Słonecznie; nad wybrzeżem płyną grube, szare chmurki pod smukłymi jasnymi chmurami. W pracy wzorcowo, chociaż grupa złaziła się po kawałku. Nie miałam poczucia przeładowania zmysłów, dzieciaki robiły, co miały robić, wszystko szło sprawnie i o dwunastej powiedzieliśmy sobie sajonara. Kochany wrócił dzisiaj po północy, więc odsypiał, ale przyjechał po mnie do miasta; kupił mi iPhone'a 13, którym zastąpię sobie Samsunga A71, potem szwendaliśmy się jeszcze po Tesco szukając ingrediencji na idealne sobotnie śniadanie. W domu zastałam pocztę optymistyczną: ostateczny dyplom za tegoroczne męczarnie z kursem TT, o którym już zdążyłam zapomnieć, że się mi należy jak psu buda.
Tylko wiadomość od Aś zważyła nam dzień: jej szef poszukuje domu dla kotka. Kotek mały, czarny i śliczny. Gdyby Rysio żył, całkiem możliwe, że właśnie takiego braciszka byśmy dla niego szukali. Jak odpowiedzieć ludziom, że mając dobre chęci niekoniecznie robią dobre rzeczy? Bo sobie myślę, że gdyby nie śmierć Rysia, to nikt by nam o maluchu nie powiedział. Ludzie czasami dziwnie sklejają, ech.
Żeby o tym nie myśleć, po dobrym obiadku zajęłam się obczajaniem telefonu. Nawet wynalazłam futerał podobny do starego i zadałam pytanie o możliwość wytłoczenia na nim tego, co mam na starym. Wyprowadziłam się też z Androida do iOS (transfer danych trwał jakieś 50 minut). Słuchamy z Kochanym debiutanckiej płyty Aya RL (1985), z Kukizem, gdy nie był jeszcze obciachem, potem nowofalowej Siekiery. Jesteśmy już z przyjaciółmi po słowie, więc sobota szykuje się wyjezdna. Wisienka piątku: Kochany kupił bilety na grudzień i leci ze mną ^..^














