Kochany wyjechał na południe wcześnie rano, jeszcze zdążył dostać buzi na pożegnanie. Po śniadaniu poszłyśmy z mamą na króciutką przechadzkę z Maksiem. Mamie nie chciało się gotować (i słusznie), więc na obiad pojechaliśmy w trójkę do Korony na gyros w Greco, po czym natychmiast, bez odwiedzania sklepów, zjechaliśmy do Tcy na kawoherbatę w Kocie. Włala:
Akurat ŚD była na dyżurze, chwilę pogadałyśmy o kawie, jej planach i takich tam (tata jak zwykle ucinał bajerę). Poza tym rano i po południu nanoszenie poprawek przesłanych w nocy przez dochtórkę i martwienie się, że trzeba z nią wieczorem rozmawiać.
Kochany dwa razy zadzwonił, żeby mi pokazać szlaki w okolicach Szrenicy. Znowu słonecznie i bardzo ciepło (późniejszym popołudniem temperatura pod tarasem nadal przekraczała 25°C), w górach podobnie, na dodatek tłoczno, więc Fred zrezygnował z części planów.
Spotkanie nie było takie złe. Tzn. na razie wygląda na to, że wszystko jest w porządku. Jestem krytyczna, mózg produkuje mi jakieś dodatkowe kwestie, będzie tak jeszcze przez jakiś czas i trzeba to przyjąć jako chwilową normę.
