Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alergia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alergia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 listopada 2024

1801. Zimno, ale ładnie.

W nocy obudził mnie chłód, nad ranem przesunęłam się w łóżku na połowę męża i żywiłam się jego ciepłem. W hrabstwach zachodnich był pomarańczowy alarm z okazji spodziewanych opadów śniegu. Tymczasem na naszym "cycku" maksymalnie 4°C, słońce, zimno, ale jak najbardziej znośnie, a nawet ładnie (wizualnie). Kochany odwiózł mnie do pracy i pojechał Babcią do mechanika. Niestety utknął w tym El Paso i gdy ja skończyłam, on cały czasu czekał na Godota. Poszłam w związku z tym do Czarnej na kawę, żeby doczekać do wyjazdu autobusu i tu miałam małą przygodę: karta bankomatowa nie chciała w żaden sposób zastartować, a miałam za mało gotówki, żeby zapłacić za to, co już dla mnie przygotowano. Pani Stempelek po irlandzku machnęła ręką, ale oczywiście nie dawało mi to spokoju, bo machać sobie można, ale jednak to chamstwo nie płacić. Wypiłam kawę i wcisnęłam w siebie bułę szybciej niż planowałam, po czym poszłam pod mój bank, żeby sprawdzić czy i tam firmowy bankomat pozostanie głuchy na petycje. Na szczęście bankomat nie widział problemu, wróciłam do Czarnej zapłacić pani Stempelek (nie lubię takich sytuacji, super, że tak szybko się ułożyło), ale sprawa jest nadal niejasna. Trzeba będzie przetestować kartę w paru innych miejscach.

Jeszcze à propos ładności wizualnych, wracałam gdy słońce pod ostrym kątem oświetlało ten chłód: zielenie, żółcie na tle chłodnego błękitu nieba i szarości chmur w zakolu rzeki, przed wsią ptaki morskie skubiące coś w oziminie (zauważyłam ostrygojady, kilka czajek oraz jakiś rodzaj bekasa, zawsze je mylę).

Fred nie wrócił do domu od razu, jeszcze podjechał Babcią pod NCT (Babcia zdała, odhaczone). Po dziwnym obiedzie (podzieliliśmy się kupnymi pierogami), Kochany wręczył mi upominek wyprzedzający — top/bezrękawnik w kolorze kiwi z merynosiej wełny (Tahari) i dwa flakoniki perfum Wilgermain. Od wąchania perfum doszliśmy do tego, że może warto by mi było zrobić sobie testy alergiczne, bo ciągle coś (nos nadal boleśnie suchy, który to już tydzień, poza tym pamiętam o tym dziwnym przypadku jedzeniowym z palpitacjami).

czwartek, 26 września 2024

1745. Som.

Zaczęłam dzień od oglądania filmików relacjonujących niszczycielskie działania huraganu Helen na Cozumelu. Chociaż w zasadzie nie. Zaczęłam ten czwartek przed zaśnięciem rozmawiając z mężem o adaptacjach trylogii Sienkiewicza i rozkminianiu dlaczego kobiety były w nich tak słabo zagrane (poza Baśką, oczywiście).

Leje. Wstaję, leje, ląduję w pracy, leje, coś tam robimy w grupie, leje, kończę pracę leje, więc czekam na Kochanego w Jamie. Myk myk, szybko do samochodu i na lotnisko. W drodze rezerwuję stolik w Scholars. Na lotnisku bliski parking zajęty, musimy wskrobywać się Babcią na trzecie piętro. Jest jeszcze chwila czasu do przylotu szwagrostwa, więc włala (baśniowego rogala z polewą malinową znowu nie ma, hańba!):

Po godzinie trzeciej: machania, powitania, następnie bieżanie w kierunku trzeciego piętra oraz jazda na północ. Po dwóch krótkich przystankach (stacja benzynowa, Tesco), zameldowaliśmy się w restauracji à la carte. Bardzo ładne miejsce, za oknem deszcz i wiatr, a my siedzimy w środku i jest potencjał. Zamawiam chicken liver parfait na przystawkę i rybę dnia na główne. Na talerzach dzieła sztuki, przystawka świetna, ryba dnia pewnie również, niestety po kilku kęsach coś zaczęło mi się dziać, dostałam kołatania serca i poczułam, że powinnam przestać robić to, co właśnie robię. W końcu przeszło. Gdy dziabnęłam jeszcze kęs ryby, miałam ten sam efekt. Może to był tylko stres, ale postanowiłam zostawić temat obiadu w spokoju (tym bardziej, że od razu przestałam być głodna). Szwagrowski sugeruje alergię krzyżową, nie wiem jednak co z czym. Niepokojące i wyczerpujące psychicznie. Może po prostu mam świra. Trudno.

Przyjechaliśmy do wsi w całkiem dobrych nastrojach, Fred skręcił jeszcze na chwilę do portu, żeby pokazać rodzinie jak wodą buja światem w ten sztormowy dzień. Coś wspaniałego, przynajmniej, gdy patrzy się na to z bezpiecznego, ciepłego miejsca na górce.

W domku zaś, po wstępnych zagnieżdżeniach, dostaliśmy prezent iście królewski. Poza dwiema kawami z palarni Harmonia, to:


Myśleliśmy, żeby taki kupić, cichutki i precyzyjny, ręczny młynek do kawy (tutaj jeszcze ze składaną rączką). No to mamy. Były herbaty i rozmowy Polaków w akompaniamencie ciasteczek rozmarynowych. Dla gości dzień męczący (jak każda podróż), a że jeszcze mamy inną godzinę, skończyliśmy nasiadówkę o dziesiątej. Jest miło, dom wypełnił się do ostatniego kąta.

czwartek, 12 sierpnia 2021

604. Zobacz jak wieje.

Lato odzwyczaiło nas od wiatru, więc głowa notuje: zobacz jak wieje. Gdy po mojej pracy zjechaliśmy do portu po rybkę na obiad, zaskoczył mnie widok falowania ogromnych mas wody za molem.

Dzień słoneczny przetykany szałerkami, po obiedzie Kochany musi pędem do Belfastu. Drzemkuję do późna, łapie mnie jakieś zapalenie lub alergia, prycham i nos mam zimny jak pies. 

Kot łapał promienie słońca jak się dało, ja z głową w książce, Kochany obiecuje, że jutro jest już tylko mój.