Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą auto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą auto. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 maja 2026

2354. Zrządzenia.

Na wstępie dnia lekko wykoleiliśmy się ze swojej zwyczajności: Czarna była zamknięta z powodu braku prądu, więc zaproponowałam Kochanemu podjechanie pod Pe; kawa mężowi smakowała, a ja z przyjemnością zanurzyłam się w nowej lekturze (Banville) w zmienionych okolicznościach przyrodniczych.

Z serii "dziwne zrządzenia losu": rano Kochany zaparkował samochód w innym miejscu niż zwykle, znacznie dalej od swojej pracy. Kiedy po skończonej zmianie wracał do Babci, zauważył, że w auto postawione dokładnie tam, gdzie zazwyczaj stoi nasze, wbił się drugi pojazd.

Czas popołudniowy się mi rozgrzebał, leżakowałam; obiad zjedliśmy dopiero o dziewiątej wieczorem (tarliśmy marchewki słuchając biografii Broniewskiego, od czasu do czasu zatrzymywałam audio, żebyśmy mogli o tym porozmawiać).

Pod wieczór jest znacznie chłodniej niż w ciągu ostatnich trzech dni, wiatr się wzmaga. Chodzę w koszulce chopinowskiej. Anne (wyszła się przywitać z myszami) źle wygląda, takie mam odczucie niedookreślone.

Być może mamy opiekunkę do kotencji: Hana wyraziła wstępny entuzjazm. Mąż ledwo co wysłał propozycję i sprawy są w toku, ale przyznam, że dla mnie również jest to najlepsza opcja i trudno byłoby mi się z nią rozstać ;)

niedziela, 24 sierpnia 2025

2076-2077. Przez weekend.

Sobota
szara i lepka. Nie mogłam wywiesić prania na zewnątrz, paprochy deszczu groziły powrotem w każdej chwili. Zrobiłam spacer po okolicy i zakupy w jednym (wybrałam się do rzeźnika po filety steka wołowego). Zaczęłam słuchać po kolei solowych płyt Fisha (na razie pierwsze trzy). Kociaki są bardzo namolne, gdy nie śpią, bardziej Maniutek, który odnalazł szczególną przyjemność we włażenie mi na ramię i gnieżdżeniu się za moją głową, gdy siedzę przy laptopie. Pod wieczór już zupełnie zaciągnęło się deszczem i nie mogliśmy wyjść z kotami na spacer. Kochany zmęczony, mimo wszystko jednak coś mu się tam kołatało po głowie, bo poszedł spać później ode mnie.

Babcia ma szczęśliwie wymienione klocki hamulcowe.

Niedziela
jaśniejsza. Od razu nastawiłam drugie pranie z myślą, że będzie można coś wynieść na dwór. Sny miałam dziwne, generowane stresem pracowniczym; na dobre przebudziłam się po ósmej, gdy Kochany właśnie wychodził do pracy spakowawszy do torby resztki cold brew (wczoraj małżonek z dumą spakował pierwszą porcję domowego wyrobu — niedawny zakup dzbanka do cold brew w Dublinie najwyraźniej będzie dobrze spożytkowany). Spacer nad morze z mamą (pokazywałam jej widoki). Przeglądanie zawartości szafy (włożyłam nowe paski przeciwmolowe między ubrania w jednej z szaf, powinny wystarczyć do późniejszej zimy). Robienie obiadu (przepieprzyłam sos do świderków!). 

A skoro pogoda lepsza, po powrocie Kochanego i obiedzie, oczywiście wyszliśmy z myszami; zdarzyło się nawet, że dziewczynki zobaczyły po raz pierwszy brudnego Jacka Russella sąsiadów.

Siedzę przed laptopem, z rozmruczaną Bronisławą na kolanach. Włos mokry, w brzuchu nieco pustawo (zjadłam ograniczoną ilość makaronu na okoliczność przekombinowania), myśli krążą już wokół poniedziałku. A sio, myśli! Idziemy czytać książkę!

czwartek, 21 listopada 2024

1801. Zimno, ale ładnie.

W nocy obudził mnie chłód, nad ranem przesunęłam się w łóżku na połowę męża i żywiłam się jego ciepłem. W hrabstwach zachodnich był pomarańczowy alarm z okazji spodziewanych opadów śniegu. Tymczasem na naszym "cycku" maksymalnie 4°C, słońce, zimno, ale jak najbardziej znośnie, a nawet ładnie (wizualnie). Kochany odwiózł mnie do pracy i pojechał Babcią do mechanika. Niestety utknął w tym El Paso i gdy ja skończyłam, on cały czasu czekał na Godota. Poszłam w związku z tym do Czarnej na kawę, żeby doczekać do wyjazdu autobusu i tu miałam małą przygodę: karta bankomatowa nie chciała w żaden sposób zastartować, a miałam za mało gotówki, żeby zapłacić za to, co już dla mnie przygotowano. Pani Stempelek po irlandzku machnęła ręką, ale oczywiście nie dawało mi to spokoju, bo machać sobie można, ale jednak to chamstwo nie płacić. Wypiłam kawę i wcisnęłam w siebie bułę szybciej niż planowałam, po czym poszłam pod mój bank, żeby sprawdzić czy i tam firmowy bankomat pozostanie głuchy na petycje. Na szczęście bankomat nie widział problemu, wróciłam do Czarnej zapłacić pani Stempelek (nie lubię takich sytuacji, super, że tak szybko się ułożyło), ale sprawa jest nadal niejasna. Trzeba będzie przetestować kartę w paru innych miejscach.

Jeszcze à propos ładności wizualnych, wracałam gdy słońce pod ostrym kątem oświetlało ten chłód: zielenie, żółcie na tle chłodnego błękitu nieba i szarości chmur w zakolu rzeki, przed wsią ptaki morskie skubiące coś w oziminie (zauważyłam ostrygojady, kilka czajek oraz jakiś rodzaj bekasa, zawsze je mylę).

Fred nie wrócił do domu od razu, jeszcze podjechał Babcią pod NCT (Babcia zdała, odhaczone). Po dziwnym obiedzie (podzieliliśmy się kupnymi pierogami), Kochany wręczył mi upominek wyprzedzający — top/bezrękawnik w kolorze kiwi z merynosiej wełny (Tahari) i dwa flakoniki perfum Wilgermain. Od wąchania perfum doszliśmy do tego, że może warto by mi było zrobić sobie testy alergiczne, bo ciągle coś (nos nadal boleśnie suchy, który to już tydzień, poza tym pamiętam o tym dziwnym przypadku jedzeniowym z palpitacjami).

czwartek, 14 listopada 2024

1794. Gloomy Thursday.

Praca była bardzo spoko, jak zawsze w czwartki, natomiast ogólna aura nie zachwyca. Wprawdzie rano zaskoczyło nas przejaśniające się niebo i łagodna, jak na poranek, temperatura (w nocy marzłam pod kołdrą, byłam przekonana, że na zewnątrz ziąb), ale im bardziej w dzień, tym więcej typowych objawów listopadowych: chłodno, wilgotno, światło w zaniku. Miałam trochę czekania z okazji dojeżdżania do miasta, więc na czytniku zaczęłam kolejną książkę. Czyli teraz rozgrzebanych mam pięć pozycji. Co tym razem? Uwaga, uwaga! Rodzina Połanieckich Sienkiewicza. Już po pierwszym rozdziale widzę, że tekst nie zmiażdży mnie swoją intelektualną wyżyną, ale co tam. Mam ochotę nadgonić trochę klasyków. Poza tym lubię serial Rybkowskiego z czarującym Andrzejem Mayem (którego też, jak się okazuje, materiał wyjściowy nie powalił na kolana). Główna atrakcja: porównywanie tekstu z ekranizacją.

Kochany wrócił znacznie później niż zwykle, bo Babcia miała pod wieczór wyznaczony przegląd (Babcia musi jeszcze tam wrócić, z powodu jednego światełka, które się włączyło i samo się nie wyłączy). Jemy obiady różne. Do tej pory wysłuchałam trzech kolejnych historii z serii przygód szerlokowych, może łyknę jeszcze jedną, bo dlaczego by nie?

sobota, 16 marca 2024

1551. Wyprawa operowa.

O ile poranek jeszcze możliwy, w południe, gdy sączyłam kawę, sprawy wróciły do normy: deszcz i wiatr. Mieliśmy plany na wieczór, nie było sensu się miotać i dokonywać bohaterskich czynów. Wczoraj Katlin uprzedziła nas, że może się u nas pojawić facet, który chciałby odebrać samochód, liczyliśmy na to, że wyrobi się przed naszym wyjazdem. Rzeczywiście, krótko po dwunastej przyjechali goście z lawetą, chwilę pogmerali przy samochodzie, Fred wyszedł do nich zawinięty w płaszcz; w końcu pomachałam autku przez okno. Teraz przed domem stoi tylko Babcia. Poza sprawami drobnemi, dobieranie ubrań na wieczór i obiad.

Jakiś czas temu Fred wyhaczył zniżkę biletów na Salome Richarda Straussa wystawianą przez Irish National Opera z Sinéad Campbell Wallace i Tómasem Tómassonem. Odpicowani (ja w bereciku), o piątej wyjechaliśmy w deszczu do Dublina i po szóstej zaparkowaliśmy w bocznej uliczce tuż przy Pearse Sq.




Przed spektaklem kawa w Caffè Nero na Grand Canal Quay. Przedstawienie bez antraktu, krótko, dużo czerwonej farby (historia raczej gore), ciekawa scenografia.

Już przed jedenastą byliśmy z powrotem w domu (na szczęście deszcz ustał i jechało się bezpiecznie). Oczy się kleją, czas minął szybko, jak zawsze, gdy jest przyjemnie. 

poniedziałek, 12 lutego 2024

1519. Alpaki, Dougal & Ted, Grandma.





Dougal & Ted

W porannym ziąbie zapoznałam się na przystanku z sąsiadem, partnerem Evy. Ma 57 lat (byłam przekonana, że jest mu bliżej do wieku taty), długo pływał po Atlantyku, a teraz jest wiejsko-miejskim ladaco.

Spacerowanie z alpakami byłoby pewnie bardziej relaksujące, gdyby nie przejmujący chłód i podmokły teren. Nie wina alpak. Nasz chłopak miał na imię Klark, przepiękny był też rudawy Feniks. Łagodne zwierzęta pochrumkiwały, skubały trawę i przypatrywały się nam wielgachnymi oczami. Mały Dougal chodził za dużym Tedem wszędzie łapka w łapkę, a walliserska czarnonosa mogłaby się fotografować i fotografować.

Całkiem wcześnie wróciłam z prowincji do miasta i mogłam spokojnie załatwić to, co miałam zrobić rano: poszłam do banku po przekaz dla Aarona. Następnie przeszłam na drugą stronę rzeki, do Waterstones, oraz na chwilę przysiadłam w Insomnii, żeby rozgrzać się herbatą. W ubezpieczalni wpisałam Babcię do polisy, w Il Forno zjadłam carbonarę. Wszystko sprawnie i przed czasem; Ka odebrał mnie w umówionym miejscu i we troje mogliśmy pojechać po Babcię, na którą przyszło nam trochę poczekać, ponieważ mechanik dopiero zmieniał olej. Mam nadzieję, że to na jakiś czas koniec samochodowych przygód. Fred dowiózł nas do domu ucząc się po drodze nowych funkcji, Ka przy okazji zrobił własny research i udał się w swoim kierunku; od jutra powrót do normalności.

sobota, 10 lutego 2024

1517. Razem.

W piątek miałam ambitny plan czekania na Kochanego, ale cuszzzz, wydarzyło się inaczej. Późnym wieczorem przeczytałam jeden rozdział z Tokarczuk, Drive Your Plow Over the Bones of the Dead (Fitzcarraldo Editions, 2020), czyli po angielskiemu (bo mam taką wersję) i zapadłam w drzemkę. Wybudziłam się ok. północy, w sam raz przed videoczatem z Fredem, który mi zaanonsował, że jest na lotnisku 50 km ode mnie, właśnie odebrał walizkę i zmierza na przystanek. Kiedy Kochany wszedł do domu, byłam zbyt zaspana, żeby witać się przytomnie (czyli nie wiem, która to była godzina). Pobudka o dziewiątej. Pokazałam mamie, że jej ulubiony zięć dojechał nieuszkodzony. I mam ładnego T-shirta od męża, z Wenus Botticellego. I herbatę zrobiłam w kocim kubku, któremu nic się nie stało w podróży.

Soundtrack z przywiezionych przez Freda cd: Mirek Czyżykiewicz, Allez! (2005) oraz Odpoczno, Dryf (2022) — świetne płyty, od pierwszej nuty do ostatniej. 

Dealer potwierdził, że auto jest nadal dostępne i po południu Ka zabrał nas swoim pojazdem do północnego Dublina na okazanie, obmacanie i objechanie. Samochód wygląda nieźle, a w czasie jazdy próbnej Aaron (sprzedawca) pocisnął Fredowi historię o tym, że wcześniej używały go tylko dwie babcie (Aaronowe oczywiście). Jeśli więc dojdzie do transakcji (a wszystko na to wskazuje — małżonek wpłacił zaliczkę), mamy nazwę dla auta: Babcia. W drodze powrotnej zabraliśmy Ka do CG, na obiad i kawę. 

Zeszło nam całkiem sporo czasu, nażarci jak nie powiem kto w domu byliśmy na powrót po zmroku. Wychłodziłam się, złakniona wrzącego prysznica nucę ludowe przyśpiewki.

środa, 7 lutego 2024

1514. Skoki.

W Centrum tylko z Lukiem Niebożątkiem (Kalem wpadł na moment, żeby się przywitać i poopowiadać what's the craic). W ciągu dnia trochę niefajnie się poczułam i po przerwie na lunch zaszłam do Hickeysa, żeby mi zmierzyli ciśnienie. 136/85. Czyli nie chodzi o ciśnienie, ale koleżanki się przejęły. Po krótkim wahaniu skorzystałam nawet z propozycji podwózki do domu (ogólnie nie było tak najgorzej, zakończyłyśmy dzień pracowniczy plotami o chorobach brytyjskiej rodziny królewskiej).

Kochany u rodziców, rozpieszczany obiadem i pychotkami. Był też u fryzjera (bardzo podoba mi się docinek Grubiutkiej, po tym jak powiedzieliśmy sobie "kocham cię" na do widzenia: To młode małżeństwo, widać; Fred ma swoją opinię na temat "staruszki": Sypniemy garść ziemi na jej kurhan … ewentualnie).

W temacie samochodu, chyba wyklarowała się nam górna granica przedziału cenowego, której nie przekroczymy.

Żeby tak od razu nie zapaść się w książki, poszłam do Tesco w Szkocji i zakończyłam oglądanie piątego sezonu opowieści dziwnej treści o grubych siostrach z Kenctucky. Jeszcze zdalna wizyta w domu rodzinnym i wieczorna inspekcja wszystkich śpiących zwierząt.

środa, 24 stycznia 2024

1500. Carry on ...

Kochany zawiózł mnie do domu, ale po pracy wracałam już autobusem — z samochodem wyniknęło więcej spraw i lepiej go oszczędzać na godzinę bardzo czarną. Ale pogoda po sztormie ładna, spokojna, bez problemu przespacerowałam się do polskiego sklepu, Tesco i bankomatu. Mimo wszystko jakoś tak pozytywnie; pomachał mi gość od chłopaka na wózku (czatowaliśmy chwilę), pani słuchająca audiobooków też uznała, że jesteśmy sąsiadkami (z drugiej strony wsi, ale przecież jednak). W drodze do domu towarzyszył nam księżyc w pełni, co zauważyła jedna ze starszych pań (o kuli), gdy puściłam ją przodem na naszym przystanku. Jego poświata pięknie odbijała się w łagodniejącym morzu. 

Po powrocie do domu (jeszcze przed obiadem zrobionym przez Freda) aplikowałam o pożyczkę. Kochany mieszając gnocchi ustalał z kolegą Zbyniem detale najnowszego projektu (który się będzie robił już po moim powrocie od rodziców). Ogólnie widoki miłe (może poza bankiem, chociaż i tutaj nie wiadomo, trzeba czekać), choć po posiłku oraz krótkim odpoczynku (herbata, mandarynki, kwadrans ćwiczeń, prysznic) trzeba mi się było zabrać za strupa na głowie (piątkowe zajęcia). I tak mi zeszło do teraz. Dalsze plany: mycie zębów, lektura, spać.

wtorek, 23 stycznia 2024

1499. Szczęścia i nieszczęścia.

Szukanie mechanika zaczęło się powoli stawać mission (almost) impossible. Kochany odwiózł mnie do pracy, a potem w deszczu wyruszył przed siebie. Efekty? No good. Już z rana zastanawiałam się, czy nie trzeba będzie kupić nowego samochodu. Po południu, gdy Kochany odebrał mnie spod Centrum, sprawa przedstawiła się jaśniej: ano, trzeba. Czyli będziemy spłukani. Czyli Gran Canaria w kwietniu odpływa w siną dal. Ech, ale się kochamy, tak? Ale Fred ma szczęście, że ma mnie, tak? I tylko Rysia brak, który mógłby mi powiedzieć widzę, że jesteście coś smutni, to możecie mnie pogłaskać i dać mi jeść

Wróciliśmy do domu w sztormie wzmagającym się powoli, acz nieuchronnie. Kochany miał dla mnie jeszcze jedną niespodziankę (tym razem pozytywną): przed wyjazdem do przedstawiciela Hondy kupił w TK Maxxie czerwoną lampę, tą która tak mu się podobała (czyli teraz mamy dwie lampy biurowe, srebrną i czerwoną). Mogę żyć z dwiema lampami, nawet już mam pomysł, gdzie postawić drugą, ale wprowadzę to w czyn później (czyli, gdy wrócę z Polski, bo dzisiaj mi się nie chce).

Rozmawialiśmy z rodzicami (o sztormach, autach, byciu milionerami) i z Ka, który zaangażował się w szukanie ciekawych ofert. Poszłam pod prysznic, sprawdziłam podatek do zwrotu za rok 23, wydrukowałam payslipy z trzech ostatnich tygodni, udałam się do łóżka w celu czytania powieści. W tym momencie zgasło światło, a ja z moim czytnikiem, szczęśliwa jak ta norka na wolności. Fred wyszedł z domu na chwilę, żeby odholować do ogrodu śmietnik przewrócony z hukiem przez sztormowe powiewy. I przyniósł mi do sypialni yankee candle od Jot (żeby się w końcu do czegoś przydała).

Za oknem wiatr; w Kuchniosalonie słabe światło świec.

sobota, 20 stycznia 2024

1496. W blokach.

Wyłączanie budzika na długi weekend jest przyjemnością samą w sobie. Skapitulowałam około północy, Kochany wrócił przed pierwszą i położył się spać o drugiej nad ranem. Wstałam oczywiście przed małżonkiem i coś tam sobie klikałam w ciszy, posilając się śniadaniem i pijąc kawę. Ruchy wolne, za oknem zimowa szarówka poganiana wiatrem (Kochany śniadał w południe). Nasz samochód ma mieć coroczny przegląd dopiero ok. siódmej wieczorem. Potem wyjazd do Elizabety, niezwykły, bo byliśmy tam, że ho ho ... a konkretnie razem z Fredem witaliśmy u niej rok 2018. Kiedy to było! (na zdjęciach widzę mój kubek z krową, gdy miał jeszcze ucho). Poza tym zamierzamy się przemieszczać do hrabstwa Kerry, a to ponad 300 km (nie zawsze szerokiej) drogi po zachodzie słońca. Fred wyjechał zrobić zakupy, które częściowo bierzemy ze sobą. Soundtrack: Masłowska, Świetliki. Ręczniki zapakowane, późny obiad zjedzony, samochód doprowadzony na miejsce i właśnie sprawdzany przez mechaników …
___
21:30 ... autko niestety nie przeszło NCT (wprawdzie możemy jechać dalej, ale do miesiąca Fred musi jeszcze raz pojawić się z samochodem na przeglądzie, a pomiędzy trzeba znaleźć dobrego specjalistę, najlepiej takiego, który nie jara zioła). Potem ruszyliśmy na autostradę i uderzył w nas silny wiatr z deszczem. A to coś nowego! Sprawdziłam weekendowe mapy wiatrów: jutrzejsza cała ładnie zamalowana na pomarańczowo. Po krótkim namyśle zawróciliśmy przez Julianów; w drodze odbyła się rozmowa z Elizabetą, która już przygotowała słowa powitania (ale z ciebie niezły kozak) i zamierzała posłać łóżko dla znużonych wędrowców. No i cóż, byliśmy ładnie odziani, ja w nowe bojówki, Fred retro i w czerwonej koszuli, ale do pochwał stylówy niestety nie dojdzie (coś za marnacja!). Przed dziewiątą z powrotem w domu. Świetliki kontynuują Las putas melancólicas (2005).

piątek, 19 stycznia 2024

1495. Zimne nóżki.

Sporo było dzisiaj przechadzki po zimnie. Kochany zawiózł mnie rano do pracy, po czym odstawił autko do mechanika. Po południu zdążyliśmy zjeść obiad w CG i dojść do warsztatu, a samochód nadal nie był gotowy. Wróciliśmy więc inną drogą do miasta (przez Cord Rd), żeby zatrzymać się na moment w B&B. Kupiłam Fredowi duże cappuccino, dla siebie zamówiłam małe w papierowym kubku, bo za 10 minut musiałam ruszać dalej.

Po powrocie z pracy zakopałam się pod kołdrę z kubasem gorącej, zielonej herbaty i nie spoczęłam dopóki nie skończyłam czytania ebooka Joanny Podgórskiej, Tak działa mózg. Jak dobrze dbać o jego funkcjonowanie (W.A.B, 2023). Długo dochodziłam do siebie, merdałam palcami pod kołdrą do ósmej, w międzyczasie nadrobiłam szósty odcinek 1000-lb Sisters, i inne takie (Gosia ze Szkocji, Ask a Mortician)Późniejszym wieczorem napocznę pewnie Japoński wachlarz Joanny Bator (Znak, 2021); czytnik już podładowany.

Kochany bardzo zmarzł i spóźnił się do pracy półtorej godziny (łożyska jednak wymienione i podobno nie wydają już tych niepokojących dźwięków; ale chyba trzeba znaleźć innego mechanika, mniej zjaranego marihuaną), poprosił mnie o zostawienie mu gdzieś na widoku polopiryny, żeby nie musiał jej szukać, gdy wróci.

niedziela, 3 grudnia 2023

1448. Trzeci grudnia.

I po co wyłażę z wyrka po szóstej, skoro mogę spać do kiedy chcę? Tajemnica. Internetuję. Kochany wstał około dziewiątej, zrobiłam mu kaffkę, po czym ze słuchawkami w uszach zaczęłam grzebać przy śniadaniu (słuchałam vlogów Magdy Augustynowicz). Bán się dzisiaj do nas intensywnie zapraszał - siadał na zewnętrznym parapecie od strony kuchni i gadał coś po swojemu (nawet chwilę rozmawiałam z tym małym brudasem: Gdzie jest Rysio? Dasz mi coś?).

W południe wyszliśmy na spacer nad morze:


Chłodno bardzo. Już na plaży zaczepił nas pan z małym, białym psem. Zrobił nam zdjęcia i zapytał, skąd Fred wziął taki płaszcz (chyba od początku chodziło mu o to pytanie :D). Biały piesek miał na imię Ted (west higland white terrier) i był śliczny. Podniosłam kilka kamieni, zauważyłam parę interesujących skamielin, doszliśmy do połowy drogi za winklem i w drodze powrotnej obraliśmy kierunek na pierwsze wejście w domki letniskowe.




Wróciliśmy zmarznięci i o całkiem wczesnej porze (byłam zaskoczona, że nie ma jeszcze drugiej). Zawinęłam sześć sporych krokietów "wigilijnych", żeby się nimi napchać oraz popić wszystko barszczem z majerankiem. A potem odcięło mi prąd do piątej (o jak miło móc zrobić drzemkę poobiednią!). Wcześniej Ka zaprosił nas na wieczór, więc mieliśmy w głowach grafik późnego popołudnia, Fred jeszcze musiał napisać oficjalny list (samochód w Polsce mamy chyba podwójnie ubezpieczony, dziki kraj!), ja musiałam napić się dużo herbaty. Wizyta u przyjaciół nie była długa (Kochany znowu jutro do pracy o zbyt wczesnej porze), przed dziesiątą byliśmy z powrotem w domu. Noc smolista, na wybrzeżu zacina nieprzyjemny wiatr.

sobota, 7 października 2023

1391. Srebrne jednorożce.

Spaćku długie i miłe sercu. Jako się rzekło, wet odwołany na kiedyś indziej. Fred przed dziesiątą wyszedł na przystanek autobusowy i spędził w mieście z cztery godziny (jest zadowolony z nowego mechanika, chociaż po jeździe próbnej w samochodzie śmierdziało marihuaną). Wrócił do domu, pokazał mi koszulę i skarpety, które kupił na prezent dla taty i zaczął robić obiad. W tym czasie Amber przyszła do korytarza i powiedziała dzień dobry. Nie mieliśmy serca jej wyrzucać, koteczka dostała resztki Rysiowego jedzenia (tyle, że w ogródku). 

Już przy wieszaniu prania zauważyłam, że pomimo szarości dzień jest ciepły i bezwietrzny, więc po obiedzie poszliśmy z Fredem na spacer (najpierw zwiewaliśmy kotu, który drzemał na jednym ze słupków ogrodzenia przy ulicy). Gdy byliśmy w drodze, do męża dodzwonił się Wu, żeby mu zdać relację z grobbingu ze świekrą (więc idąc dalej ciągnęliśmy temat rodzinnego nieszczęścia, udawania i dziwnych sytuacji).

Morze podchodziło coraz bliżej, więc tylko pokazałam Kochanemu miejsce, gdzie ustawiam kamienie i zawróciliśmy. Ten kamień zostawiłam za sobą:

Szkoda, że słabo znam się na geologii. Kamień miał jaspisowe kolory, żałuję jego niefrasobliwego porzucenia, choć przecież wiem, że nie mam miejsca na wszystkie ładne kamienie. Zrobiliśmy też sobie kilka wspólnych zdjęć. Srebrne jednorożce, powie potem Fred przyglądając się fotkom opublikowanym na fejsie.

W drodze powrotnej spotkaliśmy Uśmiechniętą Kathleen, które nas jak zwykle oblesowała. Chwilę obserwowaliśmy chmarę szpaków kołujących nad osiedlem, więc zauważyłam też dwa kormorany, który zamierzały spędzić noc na antenie komunikacyjnej przy gardzie. Naprawdę ciepło, powietrze stoi. 

Zapada zmrok, Kochany odpoczywa przy zielonej herbacie (dużo dzisiaj chodził), Tilt (1988) w głośnikach, pizza na kolację.

piątek, 6 października 2023

1390. Przeplatanka.

Coś łeb boli w nocy, nie od zatok, tak po prostu, jakbym miała skoki ciśnienia (i po co? zupełny nonsens). Piątek pracowniczy przebiegał bezproblemowo, jak weszłam, tak po trzech godzinach wyszłam. Gdy byłam już na dworcu, Fred się odezwał z zapytaniem czy wracam, bo on właśnie ze stolicy bieży ku mnie rozklekotanym rumakiem. Wycofałam się z planów powrotu na wieś, zaszłam do CG na libański obiad i do Czarnej, żeby spotkać się z Kochanym i wypić po kawie/zielonej herbacie. Po spotkaniu mąż jeszcze trochę niósł mi teczkę z laptopem, aż rozstaliśmy się na Dyer St. Ja autobusem (równie często stojącym w korkach, co jadącym) do domu, Fred do mechanika mającego się zająć samochodowym rzężeniem. U mnie kolejny odcinek Midsomer, 22.5 (udany; aż mam ochotę obejrzeć Piratów z Penzance), u Kochanego niestety brak sukcesu - mąż wrócił do domu taksówką, auto do odebrania może jutro, czyli najpewniej trzeba będzie odwołać kociego lekarza. 

sobota, 24 czerwca 2023

1286. Upał.

Niewyspana, jak niedźwiedź obudzony w środku zimy. Fred chciał się zmieścić w wolne okienko u mechanika, więc założywszy na siebie co tam było w szafie (nic do siebie nie pasuje, chyba rozwijam własny styl), po śniadaniu wyturlaliśmy się Hondą do miasta. Samochód został w warsztacie, a my łaziliśmy po okolicy. Byliśmy na kawie u Aury, która jak zwykle unikała kontaktu wzrokowego (i po raz kolejny udowodniła, że nie umie robić najprostszych rzeczy, tym razem podwójnego macchiato). W TK-Maxxie kupiłam kilka par skarpetek (Brakeburn; przyciągnęło mnie głównie ciekawe połączenie kolorów, bo jak rano zauważył małżonek, smyrek u mnie dostatek), a Kochanemu znalazłam fajny, letni kaszkiet (bawełniany R&M Wegener), który zaraz został pozbawiony metek i wylądował na mężowskiej głowie. Gdy samochód był gotowy (nadal rzęzi i raczej nie przestanie, trzeba się pogodzić), przemieściliśmy się na miejski parking i poszliśmy na pizzę/lody do Il Forno. W czasie tych naszych kawowo-obiadowych przystanków wracaliśmy do sytuacji rodzinnych przekazanych we wczorajszych rozmowach telefonicznych. Czemu ludzie utrudniają sobie życie? Odpowiedź częściowo pewnie jest sokratejska: z niewiedzy. Gdyby wiedzieli, robiliby inaczej? 

Jeszcze wczoraj miałam pomysł, czy by się nie wybrać do Dublina na Pride, ale dobrze, że ograniczyliśmy się do naszej prowincji. Ciepło zaczęło być trudne do zniesienia i wróciliśmy do domu dość zmęczeni (po napojach oboje uderzyliśmy w kimono). Nowa energia wstąpiła w nas przed dziesiątą wieczorem: Kochany podlewał ogródek, przygotowałam trzy donice z cebulami narcyzów do zimowania (jutro dalszy ciąg), wspólnie ogarnęliśmy Lucyfera rozpłaszczającego się na inne rośliny (za pomocą taśmy klejącej, brawo my :D). Dzisiaj było u nas podobno zawrotne 25°C! Wierzę. 

***

No i komu tu niby kibicować? Tak źle, i tak niedobrze.

piątek, 17 marca 2023

1187. Kolejny dom.

Szwagrowski wszystko ogarnia (zainspirował mnie nawet, żeby po powrocie do domu wyrzucić z naszej kuchni rzeczy, których od lat nie używamy), śniadanie przez niego podane było wzorcowe, na dokładkę dostaliśmy w prezencie zapasy czystka. W zawodach na ilości porannej kawy Usz wygrałaby z Fredem zdecydowanie (dwa i pół kubka). Przed dziesiątą opuściliśmy Ursynów, po jedenastej zobaczyliśmy kominy Azotów. Została jeszcze chwila do wizyty u notariusza, spędziliśmy ją spacerując po Empiku. Sprawy biurokratyczne, które zebrały całe rodzeństwo i teściową w jednym miejscu trwały jak dobry egzamin dyplomowy, 40 minut. Potem Kochany przeparkował samochód pod blok i trochę czasu spędziliśmy w piątkę. No coraz bardziej się tu robi jak w kaplicy, to Stu podczas jedzenia flaków, na uwagę, że w oknie też jest jakaś kartka z modlitwą. Po jakimś czasie zjawiła się teściowa, która załatwiała dodatkowe formalności papierowo-finansowe. Zjedliśmy pyszne zrazy wołowe, popchnęliśmy ciastem, po zrobieniu kilku zdjęć do rodzinnego albumu szwagrostwo udało się w kierunku Wawy, teściowa do kościoła, a my do parku Czartoryskich. Spacer do łachy wiślanej (spotkaliśmy panią z dwoma ślicznymi psami, jeden miał oczy jak Bowie), Zielona, herbata w Okrąglaku; wszystko to zabrało nam trochę czasu, wracaliśmy przez miasto już drzemiące.

Energia mi gdzieś ucieka, mogłabym natychmiast położyć się i zasnąć.
___
edit 22:10 W tvp1 mówili, że nie ma pisowskiego państwa, tylko jest Polska, a teściowa chciała pogadać o tym, że Trzaskowski dąży do ograniczenia jedzenia mięsa. Na szczęście jedliśmy pierogi ruskie i zagryzaliśmy je śledziami (Usz lubi to połączenie, stąd pomysł na test smaków), więc było pole manewru do zmiany tematu. Brawo my ;) Nie tylko Fred zauważył dzisiaj nerwowe zachowanie Wu.

sobota, 4 lutego 2023

1146. Rozlazła sobota.

W ciemności pokoju ptasia aplikacja podpowiada mi: paszkot. 

Zmiany ciśnienia? Deszcz bez sensu? W każdym razie Kochany z rana wyjechał pokazać auto panom od przeglądu aut. Samochód przeszedł NCT, chociaż coś w nim nawala, więc Fred po zrobieniu zakupów zajechał jeszcze do mechanika. Zjadłam epickie śniadanie i na chwilę wybyłam nad morze — wiatr był zbyt nieprzyjemny jak na moje standardy, po dojściu do plaży od razu skręciłam w drogę powrotną, dzięki czemu napotkałam Uśmiechniętą Kathleen z córką i dwoma krasnalami. 

Pod domem stał już nasz samochód, Kochany był głodny, zamiast robić drugie śniadanie pojechaliśmy do Forge, gdzie Fred zajął sie hamburgerem, a ja sernikiem z mango. Pogoda niespecjalnie zachęcała do spacerów. Po powrocie na chatę najpierw padłam ja (zawinęłam się w kocykowy kokon, na co przyszedł Ryszard i położył się w celach zabezpieczających poczwarkę), potem Kochany. Deszcz. Oboje byliśmy psychicznie rozmiękczeni do tego stopnia, że obiad zamienił się nam w kolację o ósmej wieczorem.

Teściowa ustaliła datę spotkania z notariuszem, możemy naokoło tego precyzować nasze plany pobytu. Przy okazji dostaliśmy listę dat, kiedy odbywają się msze gregoriańskie za teścia (dlaczego?). 

Drobne poprawki do kwestionariusza oraz czytankopisanki odkładam na jutro.

niedziela, 18 września 2022

1007. Jesieniarstwo.

Sen taki, że chłopak-gwiazda (metroseksualny dość) zmagał się z remontem mieszkania socjalnego ;D. Były też inne sny, które chciałam zapamiętać, ale kot kręcący się i spadający z łóżka skutecznie wybudzał mnie z postanowienia.

Zaprawdę, wczorajszy spacer z którego wróciliśmy po zachodzie słońca mocno nas dotlenił. Obudziliśmy się oboje późno, w świetle nowego dnia wróciły rozkminy. Np. przyjaciółka nam powiedziała, że 2 tygodnie temu miała kolejne załamanie, nowy lekarz zamiast pillsów zasugerował godzinne spacery. Lokatorka mieszka z nią od tygodnia, to też dodatkowy stresor. Julija się uśmiecha, ale chyba wraca myślami do wojny, ciężko jej, jeszcze nie wiadomo jak długo zostanie, ani w zasadzie "czy".

Tatko przekazał, że w naszym samochodzie zostawionym w Polsce prawdopodobnie wysiadło zasilanie. Postara się coś z tym zrobić, jak się nie uda, trzeba będzie kupić nowy akumulator. Czyli wiadomości różne takie. A my hyc, wybraliśmy się do miasta. Najpierw miało być, że na zakupy, ale wyszło, że poszliśmy sprawdzić libańską restaurację Cedar Gates, która powstała na miejsce dawnej Canale (w pandemii był w tym miejscu nieszczęsny Epik, którego zniknięcia nikt nie żałuje): 

Bardzo dobre jedzenie, przystawki w sam raz, główne dania niezbyt pikantne (na dodatek zestaw dla dwojga wyszedł za €30), nie zjadłam wszystkiego, wzięłam resztę na wynos. Po jedzeniu krótko Lidl, potem kawa na zewnątrz Costy. Za kontuarem stała Shauna (+ zmianą rządziła prawdopodobnie Andrea, która mnie zapytała, czy już zwiedziliśmy wszystkie miejsca w okolicy), więc nie zapłaciłam ni centa, chociaż Fred wziął kubeł cappuccino na czterech szotach kawy. Napełnieni kawą pojechaliśmy do Oldbridge zrobić rundkę po ogródku:



Nastrój jesieniarski mi się włączył automatycznie. Ach, i jeszcze teściowa się mnie pyta, o czym miała do mnie więcej napisać. Pojęcia nie mam, może chodziło mi o genealogię (jutro zbiorę myśli na ten temat, jeśli będzie co do zbierania). Do końca dnia nie jem nic więcej poza ciasteczkami do dwóch pierwszych odcinków Zmienników. Kota bolał brzuch, Fred ma stan podgorączkowy, ja smarkam.

sobota, 10 września 2022

999. Spacer, lody, reflektory, słońce.

Kochany przyjechał nad ranem. Zanim małżonek zregenerował się po nocce, pokręciłam się po domku, zrobiłam małe pranie i poznałam starszego pana mówiącego akcentem z Donegalu, który z dwoma synami roznosi świątobliwe ulotki, a przed xmasem świąteczne kalendarze. Dzień był piękny, Ryszard dostał dyspensę na wyjście, a my po wczesnym obiedzie poszliśmy na spacer lodowo-kawowo-plażowy, na którym spotkaliśmy Anne z jej Majkelem.









Anne, która lubi pływać w morzu, objaśniła mi kwestię meduz na plaży — one tam lądują z takiego powodu, że już w zasadzie umierają, wcześniej odpadają im parzydełka i ogólnie, this is the end. Poza tym w czasie naszego spacerowania z tulaniem sporo rozmawialiśmy z Fredem o związku Ka & Jot, bo nas to porusza, widzimy, że sytuacja konfliktowa nadal nie jest zażegnana. Jot drąży i jak tak będzie dłubała, może się dodłubać, ale przecież jej tego nie powiem.

Po powrocie napitki we frontowym ogródku i ponad godzinne grzebanie się z polerowaniem reflektorów w naszym autku. Elstary takie piękne:

Ryszard prawie nie smarka i nieomal odzyskał swój koci tenor. Grzecznie stawił się na kolację antybiotykową, potem zgodziłam się na wypuszczenie go na noc (po usilnych namowach ponadgatunkowych). Małżonek musi wstać przed świtem do pracy, więc jest już w łóżeczku. Dobry to był dzień z moim Kochaniem.