Strony

czwartek, 29 października 2026

2508. Day six.

Zwierzątka domowe są źródłem bezustannych obserwacji. Niuniusia głównie śpi (zazwyczaj w łazience), słabo już funkcjonuje, na poważnie przejęła rolę seniorki kociego rodu. Jaga chyba zdrowieje, dużo je, zaczęła porządkować swoje nastroszone futerko. A to inna dziewczynka, łatwo ją pomylić z Mruczysławem: 


Zosia bardzo urosła, najczęściej biega po ogródku i nie pcha się pod aparat.

Ruszyliśmy się ze wsi w południe. Niedaleko, tylko do Korony, na zakupy i obiad. Do koszyka wpadły m.in. dwie doniczki z chryzantemami dla dziadka z Zirkwitz. W drodze do księgarni (sprawdzałam dostępność tego, co zwykle: najnowszego tłumaczenia Hjorth oraz komiksów Baranowskiego; ni ma) zatrzymałam się na stoisku Inglota (kremowy róż w sztyfcie w kolorze classic pink, 212). Siedliśmy też z rodzicami w Deserowni Cafe. Już wychodząc z hipermarketu mama stanęła przy W. Kruku; dostałam od niej w prezencie małe złote kolczyki-patyczki.

Po południu Vera 14.1, z Amandą Root. Po raz kolejny znika też pan Davenheim, 2.5. Na kanale History kocopoły o starożytnych kosmitach (seryjnie, ostatnio sprawdzam, czy wypowiadający się naukowcy są Amerykanami — jeśli tak, na wstępie przyznaję im trzy punkty ujemne z wiarygodności). 

Czytelniczo, po zakończeniu bibliotecznej Eileen, zaczęłam czytać Fossego, Morning and Evening (ebook z zasobów własnych, króciutki, dobry, jak zwykle wybitnie egzystencjalny).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.