Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą elf job. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą elf job. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 lipca 2024

1658. Nudy.

Kochany pracował dzisiaj w Eglinton, wyjechał w nocy i wrócił w czasie, gdy kończyłam swoją działkę. A działka była krótko, choć wyruszyłam normalnie, żeby rano usiąść w kawiarni i uspokoić myśli. Dostałam zapytanie, czy w nowym roku szkolnym nie chciałabym pracować za rogiem jako tutor. Oczywiście przytaknęłam, chociaż wolałabym coś innego (ale jak się co innego nie znajdzie, to wiadomo). A, i nie zapisałam, że tracę pracę dla Gronji, bo jej TPTB znalazły kogoś na ten krótki okres do września. Ni ma problemu żadnego. Wracając do Freda, spotkaliśmy się po południu w polskim sklepie, zrobiliśmy zakupy, potem obiad; zasiadłam do papierów, więc nic ciekawego (jeszcze jedna spora rzecz mi została do przejrzenia i porównania, pewnie się to rozwlecze na kilka dni, jak zwykle). Kochany śpi, nadrabia nędzę ostatniej nocy; na mnie też chyba już czas, bo od dwudziestu minut udaję, że coś robię.

piątek, 31 maja 2024

1627. Dobre nowiny.

Poranek cudów: poduszka super (Fredowi też chyba służy), poza tym coś zrobiłam dobrze, bo jeszcze w domu bolała mnie krtań, ale między poranną kawą i spacerem po mieście nagle przestała. Madżik (może pomogło odwracanie się przez prawe ramię?).

W drodze do domu skończyłam czytać Orlanda Woolf (książka niewielka, więc z przyjemnością zabierałam ją ostatnio do pracy). 

Oczywiście do ostatniej chwili zwlekałam, ale w końcu zaskoczyłam, że jest piątek po południu i wypadałoby odezwać się w sprawie dodatkowego zatrudnienia. Rzutem na taśmę przed długim weekendem podpisałam umowę z Gronją.

Mama oswaja się z nowym telefonem. A Kochany po szychcie zajechał do mechanika (przy okazji na kawę do Ka), więc wrócił później i obiad jedliśmy osobno. 

Miło mi, gdyż: wpadnie trochę grosza, zauważyłam postęp w odkopywaniu się z papierów pracowniczych, jutro rano turlamy się i przeciągamy bez pośpiechu (planów brak, bezhołowie i wygoda), ma być ładnie (przynajmniej ładniej niż było).

***

Maj obrazkowo. 
W zeszłorocznym kolażu majowym był Rysio :(

czwartek, 16 maja 2024

1610-1612. Aliści, konstans.

Wtorek
Kochany pracował po południu w Drołdzie. Początkowo miałam nadzieję, że spotkamy się na chwilę po mojej szychcie, ale zapomniałam, że jakiś czas temu dostałam bilet na lokalne wydarzenie, które jest akurat tego wieczora. 

Wracając z przystanku natknęłam się na psiego sąsiada, dość czystego i mającego mnie w dobrej pamięci. Wyniosłam mu karmę, która czekała na niego w schowku. Cieszę się, że nadal żyje, mały paddy (miał nawet obróżkę, może ktoś zaczął w końcu o niego dbać). A skoro pojawiła mi się w głowie kwestia psia, podczas robienia obiadu zadzwoniłam do mamy i akurat zastałam ją czekającą na wyjście tatki z Maksiem od weterynarza. Pies ma jakieś torbiele, lekarz próbuje się ich pozbyć w mniej inwazyjny sposób (jeśli codzienne wizyty nie pomogą, konieczna będzie operacja).

Wieczorne spotkanie w Drołdzie trwało ok. dwie godziny (od siódmej; zadziwiająco dużo lokalesów wylało się na ulicę). Saren przywiozła mnie i odwiozła. Katriona była przebojowa, ale ponieważ mówiła o uzależnieniach (coś, na czym się trochę znam i mam niejedną opinię), nie urzekła mnie aż tak.

Środa
Poranek chłodnawy, potem środa całkiem ciepła. W ciągu dnia krótko rozmawiałam z Gronją (chyba mała robótka się szykuje). Kochany wrócił późno (nad ranem) i pojechał na kolejne popołudnie/nockę, więc ponownie się rozminęliśmy. Obiad, ogarniam papierologię, słucham popowych staroci.

Czwartek
Kochany wrócił jeszcze później niż wczoraj, gdy położył się do łóżka miałam tylko godzinę snu przed sobą. Truskawki na śniadanie (potrzebuję przejść na dietę truskawkowo-małosolną, już czas). Małżonek przyjeżdża po mnie do miasta, spotyka mnie w Czarnej, już na niego czekam, pijemy płyny, rozmowa podąża w różne nieskoordynowane strony.

Urządziłam się, rzekłam.
Ciekawe, jakby tak wszystkich Twoich chłopaków postawić obok siebie ...
I've improved.

W polskim sklepie kupujemy dziwne rzeczy: pierogi z kapustą i pepsi (mój obiad), racuchy z jabłkami (Fredowy obiad, do pełni zadowolenia potrzebny mu jeszcze tylko cukier puder szczęśliwie w szafce odnaleziony), ogórki małosolne, hummus z Warszawy. Gdy już jesteśmy w domu, na nasz ogród spada rzęsisty, letni deszcz (stoimy w drzwiach, patrzymy jak leje i wspominamy Rysia). Telefon do rodziców był po naszej ósmej (mięso się robi, mama je ogórki, Maksio zdrowieje).

Gra Variété, Zielonookie Radio 'Romans'.

czwartek, 11 kwietnia 2024

1577. Kiedy przestanie padać? To nudne.

Deszczowy, wiosenny dzień. Całkiem sporo chodziłam dzisiaj za "rzeczami". Rozmawiałam też z Gronją, przedstawiłam jej sytuację, kiedy ewentualnie mogę być wolna. Kochany woził mnie w obydwie strony do pracy (popołudniem przyjechał do miasta w swoim nowym kaszkiecie Ralpha Laurena; wczoraj kupił sobie także nowy płaszcz Bakera w drobną kratę).

Zakwitło trochę Little Princess i jeden zabiedzony Golden Bell. Oraz Jeden Pipit! Chwalić Zeusa! Nadal jest za mokro i zazwyczaj zbyt wietrznie dla tych maluchów.

W czasie "robienia się" obiadu Fred zadzwonił do Krakuski z życzeniami, więc się podłączyłam; dyskusja trwała długo (przez cały obiad), nie potrafię wskazać jednej wiodącej tematyki wypowiedzi, ale było dużo śmiechu. Wieczorem zamiast filmu obejrzeliśmy z Kochanym Mietczyńskiego analizę 6 dni Strusia. Wyborne, zaiste. Czytanka. Jutro św. spokój.

piątek, 5 kwietnia 2024

1571. Cebule, elf job, błahostki.

Obudziłam się po ósmej na skrzypnięcie drzwi szafy, z myślą, że to Rysio próbuje komunikacji przedśniadaniowej. Smutek wraca.

Oboje byliśmy dzisiaj w domu, Kochany pracował nad swoim drugim projektem (przeglądanie scen, przygotowanie do montażu), ja w teorii miałam dokończyć sprawdzanie egzaminu sprzed dwóch tygodni. Gdy byłam w Polsce Fred nakupił rzeczy, np. filtr do wody Brita oraz trzy spore donice ogrodowe (bo były w przecenie). Ponieważ nadal mieliśmy do wysadzenia dziesiątki cebul, zabrałam się raczej za sprawę cebulową (pomimo sztormu zbierającego się w sobie). I tak, do podłużnej białej donicy wysadziłam kosaćca cebulowego, odmianę holenderską, białą, a do dwóch okrągłych donic rozdzieliłam po równo pękate bulwy żółtej odmiany mieczyków. Tknęło mnie też, żeby pogrzebać w pustawej donicy z narcyzami Bella Vista. Nie ma po nich śladu! ostały się tylko dwa zmizerowane osobniki, które dopiero wypuszczają słabowite pędy :( Powinnam je była wykopać na zimę; z drugiej strony Delnashaugh nie miały problemu z zimowaniem w identycznych warunkach; czyli tajemnica. Postanowiłam wykorzystać puste miejsce w donicy — tam, gdzie nie wymacałam żadnych korzeni wsadziłam dwadzieścia parę cebul Sparaksisa, nazywanego Cygańskim Kwiatem. Zobaczymy, jak im się spodoba. Wróciłam do domu z brudem za paznokciami i po męczących deliberacjach wzięłam się za sprawdzanie drugiej części egzaminu; jutro będzie trzecia, bo na bogów, naprawdę nie chciało mi się dłużej przeglądać tych infantylnych głupot.

Gronja napisała do mnie z zapytaniem, czy miałabym czas i ochotę na kilka tygodni krótkiej robótki elfowej, gdyż jej współpracowniczka sobie poszła. Muszę pomyśleć; kasa by się przydała, z drugiej strony nie wiem, gdzie to upchnąć czasowo (w temacie podania o pracę ni widu ni słychu).

Po obiedzie (pierogi ruskie) wyjechaliśmy do miasta. Fred kupił trochę produktów spożywczych, ale też jedną dodatkową donicę. Pomiędzy Lidlem i TK Maxxem zaszliśmy do Costy na kawę. Było jeszcze jasno, gdy wróciliśmy do domu, na tyle jasno, że wymieniając grzeczności z Anne zauważyłam w  ogródku padłego kosa (jutro go pochowam, jeśli jeszcze tam będzie). Sąsiadka zrobiła nad ptakiem znak krzyża i opowiedziała mi z tej okazji o chłopcu, który chciał być księdzem i szukał zwierząt zabitych na drogach, żeby zrobić im chrześcijański pochówek. Rodzice skończyli jego zabawę, gdy się dowiedzieli, że dzieciak udzielał także komunii ;)

Wieczorem słuchamy muzyki, oprócz tego zajmują mnie sprawy na tyle relaksujące i błahe (jakieś myśli do kogo jestem podobna, wątki o piosenkach podnoszących nastrój, itp.), że kilka chwil później niewiele z tego pamiętam (była też rozmowa z rodzicami).

czwartek, 12 października 2023

1396. Dwunasty. Już?

Siedząc wczoraj w domu przegapiłam zasadniczą zmianę pogody, temperatura spadła o kilka stopni, dzisiaj ma być 14°C, jutro jeszcze trochę niżej i prognozy na październik mówią, że ciepło już nie wróci. To od razu wyjaśniło dlaczego rano Ryszard biegusiem (zanim jeszcze Fred wyjechał do pracy) załatwił swoje sprawy, wpadł przez okno, zjadł i zakopał się w kołdrze. Witaj dniu :)
___
edit 20:20 W drodze do pracy widoki z okna piękne, o takie:


A to widok kawiarniany (inny perspektywa):


Oddałam laptopa i zajęłam się swoimi sprawami. Jeszcze dostałam od Gronji mały prezent, kubek z napisem Today is my day, w różowate paski. Będę go używała w Centrum. 
Kochany spędza godziny całe na dojeździe do i z pracy, obiad jemy dopiero przed ósmą. I rozmawiamy. Więc łapię orient, że zmarł Janusz Grudziński z Kultu (głównie z tego powodu, że Kazik wylądował w szpitalu). Na deser zajadamy się czekoladą z orzechami. 

środa, 11 października 2023

1395. Czasotracenie.

Bezczelności kociej ciąg dalszy: jeszcze przed alarmem o ósmej goniłam Amber po Kuchniosalonie. 

Dzisiaj ostatni dzień pracy dla Gronji, drobne sprawy w home offisie. Wymuszona nasiadówka domowa w pewnym stopniu inspiruje marazm. Łażę w skarpetach w grochy, klikam, serfuję, odpowiadam na komentarze, z rzeczy pożyteczniejszych: reaktywuję stary gmail (żeby mi go miotła systemowa nie zamiotła jako poczty nieużywanej) oraz sprzątam w pracowniczym komputerze, który zdaję już jutro. Czas zmitrężony. Pomiędzy obiadem moim i mężowskim szukam czego nie zgubiłam na MyHeritage. Ależ mnie ta prababcia Helena wkurza!

(dopiero gdy wieczorem wyszłam ucałować Freda na przywitanie, zobaczyłam piękne niebo nad nami)

czwartek, 5 października 2023

1389. Jesieniarstwo.

Kochany wybył jak zwykle wcześnie rano; drzemałam w towarzystwie Ryszarda czekając, żeby choć trochę się rozjaśniło i przestało siąpić (z tym drugim raczej kiepsko). Po dziewiątej online spotkanie z Gronją i zrelaksowany home office (przerywałam sobie śniadaniem, kawą, głaskaniem kota). Przyszło mi zawiadomienie od tutejszego urzędu skarbowego, że wiedzą o mojej nowej pracy. Jeszcze nie wiedzą, że za tydzień po raz ostatni pracuję dla Gronji (rok wystarczy, zmierzam w innym kierunku, ale nie powiem, ciekawe doświadczenie).

Tymczasem terminy ostatecznego egzaminu nadal pozostają tajemnicą, kupiłam bilety lotnicze opierając się na estymacji pi razy drzwi. Rodzice zostali poinformowani, że będą gościli dziecka swe w odcinkach, bo na tę chwilę zapowiada się mijanka z Fredem (większa część ponad półgodzinnej rozmowy z mamą była jednak o zębach i znieczuleniach).

Mąż chce mi w prezencie urodzinowym podarować wyjście, a skoro zażyczyłam sobie wyjścia na cmentarz, trzymam kciuki za lepszą pogodę weekendową (aktualne wietrzne byle co nie spełnia moich oczekiwań). 

czwartek, 21 września 2023

1375. Grafik czwartkowy.

ok 4:50 budzę się na chwilę, żeby mózg mógł zanotować, że Fred wrócił do domu.

7:50 pobudka 2. Kochany przewraca się na drugi bok. Słonecznie. Kot ściąga się z łóżka, drepcze za mną do Kuchniosalonu i grzecznie czeka, aż nałożę mu śniadanie. Zjada wszystko prawie do czysta i prosi o otwarcie drzwi frontowych. Zielona herbata, prasówka (Amber się pojawiła i cichcem próbowała sprawdzić Rysiowe michy). Wiatr przegonił chmury, sprawdzam pogodę i ustawiam pranie ostatniej pościeli oraz drobiazgów. Kochany i kot (jednak zaraz wrócił) zgodnie chrapią. Robię śniadanie dla siebie (jajecznica z trzech jaj, resztki kartofli z obiadu). Chętnie wyszłabym nad morze, ale spodziewam się rozmowy online.

10:00 półgodzinny czat z Gronją, jakieś zadania, omówienie sytuacji ogólnej. Emilki wysyłać będę później, więc mogę spokojnie zająć się porządkowaniem jednej listy. W międzyczasie wiadomość od Luizy z informacją, gdzie jutro jedziemy z grupą i żeby wziąć kurtkę.

11:30 Kochany wstał, zrobiłam mu kawę, rozwiesiłam pranie i wyszłam na spacer nad morze. Przepięknie. Kupiłam flat white i patrząc pod nogi doszłam do mojego kamiennego zacisza (ustawiłam jedną piramidkę). Znalazłam bardzo ciekawy kamień, obfociłam niebo. 

W drodze powrotnej pod kawiarnią spotkałam Thomasa z piersióweczką, wymieniliśmy uprzejmości pogodowe. Kupiłam dwa steki na obiad. 

12: 50 robię obiad (stek, kartoffeln, pomidory w śmietanie). Kończymy jeść przed drugą, w sam raz, żebym mogła zajrzeć do online biura i poprzestawiać tabelki. 

15:40 Kochany wyjeżdża do Tallaght. Machamy mu z kotem na pożegnanie. W pracy online siedzę ponad pół godziny poprawiając drobne rzeczy w excelu i sprawdzając, czy ktoś jeszcze wypełnił formularz. Dla płodozmianu idę chwilę pogrzebać w ogródku. Ściągam pranie. Enola Holmes (2020) bajka dla młodzieży, nie mój przedział wiekowy, ale przynajmniej wiem, co teraz dzieciaki oglądają (tak sobie tłumaczę, że nie był to zupełnie zmarnowany czas).

21:00 za dużo ciastków, spada mi cukier. Nie mogę się zmotywować do ćwiczeń, więc przynajmniej po umyciu włosów jem dobrą kolację. Pająk-gigant nadal żyje i króluje. Suszenie włosów połączę z czytaniem.

czwartek, 3 sierpnia 2023

1326. Stres i sen.

Dzisiaj odbębnione zostało wczoraj, więc nie musiałam się zrywać na czas. Ale i tak grzebałam się ze stroną firmową i wysyłaniem newslettera, więc trochę mnie to zjadło. Po południu łeb boli od patrzenia w ekran. Pociesza mnie trochę inny newsletter, od Ganszyniec. Ten akurat z sensem, ciekawy, wiem, że autorka pojawia się i znika walcząc z demonami, ale po drodze inspiruje. 

Przyszło mi zawiadomienie z banku, że zamieniają mi rodzaj konta z jednego na drugi (akurat w moje urodziny). 

Kochany był na basenie i zrobił nam zakupy. Obiad: linguine z pesto leciuchno wyszłym z daty, na deser jogurt waniliowy z granolą. Potem zaczęłam kombinować, czy laptop łączy się mi z telewizorem, bo chciałam coś obejrzeć. Połączył. Zaczęłam więc oglądać dokument o Woodym Allenie, ale po jakichś dwudziestu minutach dałam się pokonać senności i powędrowałam do łóżka. Wstałam dopiero przed ósmą. 

Senny wid był jednym z lepszych ever jakie pamiętam. Niestety, nadal pisałam w nim pracę (nie ja jedna, przez moment śmignęła mi w tle dr Pierzasta oraz jej koleżanka tłumacząca komuś po co piszemy), ale jednocześnie byłam postacią w filmie, częściowo kryminalnym, który startował do ważnej nagrody. A w nim podziemny dom sąsiadujący z celtyckimi zabytkami, z kamiennym murem ogrodowym z którego wychodziło się na ... nieckę betonowego kanionu. Dom zresztą mienił się możliwościami. Raz był położony w dole betonowej dziury, innym razem jego drzwi frontowe wychodziły na ludną ulicę afrykańskiego miasta z piętrowymi, słomianymi domami, a potem na nasze wybrzeże. Było w tym śnie nasze morze, błyskające falami. Nasze szczury tańczące w świetle księżyca. Kora Jackowska wyrywająca sobie włoski spod pachy oraz kobieta w gumofilcach, która pływając w morzu zamieniała się w wieloryba. Ktoś kogoś zabił. Z całą pewnością kochał się we mnie gwiazdor starego kina (i gdy teraz o tym myślę, scena przypominała film Może pora z tym skończyć, bo był to przerywnik muzyczny). Obudziłam się tuż po tym, jak niezrażona szczurzym tańcem i przypływem podchodzącym do ogrodu zaintrygowałam się otwartymi drzwiami na tyłach i znalazłam za nimi kobietę w gumofilcach (teraz już bardzo podobną do Goshi), która karmiła sucharkami wielkiego, czarnego psa. Pies ciamkał, słońce pięknie zachodziło, kobieta stwierdziła, że jeszcze tu posiedzi, bo szkoda dnia. 

Minęła następna godzina. Wypiłam zieloną herbatę, zjadłam trochę czekolady podsuniętej przez Freda. Waglewski gra dla żony. Jeszcze się nie pozbierałam.

środa, 19 lipca 2023

1311. Codzienność.

Do drugiej u Gronji. Coś się kroi, że Rada będzie potrzebowała pracownika na pół etatu, ale jeszcze nie wiem, czy to jest oferta do mnie.

Dobrze pisze się mi późniejszym wieczorem, aż szkoda, że trzeba iść spać, żeby wstać o szóstej. Z drugiej strony bez pracy dni zlewałyby się w pojedynczy stan bezruchu, jest więc chyba lepiej tak, jak jest.

Wróciłam po trzeciej, wrzuciłam do pralki spodnie-dzwony na których rano zrobiłam sobie kawą małą plamę, zrobiłam herbatę, nakarmiłam kota (czekał na mnie w sypialni z założonymi łapulkami; przypomniało mi się, że w drodze na wieś przez okno autobusu widziałam dwa kotki śpiące na parapecie w jednym z małych, robotniczych domów), starłam ogórka na tzatziki, rozmawiałam z mamą.

wtorek, 30 maja 2023

1261. Dé Máirt.

Uwielbiam tutejsze letnie, jasne noce. O piątej rano na chwilę otworzyłam oko i wydawało się mi, że jest siódma. Fred wyjechał do Dublina, u mnie kilka godzin home office'u (najpierw spotkanie na zoomie, potem klikanie). 

Wieś pachniała latem (może poza okolicami Robertosa, gdzie pachniało frytkami na starym oleju, jak zwykle). Kiedy nie mogłam (nie umiałam) uaktualnić strony internetowej, po prostu dałam sobie spokój z pracą, zamknęłam laptopa z hukiem i poszłam na spacer. Nie mam dzisiaj za grosz poczucia sukcesu, za to mieszkam w pięknym miejscu. Zatrzymałam się przy kawiarence, do flat white dokupiłam ciasto marchewkowe i dłuższą chwilę siedziałam obok małego pieska, popijając kawę i patrząc na morze. W oddali czekały na przypływ dwa wielkie statki. Ilość ludzi na plaży w sam raz, nastrój miejsca również (w głośnikach leciały przeboje R&B/disco z przełomu lat 70-tych i 80-tych w rodzaju Shalamar I Can Make You Feel Good), i chociaż pogoda była bardzo irlandzka (niby słońce, ale zacinało chłodnym wiatrem), w miejscu w którym przycupnęłam można się było wygrzać i zrelaksować. Kupiłam dwa steki na obiad (€19!), potem, już w domu zajadając się wielką michą fasolki po bretońsku obejrzałam, co tam prawi Gosia. Przez pracę online dzień się mi rozlazł w szwach, nie miałam czasu pomyśleć o innych zadaniach, które też czekają. Kiedy Kochany wrócił do domu (przywiózł mi różany bukiet), wspólnie złożyliśmy życzenia Wu. Zbieram komórki mózgowe z podłogi, jeszcze się dzisiaj przydadzą. 

czwartek, 4 maja 2023

1235. Alfa Cronbacha.

Sen znowu niespokojny, od czasu do czasu budzę się i słyszę: alfa Cronbacha. Rano (bo wczoraj nie przeczytałam) Gronja mnie informuje, że wysłałam jednego maila bez bcc (czyli niedobrze, ale szybko sobie wybaczam). Allegro mnie namawia, żebym skompletowała wyprawkę komunijną (aż sprawdzam, co to znaczy, okazuje się, że jakieś papierowe śmieci), wiatr wieje na morzu, czas leci, lunch się je (nawet zjadliwy, chociaż bardziej takie comfort food, bo carbonara i bagietka z masłem czosnkowym). Ryszarda nie było w domu z rana i po południu dalej go długo nie ma, smród wrócił dopiero, gdy usłyszał Fredowy samochód (zeżarł, co mu w michy dano i znowu gdzieś polazł). Z rzeczy miłych: w dziurze listowej dwie nowe karty medyczne oraz info, że w sobotę będzie jeździł gość od gary skupuję, szmaty! Z rzeczy niemiłych: od kilku minut uszkodzenie sieci w Dún***. Party przy świecach. Chociaż ... może i to jest jakimś dobrem.

piątek, 28 kwietnia 2023

1228-1229. Zdarzenia.

Czwartek.
Narty, śnieg, rozwożenie noworodków po syberyjskich wsiach, Dżi, a nawet Pacułka (i to pewnie w szpilkach na tym śniegu). Budzik o szóstej przerwał moje wyjście w trasę. 

Praca w kuchni zaowocowała bardzo smacznym lunchem (dla odmiany, bo irlandzkie wersje przepisów kulinarnych robione w Centrum mnie nie porywają). Po południu mieliśmy dwugodzinne zajęcia z gościem, który przybliżał nam kryminalistykę na przykładzie zabójstwa JFK. Sprawy nie znałam aż tak dobrze, więc mnie to zaciekawiło (zastanawiam się na ile prowadzący przedstawił nam fakty, a na ile mówił tak, żeby mu wszystko pasowało). Po powrocie do domu wrzuciłam w głośniki Lubomskiego, zaczęłam robić obiad, przeglądałam zdjęcia z kwietnia oraz miałam inne zwyczajowe objawy chill outu przed wpadnięciem w mężowskie ramiona.

Piątek.
Mgła nad wsią. Jeszcze w nocy, w zasadzie wczoraj, wtrąciłam się w Ryszardowe sprawy biorąc jego stronę, gdy kolega chciał wbić się na kwadrat przez uchylone okno.

W autobusie do pracy często spotykam chłopaka, który używa irlandzkiego small talku wytrwale, aczkolwiek jak to autysta, niekoniecznie we właściwym kontekście. Any craic with you? zaczął zagadywać pakistańskiego imigranta zanurzonego w smartfonie (przez moment było to interesujące). Podwójne macchiato na ziarnach z Salwadoru przed pracą. Pod koniec zajęć poszliśmy do galerii Highlanes. Było nawet sympatycznie (oprowadził nas Greg; dowiadywanie się co to jest akwaforta i akwatinta oraz znajdywanie zwierzątek na obrazach Nano Reid sprawiło mi sporo przyjemności). Po dwunastej kilka godzin pracy dla Gronji, częściowo w budynku zupełnie wyludniowym wizją długiego weekendu. Ktoś (podobno Antoni) wychodząc włączył alarm, który udało mi się prawie od razu uruchomić. Po dobrych dziesięciu minutach alarm zamilkł, przypuszczalnie zdezaktywowany przez ducha zamieszkującego piwnicę (pewnie tego samego, który wystraszył mnie włączając nagle światło w toalecie, gdy już na dobre zmierzałam w kierunku weekendu). Jeszcze tylko małe potknięcie czasowe (autobus miał usterkę i musiał przed zapakowaniem podróżników skręcić do bazy) i azymut na wieś spokojną, oprószoną wiosennym deszczem (ciepło). W domu mąż kończył robić mi obiad (kluski śląskie z mięsem i Krisowa sałatka z pora) oraz pokazał swoje nowe ciżmy (zamszowe Martensy w pięknym, rudym kolorze). Z innych miłych spraw: nowa karta bankowa już przyszła. Telefon do rodziców: stabilnie, w nocy był przymrozek i padły niektóre kwiatki, tatko będzie miał usuwaną jakąś niewielką narośl na czole (wygadał się niechcący). Jestem niespokojna, po rozmowie dociera do mnie, że widać jak się rodzice starzeją. Lubomski raz jeszcze, słuchamy oboje. Do tego Wielka Czarna Dziura w galaktyce Messier 87 pluje światłem.

środa, 26 kwietnia 2023

1227. Lśniące glany robocze.

Kolejny dzień taki sobie, Kochany wrócił z pracy w nocy, rano tuptaniem w kółko obudził mnie Ryszard. Prace przy laptopie zaczęłam od wysłania zadania domowego z irlandzkiego, potem cztery godzin podłubałam teksty dla Gronji. W tym czasie Fred wstał i zaczął się zajmować zwyczajnym dniem, śniadaniem, porządkowaniem koszy na śmieci, polerowaniem roboczych glanów. Obiad słaby, bo pizza z Lidla (przerzuciłam się na kromkę chleba z philadelphią). Po południu zabrałam się z Fredem do miasta i w czasie zakupów zrobiło się mi trochę słabo (pewnie z niejedzenia). Przemyk w głośnikach śpiewa swoje the besty, rozlazła jestem, postaram się coś jeszcze skrobnąć, ale tak ogólnie to intelektualna mizeria.
___
edit 21:59 i co napisałam? Nico. Wysłuchaliśmy jak Voo Voo grało w Łodzi w 1993.

wtorek, 11 kwietnia 2023

1212. Powielkanocność.

Zadziwiające, co może człowieka cieszyć. Mnie np. zmiana sposobu wypłat drugiej pensji. Nie muszę już z początkiem tygodnia kserować rozpiski godzin i czatować na Gronję, wszystko wklepuję do sieci, enter i akceptacja odbywa się wirtualnie.

Z rana było zimno, ale znośnie. Wsiadłam z dwójką sąsiadów do pustego autobusu. Kierowca też jeszcze nieprzytomny. Dałam mu dwudziestkę, na którą patrzył przez moment wzrokiem ojca Dougala, jakby się miał zaraz przeżegnać nie wiadomo z której ręki. Dałaś mi dwudziestkę? zapytał patrząc na banknot. Aha. Trochę czasu minęło zanim to sobie przecałkował i oddał mi 16.20.

Przez większość dnia drukowałam, drukowałam, drukowałam i tak zleciało do po trzeciej. Wtedy już lało na zewnątrz, więc przemknęłam w kierunku przystanku bardzo energicznie. Kota zastałam w domu, zaspanego i niezadowolonego ze stanu pogody, pocieszka jedzeniowa była słuszna i zbawienna. Kochany przyjechał później, oboje jesteśmy jakoś takoś zmiażdżeni nagłą powielkanocnością ... mnie drapie gardło, ogon się ciągnie. Małżonek jest już gotów do snu, wcześniej rozmawialiśmy o naszych znajomych siłaczkach, które więdną i gorzknieją w oczach (mało optymistyczny temat, oraz z lekka wkurwiający). Plusy poniedziałkowego wtorku? Jutro nie jadę do pracy, bo byłam dzisiaj. 
___
22:10 no i sztorm wyje. najs.

wtorek, 4 kwietnia 2023

1205. Bzum bzum bzum.

Już zmyłam z siebie wtorek, suszę włosy i myrdam stopami opartymi wysoko na krześle, ale ach, doprawdy! Są takie dni, gdy ma się ochotę uciec, albo takie, gdy czuję, jak rośnie mi garb (bez metafor). Dzisiaj jedno z drugim. Najpierw słuchanie z iryjskiego (punktów będzie prawdopodobnie 9/10, ale ile histerii mnie to kosztowało), następnie kilka godzin zajęć. Telefon do HSE w sprawie medical card (ludzie, ile można o tym samym?). Czasu ni ma, na obiad kartoffeln ze śmietaną i zaraz papierologia grantowa (tabelki, widzę tabelki). A potem jeszcze na głowę się mi dr Pierzasta zwaliła (wyszło na dobre,  puenta jednak taka, że we wstępie teoretycznym mam być błyskotliwa ... ale, poważnie, w tym wieku?!). I co z tego, że to wszystko w domu? Raczej gorzej, bo nie mogłam marszem stresu rozchodzić. A na zewnątrz wiosenny wiatr urywający głowy i kosiarki chodzące non stop, koszące zimową trawę. Zupa grzybowa ze słoika & wyżeranie nutelli łyżkami. Fred utknął w swojej pracy, która też ciągnie się jak nieszczęście. No good, powiadam Wam ... tzn. już lepiej, ale sam się człowiek siebie zapytowywuje, po co mu to. Wystawiłam nos za drzwi tylko tyle, żeby wnieść do domu umyty kosz na śmieci. A teraz zamierzam kupić coś Cycerona. To taki pisarz, całkiem niezły.

piątek, 31 marca 2023

1201. TGIF.

Mżawka, kapuśniaczek, morska mgła, plucha, chlapanina, siąpanie, szałerek, pompa. Rano jeszcze jakoś (Fred podwiózł mnie pod sam budynek), ale po południu zmokłam jak kura. W zasadzie jednak pogoda nie taka najgorsza (nie wieje) i moknięcie wcale by mnie nie martwiło, gdyby nie laptop pracowniczy dzierżony w ręce. Kochany bardzo mi pomógł podrzucając do Centrum telefon, który zostawiłam w kuchni. W pracy sporo spraw, z młodzieżą to jeszcze, ale potem spędziłam trzy godziny z Gronją dziobiąc w excelu i przenosząc pliki z miejsca na miejsce. Dzisiaj kończyło się aplikowanie o grant, w ostatniej chwili zainteresowani zlecieli się na epocztę jak muchy do gówna, więc resztę roboty dokończałam w domu i teraz mi mroczki latają przed oczami. Przez to gapienie się w ekran nie chce się mi chodzić za własnymi sprawami (TT, magisterka, gaeilge), ale teściowa mnie bardzo podbudowała zaangażowaniem pomocowym, chociaż już zapomniałam, że ją o nią prosiłam. Kochany jeszcze w pracy (dzisiaj w Trinity College), Ryszard grzeczny, kilka razy wychodził i zaraz wracał, na moknięciu mu nie zależy. Od wczoraj naokoło domu kręci się podobny do niego kot i głośno zawodzi. Chyba kotka (ale nie Amber), jej Weltschmerz wyraźnie źle na Rysia działa, bo stara się jej unikać. Słusznie. Ziew. Prysznic relaksacyjny będzie, potem się zobaczy.

***

Marzec śmignął.

czwartek, 30 marca 2023

1200. Jajo, Stanley, ploty.

Taskałam do pracy prywatnego laptopa w nadziei, że nic nie będzie do roboty, to sobie zrobię dzisiaj, co miałam zrobić przedwczoraj. Nic z tego. Całą grupą pojechaliśmy do fabryki Butlers Chocolates na Coolock w północnym Dublinie. Oglądaliśmy pracę linii produkcyjnych, potem był krótki film o historii marki, dekorowaliśmy też własne czekoladowe jaje, które każdy dostał na pamiątkę. Oprowadzała nas młoda, szczupła Niemka studiująca tutaj sztukę (tutaj, w sensie w Irlandii). 

Reszta dnia również zajęta, z Lorejn polazłyśmy do sklepu sprzedającego artykuły plastyczne, potem siedziałam w piwnicy, wycinałam pirackie denary i traktowałam je złotą farbą. Z njusów pracowniczych: Luiza źle się czuła po covidzie, a teraz na dokładkę dopadł ją wyrostek i koleżanka wylądowała w szpitalu z przeznaczeniem pod nóż (jest jedną z niewielu znanych mi osób, które tak ciężko przechodzą pocovidowe osłabienie, ale też była szczepiona raz, Johnsonem). Gronja zapodała mi temat pracy na popołudnie (po powrocie do domu spędziłam na tym osobno płatną godzinę). 

Kochany mój przyjechał po mnie o czwartej, zrobił nam obiad (pyszna ryba z portu) oraz wręczył dwa prezenty nieokolicznościowe: biały kubek termiczny Stanleya (sztos) i szczoteczkę oral-b pro 1 680 w zestawie z podróżnym etui (drugi sztos). Z njusów sąsiedzkich: z Anną Emerytką jest słabo, prawie nie wychodzi z domu, Katlin nosi jej zakupy (niestety także fajki), a Majkel wyjechał do Belfastu, do matki (rzekomo), i nie tylko Fred myśli, że sąsiad wygląda tak, jakby miał fiknąć w każdej chwili. 
___
edit 22:57 Parówki jak u Czubaszek. Przy okazji zajrzałam do szafki i się mi przypomniało, że Fred dokupił dzisiaj jeszcze trzy japońskie talerze, tym razem nieco głębsze. Oj, przygotowuje się małżonek psychicznie do powiększenia przestrzeni życiowej ;)

poniedziałek, 13 marca 2023

1183. Bez wydarzeń.

Ta Rózia to widać nabrała kota, taka się z niej trochę Grycanka zrobiła, orzekł Fred przy śniadaniu. Dużo było rozmów o zwierzętach w układach różnych (ja z Fredem, my z tatką, mama na dokładkę, gdy już wróciła z pracy). Po południu miałam spotkanie z Gronją, zobaczyłam sławetnego Majkela Ka i podciągnęłam się ze spotkań na teamsie. Poza tym kontynuacja sielanki domowej. Klikamy, gadamy, jemy, siedzimy między zwierzakami, wieczorem oglądamy kryminały na TVS. Wyszłam na dwór tylko dwa razy, za pierwszym umyślnie dla sąsiadki, pani eN, największej pierdoluśnicy w tej części wsi, żeby miała o czy gadać, za drugim razem do apteki. Trochę wróciłam myślami do magisterki, ale na spokojnie, żeby sobie ciśnienia nie podnosić bez sensu. Mamy już plan na jutro i tego się trzymam. Czasami myślimy jak tam Ryszard i za nim tęsknimy. Rekonwalescencja Fredowej stopy zmierza we właściwym kierunku.