Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Danka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Danka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 marca 2025

1904. Naleśnikowy wtorek.

Odrobinę powtórki z wczoraj, parę miłych dodatków. Gdy wstawałam, za grubymi zasłonami tlił się słoneczny świt; tym razem nas nie zawiódł, jasność zalała wybrzeże i została z nami do wieczora. Przed wyjazdem Fred zdybał Anne, mieliśmy chwilę na uścisk i ponowne podziękowanie za darmowe wejściówki na Wagnera. Kochany nadal miał czas na podwózki, czyli po pracy poszliśmy do Czarnej (mąż czekał pod Centrum w swoim różowym płaszczu), siedzieliśmy popijając i przeglądając prowincjonalną ofertę kulturalną. 

Przy wyjściu z kawiarni natknęliśmy się na przechodzącego Fr Damo (zawsze mnie uśmiecha ta mijanka).

W pracy cicho i wydajnie, poza tym koleżanki serwując naleśniki przypomniały mi, że przecież dzisiaj wtorek przed postem (zjadłam dwa pancakesy z truskawkami i bitą śmietaną).

Wracając zaś do tematu spaceru z Kochanym, po minięciu Fr Damo poszliśmy okrężną drogą do Babci (zostało jeszcze ponad pół godziny opłaty za postój), żeby się przekonać, jakie to trzy nowe kawiarnie pojawiły się na mapie miasta: w Laurensie (tam, gdzie kiedyś był M&S), następne vis-à-vis, w tym jedna z mołdawskimi akcentami i oferująca kawę po turecku (z tygielka); weszliśmy na chwilę, Fred w tym swoim różowym płaszczu z misiowym kołnierzem wyglądał im na Włocha. No nic nie poradzę :D

Po zakończeniu pracy i miejskim spacerze spłynęło na mnie poczucie szczęścia, Kochanego zaś dopadła wiosenna gorączka: małżonek wydobył z bagażnika właśnie zakupiony klęczniko-zydelek i wykorzystując to cudowne urządzenie wziął się za podcinanie lawendy, i to przed herbatą! Po krótkim blogowaniu zaczęłam robić obiad, dla Kochanego łosoś i pomidorki, dla mnie do kartoffeln mężowski bigos ;) W tle płyta Cave'a z Ellisem, zapętlam się na ostatniej piosence. Zresztą, tego dnia jakże pięknego, różne rzeczy mnie wzruszają, np. odkrycie, że wróble/mazurki używają części Rysiowej górki jako piaskowego basenu, albo pierwsze spotkanie z nieśmiałą kapturką (sylvia atricapilla). Większość irlandzkiej populacji zimuje w Iberii i Afryce, ciekawe czy to jedna z tych, które zostały na wschodnim (cieplejszym) wybrzeżu, czy maleństwo właśnie wróciło z zagranicy :)

Wieczorem rozmawiałam z Danką, potem z mamą. W poszukiwaniu filmów dla dwojga stanęło na Innej kobiecie (1988) Allena. Dobry, ale zakończenie dla Amerykanów.

środa, 17 kwietnia 2024

1582-1583. Kontrasty.

Wtorek letargiczny. Kochany wyjechał do pracy wcześniej ode mnie, ponownie spotkaliśmy się w mieście po południu, gdy akurat wybierałam nabiał w polskim sklepie. Reszta to ruchy bardzo wolne, zalegam, mielę w głowie, w genealogii dochodzę do Okoniów/Konieckich (znajduję trzy ciekawe akty). Danka się odezwała, jej latorośle chcą studiować za granicą; dość długo konwersujemy fejsbukowo, choć nie powiedziałabym, żebyśmy się kiedyś bardzo przyjaźniły (przypadku, gdy koleżanka zaczęła się przy kawie zalewać łzami z powodu sytuacji zawodowej, nie liczę), nie odnoszę też wrażenia, że była to rozmowa interesowna. Odbieram Dankę jako osobę zbyt spiętą, żeby była mnie w stanie dłużej tolerować. Może odnowimy kontakt, przyszłość pokaże. 

Od wczoraj bolący migdałek mnie rozpraszał, ale środa zaczęła się bardziej komfortowo, Kochany miał wolne i mógł mnie podwieźć do pracy (czyli wyciągnęłam nieboraka z łóżka o świcie; zrobiłam mu kawę, ale to słaba pociecha). Dżim odkrył, że w Irlandii chyba nigdy nie było bobrów, a szkoda (wg mnie i Dżima). Małżonek kupił trzy niebieskie, włoskie talerze obiadowe, osłonkę dla opuncji i bawełnianą pościel. Po południu podeszłam do rzeczywistości systematyczniej niż wczoraj: przewaliłam trochę papierów, rozmawiałam z mamą (o dawnej polonistce która spędzała swoje ostatnie chwile u Sióstr i właśnie umarła, o Staniszkis i ponad dziewięćdziesięcioletniej Ani Kusiak z UK). Ćwiczyłam pół godziny, umyłam włosy, obejrzałam memy z Najsławniejszym Janem Pawłem i wróciłam do papierologii. Kochany zawsze obok, robi obiad i słucha punka. O mały włos, a byśmy się w życiu rozminęli. I co by wtedy było? I u kogo Ryszard zjadłby wszystkie te paszteciki warte zjedzenia? Aż strach tak myśleć (bo groza i smutek).

sobota, 13 marca 2021

452. Gdzieś pewnie się dzieje.

Z rana słoneczko za oknem świeci, w oknie kot wystawowy, mąż śpi, w głośnikach Beatelsi śpiewają na Revolverze (1966). Sobotę spędziliśmy bezwyjściowo, mimo słońca było wietrznie i zimno. Najbardziej aktywny z naszej trójki okazał się Rysio, który kilka razy wyruszał na patrol. Gdy Fred wstał na kawę, zagrała nam płyta the best Dexys Midnight Runners, Let's Make This Precious (2003). Wyprane ręczniki tylko chwilę łopotały na wietrze. Musiałam je zdjąć przed obiadem, żeby sobie w konsumpcji nie przeszkadzać obserwacją burawej chmury, która w końcu przytelepała się z zachodu. Na świecie pewnie się dzieje, ale nie u nas. Wieczorem było Party przy świecach (1980), kolejny film ze scenariuszem Himilsbacha (dopiero dzisiaj zauważyłam, że zagrał w nim Dziędziel).

Mamy z Fredem mocne postanowienie poprawy — chcemy chodzić spać o tzw. ludzkiej porze. Czy muszę dodawać, że kiepsko nam idzie? Sobotę kończę rozmawiając przez messenger z Danką. To raczej rozmowa uaktualniająca naszą znajomość, niż bogata w info o byłej pracy i znajomych. Danka mieszka na miejscu, ale wyautowała się z relacji, które jej nie służą. Szanuję.