Po śniadaniu wyszliśmy na zamglone miasto. Najpierw Kochany zaprowadził mnie do kanciapy szewca. Na ostatniej prostej wyprzedziła nas jakaś Karyna, wepchnęła się pierwsza rączką do klamki, szybko szybko wygrałam, i dawaj ha ha ha z pytaniem do szewca, czy mógłby jej przykleić coś tam przy torbie, prawda. Pan szewc zapewne wielokrotnie już miał dowody upadku znajomości zawodów, bo przewrócił oczami i rzekł tylko jedno: kaletnik. Człowiek niewielu słów na widok mojego rozdziawionego trampka udzielił mi informacji zwrotnej to niedobrze, poza tym na jutro oraz 15 zł. Nawet nie zostawiłam nazwiska i trochę się martwię, że trampek został z tym panem.
W herbaciarni Czartoryskich byliśmy punkt dziesiąta. Mgła nadal opadała, trochę było chłodno, zamówiliśmy kaffki i czekaliśmy na Zielonego. Kolega Freda zjawił się za jakieś 20 minut. Przyjemnie spędziliśmy czas; świat doprawdy jest mały i piękny, kolega w swojej sarkastycznej pelerynce był ciekawym rozmówcą. W herbaciarni zaopatrzyłam się w trzy różnorodne herbaty dla Anne.
Po spotkaniu poszliśmy w kierunku pałacu i spontanicznie weszliśmy do muzeum (jeden bilet zł 30). Trafiliśmy w moment idealny, wycieczki szkolne właśnie się przewaliły, wywrzeszczały na schodach i przetoczyły przez korytarze, po małych Hunach nie został nawet smrodek. Cisza.
W czasie naszego zwiedzania aura na zewnątrz zrobiła się rewelacyjna. Pomni grafiku dnia, obfociliśmy pawie i wróciliśmy do domu na obiad, ale po obiedzie jeszcze raz wyszliśmy na spacer w kierunku pałacu, tym razem minęliśmy budynek i poszliśmy do parku, spojrzeć na lwy, łachę, w promieniach zachodzącego słońca przejść do pałacu Marynki
Następnie Kochany poprowadził mnie hen hen naokoło swojego miasta: od pałacu Marynki Kazimierską, Kaznowskiego, Sosnową i Kopernika do Lubelskiej.
Przed osiemnastą byliśmy przed domem, ale … nie mogliśmy zostać w środku. Świekra przypaliła ostre papryczki, całe mieszkanie waliło zwędzoną kapsaicyną, przez głowę już galopowały mi rozpaczliwe myśli o organizowaniu na cito nocy w hotelu; sytuacja wyklarowała się po jakiejś godzinie. Wieczór spędziliśmy przy stole, zajadając ciasta i z minami mędrców rozmawiając o bzdurach (sytuacja typowa: świekra, która w sieci popchnie w świat każdego pisowsko-religijnego mema, nagle nie wierzy Internetowi, że kapsaicyna jest w składzie gazu pieprzowego i wertuje papierową encyklopedię — znosimy to z godnością chachamów, którzy widzieli już wszystko). Wieczorem tknęło mnie, żeby sprawdzić maila pracowniczego: problemy menagerów z dodawaniem liczb i cudze dramy zostawiam sobie na jutro rano. Zen podwójny, mam tę moc.



































