Rano nasiadówka uniwersytecka, boli łeb, dochodzę do wniosku, że jestem głupia i nie chce mi się uczyć. This too shall pass. Natomiast to, co mnie zafascynowało, to kilka kopert pełnych wzruszeń, starych fotografii Freda z czasu burzy, naporu i młodocianego łażenia po górach z gitarą. Dobrze, że nie dałeś się zabić!
Zdjęcia, papierzyska i parę książek w nadwyrężonych czasem okładkach bierzemy ze sobą w dalszą drogę, będziemy przeglądać i się cieszyć, może nawet w większym gronie, bo jutrzejsza podróż na Dolny Śląsk odbędzie się niespodziewanie ze sporym objazdem przez Wawę. Kot od Fredowej (podobno zapomnianej) wielbicielki:
Teraz będzie mój.
Szukam lokalizacji grobu dawnej dziewczyny Freda, której parę zdjęć zachowało się w tym chaotycznym archiwum. Bez sukcesu.
Po moich mało udanych usiłowaniach studenckich (ufam, że wszystko zdołam nadrobić, tylko, na bogów, nie zawracajcie mi głowy w tym tygodniu!) zjedliśmy obiad i pojechaliśmy na cmentarz komunalny z którego widać dymiące kominy. Wieża granulacyjna mocznika, Elwira go projektowała, uświadamia nas teściowa. Nie mam pojęcia o co chodzi, Fred rozumnie potakuje głową, a nawet zadaje pytania pomocnicze, bo wie, czego nie wie, a tamten to instalacja odsiarczania elektociepłowni?
Przed wmężeniem się w tę rodzinę nie robiłam zdjęć dymiącym kominom, ale wszystko się zmienia, jak widać. Po zapaleniu zniczy podjechaliśmy pod pałac, gdzie pawiom marzną nóżki, a pawie spojrzenie mówi wszystko o słusznie ujemnej ocenie aktualnej aury.
Chociaż śnieg dzisiaj nie padał, nadal jest zimno i po raz kolejny w czasie naszego pobytu w mieście lądujemy w okrąglaku, ciepłym, pełnym młodych ludzi. Zamawiam cappuccino, Fred flat white, teściowa herbatę jaśminową, jest naprawdę miło, znowu się potwierdza, że bez polityki i katolickich zabobonów da się porozmawiać z sensem. Herbata przywołuje wspomnienie zapachu rodzinnych zjazdów imieninowych w ogrodzie babci Antoniny.
Gdy odstawiamy samochód do garażu zauważam, że jest w tym miejscu kurze zagłębie, przynajmniej sześć nastroszonych grzywaczy przygląda się nam z wysokości. Więc jeszcze dwie zmarznięte kury:
Zdjęcia drobiu wszelakiego robiłam Lumixem teścia, prezentem od żony na ostatnie imieniny przed pandemią — aparat jest całkiem niezły i prawie nieużywany, ciekawe jak będzie w nim wyglądała Irlandia. Już się pakujemy, chociaż wcale mi się nie spieszy, bo jak jest dobrze, to po co zmieniać, prawda? Ale wyjechać trzeba. Nigdy nic z tego, co cenię, nie wydarzyło by się, gdyby nie gotowość do podróży. Trochę się grzebię, z oczywistych powodów.

