Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą covid-19. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą covid-19. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 października 2024

1770. Poniedziałki wracają.

Budziłam się kilkakrotnie, w końcu wstałam o siódmej, zakropiłam misiowi oczko (Kochany zaraz wyjeżdżał w swoim kierunku), włączyłam laptopa i zaczęłam słuchać NDR Kultur. Akurat leciał szósty odcinek Kalte Füße (Francesca Melandri, w czyt. Niny Kunzendorf; niemiecki mi śniedzieje, dlatego). Miałam w głowie rozpisany poranek: serfowanie, herbata, odpisywanie, lekkie śniadanie, o dziewiątej ustalenie co mam na zajęcia & zrobienie rozpiski, o dziesiątej ubieranie się, może deser (mam coś na deser?), druga herbata, po jedenastej wyjście na przystanek. Plan zadziałał prawie prawie, tylko zirytował mnie emilek od szefowej. Na przystanku Eugene Gej i sąsiadka (chyba po wylewie, bo chodzi o kuli). Znowu mam szczęście, mili ludzie, do tego ciepło i słonecznie.

W Centrum jak to w Centrum, niezbyt długo, z uśmiechem Giocondy piję hektolitry bardzo rozwodnionej herbaty i nie daję się wyprowadzić z równowagi, gdyż nie warto.

Kochany miał dzisiaj szczepienie przeciw covidowi, więc o czwartej wyszedł z pracy i mógł mnie zabrać z miasta. We wsiowej przychodni kolejka do szczepienia, osób z piętnaście, jak twierdzi mąż (nie było gdzie usiąść, wszyscy po nanochipa). 

Zadzwoniłam do domu zapytać jak tam z Maksiem, tymczasem zabieg przeniesiono z powodu choroby personelu. Miałam nadzieję, że skoro nikt nie puszcza pary z ust, to wszystko się udało, a tu taki gips. Mały głównie śpi, ma jeszcze tydzień czasu.

poniedziałek, 6 listopada 2023

1421. Zmiana nastroju.

Ponownie kaszlem nie dawałam Fredowi spać. Zamówiłam telefoniczny kontakt z lekarzem, żeby mi przepisał coś dodatkowego. Czekałam, zadzwoniłam nawet jeszcze raz, ale się nie doczekałam. Przyszło mi do głowy kilka rasistowskich myśli, to fakt. Rozchmurzył mnie dopiero Kochany, który wrócił przed trzecią, przywiózł mi drugi test covidowy, zrobił nam obiad, podpowiedział jakie bilety kupić i poszedł spać. Najlepszy z mężów. Okazało się więc, że drugi test wyszedł mi bezsprzecznie negatywny, natomiast bilety do Polski na święta zamknęły się w znośnej cenie. Zadzwoniłam z tą ostatnią wiadomością do mamy akurat w momencie, gdy ona zamierzała zadzwonić do mnie, bo stresowała się wizytą u dentysty. Trochę nam mówiła, że jak to, osobno tak, może się Fred pogniewa, ale wiem, że była szczęśliwa, już mi rozdysponowała pieczenie wigilijnych krokietów (poza tym na pewno ma nadzieję, że Fred nie będzie jednak osobno). Pokazałam jej dzisiejszą przesyłkę z małym upominkiem od administratora strony na której umieściłam Rysiowe pożegnanie - kilka bomb siewnych z nasionami typowych irlandzkich dzikich kwiatów (czytaj: chwastów*). 

Mysz pod lodówką ma się dobrze. Kiedy wstaję napić się wody o różnych porach nocy, słyszę jak robi przemeblowania w swoich przypodłogowych komnatach. 

Wieczorem oglądam MM, 23.2. Kochany budzi się z drzemki wcześniej niż zapowiedział, jeszcze rozmawiamy, jeszcze się śmiejemy, jeszcze mama przekazuje, że nie dała sobie wyrwać zębów. Muzyka Gallaghera pasuje do śmierci Rysia, mówi mąż. Więc na dobranoc słuchamy solówki Rory'ego. Pomysł mam taki, że jutro idę do pracy i zobaczymy jak będzie. 

* bird's foot trefoil, chamomile, corn marigold, corncockle, cornflower, corn poppy, devils bit scabious, field scabious, lady's bedstraw, lesser knapweed, meadow buttercup, meadow vetchling, ox eye daisy, plaitain, purple loosestrife, ragged robin, red campion, red clover, scentless mayweed, sorrel, st. Johns wort, selfheal, tufted vetch, wild carrot, yarrow, yellow rattle.

niedziela, 5 listopada 2023

1420. Dzisiaj.

Noc nieco męcząca, w drugiej połowie więcej kaszlu. Oddzwoniłam do Anny, która usiłowała się ze mną skontaktować wczoraj wieczorem - dopiero dowiedziała się o Rysiu i chciała się upewnić, czy to nie plotki. Rozmawiałyśmy tylko chwilę, zaraz złapał mnie kaszel i szybko miałam dość. Mama też dzwoniła i doradzała mi w tematach zdrowotnych. Tak się złożyło, że właśnie Fred wrócił z szybkich zakupów, przywiózł test na covid i byłam w trakcie dłubania sobie w nosie. Test wyszedł mi słabo pozytywny (mglista kreska zniknęła po godzinie, bardzo dziwne), więc teraz nie wiem, co wiem i co mam z tym robić. Chyba kolejny test, bo można na nim oprzeć dalsze zwolnienie (a wolnych dni potrzebuję, kaszlę jak nieszczęście). 

To już tydzień mija od bezsensownej śmierci Rysia, ale nie podejmuję się pustej celebracji godzinkowej, bo dzisiaj jest dzisiaj. 

Po obiedzie zasiedliśmy do Dantona (1982) Wajdy (nigdy nie widziałam całego filmu, więc było to ciekawe; Pszoniak i Depardieu fantastyczni). Anna ponownie zadzwoniła, żeby zapytać o moje zdrowie (albo czuje się samotna, albo nie pamiętała, że już o tym dzisiaj rozmawiałyśmy). Na to ja dzwonię do mamy, w sumie tak sobie, nie mam nic do dodania, ani siły głosu, żeby dodać dużo. Na deser dnia mówię brzydkie rzeczy do Fredowego laptopa. Całe szczęście, że mąż postanowił go w końcu naprawić przez wyłączenie i włączenie, bo inaczej sprzęt oberwałby kubkiem. Kochany ma dzisiaj żonę wulgarną i skłonną do przemocy fizycznej ;) I jeszcze ten radny :I 

Marzenia do spełnienia: noc bez kaszlu.

czwartek, 30 marca 2023

1200. Jajo, Stanley, ploty.

Taskałam do pracy prywatnego laptopa w nadziei, że nic nie będzie do roboty, to sobie zrobię dzisiaj, co miałam zrobić przedwczoraj. Nic z tego. Całą grupą pojechaliśmy do fabryki Butlers Chocolates na Coolock w północnym Dublinie. Oglądaliśmy pracę linii produkcyjnych, potem był krótki film o historii marki, dekorowaliśmy też własne czekoladowe jaje, które każdy dostał na pamiątkę. Oprowadzała nas młoda, szczupła Niemka studiująca tutaj sztukę (tutaj, w sensie w Irlandii). 

Reszta dnia również zajęta, z Lorejn polazłyśmy do sklepu sprzedającego artykuły plastyczne, potem siedziałam w piwnicy, wycinałam pirackie denary i traktowałam je złotą farbą. Z njusów pracowniczych: Luiza źle się czuła po covidzie, a teraz na dokładkę dopadł ją wyrostek i koleżanka wylądowała w szpitalu z przeznaczeniem pod nóż (jest jedną z niewielu znanych mi osób, które tak ciężko przechodzą pocovidowe osłabienie, ale też była szczepiona raz, Johnsonem). Gronja zapodała mi temat pracy na popołudnie (po powrocie do domu spędziłam na tym osobno płatną godzinę). 

Kochany mój przyjechał po mnie o czwartej, zrobił nam obiad (pyszna ryba z portu) oraz wręczył dwa prezenty nieokolicznościowe: biały kubek termiczny Stanleya (sztos) i szczoteczkę oral-b pro 1 680 w zestawie z podróżnym etui (drugi sztos). Z njusów sąsiedzkich: z Anną Emerytką jest słabo, prawie nie wychodzi z domu, Katlin nosi jej zakupy (niestety także fajki), a Majkel wyjechał do Belfastu, do matki (rzekomo), i nie tylko Fred myśli, że sąsiad wygląda tak, jakby miał fiknąć w każdej chwili. 
___
edit 22:57 Parówki jak u Czubaszek. Przy okazji zajrzałam do szafki i się mi przypomniało, że Fred dokupił dzisiaj jeszcze trzy japońskie talerze, tym razem nieco głębsze. Oj, przygotowuje się małżonek psychicznie do powiększenia przestrzeni życiowej ;)

poniedziałek, 12 grudnia 2022

1092. Dwunastego.

Rano mgła morska pojawiła się przed Termon i ciągnęła bez przerw aż do Drołdy. Bardzo wymarzłam w pracy. Po południu powietrze w mieście zgęstniało do białej zawiesiny, która osiadała szadzią na krajobrazie. Na czwartą umówiona byłam do lokalnego uzdrowiciela, poszło względnie szybko, na razie mam mieć morfologię krwi (pobranie w środę). Fred siedział ze mną w poczekalni, bo na zewnątrz zimno jak diabli w tej upiornej mgle, która w ciągu dnia dotarła i do naszej wioseczki. Przez zasiedzenie małżonek dostał drugiego boostera (nie wie jakiego typu, bo taki już jest mój Kochany - kłuj pani, bo idę do domu), więc jeszcze chwilę siedzieliśmy w cieple wiejskiej przychodni na wypadek poszczepiennych sensacji. Ogólnie not too shabby, szyja mniej mi dzisiaj dokuczała. Wyjaśniła się też sprawa zniknięcia Anny, sąsiadka zadzwoniła do nas ze szpitala z podziękowaniami (w ciągu dnia jej młodsza siostra zapukała do  Freda, żeby zaprogramował czasowe uruchamianie bojlera w domu Anny). 

Kochany mówi, że jest podminowany, sam nie wie czym (pogoda?). Udziela mi się jego nastrój. Utopiłam myszkę komputerową w herbacie, po czym tak się zaaferowałam jej suszeniem, że herbatę do połowy wypiłam, co wcale nie jest śmieszne biorąc pod uwagę, że myszka była na baterię. Ciężko mi się pisze mgr (leń czy pogoda?), tzn. wcale się nie pisze. Poza tym nie chce mi się iść jutro do pracy.
___
edit 22:30 Fred mnie poinformował, że Ryszard również coś przeżywa (atakował Fredowe nogi i pastwił się nad butami, wyłaził i wracał do domu jak z pieprzem). Teraz śpi kocisko w nogach łóżka z nosem na kwintę; światło zgaszone, Kochany pod prysznicem, za oknem zima.

czwartek, 1 grudnia 2022

1081. Kilka rzeczy.

Ryszard dumny, mrugał powoli i robił zadowolone miny. W czasie mojej nieobecności Kochany udokumentował jak nasz kot z sukcesem przeprowadził w ogródku obławę na mysz (mąż przesłał mi nawet zdjęcie na messengerze, jako dowód, że wszystko odbyło się zgodnie ze sztuką łowiecką). 

Nie miałam planu jechania w tym roku do Polski na święta. Wracając z pracy zadzwoniłam do mamy i chyba trafiłam na jej gorszy dzień (była przybita i ogólnie widziała świat w czarnych barwach). Zapytałam ją, czy chce żebyśmy wpadli, oczywiście jasna artykulacja emocji nie zaistniała. W skrócie: bilet lotniczy kupiłam (dla mnie, z Fredowej karty), zabiorę laptopa, bo trzeba mi pisać (w temacie pracy mgr powolna dłubanina; właśnie kupuję testy); szybkie działanie było podyktowane głównie rosnącymi cenami przelotu. A mamie o bilecie wspominać na razie nie będę. Nie wiem, czy w dłuższej perspektywie wspólnie spędzone święta przyniosą coś dobrego, czy raczej przeciwnie.

Fred odwołał wizytę kowidową (miał dostać drugiego boostera). Data kolidowała mu z pracą, poza tym Kochany ma uzasadnione podejrzenie, że przechodził chorobę w tym samym czasie, co ja (pomimo negatywnego wyniku testu). Może to i lepiej, na razie oboje czujemy się bezpiecznie i nie odnoszę wrażenia, że trzeba nam robić coś extra w temacie minionej pandemii.

Po obiedzie (późnym dość) obejrzeliśmy Śmierć Boryny. Sprawa wylotu na święta jeszcze mnie trzyma, rozprasza i trochę też demotywuje. Idę czytać. 

wtorek, 18 października 2022

1037. Flauta,

jako mąż przepowiedział. Kochany znowu wstał o trzeciej, od tego momentu ze trzy razy śniłam, że robię test na covida, więc w końcu wstałam i zrobiłam. Negatywny (z pozytywnym pewnie też bym pojechała). Ale najpierw trzeba było dojechać, tymczasem kwadrans przed ósmą zobaczyłam tył autobusu. Dla kota (który nie przyszedł z rana na posiłek, a teraz przylazł za mną na przystanek) dobrze. Napisałam do Saren, wróciłam z kulejącym Rysiem do domu i podrzuciłam mu dwudaniowe śniadanie. Pogoda wspaniała, chłodno, ale zupełnie bezwietrznie. Saren pojawiła się o czasie i szybko przemieściłyśmy się do portu. Praca była przyjemna, to miejsce ma ostatnio dobry vibe (w recepcji już jest zestaw nagrobków, nad korytarzami wiszą sztuczne pajęczyny). Dostałam propozycję 4 dodatkowo płatnych godzin jako admin pod okiem Gronji (czy się ziści, to się okaże). Poza tym nowy kurs będę miała od stycznia (akurat powinnam wówczas zajmować się statystyką do pracy mgr, ale to też się zobaczy i rozwiąże, nie ma co w nadmierną wpadać ekscytację przemieszaną z czarną rozpaczą). Bardzo stęskniona w przerwie na lunch poleciałam do ulubionej kawiarni na cappuccino i przekąskę, a po pracy wpadłam w ramiona Freda i razem udaliśmy się do Il Forno na obiad. Tym sposobem w domu tylko karmienie kota i napitki. Rozmawiałam z mamą w temacie zaginionego wujka Stefana (zaginionego w drzewie genealogicznym i archiwach, bo w realu to on miał się dobrze, oraz miał drewniana chałupę w Mieleszówce i kobitę młodszą o pokolenie), przy okazji zauważyłam, że mama kaszle, ale twierdzi, że nie jest chora (skaranie boskie!). Po odpoczynku poobiednim obejrzeliśmy mój ulubiony odcinek Zmienników, Obywatel Monte Christo, a potem Fred włączył jedną z ulubionych płyt denata Beksińskiego, Floodland (1987) Sisters of Mercy. Mroczność gotycka, smętek dark wave. Ryszard grzecznie siedzi w naszym łóżku. Martwi mnie, że coś go może boleć, bo taka grzeczność kocia pościelowa o tej porze doby to ewenement.

piątek, 14 października 2022

1033. Zdrowienie z kulturą.

New Model Army Raw Melody Men (1991) grał nam z rana, a potem Herbiego Intensions & Dimensions (1963). Art z czarną brodą wpadł, żeby wymienić elektryczny podgrzewacz powietrza (ach, yay!) i akurat mu nutka jazzowa w ucho wpadła, więc nas poinformował, że niedaleko jego miejsca zamieszkania, w Warrenpoint, jest festiwal Blues on the Bay (w maju), a rzut beretem dalej muzyka irlandzka na Fiddlers Green Festival w Rostrevor (w okolicach lipca). Takich się można rzeczy dowiedzieć od elektryka. Podgrzewacz działa. Bardzo dobrej muzyki było w domu więcej (np. składanka Beatlesów była słuchana), a po obiedzie najpierw poszliśmy z Rysiem na krótki obchód dzielnicy (wzięłam go na chwilę na ręce, bo szedł za nami pies; przy okazji zauważyliśmy, że futrzak coś lekko kuleje na przednią łapę), a potem już tylko z Kochanym na plażę przed zachodem słońca:



Przywiozłam z Polski kilka filmów, w tym czteropak Kawalerowicza oraz po trójpaku Bajona i Marczewskiego. Będzie co oglądać, dzisiaj zasiedliśmy do Pociągu (1959), bardzo dobry, byłby lepszy, gdyby nie stereotypowe role kobiece (... zaraz po seansie zaczęłam myśleć o Jot i jej fochu). Po przerwie na kolację był jeszcze 11 odcinek Zmienników.

Tak w ogóle to rano znowu zrobiliśmy sobie testy. Kochany jest niezmiennie negatywny, ja jeszcze odrobinę pozytywna, ale zakładam, że do poniedziałku druga kreska zniknie, tak jak nagle zmniejszył się męczący kaszel.

środa, 12 października 2022

1031. Life with covid, home edition.

Drugi test poranny pozytywny. Agrrrh! Siedzę, stresuję się jutrzejszym spotkaniem z promotorką (nie mam nic nowego, biję się z myślami, czy zająć się tym, czy olać i czytać coś innego) i słucham dobrej muzyki — Fred wczoraj późnym wieczorem zaczął odsłuchiwanie pięciopaku Hancocka, a dzisiaj od rana folkowe pogo, Wiosna ludu KZWW (2002). Zapewne dokończę instalację normalnego worda na Dell, bo mam jeszcze jeden klucz dostępu do programu bez zapisywania w chmurze i konieczności posiadania konta w Microsoft 365 (nie wiem, czy to już starość, czy bunt). Ale najpierw herbata i pyszne śniadanko, ciastowe bobki Milano maczane w maśle czosnkowym. 
___
edit 21:50 Instalacja worda na razie się nie powiodła i nie mam ochoty dzisiaj tego rozkminiać. Zdrzemnęłam się za to (z kotem), zjadłam obiad i obejrzałam pierwszy odcinek 15 sezonu Midsomer, z Jamesem Callisem. Zupełnie po zmroku dotarło też do mojego mózgu, że pozytywny test trzeba zarejestrować w HSE (nie wiem czy to jest do czegoś użyteczne, ale nie łamałam sobie mózgu, tylko wprowadziłam dane). A teraz siedzimy z Fredem i słuchamy New Model Army No Rest for the Wicked (1985)

wtorek, 11 października 2022

Postscriptum #1030.

Po kilku godzinach snu (ale bez przesady, bo sobie oraz mężu przerywałam kasłaniem), wstałam rano wypluwając płuca i usadziłam się do laptopa i herbatki przedpracowniczej. Miły jeszcze był w domu, obudził się wcześniej, bo też szybko musiał się zmywać do swoich obowiązków. Zrobiłam test kowidowy (zwyczajowo robię go przed i po dalekich podróżach) — podłubałam w nosie, zakropiłam test i natychmiast o nim zapomniałam. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy zerknęłam na niego jakiś czas później. Test wyszedł mi pozytywny! Nadal wątpię w mojego kowida, chociaż oczywiście wysłałam fotę do menadżerki i dostałam info zwrotne, żeby siedzieć w domu. Nie dlatego wątpię, że nie mogę mieć kowida, bo mogę jak każdy, oraz oczywiście kaszlę sucho i głośno jak mało kto. Tyle, że jeśli to są objawy kowida, to ja go miewam od 17 lat. Może dla kogoś histeryczne spazmy z łapaniem oddechu, dławieniem i zalewaniem się łzami w środku nocy po gwałtownym przebudzeniu są oryginalnym i nowym przeżyciem zapewnianym przez pandemię. Dla mnie po przeziębieniu to standardowa bułeczka z masełkiem, którą może trzeba będzie wcinać nawet do kilku tygodni. 

Siedzę w domu. To głupie. Trochę odsypiam nockę, czytam, nudzę się.

Popacz jakie mam skarpety! gadam przez messengera do Ukochanego pokazując mu jurgowe smyry, zbiegłe i zmechacone na moich ladacostópkach.
O, jurgowe, zauważył Fred, zdrowe, bo zrobione ręcznie. Małżonek postanowił pociągnąć łacha z imperatywu wykonywania wszystkiego samodzielnie. To jest tak samo zdrowe jak jeżyny samodzielnie zbierane przy drodze. 
Tylko mi się brew uniosła, ale w swojej dobroduszności postanowiłam się zdradzić.
Usłyszałam, że to jest tak samo zdrowe jak sprężyny samodzielnie rolowane przy nodze ... Dobrze, że małżonek nie pił akurat gorącej kawy.

No i tak, nudy domowe, wieczorem obejrzałam ostatni odcinek 14 sezonu Midsomer Murders, poza tym delektuję się dziwną książką Amisa, jakbym czytała ją po raz pierwszy (mam to uczucie na tyle mocne, że to może być prawdą najprawdziwszą). Kochany już ponad 12 godzin poza domem.

poniedziałek, 3 października 2022

1022. Podróż.

Jednak myślą wybiegam (zaraz po przebudzeniu zrezerwowałam miejsce na yin jodze u Alison). Zrobiłam drugi test, też negatywny (chociaż kaszlałam w nocy). W ogóle wygrzebałam się wcześnie (szósta), niby jadę tylko z plecakiem i wrzucam do niego dwa t-shirty na krzyż, ale mam poczucie dobrobytu rzeczy do zgubienia lub zapomnienia. No i tak, jem owsianke, robię Kochanemu kawę oraz rozmawiam chwilę z mamą przez whatsappa, żeby się naumieć (mama w pracy).
___
edit 15:30 Wszystko idzie (na razie) wg planu, krótka praca, lunch, podwózka na lotnisko. W międzyczasie mama napisała, że jeszcze w sobotę zmarła Eine Kleine mit große Brille. Spoglądając na nią z dzisiaj, z przerywnika kawowego z Fredem, z lotniska, które przeszłam nucąc Raglan Road, Irka była nauczycielką, która zapadła mi w pamięć najbardziej znacząco, chociaż wtedy, gdy byliśmy wszyscy bardzo młodzi, w czwartej klasie LO umknęłam w mysią dziurę przed maturą z niemieckiego.
___
edit 23:35 Było tradycyjne powitanie zupą pomidorową i babkowym ciastem. Wszystko jest na miejscu (po malowaniu meble zmieniły ściany, ale zostały już ponownie udomowione: koty obsiadły fotele, psy obczaiły chodniki). Zmęczona jestem. Chyba nie będę spała sama. Po Colombo.

sobota, 1 października 2022

1020. Pierwszy października.

Rano dostałam od męża taką wiadomość (to jest Orion przed 5 rano):

Zrobiłam sobie test, wyszedł negatywny (powtórzę go przed wylotem). Umówiłam urodzinowy obiad z Anne na niedzielę. Chyba pod wpływem Zmienników przypomniał mi się pan Poręba i zaczęłam oglądać jego "dzieło", Gniewko, syn rybaka (1969). Potem zapadłam się w genealogię, żeby zapomnieć o bólu pleców (hello, again).

Kochany już wrócił do domu, w kuchni rozebrał się do naga (wszystkie ubrania powędrowały do pralki), wziął prysznic, zjedliśmy obiad. Jesteśmy prawie gotowi, żeby jechać na filmową herbatę u przyjaciół.
___
niedziela 00:10 Obejrzeliśmy Wszystkie nasze strachy (2021) z Ogrodnikiem, obraz taki sobie, instalacje Rycharskiego bardziej przekonują. U przyjaciół kryzys trwa, przed seansem Jot próbowała przeciągnąć nas na swoją stronę w sprawach, które nas nie dotyczą, w końcu zrezygnowała ze wspólnego oglądania filmu. Do rodzinnych dram ani ja, ani Fred się nie nadajemy, jesteśmy w tym temacie kompletnymi beztalenciami. Niebo znowu pięknie rozgwieżdżone.

czwartek, 29 września 2022

1018. Nadprogramowe nicnierobienie.

Przeciągnęłam się z rana i ryms. To nie był dźwięk, tylko uczucie kłującego bólu, ciało przez następne kilka minut nalegało, żebym położyła się na podłodze i znieruchomiała. Miałam tak ostatnio z 5 lat temu, nadal nie rozumiem wzoru. Wgramoliłam się do łóżka trochę bardziej na czterech łapach i postanowiłam zasnąć na wieki (nie trwało to długo, musiałam napisać do pracy, że nie zamierzam się nigdzie wybierać). Skracając tę historię: super pomysł, gdyż Ośrodek zamknięto na dwa dni z powodu plagi covida. Wstałam na śniadanie, wyszłam na moment przed dom, żeby Katlin mogła opowiedzieć mi wesołą historyjkę, jak to z Ethanem utknęła w pokoju i trzeba było wyłamywać drzwi (wracając w poniedziałek z pracy byłam chwilowym świadkiem zakończenia tej przygody). Słoneczny ziąb mnie owionął, więc dalej żadnych głupich pomysłów. Położyłam się spać, a gdy się obudziłam Freda nie było już w domu (praca w Swords). Coś zjadłam i zajęłam się z nudów genealogią. Stan na teraz: bolą mnie plecy i gardło. 

poniedziałek, 26 września 2022

1015. I like Mondays.

Przy każdym przebudzeniu okazywało się, że kot spał za moimi plecami. Jeszcze wczoraj odczuwalna temperatura spadła o kilka stopni i kręci się wokół 10-12 °C, oczywiste więc, dlaczego Ryszard rozpoczął procedury jesiennego zagnieżdżania się w naszej sypialni. Cóż, skarpety w lisy, duży, ciepły swetr na grzbiet, milusi szalik naokoło szyi. Kochany podwiózł mnie do Centrum, gdzie bardzo ucieszono się na mój widok i gdzie po grzebaniu w papierach rozbolała mnie głowa. Na lunch wyszłam do Il Forno, liczyłam, że suty posiłek i dobra kawa (nadal kontroluję ilość) wpłyną na zatoki, i słusznie, poczułam się lepiej. Krętą drogą (przez księgarnię) doszłam do Ośrodka i tam jeszcze bardziej nastrój mi się poprawił. Odbyłam kilka inspirujących rozmów, np. z Oli, która jest mamą nienażartego Frankiego:

Albo z chłopakiem, który w zeszłym tygodniu był jak zombie, a dzisiaj przyszedł z rozciętym nosem, za to wszystkim innym uśmiechniętym, oraz z nadpobudliwym Denisem, który przypomina mi Gajosa, chce być Amber i opowiedział mi bardzo ciekawą historię swojego życia. Niestety pod koniec okazało się, że niejaki Alan może mieć koronę, w związku z czym nastąpił malutki popłoch, Paddy zaczął dezynfekować kije do bilarda, a reszta zaopatrzyła się w maseczki. Może jutro się spotkamy, kto wie ;) W każdym razie pierwszy raz od dłuższego czasu szłam w masce pod wiatr i stwierdziłam, że to bardzo fajna metoda na zapalenie zatok.

Wieczorem Kochany w pracy (nie zdążył zjeść obiadu, biedak, bo przyszedł gość od prysznica). Na MyHeritage zgłosił się do mnie przedstawiciel rodziny Janickich z którym mogę być spokrewniona przez dziadka w 10 pokoleniu. (z ostatniej chwili) Spłuczka jest naprawiona, prysznic działa dobrze, choć teraz z kolei trzeba go zupełnie rozkręcić, żeby woda była optymalnie gorąca. Oh, well.

czwartek, 18 sierpnia 2022

975. Nasłuchując nowin.

Młode szpaki kropkowacieją na potęgę, za kilka tygodni nie odróżnię ich od starej gwardii. Wyszłam przywitać się z morzem i przy plaży spotkałam Cookeya. Super, bo sądziłam, że już go nie ma. Starenia, głównie tęsknie spogląda na morze, ale żyje.

Fred cały dzień na wyjeździe, był w miasteczku ("nasz" dom na Politajewa jest ładnie odnawiany, nabył go ktoś mądry, cieszę się), zajechał do Jeleniej, kupił płytę Waglewskich Duchy ludzi i zwierząt, zjadł obiad w Pierogarni na 1 Maja. Dobrze, że miejsce przetrwało, inne biznesy zmieniają się jak w kalejdoskopie. Kochany też widzi, że z babcią Manią coraz słabiej (chwilę rozmawiałam z nią rano), niekoniecznie fizycznie, ale emocjonalne nieogarnięcie postępuje. 

Rodzice mieli po południu czwarte szczepienie, na razie czują się okej. Małżonek już do nich dojechał, zresztą z kolejnymi nowinami (po południu udzielił wywiadu i może jutro będzie w regionalnej tv).

W międzyczasie obejrzałam dwa Midsomery, The-Made-To-Measure Murders (serce rośnie, gdy się słyszy, jak ktoś przykłada wagę do dobrego materiału na marynarkę; James Wilby jak zwykle ziemianinem) i Blood on the Saddle (nie za mądre, akurat do prasowania się nadaje). Przeskanowałam też nostalgicznie ostatni odcinek DiU'80 (widać w sierpniu romantyzm mi się nasila). Jeszcze nie mam ochoty na sen.

czwartek, 30 czerwca 2022

925-926. Daznt macz tu kanapka,

powiedział Fred odkładając krzywo ukrojoną kromkę chleba. W naszym domu tworzy się dziwny język. I dziwna przyjaźń, bo Ka dzwoni np. żeby zapytać co tam i zaprasza do siebie. Nie po to, żeby uciec z Fredem do "męskich" zajęć, tylko tak, posiedzieć chce w kuchni, z partnerką własną przy tym obecną. W środę nic z tego, Kochany w południe wybył najpierw do ekspresowego fryzjera w Drołdzie, potem do pracy w Mullingar, ja sfrustrowana siedzę w papierach. Wygląda na to, że Ka będzie mnie w poniedziałek odbierał z lotniska. Spore poświęcenie, bo i mieszka dalej niż my, pora dnia także mało wygodna. Na razie nie czuję, że znowu lecę. Luś też markotna, nie chce ze mną gadać, bo ma obronę w poniedziałek i 15 pytań do opracowania jej zostało, a wiadomo, że jak zaczniemy nadawać, to na kwadransie się nie skończy.

Deszcz spadł tym razem wieczorem, były też pomruki burzowe, bardzo rzadkie na naszym wybrzeżu. Brakuje mi obecności kota, który w ostatnich dwóch tygodniach ignoruje dom, wpada tylko na jedzenie. Dzisiaj rano więc Rysiek znowu na chwilę, napchać się i po przygodę. Kochany do południa odsypia pracę. Po śniadaniu, kawie i czytaniu niejasnych smęt o intuicji i inkubacji wychodzę nad morze. Nad wodą lato, wprawdzie krajobraz po deszczu nadal pochłania wodę, ale w powietrzu Kostaryka (to taka figura retoryczna, wiadomo, że u nas to oznacza z 20 stopni, łuuuhuuu). 

Katlin mówiła mi wczoraj, że zrobi sobie test, bo Lisa znowu ma covida, jednak dopiero dzisiaj sprawdziłam liczby pandemiczne i dobrze nie jest — na wyspie zachorowalność rośnie. Miejmy nadzieję, że dam radę obrócić do Polski i z powrotem bez żadnych sensacji. Więc czytam, zaznaczam, łeb mnie boli od tego, najwyraźniej wzrok mi poleciał, najbardziej mi przeszkadza, że z bliska coraz gorzej widzę przez okulary (no patrzcie państwo, takie dziwne zjawisko!). No ale do soboty trzeba jakoś domachać. Fred pojechał na wieczór do Ka, ja nie mogłam z takiego powodu, że dostaję już pierdolca egzaminacyjno-podróżniczego i nic mnie nie bawi. Odprawiona, z rozbabranym plecakiem, postanawiam lecieć w tych samych spodniach co 2 tygodnie temu, ale bez kapelusza (dla odmiany). Paszport i majtki na każdy dzień spakowane, to najważniejsze. Na egzamin pójdę w koszulce z jęzorem Stonesów. Bo tak.

piątek, 20 maja 2022

885. Dezydery z Żegocina.

Zamiary były takie, że pojadę z Fredem do Kildare Village i po jego pracy spędzimy popołudnie gdzieś. Obudziłam się o czwartej, wcale nie byłam senna, ale nie zabrałam się z mężem w drogę. Wstałam i porozmawialiśmy, potem zapadłam w kilkugodzinną śpiączkę przerwaną dopiero ok. dziesiątej. Zażegnałam na szczęście zapalenie krtani, które wczoraj mi się zaczynało, ale nadal czuję się słabo. Spałam też w ciągu dnia, Kochany zastał mnie w łóżku i doradził, żebym zrobiła sobie test (wyszedł negatywny).

Mąż był po pracy tak zrypany, że w ramach relaksu chwycił za tomik poezji (takie rzeczy tu się dzieją ;)), który dostaliśmy od ciotki Mery, Dwie połówki jabłka (2020), bo leżał na biurku, czekał na ten dzień. Jak tytuł w zasadzie zapowiedział (to może trzy połówki jabłka, ku**a!), matkoboskoczynstochowsko, wracamy do tej "poezji" przez resztę dnia, dwa pierwsze wiersze zostały nawet odczytane szwagierce (Fred zadzwonił do Usz po obiedzie, chciał wybadać kwestię Wu, zamiast tego dowiedział się, że ostatnie zmęczenie siostry okazało się covidem. No i "poezja" natenczas była czytana, oraz w kamerce pokazał się kot). 

Czyli ogólnie nie jest najgorzej, pośmialiśmy się nawet, tyle, że nic mi się nie chce. Jak ktoś ma ochotę na solidny zastrzyk grafomanii (ta kobieta w ciągu 20 lat wydała ponad 400 tomików!), polecam Załęską Bogumiłę Konstancję, prawnuczkę Aleksandra, który był mężem Antoniny, ojcem Eleonory, która wyszła za Jana, brata Andrzeja, który walczył pod Dezyderym Chłapowskim z Żegocina ;)

wtorek, 17 maja 2022

882. Deszczowy dzień w Irlandii.

Dwaj najbardziej sterani żule w mieście to Polacy. Schowali się dzisiaj przed deszczem w poczekalni dworca autobusowego, stąd mam bezpośrednie potwierdzenie hipotezy (widocznie niepogoda akurat w tej okolicy przerwała im obchód miasta). Domyślam się, że w przeciwieństwie do większości żulików lokalnych są bezdomni, bo gdy przywołuję sobie przed oczy wyobraźni stan ich powłok cielesnych, nie wiem jaki dom luźno nawet spełniający definicję domu mógłby to tolerować.

Przesiedziałam dzień pracowniczy z Luizą i Lorejn, trochę się pochichrałyśmy, najczęściej zamulałam, z przerwą na kawę w Caffè Nero. Grubiutki Aleks przyszedł do nas po przerwie z nowiną, że zaraz robi test, to nam pokaże. Zrobił. Pokazał. Był niezadowolony (miał w planach wylot do UK, i dupa zbita). Dwóch innych wychowawców grup popołudniowych zostało wcześniej wysłanych do domu, pięcioro dzieciaków też miało pozytywny wynik. Tak że ten, na razie pracuję w czwartek zamiast w piątek, ale to się może zmienić jako, że budynek lekko się nam zadżumił.

A Fred wrócił po północy, wślizgnął się do łóżka tak niepostrzeżenie, że mężczyznę w moim łóżku odkryłam dopiero rano, o 6:30, jak mi alarm zaryczał do ucha. Małżonek zawiózł mnie dzisiaj pod Centrum, potem kupił mi zupę, więc po pracy miałam co zjeść na szybkiego przed kolejną odsłoną online kursu. Jeszcze jutro taki myk, że się mijamy (dzisiaj Kochany pił kawę w Belfaście). Byłam ew. umówiona z Jujką na późny wieczór, ale od razu wątpiłam, że się odezwie. Zresztą jestem zmęczona, nie chce mi się gadać z obcymi ludźmi, nawet o psychologii. Wskoczę do łóżka i będę kontynuowała czytanie de Wala, bo mi wstyd za moje osiągi czytelnicze, które ostatnio zwyczajnie nie mają miejsca.

czwartek, 7 kwietnia 2022

842. Dzień przedostatni.

Dłuższy spacer po śniadaniu odbył się w ciepłym wietrze. Byliśmy na cmentarzu u dziadka Bronka i cioci Stachy, więc miam okazję zauważyć sporo nowych grobów z czasów covidowych. Zaszliśmy też do młyna, niestety zamknięty jest na głucho, i to od kilku miesięcy, co wiemy od napotkanej pani Mirki, która jak zawsze przy takiej okazji wypowiedziała mnóstwo słów. Wychowała się w Bieniakoniu i mówi nam, żebyśmy tu (na wschód Europy, znaczy) nie wracali, bo nie ma czego żałować. 

Zaraz po powrocie ze spaceru Fred nas odprawił. Okazuje się, że przy wjeździe do Irlandii nie ma już formularzy potwierdzających lokalizację, odpadła kolejna biurokratyczna pierdółka dręcząca ludzi w pandemii.

Dopełnieniem dnia była poobiednia wizyta na Brochowie u ciotki Mery, którą spotkaliśmy ostatnio tydzień temu na pogrzebie. Ciotka Freda, dodajmy, tak oryginalna jak cała reszta rodziny. Posiedzieliśmy przy kawie/herbacie i cieście, poopowiadaliśmy o sobie i o świecie, towarzyszyły nam przy tym dwie czarno-białe koteczki, jedna chudzina, druga grubina. Przy wyjściu dostaliśmy w prezencie gigantyczne wydanie Biblii z komentarzami Wojtyły (2014, ze złoconymi brzegami) i tomik Dwie połówki jabłka Załęskiej (2020). W drodze powrotnej złapał nas porywisty deszcz na Wysokim Kościele, to podobnież efekt niżu Nasim (jak Fred wyczytał już w domu, po tym jak na kolację napchaliśmy się kanapeczkami).

Z rzeczy smutnych (a nikt smutków nie lubi): Rózia jest nadal chora. Bidulka z niej, mało je, głównie śpi, mam nadzieję, że się jej nie pogorszy.

poniedziałek, 28 marca 2022

832. Dzień odhaczania i chaosu.

Przed południem Fred mógł w końcu kupić bilety powrotne (szybko dostałam informację zwrotną w sprawie dni wolnych, wiemy ile czasu zostajemy w Polsce) i czekał na mnie po pracy przy Czurczu of Ireland. Skoro parking był opłacony aż nadto, poszliśmy obejść anglikański cmentarz z okazji ładnej pogody.

Katlin zapytała Freda, czy chciałby mszę od sąsiadów za ojca. Nie mamy nic przeciwko, może być to miłe dla teściowej. Zjawił się też Majkel z kondolencjami, sam wyglądający jak zdjęty z krzyża (odbyło się rytualne pożegnanie sąsiedzkie na ulicy z wymianą informacji o swoich zmarłych do którego każdy chętny mógł się dołączyć). Kochany robi obiad, potem nawijamy przez telefony, ja z rodzicami, mąż z bratem i przyjacielem ze szkoły. Przy okazji odprawy dowiedziałam się, że zniesiono dzisiaj wszystkie obostrzenia przy wjeździe do Polski: paszport covidowy, lokalizator (czyli super, nie ma pandemii, mimo wszystko spakuję testy antygenowe i maseczki). Szwagrzy zamawiają jeden wieniec za wszystkie dzieci, co jest bardzo dobrym, mało stresogennym, paraateistycznym pomysłem. I tak jakoś, odhaczam pytania na liście, której nie ma. Ponieważ zazwyczaj ubieramy się dość ekstrawagancko, trudno nam skompletować ubrania na pogrzeb, zaczynam od majtek, bo to łatwe. Poza tym rozmawiam z Anne, zapowiadam, że dam jej Majkelowi drugi klucz oraz przeniosę cenniejszy sprzęt (wszystkiego dwie rzeczy pewnie), rozmawiamy o Polsce i Tosce (teraz we Wrocławiu) na którą może dostaniemy wejściówki za darmoszkę, jak się opera irlandzka, która ją wystawia, zawinie na powrót do Dublina. Młyn mam w głowie, nie jestem gotowa, cokolwiek to oznacza, małżonek równie skołowany pokazuje mi, co odnalazł w szafie, a czego teraz nie szukał. Więc po dziesiątej walizki nadal nie spakowane, za to jemy torta i mówimy językami.