Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Drewienko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Drewienko. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 października 2025

2121. Pomiędzy.

Noc była krótka, mózg nadal funkcjonuje mi w trybie poprzestawianych godzin. Świekra przygotowała nam śniadanie, jedliśmy, rozmawialiśmy o pozostawionych w domu kotach. Cytat ze Srogiego Freda w kontekście naszej wizyty teatralnej, który dość mnie rozbawił, bo nie miał sensu, ale trochę też miał: Tak patrzę na zdjęcia rodzinne i mi się Makbet przypomniał. Świekra wykorzystała moment, gdy Kochany zniknął w łazience, żeby poruszyć temat życia prywatnego Stu. Wytrzymałam, czyli rysa na wizerunku, za to dobry nastrój został ocalon. Kierunek: Kozłówka.

Podróż trwała mniej niż godzinę. Gdy mijaliśmy lokalną szkołę muzyczną, przypomniał mi się Dzień świstaka, jego filozoficzna puenta. Po drodze, dzięki mamie Freda, grał mi w głowie utwór Danny Boy, oczywiście za dźwiękiem poszedł obraz. Lubelskie wsie chyba nie różnią się bardzo od wsi wielkopolskich, dużo nowych domów, sporo wysiłku włożonego w zapominanie.

Pałac w Kozłówce sztos. Zanim jeszcze weszliśmy do głównego budynku, moją uwagę zwróciła grupa osób przebranych w sarmackie stroje, która w klombach przed pałacem śpiewała na jakąś ludową nutę. Stroje szlacheckie, piosenki chłopskie, kapitalne! 

Najpierw kupiliśmy bilety do paru miejsc i czekając na wejście z przewodnikiem podeszliśmy do kawiarni (kawa z kapsułek, sernik). W pałacu zwiedzaliśmy pomieszczenia na piętrze (rozmach i klamoty), potem muzeum socrealizmu i galerię w której można było zobaczyć maski pośmiertne różnych gości (Chopin i Mickiewicz mieli krzywe przegrody nosowe).

Ach, i but! Zanim weszłam do pałacu, skrzypienie lewego conversa okazało się oderwaną podeszwą; po zwiedzaniu z przewodnikiem, wróciłam do samochodu, żeby wymienić wełnianki na glany (druga para butów pod ręką to był naprawdę dobry pomysł).

Chcieliśmy zjeść obiad w Nałęczowie, ale zrobiło się późno, wróciliśmy do domu i tu zaliczyłam drugi fail: nie zjadłam zupy, niestety ilość religijnie dodanej kiszonki przekroczyła granice mojej tolerancji. Drugie danie było pyszne; świekra w tym czasie wyszła na mszę.

Wypijmy za to, rzekł Freda wznosząc kryształ z Piwniczanką kończącą rozmowę o zdarzeniu porannym. Korzystając z sytuacji komfortowej (pełne brzuchy, łagodna pogoda, zapasowy klucz), poszliśmy w kierunku Zielonej. W Empiku Kochany kupił mi książkę Zyty Rudzkiej pt. Mykwa, poza tym w lodziarni, przy lodach i napitkach, omawialiśmy dzisiejsze przypadki. 

Po zakupie kilku kosmetycznych drobiazgów (w tym nowej szminki firmy Kobo, kolor magenta 425), poszliśmy w miasto i w oświetlanych przez pełnię głowach zrodziły się nam różne fajne pomysły stalkingu. Najpierw przemaszerowaliśmy pod oknami DK, jestem przekonana, że widziałam ją na balkonie. A dlaczegóż by nie zadzwonić domofonem do państwa W. na czwartym piętrze i nie zapytać: Dominik wyjdzie? Najlepszy był jednak pomysł, żeby zerwać się z łóżka przed Słońcem, przejechać ponad 100 km na płd-wsch, zaczaić się pod Sezamem, wejść do sklepiku osiedlowego za zgarbioną sylwetką jednego z pierwszych klientów i jakby nigdy nic powiedzieć: cześć, Stachu! Bardzo byłam tym konceptem ubawiona :D


Wróciwszy na osiedle Kochany wypatrzył dla mnie światło w oknie kuchennym i słabsze, pełgające światło ekranu telewizyjnego w salonie. Tup tup na górę. Napiliśmy się senchy, zdmuchnęłam świeczki z czekoladowo-malinowego torciku. Pora przyłożyć głowę do poduchy. Kolejny dobry dzień. 

środa, 8 lutego 2023

1150. Sennie i chłodno.

Na dobre ze snu wybudziła mnie pomarańczowa poświata słoneczna pełznąca po ścianie. Sny miałam bezładne (Kochany nastawił budzik na trzecią nad ranem), zajmowałam się w nich cudzymi światami wyobraźni. W kuchni przywitał mnie Ryszard, ciepły, zaspany i gotowy na dokładkę do odtatusiowego śniadania. W nocy zatoki się mi zakitalają, stąd wizje spaceru aż tak mnie nie nęcą, postawiłam na marsz "na sucho" przy oglądaniu czegoś w sieci (padło na pierwszy odcinek 19 sezonu Midsomer). Poza tym pracowałamć miałam nad projektem TT i magisterką ... dobrze to brzmi, ale niekoniecznie tak leciało — dużo czasu zmarnowałam na Drewienko i jej stare blogi (w przyrodzie nic nie ginie), na gadanie z kotem, mielenie w głowie różnych spraw. Fred wrócił około szóstej, w sam raz na obiad (na bazie sosu tomatowego z meatballsami i brązowymi pieczarkami). Z mężem przy boku jestem taka, czy jak wiem ... bardziej rozgarnięta? Ale po herbacie z cytryną to już naprawdę niewiele mam do dodania. Jeszcze 5 minut z niemieckim, i książka ...