Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dr Pierzasta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dr Pierzasta. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 listopada 2023

1443. Z przyjemnością.

I po co do pracy? Na dworze ciemno i zimno, proponowałam Kochanemu, żebyśmy może zwiali dzisiaj do Szwecji (to byłoby coś nowego). Tuż przed obudzeniem śniłam, że dziadek Bronek kierował samochodem (gdzieś w naszej wsi uciekaliśmy przed policją), poza tym w innym odcinku (gdy wracałam z uczelni, bo chyba uciekłam z egzaminu) na środku drogi spotkałam eM. 

Przy lodówce zniknął jeden serek. Ach, czyli nasz mały współlokator rzeczywiście biega regularnie między Kuchniosalonem a sypialnią (wieczorem na pewno słyszałam go pod szafką nocną). 

Dzień w pracy upłynął mi bardzo szybko, połaziłam tu i tam, i już. Przyjechałam do domu pierwsza, więc zaraz zaczęłam robić prosty obiad z deserem (jogurty); Kochany pojawił się jak zwykle po szóstej, jakąś godzinę po mnie, głodny i zmęczony, więc mu z przyjemnością zaserwowałam, co tam dzisiaj było w menu. Po obiedzie zanurzyłam się w skrobaniu listu dziękczynnego do dr Pierzastej.

Jeszcze wczoraj bardzo dobrze się mi czytało Drugie imię Fossego (ArtRage, 2023), na tyle dobrze, że dzisiaj skończyłam, choć nie jest to łatwa, typowo prowadzona fabuła. Jedną kartkę przeczytałam przy kawie w Czarnej, kilka innych w drodze z pracy, dokończyłam w łóżku, w świetle nocnej lampy, z Ryszardem obok. Miałam robić coś innego (nagryzmolić szkic egzaminu, którym zamierzam zakończyć ten tydzień), ale lektura była ważniejsza. Tak trzymać. 

sobota, 28 października 2023

1411-1412. A jednak.

Piątek
Ze wsi do wsi, z mgły do mgły. Rano wyruszyłam najpierw do miasteczka, odpękać swoje trzy godziny, po czym od razu poszłam w kierunku dworca, żeby wsiąść w autobus do lotniska. Tak w ogóle to miałam szczęście do krótkich rozmów z nieznajomymi. W autobusie porannym zapoznałam się z Sofiją, młodziutką Ukrainką, którą obserwowałam już od jakiego czasu, bo dojeżdżamy o tej samej porze (odezwała się pierwsza, po swojemu, bo się jej kiedyś wydało, że mówię jej językiem ... pewnie słyszała mały fragment mojej rozmowy z Kochanym; dziewczyna z Zaporoża). W autobusie popołudniowym z kolei zaczepił mnie jakiś Paddy, który jechał do T2, żeby stamtąd wylecieć na wieczór kawalerski do Liverpoolu. Sześć, żegna się ze mną Paddy, i oczywiście życzy mi dobrze. A później na lotnisku, w kolejce do obiadu stał za mną John Keely, pan z ochrony. No czy ja mam na głowie napisane, że trzeba mnie wesprzeć duchowo? Życzenia dobrego obiadu, oraz wszystkiego. Potem machamy do siebie z Fredem, on wędruje po płycie lotniska, ja podskakuję w kolejce przed gatem. Lot bez wydarzeń na miejscu 6E; widok na Breslau opatulony mgłą. 

Zasypiam tuż po północy, w łóżku w którym wczoraj spał Kochany (mama mi oświadcza, że nie zmieniała pościeli; słusznie).

Sobota
Pół dnia skwaszone przeżywaniem, a jak przyszło co do czego, katastrofa intelektualno-pamięciowa. Jestem pewna, że moje wyjście na plus (w które jeszcze nie wierzę) zawdzięczam wstawiennictwu dr Pierzastej, która potwierdziła, że ta oto osoba naprawdę napisała tę oto pracę, oraz że zazwyczaj wie, jak się nazywa. Wstyd straszny, mogłabym się schować pod kamieniem, ale w sumie zdane, więc jednak nie. Na dyplomie 4,5. 

A to kanie od Stefy:


Wyszłam do bramki. Przywitałyśmy się, opowiedziała mi o swoim ataku serca i że musi chodzić, więc teraz roznosi paru "dobrym ludziom" grzyby, które zbiera. Kiwam głową, choć prawdę powiedziawszy, robi to od lat — na starym blogu taki tekst (29/09/2012):

przygarnia porzucone psy
koty sąsiadów bardziej ją lubią niż swoich właścicieli
grzyby chyba też wolą, żeby to ona je zauważyła
więc zbiera, zbiera i zbiera
...
wieczorem idzie do sąsiadów,
którzy też przygarniają porzucone psy,
z reklamówką kań i maślaków

Czyli nie chodzi o atak serca. Chwilę z nią rozmawiałam, że przyleciałam na egzamin i że mamy z mężem kota (dowiedziałam się, że Magda też ma dwa koty; wcale nie jestem zdziwiona). Przy okazji Filemon do nas dołączył, kolejny jegomość podkarmiany przez tatę:


Pogoda mokra, ciepła, piękna (mi pasuje, no) ...


O zmroku wyszliśmy z tatkiem przespacerować Maksia. Obejrzałam Cztery wesela i pogrzeb (1994), z zaciekawieniem jak go odbiorę po latach (nadal najbardziej podoba się mi wątek gejowski). 

Teraz, kilka godzin po, czuję, że zdałam i mam mnóstwo czasu na wszystko inne. Mój bobrze, jak super!

poniedziałek, 23 października 2023

1405-1407. Yeah.

Sobota
W piątek wieczorem światło zgasło jeszcze kilkakrotnie. Chcąc nie chcąc nasłuchiwałam przyjścia prądu, żeby móc wstać, powyłączać światła i nastawić termostat. Sobotę zaczęłam więc później, kot alarmował mnie kilka razy, że na pewno zaśpię. Z kontaktów sąsiedzkich tylko poranna szybka pogadanka z Katlin (o braku prądu i zalanych drogach). U mnie wszystko wg planu. W Polsce, w ramach dystansowania się od chorych, Fred pojechał do Wro i w kinie Magnolii obejrzał Zieloną granicę (2023) Agnieszki Holland. Pod koniec dnia Ilona dzieli się ze mną swoimi zmorami na temat obrony. Oraz wpłacam na zbiórkę dla tego kota.

Niedziela
Kocie wydeptywanie i pacanie budzikowe. Dzień słoneczny i bardzo spokojny, przynajmniej dopóki Ryszard nie przyniósł do Kuchniosalonu żywej jeszcze myszy, która wyrwawszy się mu z pyska natychmiast schowała się pod pralką kuchenką (pralkę odsunęłam, ni ma). Życie z myszą lub z jej trupem. A rodzice w połączeniu messengerowym brzmią fatalnie, z domu wyruszają tylko na chwilę, po aspirynę, lek na wszystko. Pogoda jest taka, że pół dnia szłabym przed siebie, sytuacja zmusza do siedzenia i tańczenia w Kuchniosalonie. Z kontaktów sąsiedzkich jedynie szybki czat z Anną, która tuż po południu ze szczotą ruszyła do akcji "mycie okna z zewnątrz". Wieczorem jeszcze raz dzwonię do rodziców z reprymendą słowną na temat pójścia do doktora. Na deser tego wszystkiego, w sypialni wysiadła żarówka (więc przeniosłam tam lampę z Kuchniosalonu i teraz się zastanawiam, czemu na to wcześniej nie wpadłam; jest klimat uszatkowy).

Poniedziałek
W niedzielę postanowiłam się nagrywać (jak gadam). Rano jadę autobusem słuchając samej siebie. Cuda, panie. Poza tym przy przygotowywaniu śniadania słyszałam coś jakby chrupanie. Kolano, albo mysz ostała się przy życiu. Zapobiegliwie zablokowałam kotu możliwość wchodzenia do Kuchniosalonu podczas mojej nieobecności. Wróciłam z pracy późno (autobus znowu miał ponad kwadrans poślizgu, ale i tak nie dość, żeby łeb przypomniał mi o nabyciu żywołapki na stworzonka) i jeszcze przed "obiadem" odbębniam spotkanie online z kulyżanką i dochtórką. No co może nam dochtórka powiedzieć? Kopa na drogę. Kochany w Polsce działa, kręci swoje historie, ale miał czas kupić mi prezent: książkę nowego noblisty, Jona Fosse, świeżo wydane Drugie imię (2023). A rodzice usiłują zdrowieć (tatko był dzisiaj u lekarza, a mama ... w pracy; gdyż są rzeczy, których nie pojmę). No nic, wracam do mówienia do samej siebie (na zewnątrz wzmaga się wiatr, po miłej, nudnej niedzieli Met Éireann znowu ostrzega, że będzie lało).

niedziela, 15 października 2023

1399. Ważny grafik.

Obudziłam się coś po ósmej (wcześniej też kilka razy, m.in. gdy Fred przyjechał z pracy, otworzył okno w sypialni i zrobiło się mi zimno). Trochę jestem śnięta, poszłam spać po północy, ślęczałam jeszcze nad sprawami. Mama już pokazała relację z czynności ważnych na tatowym fejsbuczku - zerwali się z samego rańca, obfotografowali się w ładnych strojach i już są po głosowaniu! No dobra, naleśniki, kawa mężowska, pocałunki, konsumpcja, wyjazd. 
___
10:15 zapach smażonych naleśników. Smażenie nie jest szczególnie porywające, więc dzwonię w tym czasie do mamy. Pokazuję jej naleśniki i zimny, jasny dzień za progiem. Co się okazuje: mama poszła głosować w jedwabnym szaliku, prezencie od zięcia, a tatko zaraz się dołączył zaznaczyć, że on miał buty też od zięcia (czyli pewnie jakieś aliganckie barkery, albo coś). Rozmawiamy ponad 20 minut. Tylko głosuj tam porządnie! na zakończenie. Zamierzam.
___
10:30 sprostowanie: małżonek wstał, wziął kubek z kawą do ręki, zerknął na zdjęcie i powiedział, że to nie barkery, tylko loaki :D
___
11:22 całowanie było, przytulanie było. Kochany zmiótł z talerza wszystko do ostatniego naleśniczka z dżemem z czarnej porzeczki (teraz tęsknie skrobie po dnie słoika w poszukiwaniu resztek). Z rozmowy okołośniadaniowej wyszło, że zmarł ojciec Szwagrowskiego i już odbył się pogrzeb - nie wiedzieliśmy od razu o sprawie, choć spodziewaliśmy się zejścia, bo od jakiegoś czasu sytuacja była krytyczna. Kochany rozmawiał z Usz wczoraj tuż przed pracą i potem mówił brzydko do przedmiotów martwych (świekra pojawiła się na pogrzebie, zadręczała Usz i zachowywała się skandalicznie). No wiesz, ona (w sensie, siostra) nie przepracowała tego konfliktu tak jak ja (bardzo mnie to zdanie wypowiedziane przez Freda rozbawiało; wyobraziłam sobie, że mówi Ryszard robiący Ryszardowe miny, który dodaje i na koniec wbiuem jej pazura). Ech, no to ubieram się pięknie i lecim. 
___
21:10 (czasu polskiego) Urokliwy jest Dublin słoneczną jesienią. Nasz okręg 111 był usadowiony w szkole średniej w Drumcondra. Nie byle jakiej szkole, do Okonela chodzili Joyce, Luke Kelly i Colm Meaney. Z pewnością już tu głosowaliśmy, chyba jeszcze przed pandemią, pewnie w 2019, bo rozpoznawałam okolicę. Zaskoczyła mnie kolejka, do tego spora grupa ludzi była ciekawie ubrana (np. starszy pan z kolorową bandaną fantazyjnie zamotaną na głowie). Tylko jedna osoba z kilku stojących przede mną poprosiła o kartę referendum (podobnie było w kolejce u Freda, który stał w ogonku obok). Odhaczyliśmy się po trzynastej, zrobiliśmy sobie zdjęcia przy urnie, wróciliśmy do samochodu zaparkowanego pod jednym z platanów na N Circular Rd (chyba zaraz obok Maple House) i ruszyliśmy do Drołdy na obiad. Trochę szkoda, że nie mogliśmy się dłużej włóczyć po jesiennym Dublinie, ale Fred ma kolejną nockę. Jeszcze chwilę przeszliśmy z Kochanym za rączkę po mieście, buzi, ja na dworzec, małżonek do samochodu pozostawionego na parkingu pod polskim sklepem. W torbie, a w zasadzie w brązowym bereciku, ostrożnie przewoziłam Fredową cebulę :)

W domu byłam tuż po piątej, wypuściłam Rysia i z ulgą rozpłaszczyłam się w Kuchniosalonie przy herbacie malinowej. Zadzwoniłam do taty, żeby mu zdać relację z głosowania. Do siódmej nadal nie doszłam do siebie (zimno). Przy rozkładaniu się do robienia notatek coś mnie tknęło, żeby sprawdzić emilki uczelniane i zauważyłam dzisiejszą wiadomość od nieocenionej doktor Pierzastej. Jest dobrze; nie muszę, ale chcę lecieć do Polski. Przed dziewiątą zadzwoniłam do mamy z tą radosną wiadomością i już zostałam do ogłoszenia exit poll. Odliczamy jak w sylwestra, komentujemy we trójkę. Jest dobrze podwójnie.
___
edit 23:15 (czasu naszego) tatko podekscytowany zadzwonił jeszcze raz, żeby opowiedzieć, co ogląda w telewizji.

sobota, 9 września 2023

1363. Życie rodzinne.

Kochany wyjechał na południe wcześnie rano, jeszcze zdążył dostać buzi na pożegnanie. Po śniadaniu poszłyśmy z mamą na króciutką przechadzkę z Maksiem. Mamie nie chciało się gotować (i słusznie), więc na obiad pojechaliśmy w trójkę do Korony na gyros w Greco, po czym natychmiast, bez odwiedzania sklepów, zjechaliśmy do Tcy na kawoherbatę w Kocie. Włala:

Akurat ŚD była na dyżurze, chwilę pogadałyśmy o kawie, jej planach i takich tam (tata jak zwykle ucinał bajerę). Poza tym rano i po południu nanoszenie poprawek przesłanych w nocy przez dochtórkę i martwienie się, że trzeba z nią wieczorem rozmawiać. 

Kochany dwa razy zadzwonił, żeby mi pokazać szlaki w okolicach Szrenicy. Znowu słonecznie i bardzo ciepło (późniejszym popołudniem temperatura pod tarasem nadal przekraczała 25°C), w górach podobnie, na dodatek tłoczno, więc Fred zrezygnował z części planów. 

Spotkanie nie było takie złe. Tzn. na razie wygląda na to, że wszystko jest w porządku. Jestem krytyczna, mózg produkuje mi jakieś dodatkowe kwestie, będzie tak jeszcze przez jakiś czas i trzeba to przyjąć jako chwilową normę.

niedziela, 3 września 2023

1357. Urlopu ciąg dalszy.

Umówione spotkanie z dochtórką jak zwykle warzy dzień, może trochę mniej niż zwykle, bo urlop nieco mnie znieczula na wszelkie próby nacisku i stresy związane z walką o przyszłość. Siedzimy w domu, jemy śniadania, pijemy kawy w ogrodzie, siorbiemy rosołek, gadamy do kotów, dyskusje prowadzimy zbyt głośne na temat sensu seriali, Fred po obiedzie wyjada resztkę surówki łyżką prosto z michy (jak u nas w domu), oraz zajadamy podwieczorek złożony z kanapek z serem, aż nam się uszy trzęsą. Planujemy też jutrzejszą podróż mniej więcej na Wschód. Kochany w związku z tym zadzwonił rano do cioci Ce i nie od razu dostał wiadomość zwrotną, ale w końcu zdecydowaliśmy, że jedziemy przez stolicę, tylko wcześniej na dwie godziny zjeżdżamy z trasy do opolskiego. Spotkanie się odbyło. Napięcie nie za bardzo zeszło, na razie robię dobrą minę. I kanapeczki zjadłam (znowu). I słucham arii z Damy pikowej Czajkowskiego.

niedziela, 20 sierpnia 2023

1343. Szum deadline'u.

Późna pobudka. Rozmowa z mamą (sama zadzwoniła przez łocapa; święto!) o uniwersytecie trzeciego wieku i że zaraz jadą z tatkiem oglądać pałac i zjeść obiad na mieście. Gdzie popełniłam błąd? można sobie zadać pytanie. Czy jako córka byłam wystarczająco zrzędliwa i rzucająca kłody pod nogi? Widać, że nie. Ech. Czyli moi rodzice włóczą się po Dolnym Śląsku jak amerykańscy milionerzy, a u mnie mąż gotuje obiad (nogi kuraka z wczorajszego rosołu, oraz inne delicje). Kot nam niedomagał, nie jadł (zgroza!), ale nie tak, że gdzieś indziej się ożarł, tylko było widać, że coś mu leżało na żołądku (chodził po ogródku i jadł sałatkę z perzu). Na dodatek chyba boli go tylna łapa (kuleje tylko trochę, ale to dlatego, że on zawsze przemieszcza się tygrysio, więc nawet jak kuleje, to niby tak ma być). Pogodowo niedziela bardzo ładna, tylko, że  znowu dołożyłam sobie do pieca spotkaniem umówionym na wieczór i wiadomo, że na prawdziwe odprężenie nie było szans. Nigdzie nie spacerujemy (Fred pisze scenariusz, ja piszę wszystko inne, czasem wychodzę do ogródka i sapię). Online spotkanie z dochtórką i koleżanką trwało ponad godzinę. O matko, dochtórka miała rację, powoli zaczynam nie cierpieć tej pracy.

poniedziałek, 14 sierpnia 2023

1337. Niepokoje.

Spotkanie miałam umówione na wieczór, oczywiste, że psuło mi to smak całego dnia. Kochany wrócił ze stolicy ok. czwartej rano (śniadanie jedliśmy osobno). Dla relaksu chwilę grzebałam w ogródku (gdybym miała odpowiedzieć na pytanie wyrywanie której rośliny jest najbardziej terapeutyczne, bez kozery powiedziałabym: koniczyna) siłą rzeczy dzięki Katlin zapoznałam się z sąsiedzkimi tragediami (Lisa ma prawdopodobnie endometriozę, a Majkelowi umarła matka). Moje zabieranie się za statystykę nierówne, raz nawet na dłużej wyszłam do ogrodu pomóc Fredowi w koszeniu trawy. Nawiedził nas biały sąsiad, to mu przy okazji wyczochrałam uszyska:

Dobre kocisko, pokręcił się tylko w ogródku, nie wbijał na kwadrat (widać, że żyją z Ryszardem w zgodzie, więc nie ma powodu do interwencji). Wieczorne spotkanie z dochtórką mnie względnie uspokoiło; się okazuje, że odpadają mi trudne obliczenia, których w uj nie rozumiałam. Po raz kolejny wychodzi, że łatwo mnie pocieszyć - błyskawicznie zapomniałam o innych troskach i przestałam się zajmować tym, czym powinnam (za to kolaż powyższy zrobiłam). 

piątek, 16 czerwca 2023

1278. Praca intelektualna nie znosi pośpiechu,

drodzy moi. W każdym razie tak twierdzi dr Pierzasta i wiem, że ma rację. Przed spotkaniem bardzo się stresuję, a po spotkaniu myślę sobie: dam radę. Ale to wieczorem, od szóstej czasu polskiego. Wcześniej byłam w pracy, pokręciłam się też po mieście, zaszłam do B&B po muffinkę truskawkową, więc już znam łysego chłopaka, który do niedawna baristował w Coście, a teraz jest tutaj, prawdopodobnie na miejsce Martaszki (rzucił robotę w poniedziałek, zaczął pracować we wtorek, i słusznie; znamy tę samą menadżerkę, więc nie musimy sobie wzajemnie tłumaczyć). Po obiedzie Kochany wskoczył do łóżka i razem z kotem przespał burzowe popołudnie (padało i temperatura spadła, ale i tak nic się nie chce), a ja tymczasem, jak wspomniałam, nasiadówka seminaryjna. Później rozmawiałam z mamą (Lucjan jednak nie może mieszkać w domu, bo napiernicza się z innymi kotami; trudno, dostał ofertę, nie dał rady ze swoją osobowością, coś jak u ludzi), trochę tłumaczyłam akty urodzenia/ślubu/zgonu z rosyjskich bazgrołów ręcznych na niebazgroły angielskie (po nudnym przerzucaniu tekstu z programu do programu rozumiem 20-40%, w zależności od poziomu bazgrolenia) i ogólnie wietrzyłam umysł po stresie.

niedziela, 7 maja 2023

1238. Kołowrót.

Pobudka, śniadanie, zbieranie się bardzo wolne (Kochany skosił trawnik), obiad, wyjazd do stolycy na popołudnie. Fred zostawił mnie blisko mostu Joyce'a na którym miałam spotkanie z dochtórką i pojechał dalej, pobyć sam ze sobą. Kawa w Coście z widokiem na Smithfield Utah, omówienie statystyki, miejscowy koloryt zatruwający powietrze e-papierosami, alarm w jednym z budynków, spacer brzegiem Liffey do mostu Grattan, gdzie pożegnałam dochtórkę (nadal się mi w głowie układa, co chcę powiedzieć, ale widzę jakiś kierunek, zamglony). Przeszłam do mostu Millenium i na północną stronę rzeki wpadając w ramiona Freda. Spacerowałam z nim u boku, nadal brzegiem Liffey aż do Commons St, żeby dojść do samochodu zaparkowanego naprzeciwko spelunki Noctor's na Sheriff St Lower. Tyle naszego pobytu w stolycy. Buty mnie otarły. Kochany kupił pięciopak wczesnych płyt Fleetwood Mac. 

W drodze do domu zaproponowałam mężowi kolację w Borzalino, więc opchaliśmy się dobrym, włoskim makaronem. Teraz w domu słuchamy płyty Then Play On (1969). Oboje nas zmęczyła ta niedziela, Kochany miał nadzieję po prostu odespać ostatnie dni i nie bardzo mu wyszło. U mnie ziew szeroki, oczy się zamykają.

środa, 3 maja 2023

1234. Dzielność nadzwyczajna.

Wczoraj wieczorem, gdy Kochany turlał się do snu, Anna do niego zadzwoniła, że już jest w domu, ale jeszcze słaba i zagada do nas później. Kręcąc się wte i wewte nie zauważyliśmy kto i kiedy ją przywiózł. 

Dzisiaj standardowo, Kochany wcześnie rano do Dublina, ja trochę później do miasteczka, z laptopem i zapaleniem zatok (od nocy po głowie tuła się mi słowo po irlandzku: tuairiscí). Po czterech godzinach ściubienia różności zjadłam obiad w Cedar Gate (chicken makloubeh, połowa na jutro), po czym udałam się na dworzec autobusowy. 

What are you working as? Are your children behaving themselves? Who's the eldest? Do you have many tattooes? Were you brave? When did you get married? I'm a messer, and you're a quite woman. How often do you get your hair coloured ? Are you left or right handed? When did you last time wash your hair? Chłopak z autyzmem wracał do domu o 14:55. Tym razem robił wywiad z kobietą z naszej wsi, to pierwszy Irlandczyk jakiego znam od którego można się uczyć poprawnej gramatyki języka angielskiego.

Pod wieczór krótkie spotkanie z dr Pierzastą. Raczej pozytywne, mało frustrujące, chociaż poza tym jestem sfrustrowana do imentu wszystkim większością (nosem emitującym ciecze również). Teściowa dzwoni i interesuje się jak tam (mówię, że dobrze ... bo przecież dobrze). Sprawdzam stan rozkładu wróbla spod paprotki. Statystyki już dzisiaj nie tknę, ale będzie chwila z irlandzkim i TT. 

środa, 15 lutego 2023

1157. Kropka daleko od wytyczonej prostej.

Oboje mieliśmy wolne, dzięki temu poranek był leniwy (poszliśmy spać dopiero po pierwszej), śniadanie wspólne (w tle przeboje Cohena) + pogoda pozwoliła nam na długi spacer. Zrobiliśmy ponad 10 tys. kroków zaglądając za kamienisty winkiel plaży. Szliśmy i szliśmy, niewiele mówiąc, przyglądając się kamieniom, muszlom  i innym morskim znaleziskom:

W drodze powrotnej wstąpiliśmy do wsiowej kawiarenki (kofeina/lody/ciastko z karmelem przy stoliku w kącie).

Fred z powodu senności nie mógł się pozbierać, w końcu zawinął się w kołdrę i obudziłam go dopiero na obiad. Potem każde z nas zostało uszczęśliwione przez jego własny kierunek: wieczorem miałam zaplanowaną seminarkę i dostałam bardzo pozytywny feedback od dr Pierzastej, tymczasem mąż wyjechał do miasta, żeby rozruszać lenia i kupił sobie najbardziej punkową letnią marynarę z dotychczas posiadanych (ciemnozieloną, w żółtą i czerwoną kratę). Z innych rzeczy miłych i ciekawie się zapowiadających, dr wyszła z propozycją spotkania przy dublińskiej kawie w celu omówienia statystyki. Kto wie ... to może się zdarzyć. Dzień zakończony sentymentalnie, starym, dobrze mi znanym filmem Branagha, Przyjaciele Petera (1992). 

(Przeglądając różne badania i ankiety zauważyłam jak często wypełniając kwestionariusze bywam cudaczną kropką daleko od prostej w analizie regresji liniowej)

sobota, 14 stycznia 2023

1125. Domowa sobota.

Źle spałam i późno wstałam, Kochany jeszcze później, zresztą dlaczego by nie, skoro dla nas obojga jest to dzień wolny. Zatoki mi dokuczają, budzą w nocy i napędzają stracha, więc chociaż wylazło na nas słoneczko, dałam sobie spokój ze spacerem nad morze (nadal za bardzo wiało). Po południu miałam spotkanie z dr Pierzastą i sobota była w jakimś sensie temu podporządkowana, tzn. robiłam co mogłam, żeby nie zająć się przeglądem badań. Seminarka upłynęła w miłej atmosferze i poczuciu wspólnoty losów, potem Kochany wrócił z zakupów (z bukietem zielonkawych róż i kapciami dla mamy), mogliśmy zjeść obiad, zająć się swoimi sprawami. Przy okazji "zajmowania się" Fred mi powiedział, że miał kiedyś ksywę Carlos (głównie dlatego, że na Krisa mówili Santana); teraz się mi zdaje, że wiedziałam o tym wcześniej, zresztą czy nie brzmi to logicznie?

Był telefon do Kaś Matki Kotom (zaprasza nieustannie, kiedy w końcu dojedziemy?). Był telefon do Wu w sprawie Fredowego wyjazdu do Polski za czas jakiś (gadanie o pracy, bratanicach, nowym kocie). Wyzwanie krokowe leży, już nic się mi nie chce, ani filmu, ani książki, w grę wchodzi jedynie odmóżdżanie internetowe niższych lotów.

piątek, 13 maja 2022

878. Jutro czternasty.

Och, jak było miło, spanko spokojne, kotek grzeczny pomimo zamknięcia (gdy jestem w domu sama, nie umiem spać przy otwartym oknie). Mały rudzielec wyszedł przy śniadaniu i wrócił za kwadrans, z ptaszkiem w pysku, już "zepsutym", chociaż mint condition. Położył go triumfalnie na środku kuchni i tak na mnie spojrzał, jakby chwilowo przejął obowiązek wyżywienie rodziny. Po oględzinach, które upewniły mnie, że na pierwszą pomoc za późno, wyrzuciłam wróbla za okno. Gdy więc jadłam śniadanie, Ryszard konsumował swoje w trawie, odwrócony do domu tyłem i mruczący pod nosem jakieś krytyczne uwagi (pewnie na mój temat).

Tak się przyjemnie złożyło, że pracę skończyłam wcześniej, nawet zdążyłam zjeść obiad w Il Forno. Kiedy dojechałam do domu Fred był już na nogach (a wrócił z Północnej o dziewiątej rano!) i niestety przygotowywał się do kolejnego wyjazdu. Ciężka noc przed nim. Mnie wystarczyła świeżo zaparzona zielona herbata i zaczęłam sesję z dr Pierzastą — kolejne pomysły na dziwaczne hipotezy podrzucone, nie wiem, co z tego wyniknie.

Wieczorem rozmawiałam z mamą, tematyka raczej luźna. Podobno facetka od niemca, Eine Kleine mit große Brille, jest ciężko chora. A mnie się zawsze wydawała niezniszczalna (to taki przypadek osoby, którą z czasem zaczęłam lubić, pomimo tego, że kiedyś wydawała mi się zbyt surowa). Ech, no. Dzisiaj już nic nie myślę, może trochę genealogii, potem idę czytać o małpach.

niedziela, 20 lutego 2022

796. Franklin.

Dzień zaczęty śniadaniem i parowaniem wypranych skarpetek (takie wspólne zajęcie małżeńskie). Fred musiał wyjechać do Północnej (obiad i bardzo dużo ciastków spożyłam już we własnym towarzystwie). Z godziny na godzinę pogoda robiła się coraz paskudniejsza, parę krótkich przejaśnień oraz jedna tęcza nie zamydliły mi oczu.

Po wielogodzinnym wgapianiu się w mój nędzny tekst zaliczeniowy (pewnie w nadziei na wypatrzenie jakiejś w nim mądrości) w końcu wysłałam go dr Pierzastej. Nie wiem czemu ja się zawsze tak pier**lę i odkładam, feedback dostałam szybko, od zarobionej kobiety, która pewnie czekała na mnie od tygodnia, a nie pisała, bo jest kulturalna. Z grubsza fajnie, o metodzie pogadamy w nowym semestrze. Zalegało mi to z tyłu głowy, więc jestem zadowolona, że mogę odhaczyć (na jakiś czas, mind you).

Na czytelnicze zatwardzenie wzięłam Ferdynanda Wspaniałego Kerna (WL, 2014). Oczywiście sukces, może się dzięki temu odblokuję ;). Rozmawiałam też z rodzicami, doszła do nich ostatnia część Fredowego zamówienia z Empiku, na deser jest jedna pomyłka (zamiast Polańskiego zapakowano nam jakiś horror). Rodzice względnie rześcy, czekają na wiatr, planują podcięcie lip, trzymają się jakoś, polityki mają powyżej uszu.

Po północy aż do rana Franklin ma być w pełnej krasie. Mam nadzieję zmróżyć oko i śnić piękne sny.

wtorek, 28 września 2021

651. Delektacja.*

Chwila na google meet z dr Pierzastą zamieniła się w godzinną rozmowę. O wiele więcej nie wiem, ale pojawiła się inspiracja, a po wirtualnym spotkaniu odwiedziłam stronę uczelni i upewniłam się, że na razie wszystkie zapowiadane w tym semestrze przedmioty mam online. Może uda mi się jakoś przemknąć. Na razie, po zjedzeniu śledzika w śmietanie, delektuję się myślą, że Miły jutro też ma wolne i będziemy się w łóżku trącać dupkami.

* jest takie słowo.

poniedziałek, 13 września 2021

636. Niech będą pochwalone.

Trampki moje. Są 'savage', tak powiedział przechodzień zakakując mnie tym oświadczeniem, gdy stałam przed Tesco i dzwoniłam do Freda. Są wściekle pomarańczowe i nieprzemakalne. Padać zaczęło dopiero, gdy wróciłam domu.

Do wczesnego popołudnia grzebałam się w biurze z papierologią. Na uczelni dostałam zgodę na zapisanie się na zajęcia, ale samego zapisu nie widzę, podobnie jak nie widzę mojego seminarium dyplomowego, choć oficjalnie dziekanat przystał na moje żarliwe pragnienie studiowania głupot pod podejrzanymi skrzydłami dr Pierzastej. Czy to będzie lepszy wybór niż Czesiu? Żywię nadzieję.

Gdy wróciłam, Freda już nie było w domu, dzisiaj ma Swords. Gadamy więc z kotem, przy obiedzie rozpoczynam oglądanie ósmego sezonu Midsomer Murders i odwlekam moment zajrzenia jeszcze raz do materiałów, które jutro wydrukuję (z pomocą przyszły mi filmiki na yt, np. Samantha Bullat w kostiumach z początku XVII wieku). Za pożyteczne rzeczy zabrałam się oczywiście w ostatniej chwili. Kot zły na matkę o zamknięte okno, mruczy głośno jak tygrys.