Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 sierpnia 2026

2435. Za pięć dwunasta.

W pracy to samo: przeciągam sprawy tak, żeby nie zrobić niczego do końca. Wypisanie sześciu informacji zwrotnych, powtarzalnych, nic nie wnoszących zajęło mi kilka godzin. Nie wiem, dlaczego tak. Najwyraźniej muszę grzebać się z papierami do za pięć dwunasta. Poza tym Benek zaprosił mnie na kawę. Znowu. Nie wiem czy powinnam zacząć się martwić ;E

Z pożyteczności: w końcu ubezpieczyłam koteczki, na razie na rok, mając nadzieję, że ubezpieczenia nie będę potrzebowała (aczkolwiek, owszem, zmotywowały mnie do tego nocne wymioty którejś z dziewczyn). Strzeżonego Pambu strzeże.

Wieczorem, już po krokietach (mówiłam brzydkie wyrazy do patelni), zadzwoniłam do mamy. We wsi deszcz wielki, powodziowy niemalże (i dobrze), mama jest na dwutygodniowym urlopie, obmyśla wycieczkę (przy okazji przypomniałyśmy sobie, że pierwszy raz byłam w Biskupinie 26 lipca roku 85). Rozmawiamy też o wypadku polskiego autokaru na Węgrzech (12 ofiar), oraz o wypadku u nas, w okolicach Kilder, gdzie pięciu gówniaków (w tym jeden z polskim nazwiskiem) wjechało pod prąd na M9. Pal licho, że oni zginęli, ale wjechali w prawidłowo jadącą rodzinę (przy okazji zgłębiania pochodzenia zabójców wpadliśmy z Kochanym w króliczą norę rodziny Carthy z Kilkenny, o bogowie! niektórzy rodzą się od razu bez szans na normalność).

Późnym wieczorem skończyłam czytać Normal People Sally Rooney (Faber & Faber, 2018). Dobra opowieść, ale mało optymistyczna.

poniedziałek, 25 maja 2026

2351. Heatwave!

O świcie Bronia odhaczyła kolejny czelendż: weszła na najwyższą półkę z kubkami i zrzuciła z niej prezent od Juliji, czyli zestaw z pingwinem  (dostaliśmy go w grudniu'22). Miska rozprysła się w drobny mak, przy czym spadła tak nieszczęśliwie, że przy okazji stłukły się dwie inne rzeczy, miska Broni i druga na wodę (obydwie należały kiedyś do Rysia). Cóż ... trzeba było kupić nowe, co Kochany uczynił w ciągu dnia.

Rano pomna wczorajszych zimnych podmuchów chciałam nawet wziąć do miasta płaszcz, głupia. Tymczasem dzisiaj był ten dzień! Od samego rana gorąco, biuro ma wielkie okno od strony wschodniej więc sauna. Irlandczycy od razu wskoczyli w klapki, szorty i skąpe topy.

Po pracy wyjazd do sklepu, potem w domu szybki obiad, wyjście z myszkami dookoła komina (mąż kupił dwa dinksy do robienia baniek mydlanych, zabawa odbyła się tak, jak było do przewidzenia: Mania biegała za wszystkim co się rusza, Bronia przyglądała się zjawisku z daleka), wieczorny spacer do plaży:

Nawet o tej porze w okolicach kafejki było sporo osób, mnóstwo młodzieży uprawiającej sport i gry towarzyskie, duża grupa pływała kajakami — społeczeństwo wyległo jak pszczoły do miodu. Wracaliśmy do domu górą i przez centrum wsi, więc mogliśmy zauważyć, że jak zwykle w taki dzień na przystanku roi się młody tłum. W trakcie spaceru brzegiem morza zadzwoniłam do mamy, żeby jej pokazać te nasze "upały". Można się śmiać, ale dzisiaj naprawdę pachniało latem.


W środku dnia, podczas przerwy narzuciła się mi wiadomość o śmierć dawnego proboszcza z rodzinnej wsi, rocznik babci Mani. Z mojej dziecięcej perspektywy był raczej w porządku, nie zawracał mi głowy religią aż tak, więc wspominam go raczej pozytywnie (prawda jest też taka, że dużo godzin religii spędziłam chowając się na poniemieckim cmentarzu, więc nie mieliśmy czasu aby wejść w poważny konflikt światopoglądowy). On to mnie namówił, abym podeszła do bierzmowania, bo nikt inny mi go nie da, a kiedyś będzie mi potrzebne do ślubu, poor devil :D

wtorek, 5 maja 2026

2331. Lalala ...

... w pracy twarda jak dyjament, do przodu, nauczam, odhaczam, w swoim ślimaczym tempie, ale jednak. Dopiero w domu, gdy w czasie rozmowy Kochanego ze Zbyniem zaległam w sypialni, poczułam, jak jestem fizycznie zmęczona. 

Zachciało mi się frytek z erfrajera, jedyny błąd: frytek mogę zjeść dwa razy więcej niż normalnie ugotowanych kartofli, więc teraz burczy mi w brzuchu. 

Za oknem nadal jasno, na wysokim, oświetlanym przez zachodzące słońce drzewie śpiewają ptaki. Nagle przypomniałam sobie takie późnowiosenne wieczory w Polsce, gdy po pracy siedziałam na ławce, patrzyłam na las. O babci Mani pomyślałam, że wtedy była.

poniedziałek, 29 grudnia 2025

2204. Śnieg, podróż, inne krajobrazy.

Wstaję o ósmej, wyglądam przez okno, a tam na szary świat pada śnieg. 

Po śniadaniu, porannym kręceniu się tu i tam, klikaniu pilotem, krótkim spacerze z tatkiem i krzywonogim Maksiem, wyjechaliśmy do Wroc. Tatko wybrał kierunek na Tcę, żeby zatankować, ale potem skręciliśmy na drogę wzdłuż bukowego lasu. Lubię tę trasę. Wiedzie przez Ober Glauche, Sauerbrunn, Sachsenau, Zakrzów, gdzie minęliśmy dom kultury w którym w latach 80. odbywały się zakładowe mikołajki (mam z nich przynajmniej jedno zdjęcie, kolorowe, ja cała w pąsach obok faceta z długą, białą brodą).

Cel podróży był kulinarny, nikomu nie chciało się gotować obiadu. Po gyrosie w Greco i krótkich zakupach (rodzice zapłacili najwięcej za karmę dla zwierząt), był jeszcze przystanek w miejscu o nazwie Deserownia Café. Wizualnie spoko, ale kawa i ciasto takie sobie. Wróciliśmy do domu po czwartej, za ciemno na nurkowanie w sekretnych śmietnikach, zostawiam to sobie na jutro.

Wczoraj późnym wieczorem wróciłam do lektury podróżnej, do drugiej jej części. Klik klik w czytniku, jedna wirtualna kartka po drugiej kartce i właśnie skończyłam czytać Wild Houses Barretta (Vintage, 2025). Książka przywołała mnie do innych krajobrazów, odległych, ale niezupełnie obcych.

środa, 17 grudnia 2025

2192. Wyjątkowo długa ...

... była ta noc, budziłam się kilkakrotnie i ciągle miałam sporo godzin do świtu. Lubię tak, odpoczywam, gdy czuję jak nocą czas zwalnia.

W pracy byliśmy zaproszeni do Centrum na świąteczny quiz. Poszło dobrze, obyło się bez dram; bez fałszywej skromności zapisuję, że to także moja zasługa — nauczyłam się sprawnie zarządzać grupą indywiduów. Jeszcze momencik i rozbrat. Odnoszę wrażenie, że o czymś zapomniałam, że brakuje jakiegoś papierka, który każą mi wysłać w piątek przed trzecią.

Po czwartej czasu lokalnego, gdy jechaliśmy do domu, przypomniał mi się dziadek Bronek. Wcześniej przetrawiałam sny o zmarłych, uzmysłowiłam sobie, że tylko dziadek Bronek z wszystkich moich dziadków śnił mi się tak wyraźnie. Ciekawe jest jak mój tykający łeb kalkuluje regularne odstępy czasu — wygląda na to, że Mózg obliczył, jakoby dokładnie w momencie, gdy siedziałam w samochodzie, mijało 22 lata od tamtego popołudnia. Mózg się jednak pomylił, źle zapamiętał datę; dziadek zmarł po piątej, ale szesnastego.

Głaskanie kotów, mąż podstawił mi obiad pod nos, A Taste for Death 04. O tej porze znowu jestem zmęczona. Nie jest to złe zmęczenie, raczej zwykłe przytarcie energii, jednak na pewno nie będę się mogła skupić na rozgrzebanej książce i nawet nie zaczynam tematu. Leżeć, patrzeć w sufit, nasłuchiwać, pomrukiwać. 

niedziela, 2 listopada 2025

2147. Maciej.

Kochany wyjechał do pracy, zostałam z kocóreczkami, które zaraz zwinęły się do spanka. Dzień ponownie słoneczny, ale ostry wiatr na wybrzeżu zniechęcał do spacerów brzegiem morza.

Jeszcze wczoraj wieczorem zabrałam się za biografię Halika, przetykałam ją dzisiaj głaskaniem kotów i genealogią, aż do pierwszej rozmowy z Kochanym. Mąż zadzwonił jeszcze raz, z informacją, którą za chwilę potwierdziłam u mamy: umarł Maciejek. Wczoraj, po wizycie gości, tatko nie mógł go nigdzie znaleźć. Rano przyniosła go Stefa, kot zawędrował do sąsiadki i już nie miał siły wrócić, zmarł po kilku godzinach, na tym samym pasiastym kocyku, na którym szesnaście lat temu, w święto cmentarne, odpoczywał po przygodach:

1/10/2009. Wtedy go znaleźliśmy, małego zucha wypłosza. Na zdjęciu jest z Muszką II, jedną z Koszykarek. Tata zdołowany, mama przybita i do tego chora, coś się do niej przyczepiło w sobotę i trzyma. Przesłałam jej kilka zdjęć kota z różnych etapów jego kociego życia. Smutno, ciężko, dobre miał Macieisko życie, użalam się więc nad sobą i upływającym czasem. To jeszcze jedno zdjęcie: Macieisko w wieku młodzieńczym, kilka miesięcy po cmentarnej adopcji (maj 2010), gdy już kiełkowało jego mądre wejrzenie tak lubiane przez Kochanego:


***

Musiałam coś ze sobą zrobić. Weszłam na TG 4 i obejrzałam Doineann (2022), najpierw raczej słuchając, bo obrócona tyłem obierałam marchewki. Lubię słuchać, gdy ludzie mówią po irlandzku. Oczywiście, niczego nie rozumiałam, ale klimat jak najbardziej mi odpowiadał. Mroczność. 

Kochany po powrocie, jeszcze przed obiadem, zaczął rozmawiać z USz; różne sprawy rodzinne były poruszane, więc dyskusja przeciągnęła się poza posiłek. W końcu jednak zebraliśmy się do kupy i wyjechaliśmy do Ka&Jot. Znowu, trochę o korbach rodzinnych, pizza na wcisk i piąty odcinek 1670. Wróciliśmy o rozsądnej porze. Rozpadało się. Odkładam na jutro kontynuację rozważań o mijającym czasie. 

czwartek, 25 września 2025

2109. Czwartek oj.

W pracy spokojniej, niż zakładałam, choć (konieczne) mielenie ozorem wychodzi mi bokiem. Kochany mój był tak dobry, że rano podrzucił mi drugie śniadanie (czekoladowe krłasanty, kajzerki i banany z Tesco), potem pojawił się o czwartej, żeby mnie uwieźdź do miejsca, gdzie kupiliśmy suchą karmę dla naszych myszy. Zupełnie niespodziewanie przy tej okazji, przemieszczając się między sklepem zoologicznym i Costą, napotkaliśmy mojego byłego szefa z pierwszej pracy w Irlandii. Albo on nas napotkał, bo zagadał, gdy byliśmy odwróceni plecami. No cóż, wiadomo, demonizuję, ale uważam, że trawa zdecydowanie mu nie służy.

Czyli była kawa z Kochanym. Lubię tak: siedzimy wygodnie w jakimś kącie, poruszamy tematy bez ładu i składu.

Wykupiłam ubezpieczenie podróżne na następny rok (kolejna sprawa przed wyjazdem odhaczona).  

Naokoło obiadu obejrzałam mietczynskiego, temat bida posiłków. Od razu przy pierwszej "potrawie" przypomniało mi się, że babcia Mania z całą pewnością zalewała czerstwy chleb czarną herbatą (kiedyś czarna herbata była herbatą jedyną) i tak jadła go na ciepło. Świta mi, że ja też tak go jadłam i również mi smakowało. Dawno to było, ciekawe jak niektóre rzeczy zupełnie zacierają się w pamięci, a potem wyskakują znienacka :)

Wyszliśmy na spacer z Kocóreczkami akurat przy zachodzie słońca, po siódmej: szarość i ziąb, czuję, że coś mnie bierze (dziewczynki za to biegają na wszystkie strony i ekscytują się obserwacją osiedla, które jest całym światem; w ogródku rosną nam kanie).

Kochany rozmawiał z dawnym znajomym, Zielonym, który znany jest również Teatru (mała Ziemia; zagadka wyjazdowa: spotkamy się z Zielonym? możliw). 

Albo to wychłodzenie, albo zmęczenie wynikające z napięcia uwagi w pierwszej części dnia (są jeszcze gorsze opcje: w robocie wirusy fruwają po biurze jak drony nad Polską), w każdym razie łeb mi pulsuje, medytacja podkołdrowa jest najwłaściwszym wyborem. Orewłar.

wtorek, 19 sierpnia 2025

2072. Sześćdziesiąty dzień lata.

Przegląd blogów poranny skierował mnie na myśl o mijającym czasie (Natthimlen napisała coś na ten temat). Trzydzieści lat od matury* i od śmierci dziadka Józka.

Powinien być już czwartek, ale ogon się ciągnie wtorkowy: w pracy znowu intensywniejszy dzień, tym razem na wychodnym. Przy okazji kontaktów międzyludzkich, machania, uśmiechania się, potwierdzania imienia, natknęłam się na dziewczynę z którą dobre sześć lat temu pracowałam w mojej pierwszej pracy w Irlandii. W tamtym czasie L. robiła wszystko, żeby nie musieć pracować zawodowo; odnalazłam ją dzisiaj dokładnie w tej samej sytuacji, najwyraźniej zdziwioną progresem świata.

Czyli pół dnia przemknęło, wróciłam z Kochanym do domu, chwilę się zdrzemnęłam, zrobiliśmy obiad, zjedliśmy, nie opanowałam się, żeby nie pójść do sklepu po loda włoskiego w wafelku, choć wcale nie jest aż tak ciepło (pogoda odwróciła się ogonem), wyszliśmy też z myszami do ogródka. Skoro wczoraj była Bronia, dzisiaj fotka ślicznej Mańki, która lubi pokazywać brzuszek:

Na wieczór Kochany włączył koncert, żeby Bronia mogła sobie obejrzeć; takoż, pierwszy rząd na koncercie Tiltu:

Sterana jestem; muszę swój wschodni łeb zamienić na łeb gaelicki.
Może jednak granola? A i owszem, zrobiłam, jemy.

Kochany zauważył, że wieczorem Bronia siedzi w oknie i czeka na nietoperze.

* a nieprawda, bo trzydzieści jeden, co odkryłam tydzień!!! później.

niedziela, 3 sierpnia 2025

2056. Sen o ...

... powodzi na Wiśle. Co ja robiłam w Warszawie? Któż to wie. Ale widziałam jak przybierała woda i jak golden retriver o sześciu nogach uciekł jej w ostatniej chwili.

Pobudka prawie o tej samej porze, co wczoraj, tuż przed ósmą. Pomiędzy śniadaniem i wyjazdem na kawę klarowałam Kochanemu, dlaczego Spadek Hjorth tak mi się podoba (książka traktuje o kłamstwach rodzinnych i nierównym traktowaniu własnych dzieci; bardzo powszechna sprawa, podobne scenariusze dotknęły zarówno mojego tatę, jak i naszych bliskich znajomych). 

A co z kawą? El Paso, tym razem kawa i naleśniki w Rocksalt (nasza pierwsza wspólna wizyta; Fred wspominał, że kiedyś była tu inna knajpa, serwująca cyklicznie kuchnię litewską, ale to było przed erą Świechny, za czasów Fredowej przygody z wolontariatem, która obrodziła znajomością i współpracą z Aś). Źle nie było, jednak za dużo cukru, naleśniki rozmiarów słusznych zbyt. Po tej przygodzie kulinarnej nie chciało się nam od razu wracać do domu, postanowiliśmy zrobić kocie zapasy na tydzień lub dwa (chociaż raczej na tydzień, sądząc z dziennych ilości pochłanianych przez Mądralę i Sikacza), więc przejechaliśmy niewidzialną granicę z Północą. Newry jakieś takie przyklapnięte, nieciekawe, szare, asortyment kocich smaczków też bez rewelacji, to samo, co w Republice. Oczy się nam kleiły od nadmiaru cukru w drodze powrotnej, więc włączyłam muzę starego Marillionu.

Przy obiedzie (przygotowanie, jedzenie, trawienie) kolejne, jedna po drugiej, wszystkie cztery płyty Marillionu z Fishem. Wieczorne wyprowadzanie kotów nie trwało długo. Długa była za to rozmowa z Celtem, bo gawędziliśmy niemalże do naszej dziesiątej, czyli prawie dwie godziny. W tym czasie Kochany zdążył wyjechać do Pieseła, wyjść z nim na spacer za miasto oraz zjeść sporo czipsów. 

Nareszcie łóżko, lektura, układanie myślowej galopady do odpoczynku.

wtorek, 24 czerwca 2025

2016. Czwarty dzień lata.

Wczorajsza przygoda internetowa uświadomiła mi, że niektórych haseł nie zmieniałam od wieków. I że trzeba przepisać je do nowego kajecika, bo bazgry o kontach nieaktywnych zachodzą na siebie, niczego już nie przypominają, tylko wprowadzają chaos doprawiony szczyptą nostalgii za umykającym czasem i znikającą pamięcią.

A to małe potaty o poranku:

Wzorując się na poniższej grafice ilustrującej stadia rozwoju potata, Bronia będzie raczej Big Long, a Mania raczej Big Potat.

W pracy przyjemnie, cicho. Jacyś ludzie się odzywają, ale to nic pilnego. W czasie przerwy zaszłam do Czarnej, dosiadła się do mnie niejaka Bridget, która zapodała mi informację, że jest medium. Rozmowa zaczęła się od tego, że zapytała mnie skąd jestem. Obstawiała Francję. Zupełnie nieintencjonalnie mój akcent wędruje w jakieś regiony zachodnio-niemiecko-galijskie, ale zdarzyło mi się też, że osoby z Dolnego Śląska podejrzewały, że jestem raczej skądinąd, najwyraźniej wieś wielkopolska, moja pierwsza językowa tożsamość, zostanie ze mną do końca.

Czytelniczo teraz już tylko Gorzko, gorzko, skupienie, bo książka jest długa i ciekawa. Zadzwonili do mnie z RR Books, niestety nie mogą na razie nigdzie znaleźć książki Eileen. Przyjęłam to do wiadomości, jednocześnie zmotywowałam się do poszukania książki używanej. Znalazłam.

Koniec szychty o drugiej. Szef nam macha, wsiadam do autka, lecimy do konkurencyjnego weta zrealizować dwa vouchery od Royal C (jedna z pań twierdzi, że mam doppelgängera, bo już tu byłam ze swoim potatem — oczywiście, że mam, ale sądziłam, że zostawiłam ją w Polsce, raz nieomal miałam z jej powodu kłopoty na logice u profa Zygmunta), potem do TK Maxa, kupić ogranicznik do drzw, który nie został kupiony, gdyż go nie było (zamiast tego, do torby wpadła mi bawełniana kamizelka Chinti & Parker i wilczy T-shirt w paski Each x Other).

Wracamy do domu; czytam, Kochany gotuje, pożeramy kalafiora, dzwonię do mamy z zapytaniem, czy wczoraj mieli oberwanie chmury, ale w cudownym miejscu takie rzeczy się nie zdarzają. Zielona herbata i blogowanie (wyłączenie tej funkcji w smartfonie jest zbawienne dla głowy). W ogrodzie dopełniam glebą i wynoszę za dom donice z zapadającymi w letni sen cebulami narcyzów, zajmuje mi to kilka minut. Potem idziemy z Kochanym na wieczorny, godzinny spacer nad morze; zielona sałata tym razem wybiła tuż przy kawiarence, szuram.

niedziela, 4 maja 2025

1965. Długie zymby.

Ma długie zymby, mówiła o mnie babcia Mania, gdy nie lubiłam czegoś jeść. Tak mi się nagle przypomniało w czasie wędrówek po sieci. Czyli wczoraj rano miałam długie zymby na to, co zobaczyłam w lodówce. Dzisiaj było już lepiej.

A skoro przypomniała mi się gwara wielkopolska, to zerknęłam na inne jeszcze słowa z mojego dzieciństwa: oczywiście chabas, pyrychochle, weka, kanki czy haczki zawsze były dla mnie zupełnie normalnymi słowami, gamułę używała jeszcze moja mama, chociaż ostatnio rzadko je słyszę, fajrantu używał dziadek Bronek, a latoś to słowo które wyraźnie pamiętam wypowiadane głosem prababci Marianki, która oczywiście ubrania i trzewiki oblekała. Kiedy byłam niegrzeczna (ja niegrzeczna?), to byłam nieusłuchana, a chora churlałam. Ale przede wszystkim miałam długie zymby na różne rzeczy. To po mamie, która też miała długie zymby. Taka natura widocznie z tymi zymbami

Wstałam, gdy Kochany już siedział w mundurze, po kawie, gotowy, żeby wyjechać do pracy. Zjadłam śniadanie, cudownie zmitrężyłam czas do popołudnia zastanawiając się nad autyzmem i genealogią (zaczęłam też w końcu czytać jedną z książek Woolf wypożyczoną z biblioteki). Potem dostałam od Anne takie piękne zdjęcie "a diamond of a cat":

To był mój pierwszy rok w Irlandii, Ryszard nazywany Stanleyem zaszedł najpierw do sąsiadów (zdjęcie jest z kwietnia owego roku), dopiero pod koniec lipca zapukał do nas.

Akurat odkryłam, że Fred jest piąte przez dziesiąte spokrewniony genetycznie z córką Kazimierza Kutza, gdy Ka zadzwonił, że właśnie przejeżdżają przez wieś i zatrzymali się na włoskie lody. Czyli miałam gości tuż przed powrotem Kochanego do domu. Siedzieliśmy na zewnątrz na zielonej trawce, Anne wyjeżdżająca do Drołdy pożyczyła chłopakom piłki, a w zasadzie kule do bocce, więc mogli się pobawić na terenie zielonym, podczas gdy Ka dopijał kawę. Znajomi odjechali, zrobiłam obiad, przyjechał małżonek, zjedliśmy. Zadzwoniłam do mamy, rozmawiałyśmy o religii i polityce (czyli o księżach-pasożytach oraz o niebezpieczeństwie, że Karolek może zostać debilem nr 2; zgroza). Po zakończeniu tego połączenia Kochany zadzwonił z kolei do Perlistego. Czy się zobaczymy tego lata, tym razem u nas, na Wyspie? Za często piętrzą się trudności bez sensu, mamy nadzieję, że przyjaciel je przezwycięży.

środa, 19 marca 2025

1919. Wschód półksiężyca.

Budzik był nastawiony na siódmą, ale jeszcze pół godziny turlaliśmy się pod kołdrą odmawiając kontaktu z rzeczywistością. Bez szkody, specjaliści zakładający nam nowe szerokopasmowe łącze pojawili się dopiero przed jedenastą i mimo wszystko uwinęli się sprawnie (w godzinę, choć procedura wymagała przerzucenia kabla przez dwa ogródki sąsiadów oraz wywiercenie kilku otworów na zewnątrz i w środku). 

W tym czasie skończyłam czytanie zbioru Antarctica Clare Keegan (Faber&Faber, 2023). 

Specjaliści wyszli, podłączyliśmy się do nowego modemu i jeszcze przed południem zaczęliśmy ponownie zaśmiecać naszą przestrzeń, Kochany rozmieścił na wieszakach wszystkie szale, które poprzednio trzeba było ściągnąć: I popatrz kochanie, tutaj jest kaszmir i wełna, tutaj jedwab, tutaj wiskoza, len i bawełna, pouczył mnie mąż. Przyjęłam to do wiadomości :D 

Wywiesiłam pranie. Obśmiałam tajemnicę makaronową. Otóż, rano wyrzuciłam do ogródka resztki ugotowanych świderków w przekonaniu, że może przydadzą się mewom. Rzeczywiście, ktoś się nimi zainteresował, przeniósł parę świderków i utopił w misce z wodą. Wylałam zawartość, nalałam świeżej wody. Za godzinę w misce z wodą pojawiły się kolejne świderki :D Kto i dlaczego?

Pogoda rześka, słoneczna. Ripy van Winkle rozkwitły, nie tak wspaniale jak w pierwszym roku, ale dają radę. Na niebie ani jednej chmurki, za to nad krajobrazem wisi rozmazanie, które pogłębia się pod wieczór. Po obiedzie wyjechaliśmy do miasta: Lidl, Costa, Tesco. 

Po powrocie do domu Kochany zabrał się za koszenie trawy, więc nadarzyła się sposobność rozmowy z Katlin. Sąsiadka powspominała trochę dawne czasy, gdy w domu Anny mieszkał niejaki Tommy z żoną, a obok, w domu Ivy i Li, drugi pijaczek. O tych pijaczkach podobno można by napisać książkę. Kolega Tommy'ego skończył marnie, zmarł po tym jak spowodował pożar; Katlin widziała jak go wyciągali całego czarnego. Ot, prowincjonalne strachy, jak z książki Keegan.

Czy martwię się jutrem? Trochę.

środa, 25 grudnia 2024

1835. 25122024.

Śniadanie rozciągnęło się na dwie godziny: biała kiełbasa, kapustą z fasolą, krokiety z barszczem, sałatka, galareta. Tak się napchałam, że nie spróbowałam ani śledzi, ani nie tęskniłam za słodyczami (zapomnieliśmy o degustacji ciast). Mama opowiadała, że 50 lat temu tego dnia była pogoda jak wiosną, słoneczna i ciepła, a następnego spadł wściekły deszcz. Zimowy mróz przyszedł dopiero w nowym roku. Długo rozmawiamy o dobrej kawie.

Przez resztę dnia słodkie obiboctwo domowe, przy kolejnych posiłkach spróbowaliśmy wszystkiego, co tam lodówka miała. Tata też już zarażony i pod wieczór nastrój rodzicom siada, co mnie wcale nie dziwi (specyfiki różnorakie pomagają na chwilę). 

Poziom filmów w tv kopalniany, a chałtur koncertów bożonarodzeniowych oglądać nie lubię (wystarczyły mi natrętne zapowiedzi koncertu Na Skałce z częścią wykonawców niedziwnie znajomych z pisowych pokazówek), więc miałam czas przeczytać Kotolotki Ursuli K. Le Guin (Prószyński i S-ka, 2020). Lubię czytać książki dla dzieci, z tą jednak zapoznałam się za późno. Z powodów oczywistych spacer się nie zadział. Wieczorem obejrzeliśmy drugą cześć Władcy Pierścieni (nigdy do tej pory nie widziałam). 

środa, 13 listopada 2024

1793. Śpiąca środa.

Gdy tak wracaliśmy po północy przypomniałam sobie, że w poniedziałek minęło 14 lat od śmierci Waci — na starym blogu wpis (11/11/2010):

Ciężko jest na sercu, kiedy umiera taki wieloletni towarzysz. Kiedyś pewnie całodobowe gabinety weterynaryjne będą na wyciągnięcie ręki. Jeszcze nie teraz, jeszcze nie ... a dzisiaj pierwszy wieczór bez zanoszenia jej do koszyczka.

Rano z kolei sprawdziłam datę śmierci babci Mani. To dzisiaj. Babcia Mania bardzo kochała Wacię, chyba pierwszego psa w swoim życiu lubiła tak bardzo. Datę śmierci Waci pamiętam, bo umierała cierpiąc, daty śmierci babci Mani nie pamiętam, bo sobie wyobrażam, że umarła w świętym spokoju. Wieczorem dodzwoniłam się do tatki, który powiedział mi, że pojechał na Hochkirch, zapalić świeczkę na grobie babci Frani, która obchodziłaby 97 urodziny. Kumulacja listopadowa. Na Dolny Śląsk spadł pierwszy śnieg.

Oboje z Kochanym byliśmy zmęczeni z powodu krótkiej nocy. Fred musiał niestety jechać do pracy. Przewalałam papiery, żeby ogarnąć sytuację na jutro. Wysłuchałam też dwóch kolejnych historii z audiobooka The Adventures of Sherlock Holmes. Spać wcześnie. Ziew.

czwartek, 31 października 2024

1780. The wolf is sleepy.

Pani Stempelek 3 (hebanowa) była przebrana za królewnę Śnieżkę. Królewna Snieżka usłyszawsze zamówienie o 7:25 zabrała się najpierw za robienie kawy na wynos i pewnie nawet nie musiałam jej mówić, że zaraz wrócę i zapłacę, ale powiedziałam :) Praca w Jamie łatwa jak zwykle (założyłam swojego wilkołaka tylko na chwilę, za gorąco), w drodze do/z czytałam Tortilla Flat Steinbecka i dokończyłam książkę po południu, jeszcze na dworcu. W domu czekał na mnie pyszny gulasz, czegóż chcieć więcej? Zanim Kochany zdążył wrócić z pracy, ściągnęłam nowego audiobooka Ewy Woydyłło o przydługim tytule, Zakręty życia (coś tam coś tam). Za darmoszkę, bo za pieniążki to bym pewnie aż tak bardzo nie chciała. Mam więc materiał do słuchania na jutro, pewnie szybko to łyknę.

Cały wieczór napierdalanie fajerwerkami. Szkoda, że zwyczaje zmieniły się tak bardzo na niekorzyść. Osobiście mi to loto, ale cały czas mam z tyłu głowy, że zwierzaki są zdegustowane. Obejrzeliśmy z Kochanym 1/3 Rękopisu znalezionego w Saragossie (1965) Hasa, kontynuacja jutro. Jestem zmęczona, zamierzam noc duchów wyleżeć na wznak.

***

Rok temu (gdy nie miałam ochoty na nic) z ówczesnego month in pics pozostały mi takie skrawki, które właśnie odnalazłam:


Ziemia się poobracała i zaraz znów wskoczymy do listopada; jeszcze tylko rzut okiem na piździernik'24:

środa, 25 września 2024

1744. Przygotowani?

Na środę mieliśmy plan działania energiczny: trzeba posprzątać to, czego się do tej pory nie posprzątało. Założenie wstępne jest takie, że goście będą raczej chcieli coś zobaczyć, więc Fred miał kupić produkty śniadaniowo-kolacyjne, podczas gdy ja zamierzałam udawać, że umiem sprzątać. Łazienka, odkurzanie, blaty kuchenne. Ale zanim to wszystko nastąpiło, rozmawiałam z tatą (i nagrałam go dzięki aplikacji w laptopie, technologia z nami). Skupiliśmy się na latach 50-tych, muszę tego posłuchać jeszcze raz, żeby wiedzieć jakie pytania zadać następnym razem. Z nowości pozaprojektowych, tatko przekazał mi smutną wiadomość: mąż naszej polskiej sąsiadki umarł po dłuższym jakimś niedomaganiu. Szkoda Stefy, dobry z niej człowiek, teraz będzie jej jeszcze ciężej, jej mąż też dobry człowiek, wiele zwierząt go lubiło, a jak tatko złamał nogę, to też dużo mamie pomógł z transportem.

Sprzątanie szło mi tak sobie. Kochany wyjechał po zakupy i wtedy właśnie wydało mi się, że lodówka przestała działać. Na całe szczęście to były tylko moje zwidy. Ale coś się w kuchni przepaliło niewątpliwie, mam nadzieję, że nic istotnego. Mąż wrócił z zakupów z prezentem dla mnie, kolejnym kapelutkiem Seeberger, tym razem czarnym bucketem w czerwone i szare liście; będzie super na tę jesień. Poza tym, gdyby lodówka jednak padła, to będziemy jeść na mieście ... z tym facetem nie zginę :D

No to już po nas, powiedział dziadek Freda, francuski komunista, gdy ideowo wrócił po wojnie do (k)raju, i zobaczył jak jest pięknie. Takim wspomnieniem rodzinnym podzielił się ze mną Kochany, gdy on robił obiad, a ja się opierniczałam przy laptopie i rozmawialiśmy o moim projekcie wspominkowym.

Krótka rozmowa uaktualniająca z Usz była, że pada, że dwanaście stopni mamy i jutro będzie wiało, więc tego, żeby trzymali się poręczy. W głośnikach ostatnia płyta Rolling Stonesów.
___
edit 22:00 Obejrzeliśmy Samotność we dwoje (1968), z Horowianką, Voitem i Gogolewski. Szczególnie ten ostatni błyszczy.

sobota, 14 września 2024

1733. Sobota w odcinkach.

Nie chciało mi się, ale musiałam wstać o ósmej, żeby się ubrać i po sąsiedzku zajrzeć do Junony. Grubasinka już na mnie czekała na schodach. Oczywiście z mojej perspektywy krople homeopatyczne to bzdura na resorach, ale kotu i tak trzeba dać jeść, a skoro Anne chce się trzymać jakiejś tam nadziei, nie będę jej nauczała i oświecała.

Na śniadanie usmażyłam sobie makaron na maśle. Kiedy byłam dzieckiem, babcia Mania pytała, czy mam ochotę na makaron na maśle i oczywiście zawsze miałam, to takie moje comfort food. Zadzwoniłam do mamy zapytać jak tam. Nie zalewa ich, nie spodziewałam się niczego innego, bo rodzice mieszkają przecież w Cudownym Miejscu. Ale porozmawiałyśmy kogo i gdzie zalewa, jakie są prognozy, i tak dalej. Barycz już się spiętrzyła, są lokalne podtopienia. Zerkam na Wyborczej relację sobotnią.

Po kaffce będzie wyprawa spożywcza.
___
edit 15:00 Zupełnie niechcący przejęłam mężowską czapkę typu garnek, wełnianą, Ralpha Laurena zresztą. Się okazało, że mi pasuje idealnie, jak Bounty w Co ludzie powiedzą. I cóż, byłam z Fredem w mieście, akurat obchodzono National Services Day (nie wiedzieliśmy wcześniej): przy porcie zamknięta droga, jacyś ludzie ze sztandarami, jakiś kobziarz, w polskim sklepie sporo ludzi, i w ogóle. Nic to, już jesteśmy z powrotem, z zapasem zielonej herbaty i innych bardzo ważnych rzeczy. W głośnikach Beastie Boys; mąż założył fartuszek.
___
edit 19:00 Szef kuchni zaserwował linguini z sosem pomidorowym z mascarpone i co tam było pod ręką. Bardzo smaczne. Junona nakarmiona, ja nakarmiona. Kochany zadzwonił właśnie do Perlistego. Zaskoczenie, bo przyjaciel jest w tej chwili w Miasteczku. Prądu nie ma, Perlisty czeka na rozwój sytuacji (w 1997 całe Miasteczko przykryła woda). Kochany znalazł też informację, że w Karkonoszach zalewa Luční boudę, czeskie schronisko niedaleko drogi, którą pokonaliśmy w czerwcu.
___
edit 22:05 Zrobiliśmy sobie z Kochanym seans sentymentalny. Chłopaki nie płaczą (2000) przecież już oglądaliśmy, ale Fred zamówił w Empiku nową płytę dvd i było oglądanie klasyki. Przy okazji do zaparzania herbaty pierwszy raz użyłam starej prasy francuskiej (kilka dni temu znalazłam ją na szafce kuchennej, była schowana w oryginalnym opakowaniu firmy krzaczek; zmyślne i skuteczne urządzenie). Czytam o zbiorniku Racibórz Dolny oraz o filmie Teczka Ipcress (1965).

poniedziałek, 12 sierpnia 2024

1700. Spacer to życie.

Zawsze jest mi trudno zastartować, a potem się dziwię, czemu wcześniej nie wyszłam. Po śniadaniu poszłam na spacer nad morze. Namiot, o którym mówiła Katlin, zniknął. Duży odpływ, spore fale (wiało), znalazłam nietypową skamielinę koralowca (trzeba się przyjrzeć dobrze, że to jest to, ale to jest to).

Zauważyłam kilka lwich grzyw, "jesienne" meduzy, w tym takie oko Saurona:

Anne wróciła wczesnym popołudniem; zaszłam do niej na chwilę (wzruszyło ją, że podlewałam jej bazylię i mówiłam do Junony po polsku). Gdy byłam już z powrotem w domu i rozmawiałam z Fredem w czasie jego przerwy w pracy, sąsiadka zapukała z prezentem (mydło w płynie, chutney pomidorowy). Wygląda na to, że w najbliższy weekend też będę odwiedzała Junonę po sąsiedzku.

Na obiad pieczone bakłażany, nawet dobre mi wyszły. Kochany był zmęczony po pracy, ale wstąpiły w niego nowe siły; spacer nr 2:

I tak sobie oboje myśleliśmy, że Ryszard byłby zadowolony z dzisiejszego dnia. Ale żegnaj Gienia, świat się zmienia (pani Gienia mieszkała w domu za naszym ogrodem, razem z babcią Manią i panią Romką czasami przyjeżdżały do miasta, i pamiętam, że spotkałam je z raz czy dwa na takim sąsiedzkim wypadzie, gdy wracałam z lekcji w liceum; babcia Mania musiała mieć wtedy zaledwie 60 lat).

niedziela, 11 sierpnia 2024

1698-1699. Moralniaczek i próby.

Sobota
Od kilku dni idzie mi jak po grudzie. Znaczy, nic nie idzie, bo nic nie robię, zastój. Z rzeczy pożytecznych tylko obiad. Bo Kochany wrócił po piątej, więc wiadomo, coś by się zjadło. I jeszcze Ka z Jot przejeżdżali wracając z klifów, na chwilę podjechali pod dom, akurat gdy wrócił Fred. Po ich odjeździe (a przed obiadem) chwilę rozmawialiśmy z Katlin i Majkiem. Pogoda była piękna. Jutro, mówię sobie, wychodzę na świat. Poza tym grzebanie w genealogii i francuski.

Niedziela
Nie wyszłam. No i tak, jeden list motywacyjny wysłany. Cześć kapitanie (1969), kreminał z Horowianką ponownie obejrzany (poprzednim razem też było lato, tylko, że roku piętnastego, lipiec, dwudziesty szósty; dzień wcześniej zrobiłam rączkami moimi własnemi 99 pierogów z jagodami; babcia Mania żyła).

Kochany zaskoczył mnie bukietem róż i prezentem, łososiową kamizelką (Polo Ralph Lauren). Nie mogę przytyć, mąż ma w oku taką miarkę, że wszystkie jego prezenty są w rozmiarze M ;)

Zaczęłam czytać Lalę Dehnela. 

Ostatni dzień wieczornych wizyt u Junony, znowu miałam lekką obsuwę czasową. Przy tej okazji przykre odkrycie: o wpół do dziesiątej jest już ciemno. 

środa, 7 sierpnia 2024

1695. Jesiennienie.

Robiąc rano listę zakupów przypomniałam sobie nagle bardzo żywo, że babcia Mania mówiła (i zapisała kiedyś na swojej liście zakupów) czosnyk. Na to Fred podzielił się wspomnieniem, że jego babcia Kasia mówiła to posyp se czosnekiem. I że jego babci oraz jej siostrze umknęły jakieś tam polskie słowa, bo przecież gdy wyjeżdżały do Francji na wsiach nie było ciężarówek, w związku z czym siostra babci Kasi opowiadała jak do Verduna przyjechały trzy kamiony ... :)

W nocy Kellie Harrington zapewniła sobie drugie olimpijskie złoto w boksie. Na co dzień pracuje jako sprzątaczka w St Vincent's Hospital. Akurat to jeden z niewielu szpitali dublińskich, których Kochany nie nawiedził, więc nie mógł jej poznać, ale jakby nie było local girl (+ nadal boks to przemoc bez sensu i nie oglądam).

W południe wyjechaliśmy ze wspomnianą wcześniej listą na zakupy obiadowe po których od razu wróciliśmy do domu. Makaron z sosem pomidorowym i chill out. Na wieczór zachciało mi się robić naleśniki do powideł śliwkowych (zjedliśmy oglądając biegi). Do Junony zajrzałam wg grafiku, po drodze zaczepiła mnie Katlin, żeby mi np. powiedzieć, że obok hangaru łodzi ratunkowej od kilku dni mieszka w namiocie jakiś facet (pewnie mijaliśmy go w niedzielę). Niezmiennie pachnie jesienią.