Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą u teściów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą u teściów. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 października 2025

2122. Mgła, peleryna sarkazmu, martwi ludzie, łacha jesienna, ostre papryczki.

Po śniadaniu wyszliśmy na zamglone miasto. Najpierw Kochany zaprowadził mnie do kanciapy szewca. Na ostatniej prostej wyprzedziła nas jakaś Karyna, wepchnęła się pierwsza rączką do klamki, szybko szybko wygrałam, i dawaj ha ha ha z pytaniem do szewca, czy mógłby jej przykleić coś tam przy torbie, prawda. Pan szewc zapewne wielokrotnie już miał dowody upadku znajomości zawodów, bo przewrócił oczami i rzekł tylko jedno: kaletnik. Człowiek niewielu słów na widok mojego rozdziawionego trampka udzielił mi informacji zwrotnej to niedobrze, poza tym na jutro oraz 15 zł. Nawet nie zostawiłam nazwiska i trochę się martwię, że trampek został z tym panem.

W herbaciarni Czartoryskich byliśmy punkt dziesiąta. Mgła nadal opadała, trochę było chłodno, zamówiliśmy kaffki i czekaliśmy na Zielonego. Kolega Freda zjawił się za jakieś 20 minut. Przyjemnie spędziliśmy czas; świat doprawdy jest mały i piękny, kolega w swojej sarkastycznej pelerynce był ciekawym rozmówcą. W herbaciarni zaopatrzyłam się w trzy różnorodne herbaty dla Anne.

Po spotkaniu poszliśmy w kierunku pałacu i spontanicznie weszliśmy do muzeum (jeden bilet zł 30). Trafiliśmy w moment idealny, wycieczki szkolne właśnie się przewaliły, wywrzeszczały na schodach i przetoczyły przez korytarze, po małych Hunach nie został nawet smrodek. Cisza.

W czasie naszego zwiedzania aura na zewnątrz zrobiła się rewelacyjna. Pomni grafiku dnia, obfociliśmy pawie i wróciliśmy do domu na obiad, ale po obiedzie jeszcze raz wyszliśmy na spacer w kierunku pałacu, tym razem minęliśmy budynek i poszliśmy do parku, spojrzeć na lwy, łachę, w promieniach zachodzącego słońca przejść do pałacu Marynki

Następnie Kochany poprowadził mnie hen hen naokoło swojego miasta: od pałacu Marynki Kazimierską, Kaznowskiego, Sosnową i Kopernika do Lubelskiej.

Przed osiemnastą byliśmy przed domem, ale … nie mogliśmy zostać w środku. Świekra przypaliła ostre papryczki, całe mieszkanie waliło zwędzoną kapsaicyną, przez głowę już galopowały mi rozpaczliwe myśli o organizowaniu na cito nocy w hotelu; sytuacja wyklarowała się po jakiejś godzinie. Wieczór spędziliśmy przy stole, zajadając ciasta i z minami mędrców rozmawiając o bzdurach (sytuacja typowa: świekra, która w sieci popchnie w świat każdego pisowsko-religijnego mema, nagle nie wierzy Internetowi, że kapsaicyna jest w składzie gazu pieprzowego i wertuje papierową encyklopedię — znosimy to z godnością chachamów, którzy widzieli już wszystko). Wieczorem tknęło mnie, żeby sprawdzić maila pracowniczego: problemy menagerów z dodawaniem liczb i cudze dramy zostawiam sobie na jutro rano. Zen podwójny, mam tę moc.

wtorek, 7 października 2025

2121. Pomiędzy.

Noc była krótka, mózg nadal funkcjonuje mi w trybie poprzestawianych godzin. Świekra przygotowała nam śniadanie, jedliśmy, rozmawialiśmy o pozostawionych w domu kotach. Cytat ze Srogiego Freda w kontekście naszej wizyty teatralnej, który dość mnie rozbawił, bo nie miał sensu, ale trochę też miał: Tak patrzę na zdjęcia rodzinne i mi się Makbet przypomniał. Świekra wykorzystała moment, gdy Kochany zniknął w łazience, żeby poruszyć temat życia prywatnego Stu. Wytrzymałam, czyli rysa na wizerunku, za to dobry nastrój został ocalon. Kierunek: Kozłówka.

Podróż trwała mniej niż godzinę. Gdy mijaliśmy lokalną szkołę muzyczną, przypomniał mi się Dzień świstaka, jego filozoficzna puenta. Po drodze, dzięki mamie Freda, grał mi w głowie utwór Danny Boy, oczywiście za dźwiękiem poszedł obraz. Lubelskie wsie chyba nie różnią się bardzo od wsi wielkopolskich, dużo nowych domów, sporo wysiłku włożonego w zapominanie.

Pałac w Kozłówce sztos. Zanim jeszcze weszliśmy do głównego budynku, moją uwagę zwróciła grupa osób przebranych w sarmackie stroje, która w klombach przed pałacem śpiewała na jakąś ludową nutę. Stroje szlacheckie, piosenki chłopskie, kapitalne! 

Najpierw kupiliśmy bilety do paru miejsc i czekając na wejście z przewodnikiem podeszliśmy do kawiarni (kawa z kapsułek, sernik). W pałacu zwiedzaliśmy pomieszczenia na piętrze (rozmach i klamoty), potem muzeum socrealizmu i galerię w której można było zobaczyć maski pośmiertne różnych gości (Chopin i Mickiewicz mieli krzywe przegrody nosowe).

Ach, i but! Zanim weszłam do pałacu, skrzypienie lewego conversa okazało się oderwaną podeszwą; po zwiedzaniu z przewodnikiem, wróciłam do samochodu, żeby wymienić wełnianki na glany (druga para butów pod ręką to był naprawdę dobry pomysł).

Chcieliśmy zjeść obiad w Nałęczowie, ale zrobiło się późno, wróciliśmy do domu i tu zaliczyłam drugi fail: nie zjadłam zupy, niestety ilość religijnie dodanej kiszonki przekroczyła granice mojej tolerancji. Drugie danie było pyszne; świekra w tym czasie wyszła na mszę.

Wypijmy za to, rzekł Freda wznosząc kryształ z Piwniczanką kończącą rozmowę o zdarzeniu porannym. Korzystając z sytuacji komfortowej (pełne brzuchy, łagodna pogoda, zapasowy klucz), poszliśmy w kierunku Zielonej. W Empiku Kochany kupił mi książkę Zyty Rudzkiej pt. Mykwa, poza tym w lodziarni, przy lodach i napitkach, omawialiśmy dzisiejsze przypadki. 

Po zakupie kilku kosmetycznych drobiazgów (w tym nowej szminki firmy Kobo, kolor magenta 425), poszliśmy w miasto i w oświetlanych przez pełnię głowach zrodziły się nam różne fajne pomysły stalkingu. Najpierw przemaszerowaliśmy pod oknami DK, jestem przekonana, że widziałam ją na balkonie. A dlaczegóż by nie zadzwonić domofonem do państwa W. na czwartym piętrze i nie zapytać: Dominik wyjdzie? Najlepszy był jednak pomysł, żeby zerwać się z łóżka przed Słońcem, przejechać ponad 100 km na płd-wsch, zaczaić się pod Sezamem, wejść do sklepiku osiedlowego za zgarbioną sylwetką jednego z pierwszych klientów i jakby nigdy nic powiedzieć: cześć, Stachu! Bardzo byłam tym konceptem ubawiona :D


Wróciwszy na osiedle Kochany wypatrzył dla mnie światło w oknie kuchennym i słabsze, pełgające światło ekranu telewizyjnego w salonie. Tup tup na górę. Napiliśmy się senchy, zdmuchnęłam świeczki z czekoladowo-malinowego torciku. Pora przyłożyć głowę do poduchy. Kolejny dobry dzień. 

poniedziałek, 6 października 2025

2120. Przemieszczenie.

Pospałabym dłużej, ale zerknięcie po piątej rano na FB i natknięcie się na informację, że siostra Brauna opowiedziała o bracie, rozbudziły mnie na dobre. W zasadzie nie chodzi o sam wywiad, na ten nie kliknęłam, ale przeczytałam kilka komentarzy, stupid me, i oblepiła mnie maź wydzielana przez niezadowolonych frajerów, które całe życie dokonywali kiepskich wyborów i teraz ktoś musi za to odpowiedzieć, ktoś inny, bo przecie to oni są ci dobrzy, wrażliwi, a świat zły i nie działa jak należy. Normalnie nie reaguję, ale byłam zaspana i nieprzygotowana. Sakreble! Czyli wstałam zrobić sobie senczę poranną przed szóstą, akurat gdy mama przygotowywała się do pracy. Nie ma tego złego, mogłam porozmawiać z mamą w na wpół obudzonej kuchni.

Od wpół do dziesiątej jesteśmy już w drodze z deszczowego Dolnego Śląska zygzakiem na wschód. Gdzieś na S8 zorientowałam się, że zostawiłam w domu kapelusz. Szkoda.

W Łodzi gościliśmy ostatnio sześć lat temu, w czasie podróży poślubnej, niezobowiązująco, u dziewczyn z teatru. W międzyczasie Kamienica zmieniła adres, trochę było rozglądania się i parkowania w krzakach (miasto zaprezentowało się nam w stanie buro-ruinalnym), ale odnaleźliśmy się i miło spędziliśmy kilka godzin przy herbacie/kawie i ciastku. Oczywiście, rozmowy były głównie o projektach, ale tak to jest z naszą znajomą i czasem myślę, że właśnie tak warto żyć. Poznałam sympatyczną Zuzę z jednym okiem.

O trzeciej byliśmy umówieni z kuzynem Freda. Deszcz. Rodzinka Kuzyna z Miasta Łodzi, żona i córka, bardzo gościnna. Nie sprawdziły się nasze przewidywania, siedzieliśmy dobre cztery godziny, zjedliśmy obiad, wymieniliśmy się aktualizacjami stanu rodzinnego, powstało pamiątkowe zdjęcie, czyli ogólnie było miło.

Reszta drogi do świekry wiodła w ciemności. Zanim wjechaliśmy pod warszawski tunel, deszcz koszmarnie pogarszał widoczność, mokry pył rozbryzgiwał się na wszystkie strony, Fred prowadził maksymalnie skoncentrowany. Przełom pogodowy nastąpił na Wiśle, przestało bździć, po minięciu Wawy, zatrzymaliśmy się na MOPie Pilawa, żeby Kochany mógł się nieco zresetować. W Nowej Aleksandrii pojawiliśmy się dobrze po dziesiątej.

Herbaty, późna kolacja; nakarmiona i umyta zalegam w dawnym Fredowym pokoju chwilę przed północą.

sobota, 18 listopada 2023

1433. Dzień ślubu.

Wczoraj odkryłam, że na iPhonie mogę publikować tutaj posty, ale nie mogę komentować, bo telefon mnie wylogowuje. Ot taki glitch pomiędzy jabłkiem i gugielem, znany, zgłaszany przez wielu, nadal odgórnie nierozwiązany.

Sporo się w nocy budziłam, głównie przez ból gardła i małość kordłową. Nad ranem z kolei obudziło mnie niecierpliwe tuptanie świekry przygotowującej śniadanie - wg polskiego czasu spaliśmy do „po ósmej”, na stole wędliny, puławianki, herbata wiśniowa już zaparzona. Kochany jeszcze przewracał się w łóżku, ja byłam dobrą synową. Po śniadaniu kawa w ćmielowskich filiżankach i szarlotka. 

Myśląc z wyprzedzeniem o tej krótkiej podróży miałam nadzieję, że przed wyjazdem do Warszawy odbędziemy spacer w kierunku pałacu, ale nic z tego nie wyszło. Grzebaliśmy się ze śniadaniem do południa, świekra chciała jeszcze przygotować obiad przed podróżą i zmyślnie wysłała nas po kwiaty (nie wiem, czy włączyła Radio Maryja żebyśmy się energiczniej ruszali, ale podziałało). Kochany kupił bukiet piwoniowych róż u Edyty za rogiem, trochę szliśmy naokoło osiedla, żeby spacer wydłużyć i byliśmy z powrotem w sam raz na obiad (który był bardzo dobry, jak zwykle u świekry). Okolica ta sama co zwykle, różnica taka, że komitet blokowy po odhaczeniu dzieci jako wrogów miru domowego (pod blokiem nie wolno się bawić) wziął się za zwierzęta - teraz jeszcze nie wolno dokarmiać ptaków, bo srajo i brudzo oraz kolegujo się ze szczurami. 

Do stolicy ruszyliśmy po drugiej po południu; podróż odbyła się bez większych przeszkód w coraz bardziej szarzejącym krajobrazie (śnieg, śniegu, śniegowi).

Przed głównym wydarzeniem przysiedliśmy we troje w Ciasteczkooo na ulicy Alternatywy, gdzie Fred dokończył dyktowanie mi dedykacji dla nowożeńców. Gdy dotarliśmy do urzędu, z ważnych gości brakował tylko Stu - na szczęście impreza opóźniła się na tyle, że szwagier zdążył w ostatniej chwili. Poza tym Usz ze Szwagrowskim wybrali najprostszą wersję ceremonii dzięki czemu szybko było po. No i było jeszcze zaskoczenie świadkowie - jednym ze świadków był wczesny recenzent Fredowego scenariusza. Spotkanie przeniosło się do Balkany Od Kuchni, znanej nam już z dobrej strony bałkańskiej restauracji na ulicy Strzeleckiego, która nasyciła nas po uszy. 

Już po siódmej wzięłam się za deser. Opuściliśmy zgromadzenie jakiś czas po Wu i świekrze, czyli świętowanie z jedzeniem zabrało nam około trzech godzin. Na końcu dnia wylądowaliśmy w ekskluzywnym mieszkanku Kaś i byliśmy rozpieszczani jak para królewska (dostałam własną podomkę i bamboszki z rogami), wygłaskałam aksamitne futerka Kacperka i Leosia, pogadałam o polityce i kotach (bo przecież wiadomo).


Język nadal bardzo boli, no good.

* zdjęcia wklejone po powrocie z wyprawy.

poniedziałek, 4 września 2023

1358. Chata wolna.

Znowu spałam raczej słabo, tym razem z napięcia, okno było uchylone i do środka wpadał przyjemny, nocny chłód. Wstałam o szóstej, więc mogłam pożegnać się z mamą, która wybywała do pracy, zjadłam pomidorówkę jeszcze zanim Kochany wygrzebał się z wyrka. Mycie włosów, jajecznica na śniadanie, picie kawy ze szklanki z różą (to babci Mani), pakowanie się pobieżne (w końcu nie wyjeżdżamy na księżyc, jakieś rzeczy do wzięcia na później zostają).

Wyjechaliśmy przed zaplanowanym czasem, ale dzień jakoś się rozlazł. Już o 10 śmigaliśmy S8, a przed dwunastą podjechaliśmy pod dom cioci Ce. Jak można było się spodziewać, ciocia przygotowała wszystko na tip top; ciasto najlepsze z możliwych, obiad dwudaniowy (mieliśmy wpaść tylko na herbatę). Zasiedzieliśmy się do po trzeciej, wujek zabawiał nas rozmową o Polsce suwerena (głośno się zastanawiał, czy nie warto byłoby zwiać do Czech i dziwił się swoim dzieciom, że same gdzieś nie zwiały), ciocia była mocno zniknięta w swojej skrytce kuchennej. Dopiero, gdy wychodziliśmy, pojawił się temat wiadomy. Trudno o tym rozmawiać, chyba jeszcze się nie da. Zapakowałam dwa kawałki jabłecznika, które zjedliśmy przy kawce na mopie w Wiśniowej Górze.

Do NA dojechaliśmy o zmierzchu. Gdy sapiąc wdrapaliśmy się po schodach, żeby odebrać klucz od sąsiadki z góry, słońce właśnie zaszło na dobre. Kochany wziął mnie jeszcze na spacer po nocnym mieście; zrobiliśmy trasę do Okrąglaka i z powrotem; gdy wracaliśmy nad blokiem świecił Wielki Wóz. Świekra przez telefon podała nam hasło do wifi. Nigdy wcześniej nie mieszkaliśmy tu razem zupełnie sami.

piątek, 17 marca 2023

1187. Kolejny dom.

Szwagrowski wszystko ogarnia (zainspirował mnie nawet, żeby po powrocie do domu wyrzucić z naszej kuchni rzeczy, których od lat nie używamy), śniadanie przez niego podane było wzorcowe, na dokładkę dostaliśmy w prezencie zapasy czystka. W zawodach na ilości porannej kawy Usz wygrałaby z Fredem zdecydowanie (dwa i pół kubka). Przed dziesiątą opuściliśmy Ursynów, po jedenastej zobaczyliśmy kominy Azotów. Została jeszcze chwila do wizyty u notariusza, spędziliśmy ją spacerując po Empiku. Sprawy biurokratyczne, które zebrały całe rodzeństwo i teściową w jednym miejscu trwały jak dobry egzamin dyplomowy, 40 minut. Potem Kochany przeparkował samochód pod blok i trochę czasu spędziliśmy w piątkę. No coraz bardziej się tu robi jak w kaplicy, to Stu podczas jedzenia flaków, na uwagę, że w oknie też jest jakaś kartka z modlitwą. Po jakimś czasie zjawiła się teściowa, która załatwiała dodatkowe formalności papierowo-finansowe. Zjedliśmy pyszne zrazy wołowe, popchnęliśmy ciastem, po zrobieniu kilku zdjęć do rodzinnego albumu szwagrostwo udało się w kierunku Wawy, teściowa do kościoła, a my do parku Czartoryskich. Spacer do łachy wiślanej (spotkaliśmy panią z dwoma ślicznymi psami, jeden miał oczy jak Bowie), Zielona, herbata w Okrąglaku; wszystko to zabrało nam trochę czasu, wracaliśmy przez miasto już drzemiące.

Energia mi gdzieś ucieka, mogłabym natychmiast położyć się i zasnąć.
___
edit 22:10 W tvp1 mówili, że nie ma pisowskiego państwa, tylko jest Polska, a teściowa chciała pogadać o tym, że Trzaskowski dąży do ograniczenia jedzenia mięsa. Na szczęście jedliśmy pierogi ruskie i zagryzaliśmy je śledziami (Usz lubi to połączenie, stąd pomysł na test smaków), więc było pole manewru do zmiany tematu. Brawo my ;) Nie tylko Fred zauważył dzisiaj nerwowe zachowanie Wu.

wtorek, 5 kwietnia 2022

839-840. Dół, góra, dół.

Już przed szóstą stojąc na golasa w sypialni obserwuję jak ktoś pomyka między blokami. Jasno. I duszno. Trudno wrócić do snu. Tak się nam zaczął poniedziałek wyjazdowy. Bo w końcu trzeba się było ruszyć z domowego ciepełka, by przejechać do kolejnego domowego ciepełka. Naładowaliśmy samochód dobrami jak rumuńska rodzina i jeszcze przed dziesiątą ruszyliśmy z darami dla chłopaków z Dragan. Dotarliśmy do nich bez większych przeszkód, ubrania zostały przekazane, wypiliśmy po kawie, porozmawialiśmy o genealogii i katolicyzmie (panowie są franciszkanami świeckimi, albo będą) po czym Andrzej zaproponował miejsce, w którym moglibyśmy zjeść obiad — Klemensów. Bardzo mnie to ubawiło, muszę powiedzieć, że co się obśmiałam w duchu jak norka, to moje. Byliśmy więc w restauracji Klemens (mieszczącej się w dawnym domu dyrektora cukrowni), a po obiedzie odwiedziliśmy znajdujące się obok małe muzeum różności. Potem chłopaki zaproponowały wizytę w radecznickiej bazylice Andrzeja i kapliczce na wodzie. Było trochę zimno, czas minął nam tak szybko, że nie wiadomo kiedy zrobiła się piąta i czas był na nas pędzić w kierunku Zielonki, czyli znowu do góry mapy, po drodze machając pojawiającym się i znikającym kominom Azotów. Doturlaliśmy się do miejsca przeznaczenia po siódmej wieczorem, gdy wieczerza już się rozpoczęła. U Andrju z żoną i córką byli Jackowie, posiedzieliśmy trochę i jedząc jajka w majonezie pogadaliśmy o starych Polakach. Bardzo nam się spodobał nowy dom przyjaciół, łazienka pełen luksus, w hotelu to pewnie byłoby 250 za noc.

Komu w drogę temu kopa we wtorek rano. Obudziliśmy się po siódmej, Andrju zrobił nam śniadanko, zjedliśmy je z Natką. Jeszcze trochę pogadaliśmy z panią domu, która przygotowywała się psychiatrycznie do pracy i po dziewiątej pora była na nas. Teoretycznie mieliśmy jechać cztery godziny, niestety w okolicach Łodzi niechcący zgubiliśmy S8 i musieliśmy omijać Bełchatów przez paskudną odkrywkę węgla. Nom, nie było wygodnie, na dodatek wkurzyła mnie wiadomość z pracy na temat kursu dokształcającego (nie denerwuj mnie, Bridżet, zajęta jestem). W dalszej drodze okazało się, że puławianki smakują nawet lepiej drugiego dnia po zakupie (lubelski cebularz też dawał radę). Na wieś dojechaliśmy po trzeciej, gdzieś po drodze na Dolny Śląsk zniknął śnieg, rodzice wrócili po piątej (z kichającym kotem, bo Rózia chorenia i miała inhalacje u weterynarza). Przywitali nas Malineczka i Maksiu, zupełnie zaskoczona babcia Mania, Mruczysław, który od razu wbił na kwadrat, żeby mieć informacje z pierwszej łapy. Jest dobrze, Fred pokazywał rodzicom swoje podobizny z czasów najwcześniejszej, bezzębnej młodości. Mama się zrewanżowała i wyciągnęła antyczny album z bezzębną moi. Po kolacji jest Poirot oczywiście, 1.3, i oglądanie wiadomości z wojny w Ukrainie. Domowo. Dopijam kubek przegotowanej wody, chyba pora na sen.

piątek, 1 kwietnia 2022

Postscriptum #836.

Na śniadanie jemy m.in. puławianki, potem żegnamy się z dwojgiem Usz, którzy maszerują na pociąg. Śnieg pada i pada, prawdziwe prima aprilis. W śniegu tym wyjechaliśmy z teściową załatwić sprawy finansowe, żeby po odfajkowaniu nudnych obowiązków skręcić do Kazimierza. I tak sobie z mężem rozmawiamy o wczorajszym nędznym kazaniu, w którym teść, dzięki któremu mieszkańcy mieli w domach ciepełko, został sprowadzony do działacza w jakimś tam kółku różańcowym. Ech no, taki klub. Z Kazikiem nie widzieliśmy się od naszej podróży poślubnej, on też przysypany śniegiem, więc zamiast go obspacerować weszliśmy do Herbaciarni U Dziwisza, a tam na stoliku były np. dzienniki Błoka:


I herbaty oczywiście (moja biała malinowa goji, Freda pikantna malina) plus czekolada (czarna, teściowej):


Oraz koty:


A ze ściany patrzyła na nas pani podobna do znajomej księgowej, z domu Cebula, po mężu Oszust:


Teściowa jak dziewczynka, ma papajkę w ciemnej czekoladzie, w tle opera barokowa, siedzimy, rozmawiamy o neutralnych sprawach, trochę też o przeszłości, co mamie Freda chyba sprawia przyjemność. Wspomniałam koty?


Wisła bieleje śniegiem.

Po powrocie do domu zaczęliśmy przeglądać i segregować ubrania teścia (część zabierzemy do chłopaków, inne pójdą do lokalnej zbiórki używanej odzieży). My z rękami w ubraniach, teściowa w kuchni z Radiem Maryja przygotowywała obiad. Rozpoznaję jasny garnitur, który teść miał na sobie w czasie naszego ślubu (kieszenie są nadal zaszyte), oglądamy prochowiec porucznika Colombo i niezliczone poliestrowe krawaty, oraz błam, gigantyczny płaszcz po jakimś wujku teścia, uszyty pewnie zaraz po wojnie. Zatrzymuję sobie na pamiątkę fioletowy, kaszmirkowy krawat, który tata dostał od Freda. Wszędzie po kieszeniach znajdujemy jednorazowe chusteczki (jak u mojego Kochanego, genetyczne uwarunkowanie zapewne). No i tak, zmorzyło mnie, położyłam się na chwilę na tapczanie i przeleżałam czas, gdy teściowa wybyła na wieczorną mszę, mąż w tym czasie posegregował wszystko do końca. Zadzwoniliśmy do Katlin (kot ma się dobrze). Dzień minął szybko, na zewnątrz napadało grudniowego śniegu, grzywacze wyglądają na drzewach jak wielkie, zmokłe kury. Na późną kolację objadamy resztki śniadankowe, jakby się kto zastanawiał nad puławiankami, to:

czwartek, 31 marca 2022

niedziela, 9 lutego 2020

53-54. Weekend przemieszczeń.

Sobota.
— Nie wiem jak się wyciąga, oświadczył mi z rana małżonek ;D


Trochę szkoda opuszczać miasto w ten piękny, słoneczny dzień. Teściowie zachowywali sie optymalnie, na tyle na ile mogli. Wspólne mieszkanie byłoby dla mnie uciążliwe. Na e-poczcie mam już pierwszy link od teściowej na temat zdrowej żywności. Bywa i tak. Przed północą wchodzę do domu rodzinnego (przejechałam nad Wisłą i przez Zwoleń-Radom-Przysuchą-Opoczno-Piotrków Trybunalski-Bełchatów-Wieluń-Wieruszów-Kępno dotarłam do Wrocławia Głównego dziesięć po dziesiątej wieczorem, za Piotrkowem zaliczyłam nawet 45-minutowy postój w Złotym Młynie) i moszczę się, bo mniej więcej jeszcze ogarniam lokalizacje różności. Ale nie czuję potrzeby bycia tu na forever and ever. Jest mi dobrze w moim życiu, takim jakie ono teraz jest gdzie indziej.

Tego dnia, już w trakcie trwania mojej podróży, Fred rzutem na taśmę zakupił jeszcze dwie płyty dvd. Nie bardzo idzie nam kontakt, gdy znika zasięg internetu ...

Niedziela.
... ale z rana wiem, że Rysiu czekał na tatę w środku. Oboje odsypiamy, ja obowiązkowo przed włączonym tv (tym razem padło na odcinek Columbo z hasłem Różyczka), małżonek w naszym łóżku, z kotem. Nie wychodzę na słońce. Gadam z Maksiem i resztą trzody. Nad Europą przechodzi sztorm Ciara.
___
edit 21:10 ... no i się okazuje, że ten mój Hilary wcale nie zgubił okularów, które myślał, że zgubił na lotnisku.

piątek, 7 lutego 2020

Postscriptum #52.

Po późnym śniadaniu wybraliśmy się do Zielonej, żeby Fred mógł skorzystać z usług fryzjera. Przy tej okazji pochodziliśmy po galerii robiąc małe zakupy, ja w Triumphie, małżonek w 4F. Czekając na postrzyżyny przysiedliśmy w kawiarni Sarzyńskiego i miałam okazję napić się herbaty z płatkami róży, dokładnie takimi samymi, jakich zapas dostałam dwa dni temu od Kaś. Na obiad grzecznie wróciliśmy do domu, mąż z fryzurą sarmacką. Teściowa dobrze gotuje — pieczony sum i sałatka z selera naciowego z ananasem i jarmużem. Po poobiedniej kawie ponownie wyszliśmy na ziąb. Wojska Polskiego-Wróblewskiego-Niemcewicza-Jaworową doszliśmy do cmentarza, żeby zobaczyć groby odbydwu Krzyśków. Potem na przełaj przez osiedla w kierunku Wisły, żeby wyjść akurat niedaleko Tawerny na 6 sierpnia:


Poziom wody na rzece był wysoki a nurt żwawy. Przeszliśmy się mariną aż do końca alejki sapcerowej zdążając akurat przed zamknięciem bramy na ulicę przy XIX-wiecznej kapliczce. Z 6 sierpnia  zeszliśmy do Piłsudskiego, a szukając w drodze miejsca, żeby się ogrzać, zatrzymaliśmy się na godzinę w Sushistudio. Sam budynek przedziwny, z restauracją na piętrze. Wielkie, półokrągło zwieńczone okna przywodziły mi na myśl synagogę. Ale w tym mieście synagogi nie ma. Nie zauważyłam nawet jak jeszcze z 200 m przed suszarnią minęliśmy ślad po niej zaznaczony dziś granitowym głazem. 

Rozgrzałam się miso, wciągnęłam rolki, zapomniałam zrobić zdjęcia "przed" :) Fred odmawia jedzenia pałeczkami.


Wracamy na wieczorną herbatkę w sam raz, po siódmej. Poruszamy tematy bezpieczne, choć to nigdy nic nie wiadomo przy teściach dla których ostatecznym autorytetem są media rydzykowo-kurskie. Jutro spędzę kilka godzin w podróży na zachód, Fred późnym wieczorem wróci do domu i do kota. Chyba oboje jesteśmy gotowi, żeby wyruszyć. 

52. Po uśmiechu go poznacie.

___
Poszliśmy spać bardzo późno, nic dziwnego, że nie mogliśmy się wyturlać na czas na śniadanie. Jest już po dziesiątej czasu polskiego. Słońce pięknie świeci. Zimno. 

czwartek, 6 lutego 2020

Postscriptum #51.

Spacer.
-2°C.






Wracamy po drugiej, akurat na dwudaniowy obiad. W plecaku oprócz Biblii mam ukrytych kilka płyt (Nowa extradycja Żywiołaka, Święto słońca Kapeli Ze Wsi Warszawa, Młodość Ralpha Kamińskiego) do których Fred dorzucił w ostatniej chwili Komedy Muzykę Filmową. Temat najnowszych wieści i dalszych losów Wu powraca przy stole wielokrotnie.


W drodze powrotnej zahaczyliśmy też o NoveKino na Partyzantów 6, akurat tyle, żeby się przekonać, że na Wieczorze Kinomaniaka po dwudziestej grają Judy (2019) z Zellweger. To nam robi plan na później. Możliwe, że nie każdy widz zorientuje się, że to biografia pikującej lekomanki, poza tym tandetne chwyty muszą zaistnieć, jak to w holiłódzie, ale Renée jest genialna. Kiedy wychodzimy deszczyk mży nam na głowy, wracamy wolno, rozmawiając o tym, co obejrzeliśmy.

51. Poranek.

Ziemia jest lekko przyprószona śniegiem. Szarówka nad miastem. Budzimy się wcześnie po bardzo ciepłej i suchej nocy, którą moja pupa w połowie spędziła poza kordłą. Teściowie uraczyli nas sutym śniadaniem. Myrdając stopami pod stołem omijamy tematy newralgiczne, w typie Grety Thunberg i teorii spiskowych. Trzeba umyć zęby i wyjść na świat.
___
edit 19:26 Gdy po śniadaniu wyszliśmy na spacer, w smartfonie zaatakował mnie news, że zmarł Kirk Douglas. Czasami umiera ktoś o kim się sądziło, że już dawno nie żyje. Rocznik 1916.

środa, 5 lutego 2020

50. W gościach.

Zerwaliśmy sie bladym świtem, żeby ruszyć w podróż. Rano tylko herbata (po wczorajszym słabym dniu nie chciało mi się nic). Dzień na wyspie i w Polsce był słoneczny, lecąc nad Howth bardzo wyraźnie widzieliśmy latarnię Baily, a dolatując do Lublina San wpadający do Wisły. Zapomniałam różu, to i mam nowy, kupiony w strefie , 320 rouge profond Chanel. Po trzynastej Kaś Matka Kotom odebrała nas z lotniska i zawiozła do tych dwóch gentlemanów:




Leoś i Kacperek. Gospodyni uraczyła nas symfonią dla zmysłów — zupą dyniowo-batatową z rozmarynem i innymi cudami, oraz czarnymi wstążkami z robaczkami, o ciastach nie wspomnę, bo wciągnęłam ino odrobinkę z powodu przekroczenia pojemności. 



Łaski pełni zobaczyliśmy świetliste chmury nad Azotami dopiero po ósmej wieczorem. Nowa Aleksandria. U teściów po herbatce, rozmowa przy stole i lulu. Chyba oboje zastanawiamy się co tam porabia Ryś. 

(czas lokalny 22:55)