Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dialogi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dialogi. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

2448-2449. Sierpień zmyka.

W niedzielę, po rozmowie z mamą (mama zdała relację ze stanu domostwa, Felek już się rządzi, rozwala się na fotelach i naprawia z tatkiem rower), podjęliśmy konkretne decyzje w sprawie dat wyjazdu. Kochany kupił lot do Warszawy i z powrotem; jeszcze się waham, przez kilka dni będę obserwowała fluktuację cen (plan jest taki, że wylatuję dwa dni po mężu, a gdy on wraca do domu, przenoszę się na kilka dni na zachód Polski). Śwogier już wie.

Wstępnie się umówiłem że u Wu będziemy spali, zagaił mąż po rozmowie telefonicznej z bratem.
Uuuuu, trochę strach!, mówię pół-żartem pół-serio. Fred zrobił cwaniacką minę ...
I jak leci? :D (inside joke, nieważne, ale może tak być)

Poza tym grzebiemy się ze wszystkim, długo jemy śniadanie, po kawie wyprowadzamy koteczki (myszy uciekają do domu z powodu deszczu; nad wybrzeżem krążą burzowe chmury). Czytam, Kochany robi żurek, ogarniamy się do wyjazdu na wieczór. W drodze ku północy zatrzymujemy się przy niebieskiej plaży, ale spacer robimy krótki, trochę mi zimno. U Ka&Jot nadrabiamy najnowsze wiadomości z pobytu przyjaciół w matczyźnie (kilka strupów się uzbierało, Ka już nie dla Polski, za dużo spraw go wkurwia, inny już on) oraz oglądamy dwa pierwsze odcinki trzeciego sezonu 1670 na bardzo dużym i bardzo zajebistym ekranie.

Po powrocie na chatę późny wieczorem, ziewając jak smok, przez chwilę zastanawiałam się, czy wkleić tu screen komentarza pod poprzednim postem, który został już skasowany przez autorkę. W końcu jednak ... nie, że nie jestem małostkowa, bo jestem, ale w dupie mam. Ludzie są głupi jak buty, a ja w temacie SI robię się coraz bardziej radykalna, bo jednak ... narzędzie to straszliwie obnaża płytkość człowieczą w różnych tematach (rzekomych więzi międzyludzkich, zdolności rozumienia słowa pisanego i tak dalej).

Poniedziałek w pracy spędziłam bardzo wydajnie. Po pracy od razu żurek Fredowy i spacer z kotami. Potem kilka chwil tu i tam, obrałam nowe okna z resztek kleju, Kochany przytwierdził do drzwi numer domu, chwilę latałam z mopem mając w planie rozłożenie w wąskim korytarzu maty do ćwiczeń. Koniec końców podłoga wymopowana, ale ćwiczeń nie będzie, coś mnie żołądek gniecie (podejrzany jest jogurt, niestety) ...

Znowu odłożyłam Herman, jestem na 112 stronie, ale musiałam jej zaniechać, bo nawet tytuł mnie irytował (pozostawiłam w niej zakładkę, treści są dobre, tylko mój Łeb się wzbrania, a ja go słucham). Kończę sierpień z dziewięcioma przeczytanymi książkami i trzema w czytaniu (po odłożeniu Herman dodałam do czytanych aktualnie książek słuchowisko Krew elfów). No i git.

Sierpniu, sierpniu ...

niedziela, 18 stycznia 2026

2224. Dobra niedziela.

Bronia o poranku, zamiast rozdawania nosków, wyraźnie prosiła o wpuszczenie do sypialni.

Bo ona chciałaby pobiec do okna sypialni i tam popatrzeć. Może ptaszki policzyć, albo studiować: mały ptaszek, duszy ptaszek, rozczulam się nad mądrością naszej kocóreczki.
Smaczny ptaszek, niesmaczny ptaszek, kontruje Fred.
Może ornitologia, to coś dla naszej małej myszki?
Albo przetwórstwo drobiowe, podsumowuje mąż.

Spokojna niedziela niewychodna. Nic nie wiemy, nie znamy się, nic nas nie obchodzi, nie jedziemy po chleb, bo jutro chleb będzie lepszy. Anne do nas przyszła na chwilę, poprosić Freda o przysługę. Mąż zrobił obiad, zjedliśmy, obejrzeliśmy świeży, dość wybiórczy dokument Bowie. The Final Act (2025). Mania w tym czasie rozłożyła się u mnie i przechrapała pół filmu, drugą część przebiegała po Kuchniosalonie tłukąc się z siostrą na zdrowie. W trakcie naszego oglądania niespodziewanie zadzwoniła świekra z wykładem medycznym dla Kochanego (wykład o wydalaniu, mąż sprytnie wykręcał się opowiadając o karierze żony; chyba zapomnieliśmy się do niej odezwać w okolicach nowego roku, teraz jak o tym myślę, to nawet na pewno). Próbowałam dzisiaj rozliczyć podatek, ale z powodu dodatkowych składek muszę to odroczyć, żeby wczytać się o so cho. No i git. Zaraz wskakuję do łóżka z mokrą głową, w skarpetkach w muchomory, żeby cieszyć się herbatą i lekturą.

sobota, 8 listopada 2025

2153. Sobota spacerowo-kinowa.

O poranku mieliśmy we wsi morską mgłę, która powoli przeniosła się na północ. Zachciało mi się gdzieś jechać; po rozważeniu jak dawno nie było nas w Laytown udaliśmy się właśnie w tym kierunku. Woda wysoko, załapaliśmy się na szczyt przypływu, na horyzoncie naliczyłam szesnaście kutrów, plaży nie za wiele, ale zawsze to miło.

Po spacerze poszukałam w Internecie możliwie blisko położonej kawiarni; tak trafiliśmy na nietuzinkową Sonairte Café, z wegefoodownią, niekoniecznie fast, założoną na XVII-wiecznej farmie. Kawa, wedgesy, dodatkowo w zakątku z używanymi książkami znaleźliśmy coś po polsku:



Do Applebaum dobrałam jeszcze Paxa Sary Pennypacker, razem kosztowało nas to €2.

O trzeciej byliśmy w domu i mogliśmy na chwilę przy tej dobrej, jesiennej pogodzie wyjść z kocóreczkami na krótką przygodę ogródkową. 

Umknęła nam okazja wyjazdu na Madame Butterfly, głównie przez moje gapiostwo, bo miałam ochotę na tę operę od późnego lata, potem o niej zapomniałam, a gdy sobie przypomniałam, było już po ptokach. Wprawdzie Anne wciągnęła nas na listę osób oczekujących na ewentualne zwroty biletów, ale po południu doszłam do wniosku, że nie ma co sobie nerwów szarpać przy wolnej sobocie i zarezerwowałam dla nas bilety w IMC na Dom dobry Smarzola (tutaj też odrobinę nerwów szarpanie, bo przecież Smarzowski miły nie będzie).

W międzyczasie Kochany długo rozmawiał z Perlistym, poza tym zdążyliśmy zjeść obiad. W końcu trzeba było ruszyć do miasta i zrobiliśmy to z takim ociąganiem, że prawie spóźniliśmy się na początek, na szczęście puszczono kilka reklam listopadowych sajfajów bum bum. Bardzo dziwna sytuacja: nikt nam nie sprawdził biletów, w ogóle ten budynek oraz okolica to jak widmo miasta z wczesnych filmów Jarmuscha — człowiek zostawia samochód nieopodal na parkingu i idąc pustą ulicą przy której podobno ma być kino, zastanawia się dokąd zmierza i czy świat nadal istnieje. Tutaj po seansie:

No nie było takie drastyczne, powiedział pan wychodzący.
Weź, przestań, odpowiedziała mu pani.

wtorek, 7 października 2025

2121. Pomiędzy.

Noc była krótka, mózg nadal funkcjonuje mi w trybie poprzestawianych godzin. Świekra przygotowała nam śniadanie, jedliśmy, rozmawialiśmy o pozostawionych w domu kotach. Cytat ze Srogiego Freda w kontekście naszej wizyty teatralnej, który dość mnie rozbawił, bo nie miał sensu, ale trochę też miał: Tak patrzę na zdjęcia rodzinne i mi się Makbet przypomniał. Świekra wykorzystała moment, gdy Kochany zniknął w łazience, żeby poruszyć temat życia prywatnego Stu. Wytrzymałam, czyli rysa na wizerunku, za to dobry nastrój został ocalon. Kierunek: Kozłówka.

Podróż trwała mniej niż godzinę. Gdy mijaliśmy lokalną szkołę muzyczną, przypomniał mi się Dzień świstaka, jego filozoficzna puenta. Po drodze, dzięki mamie Freda, grał mi w głowie utwór Danny Boy, oczywiście za dźwiękiem poszedł obraz. Lubelskie wsie chyba nie różnią się bardzo od wsi wielkopolskich, dużo nowych domów, sporo wysiłku włożonego w zapominanie.

Pałac w Kozłówce sztos. Zanim jeszcze weszliśmy do głównego budynku, moją uwagę zwróciła grupa osób przebranych w sarmackie stroje, która w klombach przed pałacem śpiewała na jakąś ludową nutę. Stroje szlacheckie, piosenki chłopskie, kapitalne! 

Najpierw kupiliśmy bilety do paru miejsc i czekając na wejście z przewodnikiem podeszliśmy do kawiarni (kawa z kapsułek, sernik). W pałacu zwiedzaliśmy pomieszczenia na piętrze (rozmach i klamoty), potem muzeum socrealizmu i galerię w której można było zobaczyć maski pośmiertne różnych gości (Chopin i Mickiewicz mieli krzywe przegrody nosowe).

Ach, i but! Zanim weszłam do pałacu, skrzypienie lewego conversa okazało się oderwaną podeszwą; po zwiedzaniu z przewodnikiem, wróciłam do samochodu, żeby wymienić wełnianki na glany (druga para butów pod ręką to był naprawdę dobry pomysł).

Chcieliśmy zjeść obiad w Nałęczowie, ale zrobiło się późno, wróciliśmy do domu i tu zaliczyłam drugi fail: nie zjadłam zupy, niestety ilość religijnie dodanej kiszonki przekroczyła granice mojej tolerancji. Drugie danie było pyszne; świekra w tym czasie wyszła na mszę.

Wypijmy za to, rzekł Freda wznosząc kryształ z Piwniczanką kończącą rozmowę o zdarzeniu porannym. Korzystając z sytuacji komfortowej (pełne brzuchy, łagodna pogoda, zapasowy klucz), poszliśmy w kierunku Zielonej. W Empiku Kochany kupił mi książkę Zyty Rudzkiej pt. Mykwa, poza tym w lodziarni, przy lodach i napitkach, omawialiśmy dzisiejsze przypadki. 

Po zakupie kilku kosmetycznych drobiazgów (w tym nowej szminki firmy Kobo, kolor magenta 425), poszliśmy w miasto i w oświetlanych przez pełnię głowach zrodziły się nam różne fajne pomysły stalkingu. Najpierw przemaszerowaliśmy pod oknami DK, jestem przekonana, że widziałam ją na balkonie. A dlaczegóż by nie zadzwonić domofonem do państwa W. na czwartym piętrze i nie zapytać: Dominik wyjdzie? Najlepszy był jednak pomysł, żeby zerwać się z łóżka przed Słońcem, przejechać ponad 100 km na płd-wsch, zaczaić się pod Sezamem, wejść do sklepiku osiedlowego za zgarbioną sylwetką jednego z pierwszych klientów i jakby nigdy nic powiedzieć: cześć, Stachu! Bardzo byłam tym konceptem ubawiona :D


Wróciwszy na osiedle Kochany wypatrzył dla mnie światło w oknie kuchennym i słabsze, pełgające światło ekranu telewizyjnego w salonie. Tup tup na górę. Napiliśmy się senchy, zdmuchnęłam świeczki z czekoladowo-malinowego torciku. Pora przyłożyć głowę do poduchy. Kolejny dobry dzień. 

poniedziałek, 22 września 2025

2106. Takoż ...

... przyszła jesień.

Kochany zrobił mi dzień. Czekał na mnie po pracy, zaproponował test meksykańskiego jedzenia w miejscu, które często mijam, a w którym nigdy nie byłam. Dobre.


Nadal trochę nam żal dublińskiej Tolteki. Podjadłam sobie burrito na wpych, że ho ho. Kochany szukał jakiegoś drobiazgu dla kolegi z pracy, więc przeszliśmy się po głównej ulicy zaglądając do dziwnych sklepików, głębokich jak borsucze nory. Nic ciekawego, jak można się było spodziewać (tandeta, brzydactwo, do tego bez stempla UE, czyli pewnie promieniująca uranem). Skręciliśmy do Szkota. I takie rzeczy w Waterstones:


Puzzle z motywem O czym szumią wierzby! Kochany mi kupił w prezencie, żebym sobie układała, kiedy już będę mogła układać (gdyż na razie tupot kocich stópek). Wróciliśmy do Babci zaparkowanej centralnie pod moją poprzednią pracą i ruszyliśmy do domu, bo już był najwyższy czas. Spacer myszowy krótki; chłód nie odpuścił, wręcz przeciwnie, rozbestwił się. Gdy w końcu zrobiłam sobie pierwszą wieczorną domową herbatę, zadzwoniłam do mamy i rozmawiałyśmy przez kamerkę z pół godziny (w Polsce zmiana pogody gwałtowna; na wsi brazylijska opera problemów z wywozem szamba i mama grozi reaktywacją sławojki; poza tym przestrasza mamę, że ja wracając na Wyspę, gdzieś się po mieście włóczę o północy, chodząc po mostach i szukając taksówki — uspokajam, że nie tym razem, choć tak naprawdę może i owszem). Oczywiście, rozmowy tego typu doprowadzają mnie i Kochanego do innych rozważań, wybiegania myślą, czy lecimy przez opolskie, czy przez miasto Łódź, a jak przez miasto Łódź, to z kim się widzimy. Od razu mi przychodzi do głowy mężowski Kuzyn z Miasta Łodzi, a jak kuzyn, to żona kuzyna, a jak żona kuzyna, to Świrówna, bo kto wie, może się znają, gdyż świat to tylko mała, zatłoczona kropka. Czyli na końcu rozmawiamy o ludziach z wirtualu.

Bo ty nie masz najważniejszego, kończy swój wywód Fred, wiary nie masz.
Jak to nie mam wiary! protestuję. Wierzę w ciebie. Wierzę w cud nad kuwetą. Zobaczysz, pewnego razu obudzimy się i nie będzie nasikane.

Burrito było tak sycące, że wchodzą mi już tylko herbaty. Dobrze jest. Spokojnie na tyle, że mogę sobie wszystko w głowie poukładać, pisać, przeglądać cudze teksty.
Dobrej nocy :)

niedziela, 27 lipca 2025

2049. Niedziela jak z bicza.

Czy jak człowiek budzi się w niedzielę o ósmej, to powinien napisać, że zaspał? Ależ sobie chrapnęłam, maluchy już czekały, w Kuchniosalonie sajgon.

Rozmowa z mamą trwała ponad półtorej godziny i traktowała o wszystkim, o pogodzie, o śpiących myszach, o grubym Wojtusiu, o programach kryminalnych, o nędzy USA, o rodzajach lodówek. Obok siedział tatko i dodawał swoje uwagi, w szczególności na temat urody Mleczaków, bo tatko i koty to wiadomo.

Przed powrotem Kochanego na obiad dokończyłam niedokończone Wyznania hohsztaplera Feliksa Krulla Tomasza Manna (PIW, 1957). Tzn. dokończyłam czytanie książki, której Mann nie zwieńczył zakończeniem (gdyż mu się umarło).

Mleczaki cały dzień były prawie grzeczne. Kochany kupił im nową zabawkę (kartonowy labirynt z grzechoczącą piłeczką). Silikonowa podkładka pod kocią kantynę zdaje egzamin, maluchy zaakceptowały również powrót szarej, filcowej budki, obecnej w ich życiu w pierwszych dniach pobytu tutaj, potem przypadkowo osikanej. Bronia obwąchała ją ostrożnie i zaanektowała, od czasu do czasu walcząc o miejsce z siostrą.


Jakie te dzieci są śmieszne, rzekłam.
Dobrze że mamy duży dom, przydowcipnił mąż.
Całe szczęście.

Wieczorem rozmawiałam facebookowo z Kamą. Niestety, jak ktoś na dłużej odchodzi od blogowania, wspólne drogi robią się iluzoryczne, gubią się w gąszczu spraw.

Kochany już zapewne w El Paso pertraktuje z Piesełem.

czwartek, 17 lipca 2025

2039. Czwartek ...

... zaczął się źle. Najpierw informacja o śmierci Kołaczkowskiej, potem kot, którego dokarmiam w czasie nieobecności Anne, zabił kosa przylatującego do naszego ogrodu. Poinformował mnie o tym, wrzeszcząc w niebogłosy, z ptakiem w pysku. Więcej się do niego nie odezwę. 

W pracy lepiej, audyt finansowy odbył się ekspresowo; jedna osoba sprawiła nam przyjemność wpadając zupełnie niespodziewanie i poprawiając statystykę, o innej dowiedziałam się z emilka. Już o drugiej byłam gotowa do wyjścia; wcześnie, więc pojechaliśmy do El Paso na naleśniki, tym razem podane jak się należy.

Powrót z El Paso w deszczu, z płytą kamienną The Cure:
Kjurowe takie, mówię.
Tak, Beksiński spokojnie mógłby się chlastać.
Tylko, że już się pochlastał. Właśnie dlatego uważam całe to chlastanie za przereklamowane.
Jednorazówka, filozoficznie przytaknął małżonek.

W domu, Fred zrobił obiad (długo przygotowywał wołowe kotlety mielone, gdy konwersowałam z mamą o naszych myszach — mama podzieliła się kocimi wiadomościami z domu: dzika kotka, która zrobiła rodzicom prezent w postaci kociąt, została dwa dni temu wysterylizowana, i goi się jak na kocie). Wieczorem wyszliśmy do ogródka; Kochany pochował kosa pod kwiatkiem, który kupił jakiś czas temu. Kwiatek nazywa się kangurza łapa albo anigozanthos. Resztki murawy oraz parę obciętych badyli wyniosłam na Rysiową górkę; tak niedawno pan kos kładł się tam i zażywał słonecznych kąpieli. Teraz myślę sobie, że przybysz regularnie przepłasza nam ptaki, o przerażonym hałasie porannym u skrzydlatych sąsiadów już nie wspomnę, bo to nie może być dobry zwiastun.

Folguję sobie ostatnio, nie ćwiczę prawie wcale; zamiast tego poświęcam czas na oglądanie najnowszego mietczynskiego (z Kochanym), który nadal jest w deserowym czerwcu. No i świetnie, Fajdrosa jeszcze ogarnę (już przeczytałam, zostały jeno przypisy i komentarze).

niedziela, 6 lipca 2025

2028. Szesnasty dzień lata.

Tak sobie obserwujemy te nasze szkraby i komentujemy różnice. Bronia urodowo pospolitsza, ale spokojna, sama ładnie się reguluje (kiedy się przestraszy, reakcja trwa chwilę, potem jest acha i wszystko wraca do normy). Kiedy większa siostra za bardzo jej dokucza, Bronia w końcu zakłada jej dźwignię i po walce. Mania z kolei przepiękna, ale i kot specjalnej troski. Rano przybiega i miauczy, że nas nie było. Po obiedzie chce się bawić i bawić i bawić, długo po tym, gdy siostra już umyta kładzie się do drzemki. Często ma taką potrzebę dogłaskania i sama mocno się tego domaga. Wszystko ją rozprasza (kiedy czyścimy kuwetę, choćby nie wiadomo co ważnego robiła, choćby jadła najlepsze śniadanko, musi przybiec i gapić się na szeleszczący groszek). Sikanie po kątach to na 95% jej sprawka. Ale kochamy ją, bo koty łatwiej jest kochać niż ludzi. 

Bronia to będzie taka bardziej intelektualistka, a Mania to taka yyyy bardziej ... próbuję zdefiniować.
No, taka bardziej, uśmiecha się Fred.



Przed południem Kochany rozmawiał z siostrą. Opowiedział Usz o naszych przemyśleniach kocich, ale także dowiedział się sporo nowych rzeczy. Usz pracuje teraz cały czas zdalnie, chyba dobrze dla niej, czasami zmiany wymuszone są najlepszymi zmianami. Skończyłam czytać Zegar piaskowy Kapuścińskiego (Znak, 2024), lektura ciągnęła się bez powodu, bo to cieniutka rzecz. Zadzwoniłam do mamy; w ogrodzie wszystko schnie na popiół; wczoraj rodzice pomogli jeżowi w sytuacji stresowej, iglak szukał picia, dostał też jedzenie (kocią karmę).

Przed obiadem zauważyłam następną mokrą plamę. Skojarzyłam ją z faktem naszego przebywania zbyt długiego poza Kuchniosalonem. Malutka zawodziła wówczas jak nieszczęście. Kotato, kotato, kotato, pochłania mje ciemnośćććć ... Gdy coś tam mieszałam w garach, Mania wpakowała się Fredowi na kolana i tak zasnęła jak niemowlak. Wygląda to jak lęk separacyjny. Yhhhh, będzie tych plam jeszcze wiele, sprawa sierpniowego wyjazdu do El Paso sama się więc anulowała (nie możemy wziąć kotów do cudzego domu, bo przecież dostaniemy jobla).

Pojechaliśmy na kawę do Drołdy, potem do El Paso, żeby zawieźć Ka prezent urodzinowy. Rodzinki nie było w domu, nie zapowiadaliśmy się, więc nic dziwnego; Kochany wrzucił gift do skrzynki pocztowej. Wieczór już z kitkami; postanowiłam więcej pracować na laptopie w Kuchniosalonie, żeby siuśka nie czuła takiej otchłani egzystencjalnej (oczywiście, odkryłam następne miejsce do sikania oraz raz złapałam Manię na gorącym uczynku, od razu przeniosłam ją do kuwety).

Niedzielę kończy u nas Zezowate szczęście (1960) Munka.

czwartek, 24 kwietnia 2025

1954-1955. Z pamiętniczka kobity chodzącej legularnie do pracy.

Środa
Kochany miał wolne, więc było mi bardzo wygodnie: pobudka po piątej, spokojne dochodzenie do siebie, potem kawa dla Kochanego, przed ósmą wyjazd z miasta A do miasta B. Mąż zostawił mnie pod pracą i pojechał w siną dal, najpewniej najpierw do kawiarni, potem na wieś, zrobić pranie i spakować parę przydasiów. Jak się później okazało, Kochany pojechał jeszcze do Swords. A skund wiem? A stund, że po powrocie do El Paso został mi wręczony prezent od zajączka: trampy Conversa, model All Star Hi, w kolorze dark green.

Przed powrotem do domu zajechaliśmy na zakupy spożywcze. Wątpię, żeby to miało decydujące znaczenie, ale Pieseł niestety zostawił w kuchni mokrą pamiątkę. Ech, potem robił niby takie mądre miny, gdy mu Kochany tłumaczył: Bo wuj jest tak samo ważny jak ojciec, a jak nie ma ojca to nawet ważniejszy.

Zjedliśmy dobry obiad i zapadliśmy się w relaks. Nie za bardzo miałam ochotę oglądać tv, ot, góra-dół, herbata, zerkanie w sieć, rozmowa.

Czwartek
Spałam aż do budzika bez dłuższych pobudek, czyli nietypowo. Kochany podwiózł mnie w obydwie strony, tzn. po południu zwinął żonę nieomal z ulicy i jedziemy sobie do El Paso na napitki i przegryzki (zjadłam zupę w 3rd Place, trochę byłam głodna). Potem spacer do księgarni. Tym razem to ja kupiłam Kochanemu prezent: tomik z tekstami Leonarda Cohena, sobie zaś Wired Our Own Way, książkę o autyzmie. Po czwartej w domu; Pieseł dostaje w prezencie nową obrożę; trochę genealogii (testuję nowy dings w MyHeritage o nazwie Cousin Finder, i odkrywam, że Ryszard Jabłoński jest kuzynem piąta-woda-po-kisielu tatki).

Rozmawiałam z mamą; Kochany zrobił obiad; wieczorem obejrzeliśmy do połowy Mary, Queen of Scots (2018) z Saoirsą (może wrócimy do niego jutro, choć filmowi brakuje rozmachu); Pieseł dostał jeść i właśnie poleciał z wujem na spacer za osiedle ...

Wczesne wstawanie mnie zużywa. W ciągu dnia nie robię nic takiego, ale około dziewiątej jestem już padnięta. Czyli czytanie opowieści erotycznych kuleje, tym bardziej, że do tej pory tylko jedna nowelka była jako tako ciekawa (a tu zaraz wirtualna biblioteka będzie mnie ponaglała — może wcisnę dzisiaj z dwie historie, oby nie były za bardzo podniecające ;)). 

sobota, 15 marca 2025

1915. Weekend nad Renem 2.

 

Ależ spałam. I śniłam o podróży, o czytaniu książki. Pobudka 7:45, powolne dochodzenie do siebie. Na dziewiątą mieliśmy zamówione śniadanie w kawiarni na dole. Było wszystko co trzeba, przede wszystkim świeżutkie pieczywo w trzech rodzajach, oraz cała reszta do akompaniamentu.


Wczorajsza obiadokolacja i dzisiejsze śniadanie przywraca mi wiarę w cywilizację europejską, oświadczyłam mężowi. O, i to jest dobre zdanie na bloga, potwierdził mąż :D

Po śniadaniu spotkanie z Perlistym i spacer naokoło Bacharach zakończony herbatką w maluchnej kawiarni Café Bistro NOY. Biznes rodzinny na Oberstraße 40, domyślam się, że prowadzony przez imigrantów. Niewiele mieli aktualnie na stanie (początkowo miałam ochotę na naleśniki), zadowoliliśmy się napojami. A spacer był całkiem długi, zrobiliśmy kółko wspinając się do Wernerkapelle i Burg Stahleck (widoki na Ren, bez wchodzenia do środka), serpentyną zeszliśmy w dół Burg Weg, żeby przejść przez główną ulicę i spojrzeć na miasto z winnic od strony północnej, ze Spitzer Turm).






Po zejściu w dolinę sąsiadujący z hotelem kościół św. Piotra zaprezentował się jako otwarty (oczywiście zaszłam, piękny! gdzieniegdzie średniowieczne rysunki). Wyjechaliśmy po pierwszej do Moguncji, był krótki postój w Bingen; miasto ważne i warte zgłębienia, ale my tylko przeszliśmy się chwilę od Rheinkal do Marktbrunnen.

W Moguncji Perlisty długo szukał miejsca, w końcu samochód został w wielopoziomowym parkingu. Natknęliśmy się na spory tłum na placu obok kościoła św. Marcina, jakaś degustacja wina, jakieś poruszenie. Na chwilę skręciłam do kościoła św. Jana pociągając chłopaków za sobą; całkiem niedawno otwarto tam instalację Die Krönung (zagadnęłam z jedną z pracownic muzeum). Zjedliśmy obiad w Augustinerkeller na Augustinerstraße 26, dobre miejsce (wzięłam tradycyjny schnitzel, smakowało mi). Po obiedzie poszliśmy jeszcze do kościoła św. Szczepana, tylko dlatego, że są tam witraże Chagalla, przy okazji załapaliśmy się na początek koncertu szkoły dla dziewcząt Maria Ward Schule.




Dobry taki płodozmian, spacer niespieszny, często robimy zdjęcia. Wracając do samochodu poświęciliśmy jeszcze długą chwilę fontannie karnawałowej Sprenga, bo przecież jakże by inaczej.


Powrót do Bacharach, kawiarnia śpi, użyliśmy magicznego klucza. Perlisty wszedł z nami na piętro; ponownie wieczorny spacer nad Renem z przyjacielem, w dole szum czarnej rzeki; Am den Ufern der Poesie brzmi nazwa tego miejsca, zerkam na ludzi odpoczywających w kamperach. W czasie tego spaceru natykamy się też na studnię, efekt świetnego projektu odkrywania dawnego miasta (studnia pod murami miejskimi jest odrestaurowana na podstawie rycin).


Wieczorem długo nie mogę zasnąć, Kochany zerka na Szklaną pułapkę z niemieckim dubbingiem, nie mogę więc przestać się zastanawiać, kiedy Willis zaczął mieć pierwsze objawy PPA.

piątek, 14 lutego 2025

1886. Wyprawa szpitalna 2.

Czyli Walętego.

Gdy wróciłam z łazienki, żeby wybrać z szuflady skarpetki "na dzisiaj", Kochany bardzo zadowolony wskazał mi worek z napisem Merry Christmas leżący na łóżku. W środku była kurtka z goretexu w moim kolorze (kolor winny; Sprayway), dzianinowa spódnica w czarno-białe pasy (Polo Ralph Lauren, można, a może nawet trzeba, nosić ją jako sukienkę) i punkowy płaszczyk z lnu (Majestic Filatures), taki z rozwiewanymi połami, bez guzików. Nie możesz dziewczynie kupować tyle rzeczy! mówię ja. No wiadomo, łaskawie zgadza się on, dlatego kupuję tylko najpotrzebniejsze. I taka to jest rozmowa z chłopakomężem. Walentynkowo zrobiłam mu poranną kawę.

Początek dnia był dla Freda nieszczególnie rewelacyjny, bo około pierwszej po południu mąż miał pobranie krwi i musiał na czczo przegibać do tej godziny. Pogoda wstrętna, przy (moim) śniadaniu zaczyna padać, czyli wiadomo już, że outfit na ogaconego Paddingtona został powtórzon. Naprawdę uwielbiam ten plecaczek (prezent od sąsiadki, ekologiczny, bo zrobiony z recyklingu plastikowych butelek):

Zawartość na dzisiaj: mały portfel, piórnik, telefon, czytnik do książek, krem z korektorem, korektor, etatowe perfumy, klucze, szminka, rękawiczki z palcami, paczka chusteczek. Kiedy idę do pracy, mieści mi się w nim również kubek termiczny.

Najpierw Kochany chciał zobaczyć dziwny parking lotniskowy, z którego kiedyś będziemy korzystali. Jest, istnieje, ale nigdy więcej takiego zawracania głowy. Potem do szpitala, parking cyk, do pobierania krwi cyk, i tym razem wszystko przed czasem i bez perturbacji (tylko Kochanie musiał sobie rozgrzewać żyły pod ciepłą wodą, bo wszystkie gdzieś poznikały). Na wychodnym kilka sekund rozmowy z Justiną, która zabroniła Fredowi wracać do szpitala w charakterze pacjenta. Kochany naprawdę chce przestrzegać tego zakazu.

Do czego przydaje się pisanie dziennika? Chociażby do tego, żeby sprawdzić, co to była za mała dziura, gdzie pysznie karmili, gdy siedem lat temu zawitali do nas Andrju z Natką, włóczyliśmy się po Dublinie i na cito trzeba było coś zjeść. Da Mimmo na Taobh Ó Thuaidh. Zjedliśmy dania od włoskiej mamusi, miejsca na kawę i deser po czymś takim ani hu hu.

U Freda penne salsiccia e funghi, przede mną na talerzu ravioli ricotta e spinachi w sosie pomidorowo-parmezanowym.

W drodze do domu Fred odebrał telefon od Elizabety, więc smętno-deszczowa trasa częściowo upłynęła mi na sennym dosłuchiwaniu rozmowy męża z przyjaciółką przyjaciela o dolach i niedolach ludzi w wieku średnim.

W domu, po wypiciu dwóch herbat, walnęłam się na drzemkę, Fred również i tak sobie drzemaliśmy przez dobrą godzinę. Dzisiejsze podkarmianie Junony było dłuższą wizytą miziano-walentynkową: zasiedliśmy przed tv, kotka przyszła się połasić, obejrzała z nami Prostą historię o morderstwie (2016) Arkadiusza Jakubika.

czwartek, 30 stycznia 2025

1871. Lubię cię, czwartku.

O trzeciej już ciacham pieczarki i cukinię do sosu na spaghetti. Dzień dobry :) Kochany zawiózł mnie do Jamy i przywiózł do domu. W czasie mojej pracy, gdy ogarniałam papiery i czynnik ludzki, małżonek obalił kawę i wybrał się na zakupy. Wyszłam do Czarnej, kupiłam dwie kawy, poczekałam na Kochanego zjeżdżającego z Lidla; wypiliśmy rozmawiając i rozglądając się po ludziach. Pogoda piękna (choć z rana niezły ziąb), jasno, na północnym horyzoncie góry drzemiące w technikolorowej mgle.

Wracając do pieczarek, skoro pociachane, cukinia zmiękła, a sos zaczął się redukować, mąż przejął ster trąc cheddar i gotując pastę. Wcięłam się ino na momento, międzynarodowo:

Ach, dokańczaj, ja tylko chciałam rozłożyć makaron, gdyż wiem że to jest an isssue (drzewiej Kochany bywał tak sfrustrowany walaniem się spaghetti po talerzu zbyt horyzontalnie, że kroił makaron nożem); Jakby to zobaczył Włoch, to co by powiedział?
Mamma mia! zgadliśmy oboje.
Hiszpan powiedziałby caramba, stwierdził mąż.
A co z Francuzem? pociągnęłam.
Merde, dokończył Fred ze znawstwem.

W ogródku znajoma czereda szpaków i wróbli (które pojawiają się razem z jednym panem ziębą). Rano na Freda czatowały gawrony. Dopiero dzisiaj zauważyłam jakie one mają śmieszne portki: gdy jest zimno, napuszają im się pióra na nogach i wygląda to jakby na dachu siedzieli poważni panowie w czarnych pludrach.

Zadzwoniłam do mamy, rozmawiałyśmy dłużej, o smutkach (Malinka odmawia jedzenia i picia, chyba już z tego nie wyjdzie) i trochę o nadziejach (Maksiu jednak lepiej, jakoś się turla na swoich krzywych łapkach). Tatko wciął się na chwilę, pokazując ile na paterze jest mandarynek o których prorokuje, że do jutra znikną w maminym brzuchu. 

U Junony byłam dwa razy, grubasinka wyczekuje na mnie siedząc na schodach. Niedawno bez grymaszenia zjadła kawałki ryby z kropelkami lekarstwa i dostała przysmaczek. Tak jak wczoraj, nad naszym osiedlem od strony morza wisi ogromny gwiazdozbiór Oriona. W sumie wiem, że nie nad naszym, że nad światem wisi, dla wszystkich, tylko, że ja to odbieram osobiście. Jak to było? Betelgeza, Meissa, Bellatrix, Alnitak, Alnilam, Mintaka, Saif, Rigel.

czwartek, 23 stycznia 2025

1864. La di da, la di da.

Wcale nie siąpi, kochana, stwierdził Fred manewrując Babcią przez mroczny i mokry krajobraz poranny. Nie siąpiło, lało; jechaliśmy z Davidem Bowie (jakiś nieznany mi koncert’78). W Czarnej kawa dla Kochanego na wynos, a dla mnie w filiżance z towarzyszącym jej rogalikiem z malinami. Oraz nowe fotele! Zanurzywszy się w jeden z nich przeczytałam kolejny rozdział biografii Herberta (kiedy ja to skończę? pewnie w maju, buuuu, a maj to nie miesiąc na takie cegły), po czym zaczęłam czytać wspomnienia Jennifer Teege, Amon. Mój dziadek by mnie zastrzelił. Krótka lektura, dynamiczny język, odtrutka na nudne życie Herberta.

O piątej telefon: Jesteś już w domu? Bo za godzinę zaczyna się sztorm. Jestem, jestem oczywiście, właśnie wcisnęłam w siebie kilka ruskich pierogów i czekam na Kochanego z podgrzewaniem jego porcji. Za godzinę sztorm wprawdzie dopiero dotyka paluszki hrabstw Kerry & Cork, ale niech będzie. Rzeczywiście Irlandia się sposobi na silniejszy wiatr, w Jamie odwołano piątkowe zajęcia (Szef spodziewał się zatrzymania komunikacji miejskiej), a na odchodnym zostałam poczęstowana Stay safe

Éowyn. Biorę szybką lekcję wymowy (dzieciaki w Jamie nie miały pojęcia jak to się mówi, zakładały, że coś jak Ołen): /'eioʊwin/ = ejołyn. Zerknęłam, jakie są oficjalne ostrzeżenia na jutro, gdzie żółte, gdzie pomarańczowe, i tak dalej. Takie som:


Acha. It's hard, it's awful hard, have you ever tried ...
___
21:25 Katlin oddała mi klucz; oczywiście wypytała tego gościa, pan wymierzył wszystko, nawet okienko w łazience. Pewnie sąsiadka myślała, że powiem jej coś więcej, ale wiem tyle samo co ona, albo raczej mniej. 

Kochany już wypoczywa, łupał go dzisiaj kręgosłup. Na zewnątrz zaczęło się już szemranie.

środa, 22 stycznia 2025

1863. Kręcę się ...

... w nocy jak głupia, szkoda, bo dzień wolny, mogłam więcej wypocząć. 

Znowu wyszliśmy na spacer, choć pogoda dzisiaj chłodna i ponura. Przed wyprawą zapukałam do Katlin; w drodze zatrzymał mnie Li, rozmawialiśmy o jego psie, o tym jakie łagodna Lucy ma szczęście i w ogóle. Li ma brodę jak święty Mikołaj i niewiele własnych zębów, oliwa z niego, ale zwierzęta chyba rzeczywiście lubi, poza tym razem z Ivą są raczej pogodnymi sąsiadami. Z Katlin sprawa była dłuższa, jak zwykle. Dałam jej zapasowy klucz do domu, bo jutro w czasie naszej nieobecności ma przyjść gość z councilu coś tam oszacować. Przy okazji podziękowałam wylewnie za rudy plecak, szalik i w ogóle (nie widziałyśmy się od początku roku). Gdy wspomniałam o wizytach Kochanego u lekarza, sąsiadka ściszonym głosem zaczęła rozprawiać o jakimś szarlatanie, który w okolicy leczy raka z bardzo spektakularnymi rezultatami. Katlin, czy to są narcyzy? zmienił temat bardzo sprawnie Fred. Rzeczywiście, okazało się, że to narcyzy wschodzą, co wiedzieliśmy od samego początku, ale dzięki temu rozmowa zeszła na pana, który będzie u sąsiadów robił wycenę wylewki pod miejsce parkingowe. Może wpadnie i do nas. Poza tym idzie sztorm bardzo groźny, w radiu państwowym ostrzegają. Zerknęłam na mapę, na razie prognoza na piątek rano brzmi: średnia wiatru ∼90km/h.

Na wybrzeżu widoki dalekie i ostre, latarnia morska jak szpilka, półwysep Howth unosił się nad wodą jak latający dywan pod który zamieciono śmieci. Zmiana aury kroi się w powietrzu jak nic. Doszliśmy do krokodyli i z powrotem (zimno), w międzyczasie z wody wyszła grupa morsów, więc w małej kawiarence przy plaży zrobił się przemarznięty tłum (zrezygnowaliśmy z kawy). W drodze powrotnej Fred kupił wątróbkę na dzisiejszy obiad. Kiedy siedziałam w sypialni słuchając audiobooka, Kochany zrobił pyszne jadło (wątróbka jagnięca, kartoffeln, kiszona kapusta z cebulą i kminkiem), zjedliśmy go przy dźwiękach Republiki, na drugi ogień poszedł Maanam.

Przypomniałam sobie, że dawno nie oglądałam rozgrywek sumo, nadrobiłam wieści z Kyūshū Basho (w listopadzie wygrał Kotozakura), ale to był szybki skan. Cały czas wisiało mi nad głową, że trzeba przejrzeć i ocenić materiały na jutro. Meh. Obrobiłam się do dziewiątej i teraz już tylko laba ;E
___
edit 21:58 Nie wpisałaś marchewki, powiedział Fred, do kapusty oprócz cebuli i kminku dodałem utartej marchewki i oleju. Dopisuję dla potomności. Żeby wiedziała!

niedziela, 29 września 2024

1748. Niedziela w Dublinie.

Pod wieczór ścięło mnie konkretnie, ale znowu budziłam się i kręciłam w drugiej części nocy. Pogoda nie pomagała, zaczęło mocniej wiać, przez co wiatr stukał drzwiami od łazienki (okno było tam uchylone, przymknęłam je dopiero nad ranem). Znowu więc wyszłam z wyrka wcześnie, za mną Fred, goście tradycyjnie, najpierw Szwagrowski zrobił dwie poranne kaffki dla żony.

Burbon, Szwagrowski pociągnął nosem zanurzonym w torebce świeżo otwartej kawy (serce rośnie na takie proste radości).
O, widzę hedonizm, Kochany prześmiewczo pogroził palcem.
Szwagier wszedł w to jak w masło.
Dni hedonistów są policzone ... 
Każdego są dni policzone, tylko nie każdy zdaje sobie z tego sprawę, dokończył triumfalnie Fred.

Po śniadaniu zadzwoniłam do mamy. W domu lepiej, rodzice wyszli z przeziębienia, które ich męczyło cały tydzień (mama przywlokła złośliwego bakcyla z pracy, jak zwykle). Ale smutek, bo Maksiu chory, będzie miał diagnostykę serca (ma kilka guzów do usunięcia, jednak nie wiadomo, czy jest dość silny na operację). Opowiedziałam nasze njusy, że goście, że jemy, że mam tajemniczą alergię.

Śniadanie gości; rozmowa o rodzinnych patologiach. Wiatr i deszcz. Pojechaliśmy do Dublina, ponieważ kolejnym marzeniem kulinarnym Szwagrowskiego był tradycyjny Sunday roast. W praktyce okazało się, że trudno jest o tak późnej porze zamówić stolik w kultowych miejscach. I cóż, ruszyliśmy do stolicy na ślepo. Kochany zaparkował przy Merrion Sq, gdyż w planach była też galeria. Za €19 na głowę Fred kupił bilet na objazdowe impresjonistki, a ponieważ mieliśmy jeszcze chwilę do wejścia (bilety były na 3:15), Szwagrowski zaprosił nas na kawę do Coffeeangel na 15 Leinster St S. Potem galeria, przede wszystkim Berthe Morisot i Mary Cassatt; mało było piesków, kotków wcale.


Po galerii byliśmy gotowi na obiad. Szwagrowski zaproponował miejsce z którego ostatnio zrezygnowaliśmy z powodów logistycznych, Devitts Pub na 78 Camden St Lower. 


Skusiłam się na risotto z grzybami, bardzo smaczne, nieuczulające ;)

Przez kilka ostatnich dni wieczorami jestem coraz bardziej zmęczona, teraz nie inaczej. Goście już śpią, mnie kusi jeszcze jedna herbata; za oknem wzmaga się wiatr (podobno rano ma być u nas lepiej, oko bezimiennego sztormu jest znacznie niżej na mapie). Od jutra powrót do zwykłości.

niedziela, 8 września 2024

1727. Ósmy, niedziela.

Z początkiem września zaczął się nowy sezon sztormowy, jest więc i nowa lista imion. Najbardziej podobają mi się Otje i Wren, ale pewnie jak co roku imiona z drugiej części listy się nie przydadzą (w minionym sezonie doszliśmy do Lilian, letniego sztormu, który w sierpniu dotknął głównie Cork i nawet nie został zauważony na tym blogu).

Muszę sobie kupić pas na banany, rzecze mąż na wychodnym.
Nie mogłam lepiej trafić, rzecze żona, ogólnie oraz w temacie męża.

Kochany zaczynał pracę o dziewiątej, więc załapał się jeszcze na moje emocjonalne opowiadanie o wczorajszej lekturze. Znowu kręcę się po domu z gołym tyłkiem, w ten sposób wysłuchałam kolejnych czterech historyjek z książki Poirot Investigates. W międzyczasie jakieś małe domowe rzeczy; zaczęłam czytać Annę i Pana B. Jakuba Zająca (Wielka Litera, 2023); w trakcie późnego obiadu zerkaliśmy z Fredem na pierwszy dzień Aki-basho live. 

Liczyłam, że bardziej zmotywuję się do działania, ale bez obecności drugiej osoby robię się gnuśna i głodna. Pracowniczo stagnacja, kilka dni temu dostałam emilka z Centrum, że zaczynamy najwcześniej za dwa tygodnie (no good, dobrze, że jest chociaż Jama); może po prostu trzeba pisać powieść.

czwartek, 16 maja 2024

1610-1612. Aliści, konstans.

Wtorek
Kochany pracował po południu w Drołdzie. Początkowo miałam nadzieję, że spotkamy się na chwilę po mojej szychcie, ale zapomniałam, że jakiś czas temu dostałam bilet na lokalne wydarzenie, które jest akurat tego wieczora. 

Wracając z przystanku natknęłam się na psiego sąsiada, dość czystego i mającego mnie w dobrej pamięci. Wyniosłam mu karmę, która czekała na niego w schowku. Cieszę się, że nadal żyje, mały paddy (miał nawet obróżkę, może ktoś zaczął w końcu o niego dbać). A skoro pojawiła mi się w głowie kwestia psia, podczas robienia obiadu zadzwoniłam do mamy i akurat zastałam ją czekającą na wyjście tatki z Maksiem od weterynarza. Pies ma jakieś torbiele, lekarz próbuje się ich pozbyć w mniej inwazyjny sposób (jeśli codzienne wizyty nie pomogą, konieczna będzie operacja).

Wieczorne spotkanie w Drołdzie trwało ok. dwie godziny (od siódmej; zadziwiająco dużo lokalesów wylało się na ulicę). Saren przywiozła mnie i odwiozła. Katriona była przebojowa, ale ponieważ mówiła o uzależnieniach (coś, na czym się trochę znam i mam niejedną opinię), nie urzekła mnie aż tak.

Środa
Poranek chłodnawy, potem środa całkiem ciepła. W ciągu dnia krótko rozmawiałam z Gronją (chyba mała robótka się szykuje). Kochany wrócił późno (nad ranem) i pojechał na kolejne popołudnie/nockę, więc ponownie się rozminęliśmy. Obiad, ogarniam papierologię, słucham popowych staroci.

Czwartek
Kochany wrócił jeszcze później niż wczoraj, gdy położył się do łóżka miałam tylko godzinę snu przed sobą. Truskawki na śniadanie (potrzebuję przejść na dietę truskawkowo-małosolną, już czas). Małżonek przyjeżdża po mnie do miasta, spotyka mnie w Czarnej, już na niego czekam, pijemy płyny, rozmowa podąża w różne nieskoordynowane strony.

Urządziłam się, rzekłam.
Ciekawe, jakby tak wszystkich Twoich chłopaków postawić obok siebie ...
I've improved.

W polskim sklepie kupujemy dziwne rzeczy: pierogi z kapustą i pepsi (mój obiad), racuchy z jabłkami (Fredowy obiad, do pełni zadowolenia potrzebny mu jeszcze tylko cukier puder szczęśliwie w szafce odnaleziony), ogórki małosolne, hummus z Warszawy. Gdy już jesteśmy w domu, na nasz ogród spada rzęsisty, letni deszcz (stoimy w drzwiach, patrzymy jak leje i wspominamy Rysia). Telefon do rodziców był po naszej ósmej (mięso się robi, mama je ogórki, Maksio zdrowieje).

Gra Variété, Zielonookie Radio 'Romans'.

sobota, 6 kwietnia 2024

1572. Urodzony do świętowania.

Fred pochował kosa jeszcze wczoraj. Do popołudnia prawie wcale nie wychodzę z domu, tylko na chwilkę wyskakuję, żeby przestawić dwie doniczki z wybujałymi narcyzami w pełni kwitnienia, bo wiatr siekł je bezlitośnie (nad wybrzeżem przechodził sztorm Kathleen). Kochany zaś przyjmował hołdy. Zadzwonił Wu, Perlisty, świekra z Usz.

— Znowu ten smutny dzień, zaintonował Perlisty.
— Skup się na tym, że to rocznica abdykacji Napoleona.

Stolik był zarezerwowany na piątą. Ładnie się ubraliśmy i pognaliśmy do Drołdy, żeby pod numerem 52 na przystawkę zjeść arancini i pasztet z kaczki, na główne morszczuka na ziemniaczano-porowym puree ze szparagami, a na deser podzielić się sernikiem z białą czekoladą. Kawy nie robią tam za dobrej, niestety. Wracamy, jest jeszcze jasno. 

Oboje jesteśmy padnięci, wyczerpani pogodą, albo nie wiadomo czym. Kochany jeszcze montuje; w łóżku doczytuję Allena (zostało mi kilkadziesiąt stron).

czwartek, 8 lutego 2024

1515. Ano tłusty.

Pogoda dla kaczek i mew, lało i wiało od samego świtu, więc oczywiście do kolekcji rano autobus spóźniony. Najpierw absorbowałam wilgoć chowając się za winklem (po tej stronie drogi nie ma wiaty przystankowej), a potem mocno trzymałam się fotela, gdy kierowca nadrabiał stracony czas. Nieoczekiwane bonusy? Zarówno w drodze do miasta, jak i po południu nie płaciłam za bilet.

Po przyjeździe do Drołdy w zacinającym deszczu tak wyciągałam nogi, że przegoniłam o spory dystans Sprzedawcę Butów, czego nie omieszkałam mu uświadomić, gdy spotkaliśmy się przy kasie w Czarnej. W ogóle, trzymał się mnie dzisiaj irlandzki humor. Bridżet zauważyła to podczas lunchu w przeludnionym schowku na szczotki na drugim piętrze Centrum, gdy tłumaczyła, dlaczego zwala wszystkie obowiązki kontaktu z TPTB na Alis, chociaż mają równorzędne stanowiska. You simply think she's just better. Humor utrzymywał mi się, gdy Rona zapytała dlaczego używam jej kubka, jej bo z literką R (uwaga, to był dowcip taki irlandzki, więc pociągnęłam temat, odparłam, że byłam pewna, że chodzi o Royalty). A tak w ogóle kupiłam kolegom pączki i wcisnęłam kit, że ich zjedzenie przyniesie im szczęście. Za oknem szaruga, w budynku same ciche myszki; siedziałam głównie z Lukiem i Katrin, trochę plotkowałyśmy, trochę przejrzałam zawartość kilku komputerów.

Dobry nastrój nie opuścił mnie i w drodze powrotnej. Did you buy ice creams? zagadnęłam Ann, mieszkankę domu na kółkach, rozwódkę, miłośniczkę samotnych spacerów i Rory'ego Gallaghera (sporo informacji jak na 10 minut rozmowy). Kupiła! I nawet wyciągnęła pudełko, żeby mi pokazać. Lody o smaku karmelu i brownies, firmy Ben & Jerry's. Potem już mogłyśmy czekać ile z tej okazji autobus będzie miał spóźnienia. A jednak, imaginujecie sobie państwo, autobus przyjechał przed czasem. Klątwa nie zadziałała. Bywa i tak.

W domu obiad, pączek z nadzieniem truskawkowym zjedzony w połowie, rozmowy z małżonkiem o samochodzie (jeszcze w pracy umówiłam Kochanego na sobotę ze sprzedawcą) i innych takich. Potem już tylko czytanie do końca Rozdartej zasłony (Znak, 2016). 

środa, 7 lutego 2024

1514. Skoki.

W Centrum tylko z Lukiem Niebożątkiem (Kalem wpadł na moment, żeby się przywitać i poopowiadać what's the craic). W ciągu dnia trochę niefajnie się poczułam i po przerwie na lunch zaszłam do Hickeysa, żeby mi zmierzyli ciśnienie. 136/85. Czyli nie chodzi o ciśnienie, ale koleżanki się przejęły. Po krótkim wahaniu skorzystałam nawet z propozycji podwózki do domu (ogólnie nie było tak najgorzej, zakończyłyśmy dzień pracowniczy plotami o chorobach brytyjskiej rodziny królewskiej).

Kochany u rodziców, rozpieszczany obiadem i pychotkami. Był też u fryzjera (bardzo podoba mi się docinek Grubiutkiej, po tym jak powiedzieliśmy sobie "kocham cię" na do widzenia: To młode małżeństwo, widać; Fred ma swoją opinię na temat "staruszki": Sypniemy garść ziemi na jej kurhan … ewentualnie).

W temacie samochodu, chyba wyklarowała się nam górna granica przedziału cenowego, której nie przekroczymy.

Żeby tak od razu nie zapaść się w książki, poszłam do Tesco w Szkocji i zakończyłam oglądanie piątego sezonu opowieści dziwnej treści o grubych siostrach z Kenctucky. Jeszcze zdalna wizyta w domu rodzinnym i wieczorna inspekcja wszystkich śpiących zwierząt.