Nie wiem czy to z ekscytacji, czy dla innej przyczyny, ale kiepsko spałam, kręciłam się, sięgałam po telefon, czytałam. O siódmej byłam już na nogach.
Przemyślenia na temat kilku ostatnich dni: wszystko mi się podoba, jak to turyście. Było inaczej, poza tym czysto, ciekawie, nowo. Na co dzień nie chciałabym się troskać tym, czym martwi się szwagrostwo, ale z doskoku to co innego, łatwo jest być mądrym.
Na naszej wsi pogoda była listopadowo-łagodna, cicha, bezwietrzna. W tej szarówce poszłyśmy z mamą na cmentarz, wymieniłyśmy wkłady, ustaliłyśmy, co warto przetrzeć szmatą. Z kolei o drugiej Jaga miała weterynarza w Tcy, wyjazd potraktowaliśmy jako pretekst do wizyty w Rossmanie, w Kocie (Bezabesh Kassa) oraz preludium dla obiadu u chińczyka, czyli Wietnamczyka (kotkę można zostawić w samochodzie na długo, jest spokojna i cicha jak mysz).
Poza tym Vera 13.3, herbaty, ebook (dzisiaj na pewno skończę Eileen Ottessy Moshfegh, właśnie dotarłam do twistu na stronie 159), pierwszy test maminego bigosu, jakiś płarot w tle, zapadanie się w zwyczajność która, mam taką nadzieję, przyniesie spokojniejszy sen. Martwi mnie tylko Kochany daleko stąd walczący z przeziębieniem, chciałabym go otulić kołdrą.
Kochany sobie poradzi, to łebski chłopak 🤧 🌡️ 🤒. Otulając go kołderką, mogłabyś się zarazić, a potem on znowu od Ciebie i ponownie Ty od niego, i tak w kółko Macieju... Lepiej nie 😃.
OdpowiedzUsuń@FrauBe, zarażanie się tak nie działa (następuje odporność ;)). Oczywiście, Kochany sobie poradzi, po prostu fajnie byłoby być razem w tym samym miejscu.
Usuń