Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bank. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bank. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 stycznia 2024

1501. Chcę się wyspać.

Śniłam, że dostałam przeniesienie w pracy do innego miejsca (już we śnie nie zapamiętałam gdzie). Rano kosy śpiewały jak na wiosnę oraz ganiały się po krzakach erotycznie. Wstałam wcześniej niż ostatnio (wiadomo, autobus) i do ściśniętego żołądka upakowałam dwie parówki.

Dzień w pracy senny. 

W autobusie powrotnym pogadałam z Anne, która też turlała się z miasta z bagażem. W domu zastałam pralkę robiącą porządki i dwie fotografie Rysia zawieszone na ścianie. Z innych ciekawych rzeczy: dostałam pożyczkę. Odprawiliśmy nasze wyloty. Mała dłubanina na jutro. Granola. Ziew.

środa, 24 stycznia 2024

1500. Carry on ...

Kochany zawiózł mnie do domu, ale po pracy wracałam już autobusem — z samochodem wyniknęło więcej spraw i lepiej go oszczędzać na godzinę bardzo czarną. Ale pogoda po sztormie ładna, spokojna, bez problemu przespacerowałam się do polskiego sklepu, Tesco i bankomatu. Mimo wszystko jakoś tak pozytywnie; pomachał mi gość od chłopaka na wózku (czatowaliśmy chwilę), pani słuchająca audiobooków też uznała, że jesteśmy sąsiadkami (z drugiej strony wsi, ale przecież jednak). W drodze do domu towarzyszył nam księżyc w pełni, co zauważyła jedna ze starszych pań (o kuli), gdy puściłam ją przodem na naszym przystanku. Jego poświata pięknie odbijała się w łagodniejącym morzu. 

Po powrocie do domu (jeszcze przed obiadem zrobionym przez Freda) aplikowałam o pożyczkę. Kochany mieszając gnocchi ustalał z kolegą Zbyniem detale najnowszego projektu (który się będzie robił już po moim powrocie od rodziców). Ogólnie widoki miłe (może poza bankiem, chociaż i tutaj nie wiadomo, trzeba czekać), choć po posiłku oraz krótkim odpoczynku (herbata, mandarynki, kwadrans ćwiczeń, prysznic) trzeba mi się było zabrać za strupa na głowie (piątkowe zajęcia). I tak mi zeszło do teraz. Dalsze plany: mycie zębów, lektura, spać.

czwartek, 3 sierpnia 2023

1326. Stres i sen.

Dzisiaj odbębnione zostało wczoraj, więc nie musiałam się zrywać na czas. Ale i tak grzebałam się ze stroną firmową i wysyłaniem newslettera, więc trochę mnie to zjadło. Po południu łeb boli od patrzenia w ekran. Pociesza mnie trochę inny newsletter, od Ganszyniec. Ten akurat z sensem, ciekawy, wiem, że autorka pojawia się i znika walcząc z demonami, ale po drodze inspiruje. 

Przyszło mi zawiadomienie z banku, że zamieniają mi rodzaj konta z jednego na drugi (akurat w moje urodziny). 

Kochany był na basenie i zrobił nam zakupy. Obiad: linguine z pesto leciuchno wyszłym z daty, na deser jogurt waniliowy z granolą. Potem zaczęłam kombinować, czy laptop łączy się mi z telewizorem, bo chciałam coś obejrzeć. Połączył. Zaczęłam więc oglądać dokument o Woodym Allenie, ale po jakichś dwudziestu minutach dałam się pokonać senności i powędrowałam do łóżka. Wstałam dopiero przed ósmą. 

Senny wid był jednym z lepszych ever jakie pamiętam. Niestety, nadal pisałam w nim pracę (nie ja jedna, przez moment śmignęła mi w tle dr Pierzasta oraz jej koleżanka tłumacząca komuś po co piszemy), ale jednocześnie byłam postacią w filmie, częściowo kryminalnym, który startował do ważnej nagrody. A w nim podziemny dom sąsiadujący z celtyckimi zabytkami, z kamiennym murem ogrodowym z którego wychodziło się na ... nieckę betonowego kanionu. Dom zresztą mienił się możliwościami. Raz był położony w dole betonowej dziury, innym razem jego drzwi frontowe wychodziły na ludną ulicę afrykańskiego miasta z piętrowymi, słomianymi domami, a potem na nasze wybrzeże. Było w tym śnie nasze morze, błyskające falami. Nasze szczury tańczące w świetle księżyca. Kora Jackowska wyrywająca sobie włoski spod pachy oraz kobieta w gumofilcach, która pływając w morzu zamieniała się w wieloryba. Ktoś kogoś zabił. Z całą pewnością kochał się we mnie gwiazdor starego kina (i gdy teraz o tym myślę, scena przypominała film Może pora z tym skończyć, bo był to przerywnik muzyczny). Obudziłam się tuż po tym, jak niezrażona szczurzym tańcem i przypływem podchodzącym do ogrodu zaintrygowałam się otwartymi drzwiami na tyłach i znalazłam za nimi kobietę w gumofilcach (teraz już bardzo podobną do Goshi), która karmiła sucharkami wielkiego, czarnego psa. Pies ciamkał, słońce pięknie zachodziło, kobieta stwierdziła, że jeszcze tu posiedzi, bo szkoda dnia. 

Minęła następna godzina. Wypiłam zieloną herbatę, zjadłam trochę czekolady podsuniętej przez Freda. Waglewski gra dla żony. Jeszcze się nie pozbierałam.