty, albo już nie ma miejsc. Oraz jest saga o problemach z wywozem szamba, efekt podpisania przez gminę umów z krewnymi-i-znajomymi królika. Arggrhghghg ...

sobota, 18 kwietnia 2026

2314. Norowanie.

Obudził mnie głos Kochanego, któremu Manisława wylała kawę tuż obok laptopa :) Była okazja pożegnać się z mężem, gdy zmierzał do pracy. Zaczęłam dzień od prania, poranek jeszcze szczypiący zimnem, ale wyjście do ogródka w celu rozwieszenia mokrych ubrań było przyjemnością (zawinęłam się w kaszmir wielkiego szala). Dosłuchałam do końca Czwartkowy Kub Zbrodni Osmana (Agora, 2023).

Potem nic. Drzemałam, myślałam, robiłam obiad. Po obiedzie, gdy siedzieliśmy z Kochanym przy laptopach, wpadły mi w ręce akty urodzenia z Majdanu Sieniawskiego, niepełne, ale .. wystarczyło, żeby znaleźć prababcię Helenę, córkę kowala, i poznać nazwisko panieńskie jej matki. Prześledziłam też narodziny jej rodzeństwa. Troje dożyło dorosłości, przynajmniej sześcioro zmarło w dzieciństwie :I Rozjaśnia się zagadka zniknięcia. Mogłabym tak siedzieć i dzióbać całą noc. Zdecydowanie minęłam się z powołaniem.
___
edit następnego poranka: tak byłam podjarana znaleziskami, że zapomniałam zapisać rozmowę z mamą. Rodzice mają pod domem szambo, magiczne szambo, gdyż szambo z dnem (czyli rzadko w Polsce występujące). Ostatnio jest kłopot z jego opróżnianiem, bo gmina zrezygnowała z usług gościa, który ma odpowiedni sprzęt i podpisała umowę z panem, który pogina jakimś ciągnikiem. Mniejsza o ciągnik jednak, byle system działał, tymczasem już drugi raz gdy tatko dzwoni po usługę, pan usługujący nie może, gdyż jest zarobiony (głos w słuchawce wskazuje na odmienne stany świadomości). Nowy pan usługujący jest rodziną pani sołtys. Reszta sąsiadów udaje, że ma szamba z dnami, zamawiają wywóz raz na rok, żeby mieć rachunek w razie kontroli. Nikogo nie obchodzi, że ilość wody dostarczonej do gospodarstwa domowego nijak ma się do ilości wody oficjalnie zużytej. Polska, mój kraj taki piękny.

środa, 10 września 2025

2094. Drony i wrony.

Rano obudziłam się do wiadomej sensacji: drony bojowe na terenie, do którego mamy nadzieję dojechać w październiku. W związku z tym, wieczorem, już po obiedzie i spacerze myszowym, rozmawiałam z mamą, żeby dowiedzieć się jak to jest, bo świekra w panice, chce rozdawać dzieciom rodowe srebra. Różnica między naszymi rodzicielami taka, że moi oglądają TVP, a świekra TV Republikę, media pachnące ruską onucą. W mediach oficjalnych stabilizowanie nastroju, w ruskiej onucy destabilizacja, nic nowego pod słońcem. Poza tym w Polsce jest cieplej, czyli przechodzimy do pogody:

Od rana padało, rozpogodziło się dopiero po południu. Kochany podjechał Babcią o umówionej porze, ruszyliśmy jeszcze w miasto, m.in. żebym mogła poszukać kartki pożegnalnej na piątek (znalazłam). Błękit nieba tak zachęcający, że byłam pewna swojego planu wieczornego spaceru, jednak po wyprowadzeniu Kocóreczek zmieniłam zdanie. Ziąb. Nad nami królowały same mewy, wrony schowały się w koronie drzewa po sąsiedzku. Biorę przykład z tych ostatnich, moim gniazdem jest Kuchniosalon z zaparowanymi oknami; czarna herbata już zaparzona, przyjemnie gorąca.
___
edit 20:50 mąż mi mówi, żeby zapisać, że za późno dowiedzieliśmy się o koncercie Johnny'ego Rottena. Oraz rozmowę z bratem jako przypis do situazione. Zapisuję.

___
edit 21:45 skoro zaś już dopisuję takie różne, z takich różnych raczej pozytywnych: dostaliśmy właśnie informację od Stu, że przylatuje opiekować się Kocóreczkami. A Maniutka traci mleczaki, przed chwilą zauważyłam (zaintrygowana spuchnięta wargą biedulinki), że rusza się jej pierwszy kieł (dolny, po prawo).

niedziela, 17 sierpnia 2025

2069. W niedzielę o sobocie.

Na śniadanie wczorajsza Fredowa sałatka grecka i bagietki podrasowane masłem czosnkowym (podgrzane we frajerze), plus parówki i ser halloumi, na ciepło oczywiście. Zacne, zacne. Sobota przemile przebimbana. Po śniadaniu Maniowe całusy. Do wczesnego popołudnia netowałam, zajadałam winogrona, przyglądałam się ospałym kociakom. 

Fred przygotował i smażył wołowe kotlety mielone; zajrzałam na chwilę do ogródka (pielenie i podcinanie, kwadrans przyjemności; gdy tak chodziłam po ogródku, rozsłonecznionym, cieplutkim, pod błękitnym niebem, przypomniało mi się, że od wielu miesięcy nie rozstawialiśmy krzeseł i stolika, Fred nie popijał na widoku swojej yerby; dla Ryszarda to robiliśmy, bez niego jest inaczej). Telefon do mamy (njus z tego tygodnia: z grobu pradziadka i jego niewidomej siostry w Zirkwitz, zniknęły marmurowe wazony; pewnie przydały się na innym grobie jakiejś rozmodlonej rodziny; żebysz mieli parchy!); obiad; idę za winkiel kupić loda dla siebie i zimny napój dla Freda; myszowe wyjście do ogródka; w końcu przed szóstą byliśmy gotowi do wyjazdu.

Po drodze niebieska plaża (wiało):

W Lidlu niespodziewanie natknęliśmy się na Aś robiącą zakupy z siostrą (nie poznałam jej, jakby przyjaciółka na czas przyjazdu rodziny upodobniła się do jakiegoś tła z którego zazwyczaj z łatwością odstaje), chwila czatu i lecimy dalej. U Ka&Jot niespodziewanie zostaliśmy obdarowani: Ka wręczył Fredowi kamerkę do zainstalowania w domu (w celu obserwacji myszowych). 

Na deser spotkania obejrzeliśmy film na Netflixie, Django (2012) Tarantino. Film długi, przeciągnęło się nam z przyjemnością. Powrót do domu o pierwszej w nocy, nad nami wyraźna trzecia kwadra.

Ach, i jeszcze dostałam linkowe puezento od Hebiusa :), którego nie zdążyłam odsłuchać z powodu zajętego przyjemnościami popołudnia.

niedziela, 3 grudnia 2023

1448. Trzeci grudnia.

I po co wyłażę z wyrka po szóstej, skoro mogę spać do kiedy chcę? Tajemnica. Internetuję. Kochany wstał około dziewiątej, zrobiłam mu kaffkę, po czym ze słuchawkami w uszach zaczęłam grzebać przy śniadaniu (słuchałam vlogów Magdy Augustynowicz). Bán się dzisiaj do nas intensywnie zapraszał - siadał na zewnętrznym parapecie od strony kuchni i gadał coś po swojemu (nawet chwilę rozmawiałam z tym małym brudasem: Gdzie jest Rysio? Dasz mi coś?).

W południe wyszliśmy na spacer nad morze:


Chłodno bardzo. Już na plaży zaczepił nas pan z małym, białym psem. Zrobił nam zdjęcia i zapytał, skąd Fred wziął taki płaszcz (chyba od początku chodziło mu o to pytanie :D). Biały piesek miał na imię Ted (west higland white terrier) i był śliczny. Podniosłam kilka kamieni, zauważyłam parę interesujących skamielin, doszliśmy do połowy drogi za winklem i w drodze powrotnej obraliśmy kierunek na pierwsze wejście w domki letniskowe.




Wróciliśmy zmarznięci i o całkiem wczesnej porze (byłam zaskoczona, że nie ma jeszcze drugiej). Zawinęłam sześć sporych krokietów "wigilijnych", żeby się nimi napchać oraz popić wszystko barszczem z majerankiem. A potem odcięło mi prąd do piątej (o jak miło móc zrobić drzemkę poobiednią!). Wcześniej Ka zaprosił nas na wieczór, więc mieliśmy w głowach grafik późnego popołudnia, Fred jeszcze musiał napisać oficjalny list (samochód w Polsce mamy chyba podwójnie ubezpieczony, dziki kraj!), ja musiałam napić się dużo herbaty. Wizyta u przyjaciół nie była długa (Kochany znowu jutro do pracy o zbyt wczesnej porze), przed dziesiątą byliśmy z powrotem w domu. Noc smolista, na wybrzeżu zacina nieprzyjemny wiatr.

piątek, 3 listopada 2023

1418. Ble piątek.

Kiepską miałam noc, kaszlałam i niechcący nie dawałam Fredowi zasnąć. Za którymś razem, gdy zupełnie schowana pod kołdrą szukałam dogodnej pozycji do snu, nagle usłyszałam mruczenie. Zamarłam i zaczęłam nasłuchiwać. Naprawdę wydawało się mi, że Ryszard drzemie gdzieś obok. Wspaniały omam. Fred też mówił, że miał halucynacje słuchowe (miauczenie kota, też coś takiego słyszałam przed zaśnięciem). Kochany wyjechał rano do pracy w Drołdzie; wyszłam do lekarza na dziewiątą, razem z wykupieniem antybiotyku wycieczka zajęła mi jakieś 45 minut. Wracając z przyzwyczajenia rozglądałam się naokoło w poszukiwaniu przemieszczającego się jasnego futra. Gdy otworzyłam drzwi buchnęło we mnie domowe ciepło. Ale teraz jest inaczej, coś zmieniło się na stałe i jest to zmiana na gorsze. 

Zanim jeszcze wzięłam się za śniadanie (granola, bo znowu mam żołądek zawiązany na supeł), nastawiłam pranie (Rysiowe posłanie i zakrwawiona torba cały czas leżały w pralce). Potem prasowanie z oglądaniem Midsomer Murders, pierwszy odcinek 23 sezonu. Dzień się wlecze, drzemię, mało jem, z wzięciem antybiotyku czekam, aż Fred będzie w domu (po uczuleniu w 2011 już nie jestem taka ufna), ogólnie rozprzężenie, zły nastrój i przydeptane kapcie. Kochany wrócił z pracy z obolałymi plecami i prawie od razu wszedł pod gorący prysznic. Dzwonię do mamy, żeby zeskanowała Kochanemu dowody ubezpieczenia i przepisania naszego samochodu (nie wiem, czy w grajdołkowie to PZU, czy jakaś inna instytucja zajmują się wypisywaniem do ludzi dlaczego nie ubezpieczyli i wyliczaniu ile w związku z tym mają kary za zwłokę, ale stan państwa z dykty zawsze mnie w takich sytuacjach wkurwia). Oboje nie mamy apetytu, na obiad jest więc mała, przeterminowana pizza. Wieczorem słuchamy składanki Beatlesów Love (2006). Super brzmi (w przeciwieństwie do tzw. ostatniej piosenki, Now and Then,  opublikowanej wczoraj - jej tekst jest jak napisany przez Zenka Martyniuka). Fred już w łóżku. Jem jabłko. Znowu nie mam ochoty spać. Ależ się to wszystko ciągnie. W głośnikach Strawberry Fields Forever.

czwartek, 20 lipca 2023

1312. Niebieskie buty.

Nad ranem śniło mi się, że wygrałam samochód na loterii (kupon nr 22). Ech, Fred mówi, że to świetny pomysł (nasz pojazd coraz bardziej stuka i puka). W Centrum szykuje się kolejna zmiana i to dość szybka. Lorejn złożyła wypowiedzenie (tak jak się zapowiadało już rok temu, dodatkowa praca dała jej lepsze perspektywy), zostaje u nas jeszcze miesiąc. A dzień miły na różnych polach. Spokojny czas w biurze, dobry lunch, łagodna pogoda. Założyłam dzisiaj buty, w których 4 lata temu chodziłam po Jarosławiu (robiło się mi od nich cieplutko na sercu). Obiad będzie dopiero kiedy Kochany wróci z pracy. Na razie Kot Najedzony; zapukałam do Anny, żeby się przywitać (Ryszard powlókł się za mną oczywiście, po czym siadł obok odwrócony tyłem i niezrażony wylizywał sobie ogon); nogi na krześle i picie herbatki z pokrzywy.
___
edit 20:30 po obiedzie, Kochany z kubkiem w dłoni. Od powrotu do domu muzycznie chodziły za mną lata 80-te. I proszę, słuchamy Lady Panku. Pierwsza płyta. Oraz ścieżka dźwiękowa z marchewkowego pola. 
___
edit 21:10 z serii Mój Kraj:

Tak sobie przeglądamy z Kochanym IG Sekcji Gimnastycznej. Śmiesznostraszno. Z daleka pewnie zabawniej.

środa, 30 marca 2022

Postscriptum #834.

Bardzo komfortowo, ludności na pół samolotu. Za to potem zaiste powrót do macierzy — w autobusie jeżdżącym przez lotnisko (nr 5) nie działa kasownik na kartę, a pociąg zdezaktualizowano już jakiś czas temu, obecnie stoi sobie w tym miejscu dworzec widmo; taksówkarz grubiutki i miły, złotych sześćdziesiąt jeden; bus prowadzony przez znajomego pana taksówkarza złotych dwadzieścia dwa; od widoków pseudodworków i innych architektonicznych maszkaradeł po drodze oczy krwawią.

Dojeżdżamy do teściów (co ja mówię, wyskakujemy z ulgą na nielegalnym przystanku mając dość jazdy z Lublina wyboistym poboczem) przed piątą. Wchłaniamy obiad i udajemy się do garażu, tam już czeka na nas samochód teścia, który sprawdzamy czy działa. Sprawdzamy w taki sposób, że jedziemy do hotelu, żebym mogła poznać jedną z cioć. Idziemy z nią po zmroku do Okrąglak Cafe, gdzie zjadam wielkiego gofra. Po powrocie do mieszkania jest nas razem pięciu, trochę rozmawiamy, pora na sen.

piątek, 11 marca 2022

815. Letarg.

A było sobie samej mówione, żeby nie iść spać na obżartucha. Trawienie nie pomagało, z jednego snu wpadałam w drugi przekonana, że już jestem na jawie, czyli noc raczej czerstwa, potem dzień pogodowo jesienny.

Kochany zwinął mnie po drodze ze swojej pracy, wcześniej zrobił zakupy, pozostało mi tylko coś upichcić. Było jeszcze jasno, gdy Fred po obiedzie rąbnął się odespać poranne eskapady, a ja połączyłam się z rodzicami. Mama mi powiedziała, że dzisiaj był u niej w pracy alarm bombowy, bo się komuś nie spodobało, że szkoła pomaga kilku ukraińskim rodzinom. W każdym narodzie są zbieracze łajna, zaiste.

Obejrzałam Tajemniczą historię w Styles, 3.1, poza tym trochę siedziałam bez sensu przy laptopie. Fred nie wstaje, mnie również pójście teraz spać nie wydaje się złym pomysłem. Dobranoc.

wtorek, 15 lutego 2022

Postscriptum #791.

 ... tymczasem w Polsce Pinokio wprowadza stopień alarmowy ALFA-CPR od północy do końca lutego. Czy będzie wojna o Ukrainę? Nieszczęściem planety jest, że rządzą na niej takie gnojki jak w skali makro Putin czy Trump, czy na poziomie kacykolandu pokraczni dyktatorzy pokroju Kaczyńskiego (żadną jest pociechą, że rodzima dziadzina z przyczyn oczywistych szkód światowych raczej nie uczyni). Naiwne poczucie, że zmierzamy z Polską ku cywilizacji, jakie miałam około roku dwutysięcznego, zniknęło. Niepokój i smutek.

czwartek, 21 października 2021

673. Złota irlandzka jesień.

Środę rozpoczęłam pastą z awokado oraz oglądaniem Bernadette ubierającej świnkę morską w kostiumy halloweenowe i Nicole Rudolph, która rozprawiała o rozmiarze retro obuwia.

Dzień był złoty. Za oknem obserwowaliśmy z Kochanym stado szczygłów, które przylatuje poskubać przekwitłe lawendy. Na obiad wyjazd do Termon, Fred rozsmakował się w chowderze, wróciliśmy napchani dobrocią po uszy. Mąż wysypał w ogrodzie ziarna dla fruwającej malizny, zaczynamy wcześniej sezon dokarmiania, żeby inni też byli szczęśliwi.

Przed wyjazdem do Ka&Jot rozmawiałam dłużej z mamą. Mama energiczna, choć wieści takie sobie: rachunek za gaz wzrasta o ponad 100%; z Maryśką, sąsiadką z tyłu, krucho, tatko podwiózł ją na badania, chyba niewiele zostało do zrobienia; babcia Mania coraz bardziej niesamodzielna, nie robi to różnicy, że niesamodzielność jest tworem jej umysłu, a nie ciała.

U przyjaciół obejrzeliśmy Czas mroku (2017) z Oldmanem w roli Churchilla. Oczywiście rola tytułowa zagrana bardzo dobrze, tylko czemu wszystko inne takie mdłe i szablonowe? Pograłam z chłopakami w twistera, podyskutowaliśmy o drugiej wojnie. W drodze powrotnej towarzyszył nam po północy wielki, zimny księżyc.

poniedziałek, 8 marca 2021

447. Dzień Kobiet.

Tatko obudził mnie, gdy nad zieloną herbatą ze zjeżonym włosem próbowałam sennie dojść do wiedzy jak na yt grupuje się subskrypcje. Złożył mi życzenia i podzielił się informacją, że gdy wracał z miasta po podwiezieniu mamy, dwa razy zatrzymywała go policja do kotroli trzeźwości. Dzień Kobiet po polsku. Krótko rozmawiałam też z babcią.

Po śniadaniu (do kawy zjadłam świeżego sconesa przyniesionego właśnie przez Majka) zmierzaliśmy z mężem do plaży jak dwa szaro-tęczowe leniwce. Ja z kolorowymi rękawiczkami, Fred w czerwonym kubraczku 4F. Mam takie poczucie jakbym wstała po bardzo męczącym, ale przyjemnym dniu, jestem skonana wczorajszym spacerem, co dookreśla rozmiary mojego zimowego zasiedzenia. Nie robiłam zdjęć, człapałam obok męża trzymając go za rękę.

Gdy Fred przygotowywał steki zaczęłam czytać Teethmarks On My Tongue. Uświadomiłam sobie, że książka Eileen została wydana w roku jej śmierci. Myślę, że to będzie czytanie solidnie rozłożone w czasie, planuję się trochę podelektować.

Tak w ogóle to cofnęłam się pamięcią do marca zeszłego roku, gdy pandemia dopiero nabierała rozpędu, a my stołowaliśmy się w Canale. Kilka dni temu zauważyłam zmiany na szyldzie, restauracja najprawdopodobniej nie przetrwała.

Na jutro nastawiam budzenie. Dzisiaj filmowo nie wchodzi nic cięższego ponad starą kobrę Szmagiera, Zapalniczka (1970) z Fronczewskim, w której milicja jeździ mercedesami. Taki tam krótki seans dla śmichu z demoludowym rozmachem. Fred będzie robił do późna fasolkę po bretońsku, która pokrzepi mnie jutro przed pracą.

czwartek, 28 stycznia 2021

408. Relaks.




Poszliśmy z Fredem na dłuuugi spacer po dużej plaży (noc była bardzo męcząca, wylegiwałam się z dziesięć godzin i jeszcze przy śniadaniu utrzymywało mi się przyćmienie umysłu z bólem głowy włącznie, spacer był więc przyjemną koniecznością). Przyniosłam do domu kamień. Wcześniej rundka po osiedlu z Rysiem. 

Widziałam Anne, która na odległość rozmawiala z Katlin, pomachaliśmy jej z Fredem powitalnie. Dni gdy jesteśmy razem i nie skupiam umysłu na niczym szczególnym to najlepszy dar. Pod wieczór małżonek jedzie na zakupy, u mnie Zaginiony testament czyli kolejny Poirot z 1993 roku, 5.4. Męczą mnie zatoki.

Od wczoraj, po opublikowaniu wyroku TK, w Polsce znowu protesty. Niech hydra wygnije. Na tę okoliczność słucham fugi a 4 voci.

czwartek, 10 grudnia 2020

359. Dziś musi być czwartek.

Środa skończyła się tak, że siedząc obok siebie w łóżku klikaliśmy na swoich laptopach. Sprawa teściowej rozjaśniła się dopiero dzisiaj — mama Freda miała wypadek w drodze do lekarza, a dziś jeszcze dodatkowe komplikacje, ale rozmawiała przez telefon coraz bardziej ożywiona, nie jest więc źle.

Małżonek umył okna, na każdym widniała od jakiegoś czasu mewia kupa, w związku z czym rozmawialiśmy nawet jak to możliwe i Fred stojąc w korytarzu odziany w swoją uszankę tłumaczył mi kwestię poziomej prędkości początkowej.

Słuchaliśmy Kultu, Tatę Kazika (1993) i Tatę 2 (1996) z tekstami w rodzaju zamyślony marabut w lepkich błotach brodzący ptak, pod wieczór obejrzeliśmy też nowy dokument Sekielskich, Rok we mgle — niby opowiada to, co wiemy, ale pokazuje też jak szybko zapomina się szczegóły, gdy absurd goni absurd. Kot większość dnia zalegał w comie na tapczanie, obrażony na pogodę. Jestem zaskoczona, że to znowu czwartek (wiadomo, co w temacie czwartku pisał Douglas Adams), nie mogę się połapać w tych mijających dniach.

sobota, 21 listopada 2020

340. Uprzejmości, zdjęcia, galasy.

W Polsce nad ranem był przymrozek, który zamienił się w piękny, jasny dzień. Mama jest w dobrym nastroju, ale gdy schodzimy na politykę, pochmurnieje. W kraju-raju codziennie umiera na covid-19 kilkaset osób, a policja chodzi po domach zastraszać młodzież biorącą udział w protestach przeciw nierządowi. Fred chce aplikować o irlandzkie obywatelstwo, dobrze, że o tym myśli. 

Po śniadaniu idziemy na spacer. Pozdrawiamy i jesteśmy pozdrawiani. Chłopak, który zna naszego kota, zaczepia nas klasycznym lovely morning, isn't it? stojąc przed drzwiami swojego domu i paląc papierosa. Dobry chłopak, Ryszard dał mu się kiedyś pogłaskać.









Przed piątą, po powrocie do domu z zakupów (w Tesco jest już mince pie, czyli pachnie świętam), ściągam pranie, które powiesiłam w ogródku po spacerze. Jest zmrok, cicho, bezwietrznie, tylko w krzaczorach u sąsiadki coś kosowatego nadaje. Tak mi dobrze tutaj. Gdy otworzyłam internety okazało się, że online trwa właśnie warsztat w ramach weekendu z kaligrafią hebrajską organizowany przez Centrum Kultury Jidysz. W związku z tym podpatruję zajęcia prowadzone przez Nibme, dzisiaj o otrzymywaniu atramentu z galasów i z Pieśnią nad Pieśniami czytaną po hebrajsku. Wspaniale, że są ludzie, którzy zajmują się takimi pięknymi rzeczami. Poszłam za ciosem i zanurzyłam się w zaległy webinar SWPS-u o wykorzystaniu psychodelików w psychoterapii (z Fidler i Jamrozem). Słabo, za dużo eeeemmmm yyyy aaammm, wątłe umocowanie w badaniach, szkoda.
___
edit 23:10 Na odsłuchu płyta Night Time Killing Joke (reedycja z 2007 albumu wydanego oryginalnie w 1985 roku).

wtorek, 17 listopada 2020

336. Rozrywki różne.

Obudziłam się, gdy zaczęła mi przeszkadzać cisza w kuchni. 7:40, Fred dziesięć minut wcześniej wyjechał złapać autobus w Drołdzie. Do porannej kawy obejrzałam Murder at the Vicarage (1986), przeznaczając resztę dnia na bardziej intelektualne rozrywki i walcząc z pragnieniem zastartowania kolejnego odcinka tego umilacza. Spacer? Nie. Nieufnie zerkałam w kierunku brzydkich chmur nad lądem, które, jak się później okazało, słusznie oceniłam negatywnie. Z Joyce'a przeczytałam Two Gallants, The Boarding House i A Little Cloud — nie spieszę się, dodatkowo wnikliwe przypisy okazują się równie interesującą lekturą.

W ciągu dnia odebrałam telefon od Ka, który w czasie swojego wolnego usiłował dodzwonić się do Freda. Przy okazji rozmawiamy przez chwilę o tym, co to za heca z nagłówkami w anglojęzycznych mediach o polsko-węgierskim wecie. Ka pyta mnie, co się dzieje w Polsce. I co ja mam mu powiedzieć? Rozmawiałam też z mamą, tu nie ma zaskoczenia, znowu o kredensach. Kolejny, który ją interesował, ktoś sprzątnął jej sprzed nosa. Mama w przeciwieństwie do Ka doskonale wie, co się dzieje i jest mocno przywiązana do myśli któregoś dnia to wszystko pierdolnie. Pamiętam kilka takich sytuacji, gdy przepowiednie mojej mamy się sprawdzały.

Zarejestrowałam się na stronie Deutsch für dich i od razu trafiłam na lekcję na temat niedyskryminujących zwrotów w języku niemieckim. Minuta i rozumiem ideę Gendersternchen.

Małżonek wrócił do domu około dziewiątej wieczór, podgrzałam mu pierogi ruskie, Fred spożywa, nucimy i komentujemy piosenki Bukartyka z płyty O zgubnym wpływie wyższych uczuć (2017). Myślę o tobie, kiedy to robię ...

środa, 11 listopada 2020

330. Dzień Niepodległości.

Wiatr i coraz gęstszy deszcz naganiany nad nasz zakątek przez niż nad Atlantykiem — tak jest w zasadzie od nocy. Siedzimy więc w domku we troje, Ryś wyszedł tylko na chwilę i zamókł mu ogon, który matka musiała osuszyć papierowym ręcznikiem. O tej porze mrok gęstnieje. Szybko. Pod pretekstem prasowania obejrzałam pierwszą część klasycznej Panny Marple z lat 80-tych, której kawałek widziałam w lutym. The Body in the Library (1984) w trzech odcinkach, naprawdę perełka, poza tym w oryginale ogląda się to jakoś inaczej, wznioślej. Wersja z McEwan jest wystawniejsza, szybsza, za to Marple grana przez Hickson ma w sobie brytyjski dowcip, patynę i grozę. Fred doczytuje książkę, ja też się pewnie złapię którejś z napoczętych lektur.

11 listopada w Wawie, jak to się dzieje od kilku lat, na ulice wyszli faszyści, a purpuraci w świątyniach gulgoczą homilie przed przedstawicielami władzy, która wykorzystuje każdą okazję, żeby podlizać się ołtarzowi. Gulgoty są potem cytowane przez portale informacyjne, jakby zawarte w nich słowa miały sensowną treść. Daleko od tej specyficznej zawiesiny, u nas na obiad będzie Fredowe spaghetti, potem rozmowa, być może wieczorem film.
___
edit 21:20 Próbowaliśmy z filmem — przez godzinę oglądaliśmy Obrazy bez autora (2018) von Donnersmarcka, ale internet tak rwał, że zdecydowaliśmy się przenieść resztę na jutro. Film jest długi (trzy godziny) i wymaga skupienia. W tym czasie Rysio kilkakrotnie z fotela wchodził na parapet zasłoniętego okna, tylko mame, trzym fotel, roletę to ja sam, to trzymałam, bo fotel jest obrotowy. Wiatr nareszcie ustał. Jeszcze nie idziemy spać. Na razie zielona herbata, prysznic, lektura, Fred ślęczy nad tekstem.

wtorek, 10 listopada 2020

Postscriptum #329.

Przez większość dnia ciemne, niskie chmury, takie, jakie czasem śnią mi się w koszmarach, wisiały nad naszym wybrzeżem, było za to dość ciepło i bezwietrznie. Potrzebny był nam świeży chleb i kawa w ziarnach, gdyż mam w domu smoka kawowego, pojechaliśmy więc do Drołdy. W Lidlu nie było ulubionej kawy Freda (Zambia), stąd mamy trzy różne paczki z Tesco do testowania, w tym ziarna Costy. Wycieczka była krótka i konkretna, wróciliśmy drogą nadbrzeżną i po zjedzeniu rosołu obejrzeliśmy głośny już reportaż TVN-u Don Stanislao. W związku z tym wiele przemyśleń, w tym i to, że taka jest hierarchia kościoła jacy jego członkowie. Mało kto faktycznie wierzy, za to wszyscy pchają się do sakramentów, bo to nawiązuje relację z wielowiekową zabobonnością narodu, a potrzeba kultu jednostki jest po prostu normą obecną w domu, w szkole, w pracy. Dziwisz, chłopak z Rawy Wyżnej, liczba ludności ok. 4 tysięcy. Uczony tego, czego uczono nas wszystkich. Żeby być skromnym. I on jest skromny.

środa, 28 października 2020