Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Father Ted. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Father Ted. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 lutego 2022

793. Czwartek pisany.

Aura wyciszyła się na kilka godzin. Zaległam w papierach tak, że dzisiaj to Kochany robił obiad, bo zapomniałam, że jestem głodna. Nie znaczy to wcale, że dużo napisałam, o nie. Im dłuższe posiedzenie, tym więcej wątpliwości i niemocy. 

Wieczorem w ramach mojej prokrastynacji dokończyliśmy z Kochanym oglądanie powtórki pierwszego sezonu Ojca Teda. Z każdą godziną na dworze robi się zimniej, kwiatki w donicach Fred zawczasu przeniósł do ogródka na tyłach, gdzie będą miały lepszą osłonę od zachodniego wiatru. Nowo zakupione narcyzy wylądowały pod daszkiem starej kociej budki. Czytam, że Drołda przygotowuje się na ewentualne podtopienia przy rzece, bo sztorm wejdzie do miasta w czasie przypływu. Może nie będzie tak źle.

wtorek, 15 lutego 2022

791. Inny świat.

Fred od dawna miał oko na piękny, zimowy płaszcz Moncrief w łososiowym kolorze, przymierzał go jeszcze na jesieni (model Hafri, oficjalnie w odcieniu dusty pink). Żona jest żoną dobrą; płaszcz jest w papierowej torbie w naszej kuchni ;)

Korzystając z pobytu w parku handlowym, po sąsiedzku, w Homebase po raz kolejny przyjrzałam się narcyzom. Przywieźliśmy trzy dorodne zestawy, powtórzyłam się z Bridal Crown i Jetfire (w przeciwieństwie do cebulek, które już miałam, tym okazom pączki właśnie się otwierają, poza tym jetfire chyba nie jest karłowaty), nowością jest Lucky Number, odporny i hardy kultywar trąbkowy.

Kolejny dzień lutego obojgu nam minął przyjemnie. Fred szczęśliwy, bo płaszcz, bo znalazły się filtry do kawy (w M&S, zrobiony został zapas na miesiąc). U mnie dzień sympatycznie przepracowany, o poranku wpadłam na pomysł ew. tematu pracy mgr, szkic, mglista prawiekoncepcja, ale czuję coś w rodzaju ulgi. Wieczorem siedzimy w domu, gadamy o drobnostkach, zrzędzę małżonkowi na temat fizjoterapii, której mus jest mu szukać, ale on nie chce, bo ma lat pięć. Oglądamy od nowa Ojca Teda (dwa pierwsze odcinki), potem słuchamy Grechuty z Anawą (1970) ... 

niedziela, 28 listopada 2021

712. Mam czas.

Dzień jak co dzień. Gdy Fred przygotowywał się do wyjazdu, roleta w oknie kuchennym zjeb spadła ostatecznie, a ja szukając zasłony od Jot uderzyłam się drzwiczkami szafki w palec. Zasłona zawieszona, staw w kciuku spuchnięty, ja dumna z siebie.

W Polsce pada śnieg, Maksiu śpi obok mamy, Mruczysław poważnie choruje i jutro jedzie do weta. U nas wróble do spółki z kawkami i kilkoma gołębiami rąbią ziarno aż miło.

Myśli wędrują mi już do jutra, bo nieudany projekt w pracy jest jak bolesna narośl na tyłku, nie daje o sobie zapomnieć. Po wyjeździe Freda do Dublina zebrałam się w sobie do prasowania i oglądałam przy tym dodatki z dvd Father Ted.

Korci mnie, żeby po latach wrócić do robienia na drutach, szukam więc włóczek i wzorów na ponczo. Druty przywiozę pewnie dopiero z Polski, mam czas. 

A teraz do papierów.

sobota, 27 listopada 2021

711. Jan Paweł II, jak miał na imię zanim został papieżem? ... (po dłuższej chwili) Janusz?

Słonecznie i zimno, miałam ochotę na spacer w ogrodzie Oldbridge po zakupach, ale przeszło mi, gdy pod Tesco owionął nas lodowaty wiatr. Odtwarzacz LG został kupiony, wygląda jak zabawka, ale działa, więc zaraz przy zupach powitalnych włączyliśmy płytę dvd z koncertem Lipińskiego i Tiltu (2010), która nie chciała się uruchamiać na starym sprzęcie.

Oczywiście działaniem docelowym było obejrzenie przynajmniej jednego odcinka Ojca Teda, stary odtwarzacz właśnie na tym serialu podpadł Fredowi. Tak więc zrobiliśmy sobie gorące napoje, raffaello poszło w ruch, obejrzeliśmy dwa odcinki z trzeciego sezonu przed obiadem (gicz jagnięca, brukselka) i dwa ostatnie po. Szkoda, że nie ma więcej. Marksistka ma portret ojca Teda na ścianie, mogłabym chcieć mieć i ja.

Wieści z Polski: tatko miał nowinę, że umarła Jaśka. Z Maryśką jest coraz gorzej, ma przerzuty do mózgu. Jedna w wieku babci Mani, druga to młodsza koleżanka. Babcia, wbrew wieszczonej przez siebie od 20 lat śmiertelności, trzyma się.

piątek, 5 listopada 2021

689. Play all, I said.

Luz, posiedzieliśmy z grupką (znowu tylko dwie osoby na zajęciach) w Odd Mollies. 

Kochany zabrał mnie spod budynku punkt trzecia. 

Po wizycie w polskim sklepie szybki powrót do domu i pyszny obiadek. Dłubaliśmy trochę nad napisami (nareszcie udało się nam zrenderować surową wersję, która wyszła nawet z sensem). A potem Fred spróbował jeszcze raz zastartować trzeci sezon Ojca Teda i ... udało się. Zestresowani faktem, że to może być pierwszy i ostatni raz, łyknęliśmy wszystkie cztery odcinki i teraz oboje jesteśmy trochę otępiali. Ryszard śpi w naszym łóżku, w fazie kota rozciągniętego.

niedziela, 31 października 2021

684. Halloween.

Z tej okazji dostaliśmy od Marksistki prezent, jej próbę tłumaczenia opowiadania George'a Moore'a, Teatr na pustkowiu. Oboje jeszcze trochę chyrlamy i jesteśmy zmęczeni. Po powrocie z zakupów spożywczych (jest słonecznie, mimo to ignorujemy inne powody do wyjścia na zewnątrz) obejrzeliśmy do końca drugi sezon Ojca Teda, a ja chybcikiem doczytałam tych kilka pozostałych mi stron Erystyki Schopenhauera (MG, 2020). Słuchamy Serca (1987/2005) Rezerwatu. Za oknem przynajmniej do ósmej na niebie sztuczne ognie odpalane z sąsiednich osiedli, u nas żadnych strachów, przebierania się i trick-or-treatingu, ambicję mam taką, żeby mieć spokój i nie myśleć o pracy. Rozmawiam z Marksistką, na początku o opowiadaniu, potem jak leci, chociaż sprawy kocie są oczywiście priorytetowe. 

sobota, 30 października 2021

683. Sprintem przez sobotę.

Pomimo słońca rozlanego po dzielnicy, siedzimy w domu. Gra nam dzisiaj Żywiołak, jego Muzyka psychoaktywnego stolema (2016), Pieśni Pół/nocy (2017) i Wendzki szczyt (2019), a potem Lady Pank z O dwóch takich, co ukradli księżyc (w wydaniu z 2019). Loguję się na stronie krematorium w Cavan, ale pożegnanie Judżina jest ekspresowe, tylko ksiądz coś tam gada, pewnie o wieczności bla bla. Oglądamy trzy odcinki Ojca Teda (czyli na jutro zostały dwa, żeby skończyć drugi sezon). Wieczorem Fred długo rozmawiał z bratem. Przez cały dzień żrę sałatkę jarzynową (zrobiłam po pierwszym śniadaniu), nawet na obiad, teraz też. Chciałbyś coś dodać, mężu?

piątek, 29 października 2021

682. Zmęczona piątkiem.

Na początku sporo entuzjazmu (kot odprowadził mnie po ciemku na mokry przystanek, w robocie łatwo i miło, w międzyczasie się rozpogadza, po robocie przygotowuję mężowi obiad i jestem nim, tym obiadem mym, zachwycona, bo mężem to wiadomo), ale potem mam ochotę wskoczyć pod kołderkę (któremu to uczuciu przeciwstawiam się z całą mocą). Okazało się, że w zeszły piątek byłyśmy z Sziwan same, ponieważ Lorejn zapomniała, że ma zastępstwo za koleżankę. I nic się nie stało, nikt nie zauważył niemalże do końca zmiany. W sumie to nie chirurgia naczyniowa.

Fred dostał wyniki testu kowidowego, oczywiście negatywne. Kochany słusznie zostaje w domku przynajmniej do niedzieli. 

Jedyną większą rozrywką tego wieczoru są dwa kolejne odcinki drugiego sezonu Ojca Teda

Anne się odzywa, chwilę rozmawiamy o Judżinie. Miał 76 lat, obie byłyśmy tym zaskoczone. Pamiętam go jako niezwykle postarzałego, nieomal przezroczystego leprechauna.

czwartek, 28 października 2021

681. Dość wylegiwania się.

Kontynuacja dziwnych snów z porywaniem: tym razem to ja byłam porwana, przez stalkera. Na szczęście były koty do karmienia, a jak mi się znudziło być porwaną, wyszłam ;)

Fred źle się czuje, zadzwonił do lekarza i trochę czekaliśmy na feedback, bo gp miał pełne ręce roboty. Test kowidowy męża nie ominął, a ponieważ wizyta w szpitalu była zapisana dopiero na drugą po południu, zdążyliśmy posłuchać Pięknego instalatora Dyjaka (2019) i jeszcze raz ostatniej płyty Bukartyka.

Podobnie jak w moim przypadku, wizyta u Brygidy nie trwała długo. Pojechaliśmy też do Dundalk zrobić większe zakupy (Kochany nas podwiózł i znękany objawami przeziębienia czekał na mnie w samochodzie), wróciliśmy do domu trasą widokową przykrytą kocem mokrej chmury. Wystarczyło, że zaparkowaliśmy pod domem, żeby usłyszeć powitalny okrzyk Ethana, który na tę okoliczność wybiegł z domu. Stek dla Freda, dla mnie kartoffeln ze śmietaną i już witamy się z mrokiem. Mży i bździ cały dzień. Wieczorem rozmawiałam z moją mamą, obejrzeliśmy Tentacles of Doom i Old Grey Whistle Theft, sprawdzam jutrzejszą pogodę: deszcz.

wtorek, 26 października 2021

679. Even better.

Wizyta u dochtóra ograniczyła się do rozmowy telefonicznej, za to już dwie godziny później miałam test na covid w szpitalu w Ardee. Nie za dużo o tym myślałam, i dobrze, bo test nie był tak nieprzyjemny, jak się spodziewałam po opisach, które znam z mediów społecznościowych. W kolejce stałam wielokrotnie dłużej niż trwało samo grzebanie w otworach twarzy. 

Przejechaliśmy się z Kochanym po naszej prowincji, potem trochę kimnęłam obok kota, gdy mąż gotował obiad. Już syta porozmawiałam z mamą, która dopiero wróciła "z grobów" i zajęłam się szukaniem pomysłów na raport na studia, bo mamy go przygotować w pięcioosobowej grupie, na razie pomysłów brak (nie przepadam za projektami). Ponad pół godziny na google meet i za oknem zapadł zmrok. Dobry kot czuwał obok. Skoro już siedziałam w łóżeczku postanowiłam obejrzeć ostatni odcinek Midsomer Murders z 10 sezonu (wątek psychoterapeutyczny raczej słaby). 

Na kolację pizza. Obejrzeliśmy z Miłym dwa odcinki kończące pierwszy sezon Ojca Teda. Coraz bardziej żałuję, że w lipcu jadąc do Burren nie wiedziałam jak blisko byliśmy tej kultowej lokalizacji w hrabstwie Clare.

poniedziałek, 25 października 2021

678. Not bad.

Noc nie była taka najgorsza, katar jest w odwrocie, tyle, że dla odmiany przyplątała się gorączka i znowu nie mogłam spać. Myślę, że Ryszard jest bardzo kontent z moich postępów — pobudka o 3:30, więc jest posiłek o tej porze, w ciągu dnia zalegam w łóżku, czyli może mi towarzyszyć rozłożony na miejscu Freda. Z kociego punktu widzenia wreszcie pojęłam na czym polega dobre życie. Na pewno chcesz wyzdrowieć w tej sytuacji?, pyta Kaś Matka Kotom.

Zapomniałam napisać, że wczoraj Kochany kupił mi bukiet kwiatów (róże w towarzystwie kapusty). Dzisiaj natomiast mąż wrócił z pasiastym sweterkiem Hilfigera i syropami na różne rodzaje kaszlu, bo zaczyna się faza wypluwania płuc. Na zewnątrz znowu słonecznie, że można zwariować.

Napisanie nawet krótkiej notatki to wyzwanie, mózg mam rozmiękczony, wolę oglądać kryminały (Picture of Innocence i They Seek Him Here), albo bezmyślnie jeść winogrona. Jest bank holiday, jutro już trzeba zadzwonić do pracy, coś ustalić.

Wieczorem słuchamy Dezertera, Ziemia jest płaska (1998) i oglądamy trzy odcinki (2-4 z pierwszego sezonu) Ojca Teda.

sobota, 16 października 2021

669. Na chwilę razem.

Syte śniadanie, a po kawie spacer z mężem nad morze. Pogodowo dzień rozpadł się na dwie części, pierwsza była bezwietrzna i całkiem przyjemna. Po południu odrobiłam nieobecność na studiach z poprzedniej soboty, nic nadzwyczajnego, trzeba było posiedzieć. Drugą praktyczną rzeczą jaką uczyniłam bez zwłoki było przesłanie do tłumaczenia papieru, który dostałam z MEiN. I na tym koniec, weekend jest do weekendowania się.

Po obiedzie, już pod zachód słońca, ruszyliśmy do Drołdy na niewielkie (w nierealistycznych planach) zakupy. Wśród wielu różnych rupieci kupiliśmy box z serialem Father Ted, wszystkie sezony. No i pięknie, będzie oglądane, nie dzisiaj, bo jesteśmy sfilcowani podrożą jak emeryci (chociaż dokazywaliśmy w Tesco, aż mała dziewczynka się nam przyglądała; wcześniej, w Lidlu, jedyna para jaką widzieliśmy bez maseczek to oczywiście byli Polacy).

Na kolację pizza z bakłażanem i kolejna płyta schowana do tej pory w pudle, Waglewski Gra-żonie (1991, ale reedycja Agory, 2020), o dziesiątej dopchnęłam to wszystko bezą z Tesco. Siły brak, z przyjemnością myślę o śnie. Gdy wracaliśmy ze sklepów pogoda zepsuła się na całego, teraz kot suszy się na tapczanie.

środa, 8 września 2021

631. Dom.

Trudno było spać, wygramoliłam się z łóżka przed siódmą. Było ostatnie śniadanie kaszankowe (kaszanka na ciepło to hit tych wakacji), wizyta w wiejskiej aptece, gdzie NIE kupiliśmy Marksistce tableteczek na potencjał umysłowy, bo były horrendalnie drogie, oraz ostatni spacer z mamą i Maksiem. Jak na złość Polska się wyzłociła i ociepliła (zapowiadano u nas 27 stopni przez kilka następnych dni), a nam mus było już lecieć w kierunku mglistych wysp. Mam nadzieję, że słońce ogrzało dzisiaj Zosię, która bardzo cierpi z powodu postarzałych stawów i bólu zębów.

Podróż była na początku z małym poślizgiem, bo zablokował nas w gejcie lot do Lwowa opóźniony z powodu jakiegoś vipa. Potem wszystko potoczyło się sprawnie, nadganiając spóźniony wylot przemknęliśmy nad IJsselmeer, wschodnią Anglią i Liverpoolem (czytałam Moshfegh i robiłam zdjęcia).


Po wylądowaniu walizki pojawiły się błyskawicznie i nawet pięciu minut nie czekaliśmy na autobus do Drołdy. Oczekiwanie na autobus do naszej wsi nie zajęło nam więcej niż kwadrans. Po piątej witaliśmy się przed domem z Marksistką, Ryszardem, Katlin i małym Ethanem (z tym ostatnim było przybicie piątki). Głodni jak wilki pierwszy raz skorzystaliśmy z wiejskiej kebabowni. I oto jesteśmy, już najedzeni, nieco rozbici, ale weseli, gadamy jeden przez drugiego, a ja wącham chomika.
___
edit 22:50 Obejrzeliśmy z naszą gościnią pierwszy odcinek serialu Father Ted (1995-98). Będzie kontynuacja, bo jest cymes. Umyłam włosy i gadamy o patologiach.