Noc była krótka, mózg nadal funkcjonuje mi w trybie poprzestawianych godzin. Świekra przygotowała nam śniadanie, jedliśmy, rozmawialiśmy o pozostawionych w domu kotach. Cytat ze Srogiego Freda w kontekście naszej wizyty teatralnej, który dość mnie rozbawił, bo nie miał sensu, ale trochę też miał: Tak patrzę na zdjęcia rodzinne i mi się Makbet przypomniał. Świekra wykorzystała moment, gdy Kochany zniknął w łazience, żeby poruszyć temat życia prywatnego Stu. Wytrzymałam, czyli rysa na wizerunku, za to dobry nastrój został ocalon. Kierunek: Kozłówka.
Podróż trwała mniej niż godzinę. Gdy mijaliśmy lokalną szkołę muzyczną, przypomniał mi się Dzień świstaka, jego filozoficzna puenta. Po drodze, dzięki mamie Freda, grał mi w głowie utwór Danny Boy, oczywiście za dźwiękiem poszedł obraz. Lubelskie wsie chyba nie różnią się bardzo od wsi wielkopolskich, dużo nowych domów, sporo wysiłku włożonego w zapominanie.
Pałac w Kozłówce sztos. Zanim jeszcze weszliśmy do głównego budynku, moją uwagę zwróciła grupa osób przebranych w sarmackie stroje, która w klombach przed pałacem śpiewała na jakąś ludową nutę. Stroje szlacheckie, piosenki chłopskie, kapitalne!
Najpierw kupiliśmy bilety do paru miejsc i czekając na wejście z przewodnikiem podeszliśmy do kawiarni (kawa z kapsułek, sernik). W pałacu zwiedzaliśmy pomieszczenia na piętrze (rozmach i klamoty), potem muzeum socrealizmu i galerię w której można było zobaczyć maski pośmiertne różnych gości (Chopin i Mickiewicz mieli krzywe przegrody nosowe).
Ach, i but! Zanim weszłam do pałacu, skrzypienie lewego conversa okazało się oderwaną podeszwą; po zwiedzaniu z przewodnikiem, wróciłam do samochodu, żeby wymienić wełnianki na glany (druga para butów pod ręką to był naprawdę dobry pomysł).
Chcieliśmy zjeść obiad w Nałęczowie, ale zrobiło się późno, wróciliśmy do domu i tu zaliczyłam drugi fail: nie zjadłam zupy, niestety ilość religijnie dodanej kiszonki przekroczyła granice mojej tolerancji. Drugie danie było pyszne; świekra w tym czasie wyszła na mszę.
Wypijmy za to, rzekł Freda wznosząc kryształ z Piwniczanką kończącą rozmowę o zdarzeniu porannym. Korzystając z sytuacji komfortowej (pełne brzuchy, łagodna pogoda, zapasowy klucz), poszliśmy w kierunku Zielonej. W Empiku Kochany kupił mi książkę Zyty Rudzkiej pt. Mykwa, poza tym w lodziarni, przy lodach i napitkach, omawialiśmy dzisiejsze przypadki.
Po zakupie kilku kosmetycznych drobiazgów (w tym nowej szminki firmy Kobo, kolor magenta 425), poszliśmy w miasto i w oświetlanych przez pełnię głowach zrodziły się nam różne fajne pomysły stalkingu. Najpierw przemaszerowaliśmy pod oknami DK, jestem przekonana, że widziałam ją na balkonie. A dlaczegóż by nie zadzwonić domofonem do państwa W. na czwartym piętrze i nie zapytać: Dominik wyjdzie? Najlepszy był jednak pomysł, żeby zerwać się z łóżka przed Słońcem, przejechać ponad 100 km na płd-wsch, zaczaić się pod Sezamem, wejść do sklepiku osiedlowego za zgarbioną sylwetką jednego z pierwszych klientów i jakby nigdy nic powiedzieć: cześć, Stachu! Bardzo byłam tym konceptem ubawiona :D









