Fred coś nie czuje się najlepiej, nie ma gorączki, ale organizm z czymś walczy. Rano wracaliśmy myślami do wczorajszego spotkania z przyjaciółmi, widać, że się nie dogadują i jedna strona zamiast podjąć samodzielne decyzje szuka sprzymierzeńców w dowaleniu partnerowi. Zmilczeliśmy (gdy Jot wyszła nie kontynuowaliśmy z Ka tematu). To ich sprawy, muszą sami dać sobie radę. Przecież nie powiem Jot, że kopie dołek w który najprędzej wpadnie sama (i tak nie posłucha).
Śniadanie było oszczędne, bo już po dwunastej byliśmy umówieni na obiad z Anne i Majkelem. Ach, i ból zniknął (podczas oglądania wczorajszego filmu długo się gnieździłam, poprawiałam i przeciągałam, żeby było mi jak najwygodniej, takoż i cud nastąpił).
Do miasta pojechaliśmy we czwórkę naszym samochodem. Sąsiedzi zachwyceni są Cedar Gate, jedzenie i ceny bardzo im podpasowały. Spróbowałam baba ganouj, tabbouleh i halloumi (ser był całkiem oscypkowy; na danie główne wybrałam mixed grill, bo już wiedziałam, że zostanie mi trochę na jutro).
Rozmowy były o rzeczach różnych, Irlandii, ojcu Tedzie, języku. Bardzo przyjemnie spędzony obiad, mogę tak co niedzielę. Po powrocie na wieś weszłam do domu tylko po to, żeby zostawić resztki z lunchu i wyszliśmy z Kochanym na plażę, bo pogoda była dobra (Fred zauważył, że fale były w sam raz na surfing dla chomików). Wracając przez caravan park znowu spotkaliśmy Majkela
(wydaje mi się, że przed obiadem poszedł dyskretnie się napić, a teraz też szedł na piffkowinko w celu podtrzymania odpowiedniego składu krwi ... well, jego życie).
Zapowiada się, że po "wakacjach" może wrócę do jogi na mieście (jeśli Anne będzie jeździła), na razie powstrzymuję się od zbyt odległego planowania, bo nawet nie wymyśliłam w co się jutro ubieram, nie mówiąc już o odprawieniu biletu. Kochany drzemie poobiedniospacerowo.
___
21:13 Żem se w końcu WhatsAppa na smartfona ściągnęła. Cywilizacja dotarła pod moją spersonalizowaną strzechę.

