Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 kwietnia 2026

2301. Moje święta ...

... są kulturowe, obchodzę je w określony sposób, gdy są obok ludzie z którymi obchodziłam je wcześniej w ten sposób. Poza taką sytuacją nie doskwiera mi brak tradycyjnej celebracji. Oczywiście, miło byłoby zjeść śniadanie z rodzicami, albo z Kochanym zrobić sobie świąteczny talerz pseudoświęconki. Ale mąż od rana w pracy. Do rodziców zadzwoniłam zaraz po przebudzeniu, zastałam ich przy konsumpcji jaj; rozmowa z mamą natchnęła mnie chęcią dalszego zgłębiania genealogii (wczoraj mama specjalnie zajrzała na cmentarz w Tcy i przesłała mi fotkę). W czasie śniadania dokańczam oglądać The Other Bennet Sister (2026). Dwa razy padał grad.

Po powrocie męża do domu dwie dłuższe rozmowy, ze świekrą i ze Stu, który po wizycie u mamy przeznacza resztę dłuegiego weekendu na odpoczynek. 

Wieczorem Kochany z poważną mina bierze się za gotowanie żuru. Mania wkłada ogon do gorącej herbaty.

środa, 24 grudnia 2025

2199. Wilija’25.

O 3:27 padał śnieg. Prawdziwy, najprawdziwszy, mokre kłapcie. Gdy wstałam rano, nie było po nim śladu, ech. Śniadanie, krokiety, wyjazd na cmentarz (ziąb dotkliwy), dokańczam robić sałatkę, woda ze śledzia na obiad, i tak dalej. 

Tymczasem Jagiełło wygrywa pod Grunwaldem, a Baśka zaprawia Azję w łeb, jak co roku. Za ozdoby służą tylko światełka, nie mamy żadnych stroików, totalny minimalizm ozdobowy.

I jeszcze Wojtuś wylegujący się na rozłożonym łóżku, Rozalka, z której zrobiła się duża, okrąglutka dziewczyna, oraz Zosia Kot, która właśnie dzisiaj dała się namówić tacie na przebywanie w domu (najpierw owrzeszczała dyjabły i długo żądała otworzenia drzwi na dwór, ale w końcu są święta).



Po piątej zasiedliśmy do kolacji. Kochany też akurat jadł uszka. Ponownie połączyliśmy się z mężem mym przez messengera, gdy z rodzicami zaczęliśmy wyjmować prezenty. Gdyż, poza dużą ilością łakoci:

oraz bransoletka "codzienna" z turmalinem i hematytem. Książki czekały na mnie od wielu dni, nie zerkałam na nie, choć mogłam, chciałam mieć miłą niespodziankę właśnie dzisiaj. Wszystkie prezenty bardzo mnie cieszą i cieszy mnie to, co daliśmy rodzicom. 

Po kolacji mama długo rozmawiała z kuzynką Es, Kochany zaś w domu połączył się z innymi ludźmi, w tym z ciocią Ce, która, proszę bardzo, ma koty terapeutyczne.

Wczoraj późnym wieczorem, gdy lekka bezsenność szczypała mnie w nos, zaczęłam nawet czytać Ucztę Trymalchiona Petroniusza, ale cóż :D trzeba to odłożyć, bo dzisiaj wywiad z Fossem, przy jednoczesnym zerkaniu na Śledztwo siostry Bonifacji. Jest mi dobrze :)

sobota, 31 sierpnia 2024

1719. Jak w kalejdoskopie 2.

Noc spędziliśmy u Andrju, w innej sypialni niż ostatnio, nadal jednak pięknie, przestronnie, z oknem uchylonym na świat. Na całe szczęście temperatura w sobotę nieco zelżała. W planach był grill, wcześniej wybraliśmy się z Andrju i SP na spacer wokół glinianek (trasa wiodła przez tory kolejowe, bardzo interesujące). Dwie żony zostały w domu (tylko dwie, gdyż nie dla mnie muzułmańskie podziały i rozmowy kuchenne o niczym).


— I co? Są bunkry?
— Bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście :D

W trakcie spaceru drogę przecięła nam mysz (konkretnie myszarka polna, z ciemną pręgą na pleckach), w innym miejscu widzieliśmy trawersującego szczura. Nie pytam już, co to znaczy ;) Wszędzie nawłoć nawłocią pogania.

Wróciliśmy w południe; na grillu były same delicje: karkówka (nie próbowałam), swojska kiełbasa i kaszanka, Perła w szklanicach (nie próbowałam); godzinkę przed naszym wyjazdem do kompanii dołączyli Jackowie, spóźnieni na okoliczność poimprezowej senności.

O czwartej żona Jacka podrzuciła nas do Usz. Dzięki temu mieliśmy godzinkę relaksu przy gazowanej wodzie. Bo z Wu byliśmy umówieni o szóstej na rodzinną konsumpcję baby ziemniaczanej; wyruszyliśmy we czwórkę (Fred, ja, Usz, Szwagrowski) na trwający jakiś kwadrans spacer przez osiedla. Przywitał nas krzątający się przy kuchni Wu, jego córki oraz Stu. 


W ofercie baba ziemniaczana oczywiście, poza tym churros, wybór ciast, napoje gazowane; w tle Traperzy znad Wisły oraz Artur Andrus. O dziesiątej byliśmy z powrotem w "naszym" bloku. 

***

Obok nas cichutko przeszedł sierpień.

niedziela, 25 lutego 2024

1532. Cicho.

Bardzo. Tylko rano wpadli dwaj faceci zainteresowani autem, więc Fred wyszedł do nich na chwilę, żeby im pokazać co i jak. Poza tym siedzimy w domu, piszemy, drzemię przed obiadem, jemy, rozmawiamy z rodziną (ja z rodzicami o moim możliwym przyjeździe, Fred z Wu, który dawkuje coming out oraz dzieli się szkicami ręcznymi). Wieczorem, gdy z mokrymi włosami siedziałam w sypialni, zaczęłam czytać Ciemno, prawie noc Joanny Bator (Znak, 2021). Z jednej strony wiem, że to będzie dobra lektura, z drugiej zbierając siły ociągałam się kilka miesięcy z jej rozpoczęciem. Bydzie dobrze. 

niedziela, 24 grudnia 2023

1469. Wilija'23.

Męczył mnie nos i kaszel, więc wstałam z łóżka przed siódmą, żeby się przeciągnąć i napić herbaty, a tu za oknem sytuacja śniegowa:

Jeszcze przed śniadaniem zaczęłam robić sałatkę (Kochany nucąc Christmas Time The Darkness pomógł mi w krojeniu kartofli, ale to później w ciągu dnia). Zawinęłam też krokiety (wyszło 16). Mama przygotowała karpia, zrobiła galaretkę z kurzyny i kapustę z fasolą à la babcia Mania. Przez większość czasu pracowałyśmy pod czujnym okiem inspektora ds. żywności:

Po wodzie ze śledzia pojechaliśmy z Fredem na chwilę na cmentarz, żeby zostawić światło dla dziadków i cioci. W tym czasie śnieg zdążył już stopnieć i na ścieżkach zalegały brejokałuże.

Wigilia była bezopłatkowa, intencjonalnie, bo nie było komu pójść do kościoła (rodzice nie przejawili entuzjazmu w tym kierunku). Wymieniliśmy się prezentami, zjedliśmy parę potraw (ja uszka w barszczu, pieroga i kapustę z fasolą). W trakcie kolacji zadzwoniła świekra, żeby nam pokazać rodzinną imprezę ze szwagrostwem. Po kolacji tatko zadzwonił do wujka Kaza i nawet wcięłam się mu w rozmowę, bo widać było, że chrzestny jest zaciekawiony naszą wizytą. Kochany dostał ode mnie perfumę Armaniego Bois D'Encens, ja dostałam czytnik książek PocketBook Era :D. Dzień był udany pod wieloma względami, np. Malineczka, która wczoraj nie chciała jeść i puszczała bąki, dzisiaj odzyskała apetyt. Teraz przed nami dwa dni laby bez martwienia się o obiady.

poniedziałek, 20 listopada 2023

1434-1435. Wawa/Lub/Dub/home.

U Kaś w niedzielę do południa chodzę w podomce i zwierzątkowych papuciach. Jem tak śniadanie, piję herbaty, dostaję prezenty bez wyraźnego powodu (stopki w koty oraz papucie na nogach noszone z radością). 

W nocy język bardzo mnie bolał, w dzień łatwiej to ignoruję, ale po śniadaniu położyłam się do łóżka "na chwilę", czyli do momentu, gdy na bazę wpadła Kręcona Aśka. We czwórkę wybraliśmy się z buta do warszawskiej dzielnicy azjatyckiej, na ulicę Bakalarską, gdzie zjedliśmy dobry lunch w restauracji Hanoi (zamówiłam makaron udon z wołowiną), po czym jeszcze trochę spacerowaliśmy, chociaż pogoda nie zachęcała (w jedną i w drugą stronę szliśmy w chłodzie i sypiącym śniegu). 

Ciekawy zakątek stolicy, trzeba tu będzie wrócić przy lepszej pogodzie. Po powrocie do ciepłego pomieszczenia przysiadamy przy herbacie na godzinę, żeby ostatecznie gdzieś tak wpół do szóstej wyjechać w kierunku Lublina, byle zdążyć na styk.

Resztą niedzieli to mozolne przemieszczanie się do domu. Najpierw w padającym śniegu musieliśmy dojechać do Świdnika, po prawie dwóch godzinach Kochany zatankował autko i na lotnisku oddał klucze. Gdy już rozpłaszczyliśmy się w samolocie, który niby był punktualny, przez dłuższy czas nic się nie działo i wylot nastąpił z opóźnieniem. Lot był zajęciem niesamowicie nudnym, siedziałam między dwoma facetami (wytatuowany brojler zerkający na książkę motywacyjną i żylasty chłoporobotnik z własnym pomidorem w sreberku; Fred miał miejsce w rzędzie za mną), którzy, jak to faceci, zawłaszczali moją przestrzeń. Z nudów próbowałam drzemać, trochę też odkrywałam nowe możliwości telefonu.

Fred idący ulicą Bakalarską

Na niebieskim parkingu w Dublinie byliśmy z Kochanym dopiero po pierwszej w nocy. W Irlandii niebo klarowne, żadnych opadów, poza metropolią drogi puste. Gdy po drugiej weszliśmy do domu, znalazłam zatkniętą w szparze listowej kopię kartki z przewodnika Louth Looking Good - nasz dom ponownie został wybrany jako ilustracja ogrodowych osiągnięć naszej ulicy. Dobrze jest być u siebie. Po trzeciej spać.

Poniedziałek był czasem na odpoczynek, przy czym wstałam wcześniej (gdzieś po ósmej) i zajęłam się relaksem na pół gwizdka, jak to ja (po podróży lubię porządkować zdjęcia, wspominać, cieszyć się tym, co było). Fred wstał o jedenastej, wypił kawę, mieliśmy czas wspólnie przemielić różne wydarzenia ostatnich dni, relację ze świekrą, i takie tam. A to wracałam do łóżka, a to wstawałam, w końcu pomogłam Kochanemu zrobić listę zakupów i wytoczyliśmy się z domu. Kiedy byliśmy na mieście zadzwonił Perlisty; Fred kontynuował tę rozmowę później, przy robieniu obiadu - może zobaczymy się z Fredowym kumplem w okolicach świąt, bo też zjeżdża ze świata do kraju. A może będziemy go gościć w następnym roku u nas? Kto wie. Rozmowa z moją mamą (już niedługo się widzimy). Rozmowa z Anną (martwiła się, że choruję). Rozmowa z Usz (czyżby kolejni goście w nowym roku?). Ogólnie pozytywy przeważają nad negatywami, na dworze zimno, ale nas tam nie ma. Pewnie pójdziemy spać wcześniej niż zwykle.

niedziela, 6 sierpnia 2023

1329. Niedziela.

Spotkania statystycznego nie było (młody uprzedził mnie już wczoraj i umówiliśmy się na inny termin), wyjścia Freda w góry nie było (niestabilna pogoda i późny powrót po wczorajszym kinie domowym miały dużą siłę argumentu; są plany na jutro), było życie niedzielne zwykłe. 

Ja: pisanko. Kochany pojechał na zakupy spożywcze (np. truskawki dla żony), w drodze dogadując sprawy z potencjalnym i mocno już prawdopodobnym Rysiowym opiekunem. Wiemy, że Józek kupił bilety, czyli idzie ku lepszemu ... ale nie wszędzie: Kochany rozmawiał też telefonicznie ze świekrą — ze Stu jest podobno kiepsko. Może tak być. Co da się zrobić z tą wiedzą? Niewiele. I tylko my, dziecka z letka wyrodne, nie jesteśmy powodem do zmartwień, nawet komplementem się nam oberwało: Jedyne światełko na horyzoncie w mojej rodzinie, tako rzekła świekra o naszym stadle (od razu zdecydowałam, że to pójdzie na bloga, bo jakby się miało nie powtórzyć, ślad zostaje). Po obiedzie (powtórka menu z wczoraj) pogoda ustabilizowała się na tyle, że poszliśmy nad morze.


Noga za nogą, międląc tematy doszliśmy do falochronu. Spadło na nas kilka deszczowych kropek, ale chmury przesunęły się uprzejmie dalej i napadały do morza, przez większość spaceru towarzyszyło nam zachodzące słońce. Powrót był przez plażę i drogą pod górkę, w sam raz dobra trasa, żeby zauważyć, że jeżyny powoli dojrzewają.


Jesteśmy po kolacji (wcześniej była chwila rozmowy z tatą, który oddzwonił, gdy w domu zrobiło się ciszej). Wróciliśmy jeszcze do obgadania wczorajszego filmu oraz przetrawienia informacji, że Sinéad chowają we wtorek, nie tak znowu daleko od nas. 

czwartek, 13 lipca 2023

1305. Czwartek przed ...

Pracę skończyłam godzinę wcześniej i udało się mi skorzystać z autobusu złapanego na przystanku innym niż zwykle (ulica Dżordża). Niebo wytrzymało z deszczem do momentu aż weszłam do domu (bardzo uprzejmie). Trochę mnie dzisiaj bolał brzuch (pewnie z powodu zbyt ciężkiego śniadania: resztek spaghetti bolognese suto naszpikowanego wołowiną i cheddarem), ale do późnego obiadu udało się mi sytuację rozgonić (przy okazji doinformowałam się, jak masować dwunastnicę; czego to się człowiek nie dowie, kiedy zachodzi potrzeba). Kochany przyjechał w mżawce, zastał mnie przy słuchaniu gry na koncertynie (i znowu czegoś nie znałam, to teraz znam; przygotowuję się psychicznie do jutrzejszego wyjazdu kulturalnego). 

W rodzinie zachodzi przepływ informacji o dziwnych ruchach kuzynki, która niedawno straciła syna, więc oczywiście dyskutujemy, choć wiemy tyle, ile powiedział nam głuchy telefon (sytuacja jest raczej niekomfortowa). Reszta wieczoru upływa nam na przeskakiwaniu z tematu na temat: praca, Masłowska, robienie filmów, miecz Rydzyka. Skoro i tak budzę się w nocy kilka razy, położę się później spać, o!

wtorek, 4 lipca 2023

1296. Meh.

Znowu zaczęłam płukać zatoki, co zarzuciłam nie wiem kiedy temu. Potrzebne, bo zatoki robią co chcą (czyli za dużo liberalizmu). Dzień minął spokojnie, spędziłam dwie godziny nad finansami (home office), potem grzebałam się jak mucha w smole robiąc małe rzeczy domowe i walcząc z pokusą pójścia na lody. Innymi słowy, wtorek przebimbany. Pod wieczór porządnie się rozpadało; kot spędził dzień śpiąc, albo kontrolnie wychodząc na dwór drzwiami, żeby zaraz wrócić oknem. 

Wieczorem Kochany zadzwonił do cioci Ce zapytać jak się czuje. Chyba w końcu nie zapytał, po dwóch stronach kabla oboje z ciocią płakali do słuchawek. Za oknem nadal lekko kropi. Fred już poszedł spać.

poniedziałek, 3 lipca 2023

1295. Arghh!

Jeszcze wczoraj z wieczora dochtórka przeczytała mój tekst i odpisała z sensownymi uwagami. Przed chwilą udało się mi w terminie pchnąć ostatnie zadanie TT (z lukami, co mnie martwi, ale snu z oczu nie spędzi, bo są inne sprawy, które zrobią to skuteczniej). Mogę się poczuć jak na wakacjach. Tzn. do jutra rana, bo mam spotkanie z Gronją. Czyli dobrze, nie? A jednak ...

W nocy fatalnie spałam, zresztą Fred również (miałam wrażenie, że co chwilę zrywał się na równe nogi, potem opowiadał mi swój koszmar). Dzisiaj Kochany zaczął pracę w Carlow, i tak się będzie turlał codziennie, aż do piątku, po obwodnicy stolycy klnąc na korki. 

Sekwencja przykrych zdarzeń mniejszych i większych:
Ryszard wędrujący po niedalekim osiedlu (dał się przywieźć do domu dopiero późniejszym wieczorem). Wiadomość o sąsiadce z Nowej Aleksandrii (w zeszłym roku ciągnęła torbę na kółkach po ośnieżonym osiedlowym chodniku; ucieszyła się na nasz widok tak serdecznie, że natychmiast ją polubiłam) — wylew, nie wiadomo, co będzie. Na nocny koszmar, korki, wędrownicze koty, załamane zdrowie miłej kobiety karta bijąca wszystkie inne: śmierć. Kochany zadzwonił do mnie w czasie pracy ... zmarł starszy syn jego ciotecznej siostry. Nastolatek. Widziany przeze mnie raz. Wu o wszystkim informuje, spokojnie, ale tąpnęło nim. Większości musimy się domyślać. 

piątek, 23 czerwca 2023

1285. Terapie.

Praca do trzeciej. Zaraz wracaliśmy, bo kot spał zamknięty w domu (a może by chciał wyjść przecież). Nie mogę czekać na specjalną okazję, lubię patrzeć jak się cieszysz, powiedział mąż po wręczeniu mi dużej, jedwabnej chustki All Saints. Próbowałam motania na różne sposoby, ale lubię styl ludowy, babciny (wtedy dobrze widać szkielety wplecione w kwiaty). Telefon do taty (bo dzień ojca) i rozmowa z mamą (np. o przepychankach w Szkle Kontaktowym). Fred też łapie kontakt: rozmawiał ze Stu (Na razie tu żyję, bo się przyzwyczaiłem, stwierdził szwagier), potem z Usz, o konflikcie, innym spojrzeniu na szwagra i o pracy do dupy (cała ta długa wymiana informacji i opinii o żyćku zostawia w Kochanym gorzki posmak). Jeszcze trzeba mi zapisać, że małżonek dokończył montaż telewizora na uchwycie przy ścianie, dzięki czemu ekran nareszcie nie zagraca powierzchni płaskich maciupeńkiego domu. Zamiast filmu obejrzeliśmy wspomnianego przez Usz Makłowicza, bo mówił dobrze o naszej Irlandii. Późnym wieczorem pierwsze spotkanie ze stroną Lubgens. 

niedziela, 23 kwietnia 2023

1223. Deszczowo.

Pada. Chlupotanie deszczu i kocia łapa — oto, co mnie obudziło. Bardzo dobre mieliśmy śniadanie: po jajku na twardo, parówka, plastry wołowiny, pomidorki koktajlowe z cebulą, czerwona papryka, dwa rodzaje sera (cheddar i ementaler), majonez/chrzan. Przy śniadaniu gadanie i gadanie, kot śpi na łóżku, za oknem na płocie zmokła wrona. Jethro Tull, płyta z 1976 i zremasterowany live. Trochę się nam wszystko przedłużyło (miałam pracować nad swoimi sprawami), w końcu zaczęliśmy rozmawiać o opowiadaniu Twardocha, Zeitverschwendung. A potem jeszcze Fredowi się zamarzyła kolejna podróż poślubna, może do Bydgoszczy ;) Zieleń rośnie w oczach, już kwitną Delnashaugh, zaraz zaróżowią się strzępiaste Queenslandy. 

Umówiliśmy się z Ka na wieczór filmowy, zanim jednak dotarliśmy do przyjaciół, był obiad w Drołdzie, u kapitana Jacka (prawie wszystko jadalne, ale obsługa jakby dzisiaj dopiero zaczęła pracę, Fredowi podali starter z głównym), do tego kawy w Czarnej. Dwa dotąd bezpłatne miejskie parkingi niestety uzbrojone zostały w parkingomaty. Przyjdzie przywyknąć. Wróciliśmy do domu, żeby dać kotu kolację, następnie wyruszyliśmy wybrzeżem na północ. Sporo czasu minęło odkąd tędy jechaliśmy, powstały nowe domy, nowe dziury w drodze. U przyjaciół od samego wejścia zanurzyliśmy się w temat rodzinny i opiliśmy się herbaty. Dwie bliskie osoby z rodziny Ka próbują go rąbnąć na kasę, chichot ironii polega na tym, że osoby te są najbardziej kościółkowe z całej familii. Pozytyw sytuacji jest taki, że Ka i Jot zjednoczyli się przeciw wspólnemu wrogowi, więc trochę źle, trochę dobrze. Obejrzeliśmy w czwórkę Belfast (2022) Branagha, w porządku kino, super aktorzy, chociaż sama historia nie ujęła mnie jakoś szczególnie (może to akurat taki dzień, gdy sentymentalne chwyty wyłapuję jak sztuczne dziury w tanim serze). A teraz pierwsza cztery, niedziela.

niedziela, 9 kwietnia 2023

1210. Spokój.

Obudziło mnie zimno — z powodu sierściucha okno było otwarte, a pogoda się nam dzisiaj całkiem skiepściła. Zrobiłam sobie herbatę, wymieszałam pomidory z mozzarellą i gzik z rzodkiewką, zagotowałam jajka, wyrzuciłam do śmieci niedorobione guacamole (kłamliwe awokado było niedojrzałe). Do tego na talerzu pokrojona papryka i kabanosy. Zadzwoniłam do rodziców, którzy byli już po śniadaniu i zdali mi raport ze zdrowia oraz pogody. Fred wstał przed dziesiątą, zrobiłam mu kawę, włączyłam Voo Voo z kobietami (2003), po dziesiątej zabraliśmy się za śniadanko, potem za drugą kawę i jogurt z granolą na deser. Fred zadzwonił do moich rodziców oraz do swojej mamy, która akurat pieszo wędrowała po Wawie od córki do syna. I tak się poturlała ta leniwa niedziela. Obejrzeliśmy odcinek Sherlocka, 3.01 (2014), taki sobie, trochę za szybki, albo to ja zwalniam. Fred przy punkowych dźwiękach wyprasował sterty ubrań, ja poszłam na długą drzemkę regeneracyjną. Po późnym obiedzie obejrzeliśmy też pierwszy odcinek Nocy i dni (klasyka, lubię, chociaż mnie przygnębia). Jeszcze Gosi ze Szkocji haul zakupowy i to by było na tyle. Mało się dzisiaj ruszałam, więc kilka przysiadów i po niedzieli.

czwartek, 6 kwietnia 2023

1207. Obchody.

Coś mi znowu weszło w plecy, ale rozchodziłam to do południa. Sprawy związane z jednym kursem TT dograne, teraz tylko doprodukować teorię i wysłać zadania. Jubilat przyjechał po mnie o czwartej, podarował mi świeżo kupioną książkę, We Don't Know Ourselves Fintana O'Toole'a; zjedliśmy obiad w Cedar Gate i poszliśmy na kawę/herbatę do Czarnej.

Gdy wyjeżdżaliśmy do Woodiesa (kupić dwie hebe Veronica: rhubarb & custard oraz strawberries with cream), przez messengera zadzwonił Celt z życzeniami urodzinowymi. Przeszliśmy się z nim po sklepie ogrodniczym, wracając do domu pokazaliśmy mu naszą prowincję oraz zapoznałam Celta z Anne i Majkelem, bo sąsiedzi wyszli na ulicę śpiewając Kochanemu Happy birthday (+ chcieli zapytać z czym się je polski twaróg). Ryszarda nie było w domu od rana, więc korzystając z okazji, że jesteśmy ubrani wyjściowo pociągnęliśmy jeszcze Celta na krótką rundkę dookoła komina w celu nęcenia kota. Tak, że ten ... przyjaciel został wirtualnie wyspacerowany do imentu i przy okazji miał okazję doświadczyć, dlaczego lubimy tu mieszkać.

W domu czekał na mnie zajebisty kubek z rudym kotem (z serii Typerary Crystal; Kochany argumentuje, że naprawdę nie mamy miejsca, ale ten jeszcze da radę). Mąż odebrał życzenia od Stu (bratankowie, w tym pan lat cztery i pół, zaintonowali sto lat), potem od Wu. Mama Freda, Usz i mój tata dzwonili w ciągu dnia, moja mama wypowiedziała się na fejsbuku. Gdy wszystko już było przyklepane, a życzonych lat zebrało się z tysiąc, zasiedliśmy do ostatniego odcinka Drogi (i tu pozytywna niespodzianka, bo przynajmniej dziecięcy aktor grał bardzo naturalnie). 

Dużo dzisiaj mówiłam i jestem zmęczona własnym nadawaniem. Pogoda była zdradliwie ciepła (przez co teraz kicham), jutro zaczynamy długi weekend (Fred jeszcze musi skoczyć o brzasku do pracy, u mnie wolne), więc liczę na utrzymanie się dobrej aury i związane z tym ekscesy pralniczo-ogrodowe. Koniec gadania, mózg chce odpocząć.

sobota, 24 grudnia 2022

1104. Dwudziestego czwartego.

Pierwsza pobudka: Wojtuś po ciemku wskrobał się na stolik i wypijał wodę z mojego kubka stojącego przy łóżku.

Z Porankiem Dwójki i Upiorem w eterze pokroiłam warzywa do sałatki i zawinęłam krokiety (wyszło szesnaście), mama przygotowała farsz do krokietów, płaty karpia do smażenia i kapustę z fasolą. Za oknem jesienne krajobrazy. Maciejek najpierw nadzorował prace kuchenne, potem dyskutował z tatą i Fredem o różnych ważnych sprawach (czternasta wilija, mógłby dużo na ten temat powiedzieć innym zwierzętom w domu rodziców):

I jeszcze Malinka, nasz prawie wilczarz, dla której to trzynasta zima (ostatnio głównie śpi rozciągnięta na chodniku w salonie, niechętnie się podnosi):

Kochany pierwszy raz ever miał okazję zjeść postną wodę ze śledzia:

Po zjedzeniu obiadu pojechaliśmy do Tcy z zamiarem wypicia kawy, kupienia zniczy i odwiedzenia grobów dziadków i pradziadków ze strony taty. Nic nie wynikło z części mojego misternego planu. Zaparkowaliśmy przed Muszkieterami na kilka chwil przed zamknięciem, nie wpuszczono nas, więc nie mieliśmy zniczy. Miasto wyglądało na opustoszałe z kobiet, po deptaku kręcili się głównie faceci, starsi, powiewający smutnie plastikowymi torbami, albo młodsi, szukający alkoholu. El Gato nie zawiodło jednak, obsługiwał nas ten sam chłopak, którego widziałam wczoraj, miły i kompetentny, nie spieszący się donikąd. 

Spróbowałam kawy z syfonu (bardzo dobra), Fred dokupił prezent dla rodziców na jutrzejszą rocznicę ślubu (serwer + dripper + używka brazylijska). Dopiliśmy napoje i przed trzecią ruszyliśmy do domu po drodze zajeżdżając na jeden z cmentarzy, gdzie nikt z rodziny oprócz moich rodziców już nie zagląda (wyrzuciliśmy do kosza chryzantemy ze święta zmarłych). 

Na kolacji wigilijnej nie było opłatka, bo gdzieś zawieruszyły się resztki z zeszłego roku. Ale były życzenia, poza tym uszka w barszczu, kapusta z fasolą, krokiety, karp, sałatka, prezenty (poza słodyczami i mandarynkami, od rodziców: dla Freda aliganckie chustki i jedwabna poszetka, dla mnie ciemnozielony, lisi szalik). Po wigilii Fred rozmawiał telefonicznie ze swoją mamą. Tak jak przypuszczałam, udało się jej postawić na swoim i sprowadzić gości do których rzekomo miała jechać wg planu z poprzedniego tygodnia. Bywają takie sytuacje. Na dobranoc dwa Vabanki. Jest mi błogo, to był dobry dzień, mogę spokojnie umyć ząbki i iść spać ;)

czwartek, 16 grudnia 2021

730. Słowa.

Przy śniadaniu Usz nawiązując do rozmowy, którą mieliśmy kilka dni temu, podesłała mi takie cuś:


Ale zełwina to mamy fajnego, stwierdza Fred.
Technicznie dla Ciebie to swak.
Jak swak to w porządku, zgodził się mąż.

wtorek, 6 kwietnia 2021

476. Happy birthday 2u.

W dniu urodzin mojego Kochanego pracuję przez kilka godzin. Gdyby nie było covida i lockdownu, świętowalibyśmy jadąc do ładnego miejsca, spacerując i jedząc w restauracji. Rano szepnęłam mu do śpiącego uszka Wszystkiego dobrego Kochany. Potem miły do południa jak król odbierał z łoża wiadomości od rodziców, rodzeństwa, kuzynostwa, przyjaciół i miłośników.

W pracy nie było porywów, zajęcia popołudniowe w całości polegały na samodzielnym działaniu, więc wyłączyłam kamerę i pożerając klementynki zaczełam czytać Złego Tyrmanda (MG, 2014). Już od pierwszych kartek wiem, że przyda mi się ta mapa Warszawy. 

W okolicach obiadu Fred wrócił z jeszcze ciepłym chlebem i torcikiem na deser poobiedni, z którego połowę pod wieczór (akurat długo rozmawiał z ciocią Ce) zaniósł do Anne, bo się okazało, że jej Majkel ma jutro urodziny. W głośnikach tego wtorku towarzyszył nam Tom Waits, Swordfishtrombones (1983) i Frank Wild Years (1987), jedliśmy grecką sałatkę zrobioną przez Freda oglądając Dym Austera (1995). I rozmawiamy o Wu.

niedziela, 14 marca 2021

453. Leniwy nurt.

Tabular Bells Oldfielda (1973) o poranku, potem Fool's Mate Hammilla (1971). Po kaffkach i mojej rozmowie z mamą oraz Fredowej rozmowie z ciocią Ce deszczowa niedziela popłynęła swoim leniwym nurtem. Małżonek wziął się w towarzystwie dźwięków Sepultury za pichcenie gulaszu wołowego, ja dalej w tkwię w klimacie peerelowskiego kampu, tak więc Ostatni kurs (1963) Batorego — Mikulski w berecie z antenką, w tle gdzieś tam Szwecja do której uciekali z Polski tylko defraudanci, jak wiemy, rrright?

Na obiad same delicje, Fredowy gulasz w towarzystwie gnocchi nafaszerowanym pesto, do tego tzatziki (dzisiaj ponownie, bo grecki jogurt już wyszedł z daty i trzeba działać błyskawicznie). Nasyceni pojechaliśmy do spożywczych po czarną herbatę i inne gwałtownie zniknięte niezbędniki. Upijam się tą herbatą po powrocie (wracaliśmy drogą przy rzece) i rozmawiam z Luś, Fred też prowadzi telefoniczną dyskusję ze starym kumplem, Jackiem, którego ostatnio widzieliśmy 2 lata temu, w Wawie. Luś siedzi na kwarantannie, jej mama w szpitalu, gdyż szwagier dopiero tydzień temu odkrył, że covid najbardziej roznosi się przez kaszel i to dlatego od roku ludzie noszą maseczki.

A skoro znowu o pandemii, od dzisiaj w Irlandii zawieszono podawanie szczepionki AstraZeneca, co prawdopodobnie jeszcze bardziej wydłuży czekanie na naszą kolejkę.

sobota, 6 marca 2021

445. Radość z muszelek i wizyta ducha.

Sobota senna i spokojna, nieco jaśniejsza niż poprzednie dni. Po długiej rozmowie z rodzicami i babcią (szło o sprawy różne, sytuację w Polsce, szelki Freda i motywację do szczepień) podjechaliśmy z mężem na długą plażę. Chłodno, kurtka założona na kurtkę powróciła do łask.


Po obiedzie (makaron z pesto) w końcu przeniosłam z telefonu ogrom zdjęć zrobionych w ostatnim czasie, gdyż małżonek kupił był stosowny kabelek. Siedzę więc przy laptopie, zrzucam zdjęcia i słyszę kota, który spaceruje po kuchni, pciup pciup pciup, tymi swoim miękkimi łapulkami. Kot obszedł moje krzesło, wskoczył na tapczan i dopiero wtedy na niego spojrzałam. I się okazuje, że zniknęły mu wszystkie rude ciapki. Bo to nie Rysio. Późniejsze zdjęcie:

Rysio obudził się w sypialni, przetarł oczy i udał się za niespodziewanym gościem, który onieśmielony naszą nagłą atencją wyszedł przez okno. Od Anne dowiedziałam się, że biały duch ma na imie Bán, jest kotem jej fryzjerki, i podobno wczoraj bawił się z Rysiem (tak mówiła Katlin). Czyli wpadł na chatę do kumpla, spytać how's he doing. Fred wszystko to zrelacjonował Usz, gdy po niespodziewanej wizycie z godzinę gawędził z siostrą. Potem Kochany nagotował nam białej kiełbasy na kolację, następnie ja pod prysznic i byłam ready, żeby obejrzeć z mężem film polecony przez Usz — Nowy początek (2016). W porządku, najbardziej podobała się mi intelektualna marność bohatera kolektywnego wobec potęgi nauki. Niby wiadomo, i co z tego wynika?

niedziela, 14 lutego 2021

425. Kupa na szczęście.

Za oknem wiatr straszliwy, z godziny na godzinę coraz bardziej lało, Rysio zaczął niedzielę od wdepnięcia we własną kupę i rozmazania jej po podłodze, a ja z kolei znowu budziłam się kilkanaście razy w oczekiwaniu poranka. Przy śniadanku słuchamy czeskiego barda. Pogoda taka, że dwie godziny zbierałam się z wyniesieniem śmieci do kontenera, w końcu zebrał się małżonek. Szpaki traktują zmianę menu podejrzliwie. 

Z życzeniami walentynkowymi zadzwoniłam do mamy (śnieg za oknem, drozdy zjadają kilogramy jabłek) i Aś (spoko, spaceruje, zaprasza do siebie), Fred skontaktował się z Usz (zawodowe sprawy u niej nieciekawie).

Po południu zaś ... wszystko cichnie, deszcz przestaje padać, temperatura w domu się podnosi.

Oglądamy Afonię i pszczoły (2009) Kolskiego. Piękny Dolny Śląsk, ciekawa fabuła, niezła muzyka, tylko Kolska też w tym jest. Niech będzie. Tak więc mamy panią, która jest zachwycona tym, że jak robi film, to coś się na nim rusza, czyli bardziej chodzi o dysfunkcję umysłową, a nie o bycie artystką — przy takim założeniu Kolska genialnie gra autystkę, jak zwykle zresztą. Tylko wtedy trudno wytłumaczyć kwestię romansu. Długo rozmawiamy o mimice pani Grażynki. Najbardziej jednak zachwyca mnie ta cisza za oknem.