Najpierw obudził mnie kot z prośbą, żeby go wysuszyć. Po raz drugi obudziłam się sama i to późno, po dziewiątej. Miałam sen w którym porywano ludzi i ci porwani byli bardzo szczęśliwi, bo nie musieli być w nowym życiu nikim ważnym.
Przez pół dnia łeb bolał, przeszło dopiero po obiedzie (rybka od Thomasa). Gdy wyszłam na moment do ogródka sprawdzić, co tak Rysia interesuje (kot obserwował płot na granicy z sąsiadem, Judżinem), do Freda podeszła Katlin z informacją, że naszego sąsiada zeszłej nocy zabrała karetka. Podobno to wylew i pomyślalam, że już tu nie wróci. Faktycznie, gdy po południu byliśmy w trakcie oglądania dwóch odcinków drugiego sezonu Ojca Teda, Katlin zapukała do nas z informacją, że Judżin zmarł, poor devil. Bardzo cierpiał, nie spał po nocach, koniec tego.
Wysłuchałam drugiego podcastu Szymańskiej z Gutral w temacie #teżodchodzę.
W nietypowym czasie, po ósmej wieczorem, przyszło mi tekstowe zawiadomienie o wyniku testu kowidowego, negatywne, jak się spodziewałam. Jest lepiej, nie smarkam, nie kaszlę aż tak bardzo, niestety teraz to Kochany walczy z bólem gardła.