Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aparat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aparat. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 kwietnia 2022

848. Kłóliczy dzień.

Miało (tylko trochę) padać, więc na spacer wyszłam w wodoodpornej kurtce. Zmyłka, trzeba ją było ściągnąć, trafiliśmy na kawał chmurozmiennej, ale suchej aury w której grzebaliśmy się wolnym spacerem aż do popołudnia. Cieszyłam się działaniem nowego-starego aparatu, jest lepszy od naszego poprzedniego, szybszy, dokładniejszy, parę zdjęć nie wyszło tylko dlatego, że jeszcze nie posługuję się nim tak sprawnie. Ale obfociłam stado bernikli obrożnych mizdrzących się do siebie tuż przy wejściu na ścieżkę:


Czas jakiś podążaliśmy wzrokiem za prawie nieuchwytną kląskawką, która kręciła się jak z rozwolnieniem:


Kormorany zwyczajne suszyły skrzydła w towarzystwie czapli siwej:


Czarny kłólik wypoczywał w płytkiej jamce i miał w pączku, czy go widzę:


Muchy tańczące przy klifach przyciągały różne ptaszki, tutaj chyba drozd, nie wiem, trudno zgadnąć jaka jest wielkość ptaka na takim tle:

Daj mi rączkę, żebym się nie wyjebała.
— Dobrze, królewno.

Już schodziliśmy z Głowy do portu, gdy mijająca nas para powiedziała nam, że można tam zobaczyć spore stado delfinów. Nic z tej naszej obserwacji nie wyszło, może ssaki podążyły za kutrami, bo port był dzisiaj pusty, widać ryba bierze jak szalona. Z przewróconych siłą natury głazów przyglądała się nam wrona.

Fred wypatrzył naszą starą toyotkę stojącą przy doku. Czyli zakupił ją marynarz. Ha!


Z flory jeszcze coś, co zawsze zwraca moją uwagę, gdy idziemy do wsi wzdłuż pól odgrodzonych murkami, zanokcica skalna:

Po obiedzie złożonym z łososia z kartoflami i sałatą w śmietanie mąż mi się wyłączył (Bowie przygrywał, a on cichcem poszedł spać). Po chwili namysłu też wybrałam się na drzemkę i tak mi zeszło do szóstej po południu. Kochany ma problemy z zatokami, ja oglądam odcinek Morderstw w Midsomer, 11.5, z kłólikiem wyskakującym z kapelusza. Słuchamy Nohavicy, rozmawiamy o wszystkim jak leci, nie wiadomo kiedy zleciała środa.

niedziela, 3 kwietnia 2022

838. Wspomnienia, zmarznięte pawie, zapach jaśminu.

Rano nasiadówka uniwersytecka, boli łeb, dochodzę do wniosku, że jestem głupia i nie chce mi się uczyć. This too shall pass. Natomiast to, co mnie zafascynowało, to kilka kopert pełnych wzruszeń, starych fotografii Freda z czasu burzy, naporu i młodocianego łażenia po górach z gitarą. Dobrze, że nie dałeś się zabić!

Zdjęcia, papierzyska i parę książek w nadwyrężonych czasem okładkach bierzemy ze sobą w dalszą drogę, będziemy przeglądać i się cieszyć, może nawet w większym gronie, bo jutrzejsza podróż na Dolny Śląsk odbędzie się niespodziewanie ze sporym objazdem przez Wawę. Kot od Fredowej (podobno zapomnianej) wielbicielki:

Teraz będzie mój.
Szukam lokalizacji grobu dawnej dziewczyny Freda, której parę zdjęć zachowało się w tym chaotycznym archiwum. Bez sukcesu. 

Po moich mało udanych usiłowaniach studenckich (ufam, że wszystko zdołam nadrobić, tylko, na bogów, nie zawracajcie mi głowy w tym tygodniu!) zjedliśmy obiad i pojechaliśmy na cmentarz komunalny z którego widać dymiące kominy. Wieża granulacyjna mocznika, Elwira go projektowała, uświadamia nas teściowa. Nie mam pojęcia o co chodzi, Fred rozumnie potakuje głową, a nawet zadaje pytania pomocnicze, bo wie, czego nie wie, a tamten to instalacja odsiarczania elektociepłowni? 

Przed wmężeniem się w tę rodzinę nie robiłam zdjęć dymiącym kominom, ale wszystko się zmienia, jak widać. Po zapaleniu zniczy podjechaliśmy pod pałac, gdzie pawiom marzną nóżki, a pawie spojrzenie mówi wszystko o słusznie ujemnej ocenie aktualnej aury.




Chociaż śnieg dzisiaj nie padał, nadal jest zimno i po raz kolejny w czasie naszego pobytu w mieście lądujemy w okrąglaku, ciepłym, pełnym młodych ludzi. Zamawiam cappuccino, Fred flat white, teściowa herbatę jaśminową, jest naprawdę miło, znowu się potwierdza, że bez polityki i katolickich zabobonów da się porozmawiać z sensem. Herbata przywołuje wspomnienie zapachu rodzinnych zjazdów imieninowych w ogrodzie babci Antoniny. 

Gdy odstawiamy samochód do garażu zauważam, że jest w tym miejscu kurze zagłębie, przynajmniej sześć nastroszonych grzywaczy przygląda się nam z wysokości. Więc jeszcze dwie zmarznięte kury:


Zdjęcia drobiu wszelakiego robiłam Lumixem teścia, prezentem od żony na ostatnie imieniny przed pandemią — aparat jest całkiem niezły i prawie nieużywany, ciekawe jak będzie w nim wyglądała Irlandia. Już się pakujemy, chociaż wcale mi się nie spieszy, bo jak jest dobrze, to po co zmieniać, prawda? Ale wyjechać trzeba. Nigdy nic z tego, co cenię, nie wydarzyło by się, gdyby nie gotowość do podróży. Trochę się grzebię, z oczywistych powodów.