Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TT. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TT. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 listopada 2023

1425. Nie psuj.

Słonecznie; nad wybrzeżem płyną grube, szare chmurki pod smukłymi jasnymi chmurami. W pracy wzorcowo, chociaż grupa złaziła się po kawałku. Nie miałam poczucia przeładowania zmysłów, dzieciaki robiły, co miały robić, wszystko szło sprawnie i o dwunastej powiedzieliśmy sobie sajonara. Kochany wrócił dzisiaj po północy, więc odsypiał, ale przyjechał po mnie do miasta; kupił mi iPhone'a 13, którym zastąpię sobie Samsunga A71, potem szwendaliśmy się jeszcze po Tesco szukając ingrediencji na idealne sobotnie śniadanie. W domu zastałam pocztę optymistyczną: ostateczny dyplom za tegoroczne męczarnie z kursem TT, o którym już zdążyłam zapomnieć, że się mi należy jak psu buda. 

Tylko wiadomość od Aś zważyła nam dzień: jej szef poszukuje domu dla kotka. Kotek mały, czarny i śliczny. Gdyby Rysio żył, całkiem możliwe, że właśnie takiego braciszka byśmy dla niego szukali. Jak odpowiedzieć ludziom, że mając dobre chęci niekoniecznie robią dobre rzeczy? Bo sobie myślę, że gdyby nie śmierć Rysia, to nikt by nam o maluchu nie powiedział. Ludzie czasami dziwnie sklejają, ech.

Żeby o tym nie myśleć, po dobrym obiadku zajęłam się obczajaniem telefonu. Nawet wynalazłam futerał podobny do starego i zadałam pytanie o możliwość wytłoczenia na nim tego, co mam na starym. Wyprowadziłam się też z Androida do iOS (transfer danych trwał jakieś 50 minut). Słuchamy z Kochanym debiutanckiej płyty Aya RL (1985), z Kukizem, gdy nie był jeszcze obciachem, potem nowofalowej Siekiery. Jesteśmy już z przyjaciółmi po słowie, więc sobota szykuje się wyjezdna. Wisienka piątku: Kochany kupił bilety na grudzień i leci ze mną ^..^

środa, 4 października 2023

1388. Czwarty października.

Znowu założyłam do wyjścia grube skarpety martensa, niech to będzie podsumowanie samopoczucia. Wczoraj dopiero późnym wieczorem się mi przypomniało, że w ciągu dnia dostałam zawiadomienie o zaliczeniu drugiego kursu TT, tym razem na "distinction" (jakim cudem, skoro świadomie ominęłam jedno albo dwa zadania?). Przeczytałam je i po pięciu minutach mózg wykasował informację. Oh, well, ***** *** i do przodu.
___
edit 17:30 Gdy rano siedziałam w autobusie, tatko zadzwonił z życzeniami i wspomnieniem, że to była sobota, a dwa dni później owinięta w kocyk ruszyłam w swoją pierwszą podróż, samochodem marki Żuk wyprodukowanym w Lublinie.

W pracy spoczko. Chodzę jak śnięta pomimo porannej kawy wypitej w Czarnej. Na lunch wybyłam do Moorlanda, po powrocie koledzy zaskoczyli mnie gromkim odśpiewaniem happy birthday i konsumpcją tortu czekoladowego. A to moja grafika urodzinowa powstała z nudów między drugą trzydzieści a trzecią:


Zarezerwowałam Ryszardowi wizytę szczepionkową u weta. Wczoraj późnym wieczorem trochę się z Kochanym martwiliśmy, bo kot wrócił z obchodu ze zmrużonym okiem. Dzisiaj śladu nie ma po urazie (matka, o czym Ty do mnie miauczysz? Pączek czekał przy wejściu na osiedle, z ogonem w górze doprowadził mnie do domu, już zjadł i wyszedł). Co mi się chce? Nic. Spróbuję obejrzeć kolejny odcinek Midsomer, 22.4.
___
edit 20:50 odcinek z Simonem Shepherdem. Nie poznałam (cóż, wszyscy się starzejemy).  Świekra zadzwoniła z życzeniami pomiędzy mszą a odnową (a mama nie, bo ona zawsze wszystko robi na odwrót;)). Kochany wrócił z pracy z bukietem kwiatów. Na obiad mieliśmy zjeść lazanię, po kilku kęsach zgodnie zostawiliśmy ją ptakom. 
___
edit 22:35 zwieńczeniem tego dnia jest ząb. Dolna szóstka miała amalgamatowe wypełnienie od ponad 30 lat. Niby przeczuwałam to już od jakiegoś czasu, chociaż u dentysty nic nie wyszło. Właśnie dzisiaj musieliśmy się rozstać. Czuję jak po lewej stronie twarzy zionę otchłanią. 

piątek, 21 lipca 2023

1313. Nareszcie.

To były dla Kochanego trudne cztery tygodnie, ale koniec z tym, przerwa. Tradycyjnie w piątek małżonek szybciej skończył zmianę. Czekał na mnie o trzeciej przed Centrum i zabrał karocą do domu. Zaraz po powrocie na wieś (tylko siku i już) poszliśmy na spacer, najpierw malutkie kółko z Ryszardem, potem większe kółko po wsi (nie skręciliśmy na plażę, bo zaczął na nas kropić deszcz, ciepły, ale stanowczy). Więc o:

Fred robi mi ukradkiem zdjęcia i mówi,
że wyglądam masłowsko

Pocztą przyszedł dyplom z pierwszego kursu TT (nice). Mąż robi obiad; jemy obiad. Słuchamy z Kochanym Cichej śpiewającej językami oraz Tony'ego Bennetta (zmarł dzisiaj), czyli potem Judy, więc i trochę cabaretowej Lajzy ... Faith No More ... Talking Heads (gdyż mamy rozrzut i gest). Kot siedzi na parapecie i przez otwarte okno sypialni zerka na mżawkę w ogródku powoli zasnuwającym się mrokiem.

poniedziałek, 3 lipca 2023

1295. Arghh!

Jeszcze wczoraj z wieczora dochtórka przeczytała mój tekst i odpisała z sensownymi uwagami. Przed chwilą udało się mi w terminie pchnąć ostatnie zadanie TT (z lukami, co mnie martwi, ale snu z oczu nie spędzi, bo są inne sprawy, które zrobią to skuteczniej). Mogę się poczuć jak na wakacjach. Tzn. do jutra rana, bo mam spotkanie z Gronją. Czyli dobrze, nie? A jednak ...

W nocy fatalnie spałam, zresztą Fred również (miałam wrażenie, że co chwilę zrywał się na równe nogi, potem opowiadał mi swój koszmar). Dzisiaj Kochany zaczął pracę w Carlow, i tak się będzie turlał codziennie, aż do piątku, po obwodnicy stolycy klnąc na korki. 

Sekwencja przykrych zdarzeń mniejszych i większych:
Ryszard wędrujący po niedalekim osiedlu (dał się przywieźć do domu dopiero późniejszym wieczorem). Wiadomość o sąsiadce z Nowej Aleksandrii (w zeszłym roku ciągnęła torbę na kółkach po ośnieżonym osiedlowym chodniku; ucieszyła się na nasz widok tak serdecznie, że natychmiast ją polubiłam) — wylew, nie wiadomo, co będzie. Na nocny koszmar, korki, wędrownicze koty, załamane zdrowie miłej kobiety karta bijąca wszystkie inne: śmierć. Kochany zadzwonił do mnie w czasie pracy ... zmarł starszy syn jego ciotecznej siostry. Nastolatek. Widziany przeze mnie raz. Wu o wszystkim informuje, spokojnie, ale tąpnęło nim. Większości musimy się domyślać. 

środa, 31 maja 2023

1262. Dé Céadaoin.

Wygrzebywaliśmy się z łóżka o dość wczesnej porze, jak na dzień teoretycznie wolny. Wyjazd był o dziewiątej, ale wiadomo, kaffka, stek (to ja! dojadałam, czego nie wciągnęłam wczoraj), decydowanie w co się oblec. Do tego jeszcze dla Gronji monitoruję ilość ludzi, którzy powoli zapisują się na wydarzenie, więc rano wysłałam kilka emilków.

Na onkologii nie ma już obowiązkowych maseczek, zlikwidowali również boksy w poczekalni, prosili jedynie o dezynfekcję rąk. Czekania było na ponad półtorej godziny, przyjęła nas afrykańska praktykantka, która niekoniecznie umiała wypowiedzieć wszystkie medyczne pojęcia. Ale gra i buczy, badanie nie wykazało niczego rakowego. Zabraliśmy się ze stolicy do domu, przez Drołdę oczywiście, żeby się zatrzymać u Aury i wypłoszyć ją do kuchni. Po drodze był jeszcze TK Maxx, gdzie Fred kupił mi spodnie (na dzień dziecka, jak twierdzi). Po powrocie nadganiałam pracę biurową, a Kochany walnął się do łóżka na popołudniową drzemkę. 

Nareszcie dostałam informację zwrotną z lokalnego ośrodka edukacji — zaliczyłam pierwszą część kursy TT na "merit" (czyli miałam 65%-79% zadania uznane). Ależ bardzo proszę, dobra wiadomość. Cieszę się, naprawdę, jeden ogon odhaczony na plus i już nie powiem sobie, że wszędzie odniosłam porażkę (to byłoby bardzo przykre, morale by mi siadło totalnie). Gronja potrzebuje dodatkowej pomocy ponad to, co na dzisiaj zaplanowałam, więc wieczorem jeszcze naniosę małe poprawki i wracam do magisterki. Najlepsza wiadomość dnia jest jednak taka, że Kochany jest zdrowy oraz zadowolony (jak zauważyła pani praktykantka). 

***

Maj był miesiącem pełnym mojej frustracji. Kroczkami, byle do przodu.

niedziela, 28 maja 2023

1259. Dé Domhnaigh.

Piszę zadanie na zaliczenie i chcę sobie przez to w łeb strzelić. Marnowanie czasu i pięknych okoliczności pogody. No nic, trzeba brnąć. Prawdopodobnie napiszę podanko o kolejne odroczenie terminu wysyłania zadania. Da mi to czas, żeby sprawdzić, czy w ogóle zaliczyłam pierwszą część kursu. Tyle. Jako się rzekło, na zewnątrz pięknie. Pościel się pierze, Kochany wyjechał do miasta zrobić zakupy spożywcze, kot kręci się naokoło domu. Ryszard znowu spał dzisiaj w kuchni i rano wcale się mocno nie napraszał na wypuszczenie. Nietypowe. Martwi nas to jego przysypianie i ogólnie mniej dynamiczny sposób poruszania się. Wygląda tak, jakby kota coś pobolewało. Interpretuję sobie, że znowu reumatyzm, chociaż wiem, że nic nie wiem.
___
edit 17:00 Polizany przez kota, autobiografia sera, rzekł mąż pokazując mi kawałki cheddara. Pralka przerabia kolejną porcję prania, my trawimy (w szczególności bezę z bitą śmietaną i owocami). Kot mnie wzrusza swoim spaniem puchatkowym na tapczanie w Kuchniosalonie (pomimo soundtracku Fleetwood Mac i wrzasku młynka żarnowego); zjadł lunch, widać, że chce odpocząć, bo zamiast drzemać w rabatce wybrał miejsce, gdzie nikt go brzydko nie zaskoczy. 

Jestem totalnie zdekoncentrowana. To co ja miałam robić? 
___
edit 21:10 Spacer wieczorny:



___
edit 22:35 Nie udało się mi zrobić tyle, ile zamierzałam, na dodatek wciągnęłam mnóstwo kalorii i nabawiłam się w głowie chaosu. Kochanemu się chyba udzieliło, bo właśnie przesolił fasolkę po bretońsku i teraz ratuje ją kartoflami. A jednak, szczęściarze z nas.

piątek, 26 maja 2023

1257. 6.

No, ależ się przez ten czas zmieniło, powiedziałam coś w tym guście patrząc przez okno na miasto.

Czwartek omsknął się o piątek. Przy zmianie daty złożyliśmy sobie życzenia, po czym Kochany okazał mi torbę z giftami dla nas obojga, perfumami Clive Christian (Matsukita & Amberwood; obudziłam się otulona ciekawym zapachem). 

Dzień wiadomy, przed pierwszą herbatą zadzwoniłam do mamy, żeby jej złożyć życzenia mamodniowe. Mama zadowolona, brwi narysowane, już w pracy, zajęta i w ogóle. Tymczasem ja większość dnia byłam niedospana i bez energii. Spotkanie na które umówiłam się w związku z TT niczego interesującego mi nie dało, ale czasu nie zmarnowałam (gdy doszłam do wniosku, że nie o to się mi rozchodziło, po prostu wylogowałam się z zoomu). O czwartej poszłam do Czarnej, chwilę później witałam się z Kochanym ozdobionym moją nową, jedwabną bandaną All Saints. Wypiliśmy kawy, przeszliśmy się do polmarketu, po zakupach wróciliśmy do domu. Ponieważ Fred rano buszował po sklepach, w ogródku pojawił się nowy karmnik "robakowy", a w Kuchniosalonie gatki dla mnie na Kretę/lato w Polsce (frufru Antik Batik w kwiatki; gdy wieje, widać pupę, jak mniemam). Wieczorem rozmawialiśmy z żoną Andrju, która ma dzisiaj urodziny; Fred po raz kolejny przedstawiał swój nowy projekt i plany przyjazdu do Polski. Z powodu umysłowego zmęczenia piątek nabrał charakteru rozsypanki — wysłuchiwałam połowy zdań, ziewałam w nieodpowiednich momentach i szybko traciłam zainteresowanie. A jednak, dzień jest udany, czasami wystarczy po prostu być. 

środa, 24 maja 2023

1255. Znużona.

Fred wrócił do domu, gdy spałam. Obudziliśmy się razem; niestety Kochany zaraz musiał przygotowywać się do wyjazdu do Tralee. To cztery godziny drogi w jedną stronę, ciężka doba dla męża. Pa, kochana, do jutra. Pomachałam mu po dziesiątej rano.

Dzień miałam mniej rozgrzebany i zmitrężony niż wczoraj. Uczciwie zasiadłam do pisania jednego zadania TT (w przerwach robiąc przysiady, podcinając sobie grzywkę i gadając sama do siebie), po obiedzie dalsza część prasowania z oglądaniem Midsomer Murders (końcowy wyścig królika z żółwiem szanuję).Wyszłam na chwilę do ogródka popatrzeć jak chwasty rosną i zauważyłam dorosłego szpaka, któremu dwa niedorostki nie dawały spokoju domagając się od niego żarcia. Gdy przyjrzałam się mu bliżej okazało się, że ma uszkodzoną nogę. Nie dokarmiamy fruwaczy w sezonie letnim, ale otworzyłam specjalnie dla niego nową torbę suszonych robali. Podjadł trochę, posiedział przy misce. To chyba świeża kontuzja, bo ptak wyraźnie nie miał humoru. Zobaczę, czy jutro się pojawi. Na całej sytuacji skorzystali inni zarobieni rodzice. Młode są już wielkości dorosłych, ale nadal żebrzą o jedzenie.

Brak informacji zwrotnych na które czekam nuży mnie i demotywuje. Mogłabym myśl rozwinąć, ale szkoda sobie strzępić palców. Idę umyć włosy, odświeżyć się i może jeszcze chwilę coś popiszę. Fred faktycznie utknął w Tralee na dłużej.
___
edit 22:30 zmarła Tina Turner. Poza tym wieki całe nie lizałam brzegów koperty, żeby ją zakleić. Koperta była dołączona do kartki z kotem w swetrze, więc cóż, użyłam takiej, jaką miałam.

wtorek, 16 maja 2023

1247. Do przodu.

Ostatnie zajęcia z irlandzkiego. I bardzo dobrze, bo męczyły mnie te wtorki. Zarzucenie nas zdaniami nawet dla Irlandczyków było dość traumatyczne. Za tydzień egzamin ustny, zdam/nie zdam, w każdym razie ten etap będzie odhaczony. Kurs dał mi jako taką podstawę do samodzielnej nauki. Okazało się dzisiaj, że z jedną ze studentek (jesteśmy zebrani z całego kraju) wymieniałam ostatnio zawodowe emilki. 

Kochany wrócił w nocy i ponownie wyruszył tuż po południu, tym razem do Kilkenny. Podjadłam mu trochę łazanek, skończyłam kurs i poszłam nad morze, daleko, daleko. Osiedle pachnie schnącym sianem (okoliczne place zostały skoszone en masse, ale nie ma tu zwyczaju zabierania trawy, ptaki brodzą po kolanka w źdźbłach i polują na jedzenie). 

Nad morzem bezludnie. W piasku ślady końskich kopyt, z dźwięków głosy drobnych ptaków, czasami daleki mruk samolotu lecącego na Dublin, poza tym wiatr ledwo szepcze. Nie wiem kiedy postanowiłam dojść aż do jaskółczego osiedla, nogi mnie niosły wartko. Osiedle zajęte było karmieniem młodych, oczywiście znowu nie miałam przy sobie normalnego aparatu, żeby zrobić sensowne zdjęcia. Kalkulator był za to dobry w foceniu bliskich, martwych obiektów:


Po powrocie Amerykańska guma do żucia, Pinky (1972) była oglądana, straszliwa kobra z czasów PRL, ze scenariuszem Janickiego. Obejrzałam ją głównie z powodu wątku nadmorskiego (mówiłam ostatnio Fredowi, że prowincja nadmorska po sezonie kojarzy się mi z peerelowskimi kryminałami) oraz oczywiście, żeby nie robić tego, co miałam robić. Najchętniej wskoczyłabym do łóżka i zajęła się sennymi marzeniami, trzeba się jednak zmusić do odrobiny choćby produktywności (w stylu: wejść na stronę kursu i przesunąć deadline o dwa tygodnie ;D).

niedziela, 30 kwietnia 2023

1231. (bo zapomniałam zatytułować)

Trzy rzeczy: słucham irlandzkiego, międlę zadanie na TT, piszę rozgrzebuję część teoretyczną magisterki. Niedziela była pochmurna, ale bardzo ciepła więc przeszłam się nad morze i zostałam zaskoczona jakimś wydarzeniem morsko-sportowym o którym nie miałam pojęcia:

Inne: na ogródku znalazłam zamemlanego wróbla (chciałabym się łudzić, że to nie Ryszard, ale do kota przykleiło się małe piórko). Kochany dobrze się bawi u Niemców, pomachał mi ze skały Lorelei, Perlisty też wydaje się zadowolony gościem. Odnowiłam trudną relację z MyHeritage płacąc roczny abonament (po zniżce 75%), przez co oczywiście natychmiast wpadłam w króliczą norę genealogii.

***

Miesiąc był intensywny, choć ciągle czułam, że niektóre sprawy się ślimaczą (głównie z powodu mojego niedowładu umysłowego i ogólnego niechciejstwa).

czwartek, 13 kwietnia 2023

1214. Na dobre.

Ziew, wstawać się nie chce. Poranki są zimne, ale widać, że wiosna i to mnie bardzo buduje. Po przebudzeniu przypomniał mi się wczorajszy sen o starzejącej się Madonnie, pospołu ze snem dzisiejszym o tym, jak to w podróży pomiędzy miejscami zatrzymałam się gdzieś i miałam iść spać, ale nie poszłam i nagle zrobiło się przed trzecią rano, a pobudka była o szóstej. 

Faktycznie pobudka była o szóstej. Mąż jeszcze w domu, odrzucił moją hipotezę o tym, że lewa ręka nadal mu rośnie, pocałowaliśmy się i wyjechał. W pracy wyłaziłam po mieście 10 tys. kroków. Pogoda była wiosenna, ale zmęczyło mnie to kręcenie się naokoło, wieczorem już nic się mi nie chce (miałam oglądać kolejną ramotę z Mikulskim, ale dałam sobie spokój po kilku minutach; nie ta głowa). Poza tym rozmawiałam z mamą. Poza tym raz na jakiś czas okazuje się, że moja logika nie odbiega od logiki świata — drugi kurs TT ma deadline w maju tak jak sobie to we własnej głowie ustaliłam, a nie we wtorek, który jak wiadomo minął. No i dobrze, to może do niego podejdę, pomyślę o tym jutro. Czarna herbata się nam skończyła, trzeba kupić Barry's. Fred przywiózł z pracy dwie półki, bo były po €10. Mają być na kubki, których liczba się nam rozrasta w tempie niekontrolowanym.

poniedziałek, 10 kwietnia 2023

1211. Dziesiąty kwietnia.

Dalszy ciąg wielkanocnego gnieżdżenia się. W południe wybraliśmy się na zakupy spożywcze, bo od jutra jesteśmy oboje w rozjazdach. Kobieta w Tesco pochwaliła Fredowe buty i zapytała mnie, ile lat mi zajęło rozwijanie mężowskiego stylu ... zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że ani dnia temu nie poświęciłam. Poza tym zajrzeliśmy do Costy. Pogoda w kratkę, przelotne deszcze dwa razy zamieniły się w grad, pomiędzy opadami poszliśmy na spacer nad rzekę Boyne. Tutaj deszczowe chmury nad miastem:


W ogrodzie Oldbridge kwitną już grusze i rododendrony. Najpierw byliśmy z Kochanym za murem, potem na spacerze ścieżką wzdłuż kanału, która częściowo była w błotku, tak jak się nam zdawało, że będzie. 




Gdy ufaflunieni rozmokłą ziemią doszliśmy do parkingu, ponownie spadł deszcz. Po powrocie do domu Kochany zrobił obiad (kalafior z beszamelem), a ja ściubiłam nonsensy i nanosiłam ostatnie poprawki do poprawek. Obejrzeliśmy z Fredem drugi odcinek Nocy i dni, i tak jakoś na gadaniu zeszedł nam wieczór, że Kochany zupełnie zapomniał o swoim planie robienia gulaszu (wołowina jest w lodówce). Wideoklip z lekcją do kursu TT właśnie wysyłam, super wolno się ładuje na stronę. Nie bardzo wierzę, że kurs zaliczę, wszystko jest raczej słabej jakości, głównie dlatego, że nic a nic mnie to w tej chwili nie interesuje. Już do irlandzkiego nabrałam ociupinkę więcej serca po zajęciach w zeszłym tygodniu (a może tak działa na mnie myśl, że mam tydzień przerwy?). Nadal czekam patrząc na kręcące się kółko. Jutro rano do pracy na dłużej, trzeba będzie mózg pozbierać z kawałków.

piątek, 7 kwietnia 2023

1208. Gupia.

Leżenie nie pomaga, a w zasadzie wygląda jakby szkodziło. Ból pleców znowu mnie budził. Tymczasem pogoda ładna, więc z rana nastawiłam pranie, zjadłam resztki z wczorajszej kofty, przeszłam się z Celtem nad morze. Reszta dnia została zepsuta pracą nad zadaniami do TT, które tak zaczęłam przeredagowywać, że trzeba je było pisać od nowa. Jeszcze nie skończyłam, i tylko jednym uchem usłyszałam życzenia świateczne od cioci Ce i Kaś Matki Kotów. Fred wróciwszy z pracy zajął się wszystkimi normalnymi sprawami, łącznie z obiadem i rozmowami z rodziną.

środa, 8 lutego 2023

1150. Sennie i chłodno.

Na dobre ze snu wybudziła mnie pomarańczowa poświata słoneczna pełznąca po ścianie. Sny miałam bezładne (Kochany nastawił budzik na trzecią nad ranem), zajmowałam się w nich cudzymi światami wyobraźni. W kuchni przywitał mnie Ryszard, ciepły, zaspany i gotowy na dokładkę do odtatusiowego śniadania. W nocy zatoki się mi zakitalają, stąd wizje spaceru aż tak mnie nie nęcą, postawiłam na marsz "na sucho" przy oglądaniu czegoś w sieci (padło na pierwszy odcinek 19 sezonu Midsomer). Poza tym pracowałamć miałam nad projektem TT i magisterką ... dobrze to brzmi, ale niekoniecznie tak leciało — dużo czasu zmarnowałam na Drewienko i jej stare blogi (w przyrodzie nic nie ginie), na gadanie z kotem, mielenie w głowie różnych spraw. Fred wrócił około szóstej, w sam raz na obiad (na bazie sosu tomatowego z meatballsami i brązowymi pieczarkami). Z mężem przy boku jestem taka, czy jak wiem ... bardziej rozgarnięta? Ale po herbacie z cytryną to już naprawdę niewiele mam do dodania. Jeszcze 5 minut z niemieckim, i książka ...

niedziela, 22 stycznia 2023

1133. Kontynuacja obiboctwa w zasadzie.

Miałam w głowie pewien plan tego, co chcę dzisiaj zrobić. Stało w nim, że Fred w południe wybywa do pracy i mogę poszaleć z czytelnictwem. Niestety, Leniuszek We Mnie ma się nadspodziewanie dobrze. Wprawdzie dooglądałam sporo nagrań z kursu trenerskiego i ogarnęłam prasowanie bielizny zerkając przy okazji na 18.04 Midsumer, ale z resztą bojowych zamierzeń już gorzej. Zdrzemnęłam się epicko (obok kota), zamiast kończyć czytanie Koralewicz. Miałam zamysł zrobienia końcowych poprawek do kwestionariusza i wysłania linka do promotorki, ale zostało to w moim leniwym łbie przełożone na jutro. Za to uświadomiłam sobie, że jest czwarty sezon 1000-lb Sisters i nie mogłam sobie odmówić. Podglądałam też jak Karolina kontynuowała głowienie się nad remontowaniem swojego mieszkania. W taki sposób niedziela minęła, a u mnie wszystko (ależ bądźmy optymistami!) dużo rozbabrane. Kochany pracuje niedaleko i liczę na to, że wróci do domu przed północą. Myję zęby i idę czytać książkę.

piątek, 20 stycznia 2023

1130-1131. Mrozowe ostatki.

Czwartek był czwartkowy i praca jak to praca.  Ach, pyszny obiad małżonek dla nas zrobił, z surówką z marchewki po Krisowemu (normalnie, życie mi to uratowało!). Po południu kontynuowałam oglądanie wykładów z kursu trenerskiego, liczyłam kroki, czytałam. Fred rozgadał się telefonicznie, więc przy tej okazji machałyśmy do siebie ze szwagierką, oraz plany na sobotę były przez męża rozważane. Bardzo wcześnie jak na mnie (dziewiąta) wskoczyłam pod kołderkę (to pewnie z wychłodzenia).

Piątek jest piątkowy, z poranną ekscytacją Fredową w bonusie: męża poinformowano, że ktoś zwrócił bilety na koncert Vana Morrisona i on może je kupić (czyli w kwietniu jedziemy do Belfastu). Pracę skończyłam w pół do trzeciej i prawie od razu wpadłam Kochanemu w ramiona. Przy okazji plotkowania o sąsiadach Fred dowiedział się, że jutro Katlin obchodzi lat 75, w związku z czym wybraliśmy się na poszukiwanie prezentu. Najpierw jednak był lunch w Cedar Gate. Wahałam się czy wracać do tego miejsca, bo pamiętałam moje smuteczki grudniowe, ale na szczęście wszystko się poprawiło: ryż był dobrze doprawiony, zachodnia muzyka została wyparta przez bliskowschodnie pitolenia, poza tym odkryłam sok brzoskwiniowy. Kręcąc się po mieście zamiast prezentu dla sąsiadki kupiliśmy prezenty dla Aś i Juliji (dwa kubki z ptakami) i zagadaliśmy do Martaszaki. To drugie zupełnie niepotrzebnie, bo tylko zepsuło mi humor (Martaszka-utrapienie oświadczyła, że w czerwcu to już na pewno wraca do Polski). Humor nie został zepsuty na długo, poprawiłam go sobie brykaniem.

Już w domu dowiedziałam się od mamy (przez messenger, oczywista), że przyszły do mnie kwestionariusze z Pracowni Testów. No!

Chodzenie: wczoraj i dzisiaj szłam od kościoła do domu. Nadal mroźno (szron na chodnikach, w Centrum ziąb, rano Fred musiał wcześniej odpalać samochód przed wyjazdem). Mówią prognozy, że na tym koniec, od jutra ma być cieplej (zobaczymy). A na razie szłam od kościoła do domu, w oddali góry Mourne pod śniegiem i mrugające światła Kilkeel.

wtorek, 17 stycznia 2023

1128. Mróz.

Szron nie przeszkodził mi w spacerze nad morze, ponownie doszłam za winkiel, tym razem z policzkami płonącymi od chłodu, opatulona w mężowski szalik. Kot próbował wyjść z domu kilkakrotnie, w końcu zaliczył dłuższy spacer około południa, gdy słońce trochę rozgrzało powietrze. Resztę dnia poświęciłam na rozpoczęcie kursu trenera, rozmowę z tatą, eksperymenta kulinarne (pierwszy raz upiekłam umundurowanego kartofla na obiad), słuchanie Händla, oglądanie 18.03 odcinka Midsomer. Obejrzałam też parę wywiadów zmarłej kilka dni temu Lisy Marie Presley. Pod wieczór zaczął mnie martwić przeciągający się pobyt Freda poza domem (Kochany wyjechał wcześnie rano na dublińskie lotnisko i nadal go nie ma z powrotem). Czytam, czekam, wysłuchuję kociego narzekania.
___
edit 23:00 życie zielonego kubka w którym trzymałam szczoteczkę do zębów nie było zbyt długie, ledwie rok. A Fred już do mnie jedzie.