Budziłam się kilkakrotnie, w końcu wstałam o siódmej, zakropiłam misiowi oczko (Kochany zaraz wyjeżdżał w swoim kierunku), włączyłam laptopa i zaczęłam słuchać NDR Kultur. Akurat leciał szósty odcinek Kalte Füße (Francesca Melandri, w czyt. Niny Kunzendorf; niemiecki mi śniedzieje, dlatego). Miałam w głowie rozpisany poranek: serfowanie, herbata, odpisywanie, lekkie śniadanie, o dziewiątej ustalenie co mam na zajęcia & zrobienie rozpiski, o dziesiątej ubieranie się, może deser (mam coś na deser?), druga herbata, po jedenastej wyjście na przystanek. Plan zadziałał prawie prawie, tylko zirytował mnie emilek od szefowej. Na przystanku Eugene Gej i sąsiadka (chyba po wylewie, bo chodzi o kuli). Znowu mam szczęście, mili ludzie, do tego ciepło i słonecznie.
W Centrum jak to w Centrum, niezbyt długo, z uśmiechem Giocondy piję hektolitry bardzo rozwodnionej herbaty i nie daję się wyprowadzić z równowagi, gdyż nie warto.
Kochany miał dzisiaj szczepienie przeciw covidowi, więc o czwartej wyszedł z pracy i mógł mnie zabrać z miasta. We wsiowej przychodni kolejka do szczepienia, osób z piętnaście, jak twierdzi mąż (nie było gdzie usiąść, wszyscy po nanochipa).
Zadzwoniłam do domu zapytać jak tam z Maksiem, tymczasem zabieg przeniesiono z powodu choroby personelu. Miałam nadzieję, że skoro nikt nie puszcza pary z ust, to wszystko się udało, a tu taki gips. Mały głównie śpi, ma jeszcze tydzień czasu.




