Pracę skończyłam godzinę wcześniej i udało się mi skorzystać z autobusu złapanego na przystanku innym niż zwykle (ulica Dżordża). Niebo wytrzymało z deszczem do momentu aż weszłam do domu (bardzo uprzejmie). Trochę mnie dzisiaj bolał brzuch (pewnie z powodu zbyt ciężkiego śniadania: resztek spaghetti bolognese suto naszpikowanego wołowiną i cheddarem), ale do późnego obiadu udało się mi sytuację rozgonić (przy okazji doinformowałam się, jak masować dwunastnicę; czego to się człowiek nie dowie, kiedy zachodzi potrzeba). Kochany przyjechał w mżawce, zastał mnie przy słuchaniu gry na koncertynie (i znowu czegoś nie znałam, to teraz znam; przygotowuję się psychicznie do jutrzejszego wyjazdu kulturalnego).
W rodzinie zachodzi przepływ informacji o dziwnych ruchach kuzynki, która niedawno straciła syna, więc oczywiście dyskutujemy, choć wiemy tyle, ile powiedział nam głuchy telefon (sytuacja jest raczej niekomfortowa). Reszta wieczoru upływa nam na przeskakiwaniu z tematu na temat: praca, Masłowska, robienie filmów, miecz Rydzyka. Skoro i tak budzę się w nocy kilka razy, położę się później spać, o!