Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kręgosłup. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kręgosłup. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 października 2022

1021. Niedziela przed poniedziałkiem.

Fred coś nie czuje się najlepiej, nie ma gorączki, ale organizm z czymś walczy. Rano wracaliśmy myślami do wczorajszego spotkania z przyjaciółmi, widać, że się nie dogadują i jedna strona zamiast podjąć samodzielne decyzje szuka sprzymierzeńców w dowaleniu partnerowi. Zmilczeliśmy (gdy Jot wyszła nie kontynuowaliśmy z Ka tematu). To ich sprawy, muszą sami dać sobie radę. Przecież nie powiem Jot, że kopie dołek w który najprędzej wpadnie sama (i tak nie posłucha).

Śniadanie było oszczędne, bo już po dwunastej byliśmy umówieni na obiad z Anne i Majkelem. Ach, i ból zniknął (podczas oglądania wczorajszego filmu długo się gnieździłam, poprawiałam i przeciągałam, żeby było mi jak najwygodniej, takoż i cud nastąpił).

Do miasta pojechaliśmy we czwórkę naszym samochodem. Sąsiedzi zachwyceni są Cedar Gate, jedzenie i ceny bardzo im podpasowały. Spróbowałam baba ganouj, tabbouleh i halloumi (ser był całkiem oscypkowy; na danie główne wybrałam mixed grill, bo już wiedziałam, że zostanie mi trochę na jutro).

Rozmowy były o rzeczach różnych, Irlandii, ojcu Tedzie, języku. Bardzo przyjemnie spędzony obiad, mogę tak co niedzielę. Po powrocie na wieś weszłam do domu tylko po to, żeby zostawić resztki z lunchu i wyszliśmy z Kochanym na plażę, bo pogoda była dobra (Fred zauważył, że fale były w sam raz na surfing dla chomików). Wracając przez caravan park znowu spotkaliśmy Majkela 

(wydaje mi się, że przed obiadem poszedł dyskretnie się napić, a teraz też szedł na piffkowinko w celu podtrzymania odpowiedniego składu krwi ... well, jego życie). 

Zapowiada się, że po "wakacjach" może wrócę do jogi na mieście (jeśli Anne będzie jeździła), na razie powstrzymuję się od zbyt odległego planowania, bo nawet nie wymyśliłam w co się jutro ubieram, nie mówiąc już o odprawieniu biletu. Kochany drzemie poobiedniospacerowo. 
___
21:13 Żem se w końcu WhatsAppa na smartfona ściągnęła. Cywilizacja dotarła pod moją spersonalizowaną strzechę.

piątek, 30 września 2022

1019. Good and not so good.

Z rana chciało łupnąć, czułam jak chciało, gdy ściągałam z półki owsiankę, ale wygrałam. Traktowałam plecy dobrze, dłużej mościłam się na krześle, uważałam przy wymachiwaniu kończynami. Tymczasem dzień był rozpęknięty na pół. Fred wrócił z pracy nad ranem, dałam śpiącemu królewiczowi buzi i wychynęłam na deszcz (na szczęście przystanek jest rzut beretem). W deszczu polazłam do kawiarni (znowu te same chłopaki z bajerą "co ci podać, kochanie"), potem do pracy na trzy godziny. Nie powinno mnie dzisiaj być, ale to było odrabianie przyszłego poniedziałkowego popołudnia (którego to popołudnia mam pędzić z rozwianym włosem na lotnisko, jak bogowie dadzą). Trochę robienia list, trochę gawęd ludowych, ustalenie kiedy wracam, krótki wypad po sconesa dla Saren, (czy ja zapisałam, że wczoraj przyszedł mi tekst od Bridżet, że mi sfinansują kurs, którego mi nie chcieli sfinansować? nie napisałam, to piszę), nim się obejrzałam, było "po" i Fred czekał na mnie w samochodzie pod Centrum. Pojechaliśmy do Lidla po zakupy obiadkowe, potem z Kochanym wróciliśmy do centrum miasta i poszliśmy na lunch do Il Forno. Ja nie wiem, czemu mam takie wrażenie, że jak tam wchodzimy, to się kelnerzy uśmiechają specjalnie do nas. Niepostrzeżenie rozpogodziło się, tak jak rano wieszczyła stara Ger, gdy zła rozdziewała się z mokrej kurtki. Po obiedzie poszliśmy do perfumerii, nic nie kupiliśmy, a z tego spaceru utkwiło mi w pamięci, że gdy szłam po kładce do Scotch Hall zobaczyłam wśród mew na rzece gołębia, który próbował wystartować z wody. Nie mogliśmy mu pomóc. Gdy kilka minut później wracaliśmy tą samą trasą, już go na rzece nie było, mewy rozczarowane końcem rozrywki siedziały znudzone na brzegu. Fred mnie pociesza, że gołąb pewnie dopłynął do brzegu (faktycznie tam zmierzał) i odbił się od wystających z wody kabli. Może tak było, chcę tak myśleć.

W domu nie mogłam się dopić herbatą (dyspensa na dwa kubki czarnej z cytryną i cukrem), aż siorbałam z radości, bo jak wiadomo, tak jest najsmaczniej. Skończyłam czytać Czarną owcę medycyny Liebermana (WP, 2020), a raczej te kilka stron, które mi zostały po wczorajszym intensywnym powrocie do lektury. Książka jest niezłym źródłem wiedzy o rozwoju psychiatrii, wstawki osobiste i rozwlekłe opisy znajomości autora obniżają jej wartość. Obejrzeliśmy z Kochanym 10 odcinek Zmienników, i kilkakrotnie wysłuchaliśmy piosenki Come on Eileen Dexys Midnight Runners (1982). Wzięłam tabletkę na gardło, ale dalej ćmi. No good. Za to sztylet w plecach zamilkł. Good. Wieje i śwista w ciemności, czyli rewelacja.

czwartek, 29 września 2022

1018. Nadprogramowe nicnierobienie.

Przeciągnęłam się z rana i ryms. To nie był dźwięk, tylko uczucie kłującego bólu, ciało przez następne kilka minut nalegało, żebym położyła się na podłodze i znieruchomiała. Miałam tak ostatnio z 5 lat temu, nadal nie rozumiem wzoru. Wgramoliłam się do łóżka trochę bardziej na czterech łapach i postanowiłam zasnąć na wieki (nie trwało to długo, musiałam napisać do pracy, że nie zamierzam się nigdzie wybierać). Skracając tę historię: super pomysł, gdyż Ośrodek zamknięto na dwa dni z powodu plagi covida. Wstałam na śniadanie, wyszłam na moment przed dom, żeby Katlin mogła opowiedzieć mi wesołą historyjkę, jak to z Ethanem utknęła w pokoju i trzeba było wyłamywać drzwi (wracając w poniedziałek z pracy byłam chwilowym świadkiem zakończenia tej przygody). Słoneczny ziąb mnie owionął, więc dalej żadnych głupich pomysłów. Położyłam się spać, a gdy się obudziłam Freda nie było już w domu (praca w Swords). Coś zjadłam i zajęłam się z nudów genealogią. Stan na teraz: bolą mnie plecy i gardło.