Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dyjak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dyjak. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 października 2024

1758-1759. Przed podróżą.

Środa
Nie wiem, co spowodowało taką senność, jakaś pobudka była wcześnie rano, ale dospaliśmy z Kochanym do dziewiątej. Wstałam pierwsza, zrobiłam nam napitki, Kochany zorganizował śniadanie (biała kiełba) po którym zachciało się mi kawy, a jak kawa, to wiadomo, że relaks, więc się wzięłam do roboty dopiero po południu. Pracę przerwał mi chwilowy brak prądu, niedługi, na tyle, żebym doczytała dziesiąty rozdział Kurskiego. Potem powrót do układania planu na jutro. Kochany jedzie do rzeźnika, robi nam obiad, wcinamy w milczeniu, oboje głodni jak wilcy. Najedzeni zasiedliśmy do filmu ze strony 35mm; Zdjęcia próbne (1977) w reż. Holland, Kędzierskiego i Domaradzkiego, ciekawy, świeży, dobrze pokazujący mizerię epoki. Było jeszcze trochę czasu wieczorem, więc dokończyłam czytać Dziady i dybuki Kurskiego (Agora, 2022). Rozkoszujemy się dobrze działającym ogrzewaniem, poza tym dzień szary, spokojny, prawie nie wychodzę na zewnątrz. 

Czwartek
Śpię jak dziecko. Budzę się przed siódmą, zanim zawrzeszczy budzik. I wiadomo, jeść się nie chce, ale trzeba, skoro mam dzisiaj wędrowniczka pracowniczego. Huragan Milton demoluje Florydę, tymczasem u nas prawie nie ma wiatru, słonecznie, o takiej pogodzie mówi się crispy. Praca przebiega sprawnie, po pierwszej jeszcze zaglądam na chwilę do Centrum, upewnić się co do grafiku na przyszły tydzień, a potem już wpadam w ramiona Kochanego, który czeka vis-à-vis. 

Spod Centrum pojechaliśmy z Kochanym na chwilę do jego pracy, a potem poszliśmy na kawę do Costy. I takiego pieska spotkaliśmy wychodząc:

Toby, a very good boy, mix bichon frisé, chwilę rozmawiamy z jego tatą. Toby jest przyjacielem wszystkich miłych ludzi, którzy się do niego uśmiechają. 

Czekając na mnie Kochany kupił prezent dla mamy, bardzo ładne ponczo, rodzaj nietoperza (będę musiała je zarzucić na siebie w podróży, bo nie zmieści się do tyci bagażu). W domu małżonek nas odprawia, potem jemy obiad (makaron z pesto). Wczoraj przed północą zaczęłam czytać Przetainę Pilipiuka, więc pewnie jeszcze do tego wrócę. Nie czuję, żeby to była bardzo moja rzecz (moje pierwsze zetknięcie z Pilipiukiem, książkę kupiłam ponad rok temu), ale fabuła przeleci szybko, Tomasz Mann to to nie jest. Korzystając z bezwietrznej pogody, Fred kosi trawę.
___
edit 22:47 Z Pilipiukiem rozstaję się na piątym rozdziale, nie będę poganiać, tym milszy będzie powrót. Wieczór jakoś się rozlazł, Kochany odkrył w szafie spodnie nadgryzione przez mole, które wyglądały, jakby zaatakował je bardzo źle wychowany ratlerek, w związku z czym zrobiłam pobieżną inspekcję wełnianych swetrów. Rozmawiałam też chwilę z rodzicami. Wstajemy wcześnie, powinnam iść już spać, ale nie mam melodii, w głowie się kotłuje nie wiadomo co. I nagle Dyjaka słuchamy, Piosenkę w samą porę, wersję z lat bardzo młodych, gdy jeszcze chrypił tylko wtedy, gdy chciał.
___
edit 22:55 a poza tym znajomy Freda sfotografował zorzę na horyzoncie. Wyszłam przed dom, ciemność rozświetlają osiedlowe lampy, krowy ryczą w oddali, zorzy brak, zresztą patrzę w złą stronę. Musielibyśmy w celach obserwacyjnych pojechać do portu, ale oboje mamy już gołe tyłki, czyli sorry zorzo.

piątek, 26 listopada 2021

710. Sztorm Arwen.

Dziwny tydzień pracowniczy się dopełnił. Fred zawiózł mnie do miasta, a po pracy poszliśmy na przedobiedzie do Stockwell Artisan Foods. Jesień plecień — gdy zmierzaliśmy w kierunku restauracyjki słońce oślepiało, podczas wyjścia zlał nas deszcz. Na wynos wzięłam ciastko z gruszką.

Kochany oczywiście wynalazł coś dla mnie w TK Maxxie, chustę nie-arafatkę firmy Diesel. Super jest, będę się arabsko opatulała.

Po rozgrzaniu się kawą zaczęliśmy składać to, co mąż przywiózł wczoraj z Polski, amplituner Denon n-10. Trzeba było rozplątać mnóstwo kabelków, bo pozbyliśmy się wszystkich głośników ss-ts10, odtwarzacza cd/dvd i małej wieży Sony zalegającej do tej pory w sypialni (z kompletu kina domowego Fred zostawił tylko subwoofer). Kochany podłączył do amplitunera dwa głośniki od starej wieży i na pierwszy ogień poszła płyta Megadeth So Far, So Good... So What! (1988), potem przywieziona wczoraj Demarczyk śpiewająca Koniecznego (1967/1999). Przy obiedzie złożonego z przeterminowanych klopsików wołowych grała najnowsza płyta Dyjaka Na wzgórzu rozpaczy (2021). Fred się skrzywił, Klopsiki są w porządku, więc pewnie chodzi o muzykę, zagadnęłam. No cóż, Marek miał już lepsze albumy ...

Przyszedł pierwszy sztorm sezonu. O trzeciej niebo pociemniało, obserwowaliśmy przez okno w sypialni jak tęczę zasnuwają opady drobnego gradu i dwie mewy lecą na północ z trudem, pod wiatr. Niepogodę szczególnie słychać po zmroku, wicher dokazuje. Nic mu nie poradzę, musi to wieje ... cokolwiek by nie było, jutro jedziemy kupić odtwarzacz dvd.

niedziela, 24 stycznia 2021

404. Czytam w myślach i kicham na kwiaty.

Śniło mi się, że Marek zaczął znowu pić, tak mną ten sen wstrząsnął, że obudziłam się, gdy Kochany był jeszcze w domu i mogłam miotającemu się mężowi pomóc robiąc mu kawę na drogę. Freda mój sen wcale nie zdziwił, oświadczył mi, że wczoraj słuchał Dyjaka całą drogę z i do pracy, a ja, wiadomo, czytam w myślach.

Przed południem spadł śnieg ... pokazałam go mamie. Obejrzałam kolejny odcinek Poirota z trzeciego sezonu, Morderstwo na Balu Zwycięstwa (1991), akcja ma miejsce w roku 1935.

Nie mogłam się dzisiaj skupić na jodze, najpierw zadzwonił Fred, potem kręciłam się w mniej wygodnych pozach i odczuwałam chłód ciągnący od podłogi, skończyłam złorzecząc pod nosem (zrobiłam się bardzo mało elastyczna i mi to przeszkadza). Generalnie niedziela minęła niepostrzeżenie i na błahych, mało praktycznych czynnościach. Słucham Fredka, nucę God Save the Queen, wieczorem zajadamy się z Fredem łososiem wytaplanym w ziołowym masełku, opowiadam małżonkowi jakieś niestworzone historie, a on nazywa mnie swoim skrzatem. Wazon z kwiatami w tym czasie już musi stać w łazience, tak bardzo pachną żonkile i hiacynt — nie mam serca wystawiać ich za okno, na mróz, więc jeszcze się trochę pomęczę. Jutro Fred wstaje trochę wcześniej niż dzisiaj, znowu pobudka, wolny rozruch, kawa do termosu, Kochany idzie już więc spać, u mnie herbata z miodem, prysznic i jeszcze jeden mały Belg, siłą rozpędu będzie to odcinek 3.11, Tajemnica Hunter's Lodge (1991).