Środa
Nie wiem, co spowodowało taką senność, jakaś pobudka była wcześnie rano, ale dospaliśmy z Kochanym do dziewiątej. Wstałam pierwsza, zrobiłam nam napitki, Kochany zorganizował śniadanie (biała kiełba) po którym zachciało się mi kawy, a jak kawa, to wiadomo, że relaks, więc się wzięłam do roboty dopiero po południu. Pracę przerwał mi chwilowy brak prądu, niedługi, na tyle, żebym doczytała dziesiąty rozdział Kurskiego. Potem powrót do układania planu na jutro. Kochany jedzie do rzeźnika, robi nam obiad, wcinamy w milczeniu, oboje głodni jak wilcy. Najedzeni zasiedliśmy do filmu ze strony 35mm; Zdjęcia próbne (1977) w reż. Holland, Kędzierskiego i Domaradzkiego, ciekawy, świeży, dobrze pokazujący mizerię epoki. Było jeszcze trochę czasu wieczorem, więc dokończyłam czytać Dziady i dybuki Kurskiego (Agora, 2022). Rozkoszujemy się dobrze działającym ogrzewaniem, poza tym dzień szary, spokojny, prawie nie wychodzę na zewnątrz.
Czwartek
Śpię jak dziecko. Budzę się przed siódmą, zanim zawrzeszczy budzik. I wiadomo, jeść się nie chce, ale trzeba, skoro mam dzisiaj wędrowniczka pracowniczego. Huragan Milton demoluje Florydę, tymczasem u nas prawie nie ma wiatru, słonecznie, o takiej pogodzie mówi się crispy. Praca przebiega sprawnie, po pierwszej jeszcze zaglądam na chwilę do Centrum, upewnić się co do grafiku na przyszły tydzień, a potem już wpadam w ramiona Kochanego, który czeka vis-à-vis.
Spod Centrum pojechaliśmy z Kochanym na chwilę do jego pracy, a potem poszliśmy na kawę do Costy. I takiego pieska spotkaliśmy wychodząc:
Toby, a very good boy, mix bichon frisé, chwilę rozmawiamy z jego tatą. Toby jest przyjacielem wszystkich miłych ludzi, którzy się do niego uśmiechają.
Czekając na mnie Kochany kupił prezent dla mamy, bardzo ładne ponczo, rodzaj nietoperza (będę musiała je zarzucić na siebie w podróży, bo nie zmieści się do tyci bagażu). W domu małżonek nas odprawia, potem jemy obiad (makaron z pesto). Wczoraj przed północą zaczęłam czytać Przetainę Pilipiuka, więc pewnie jeszcze do tego wrócę. Nie czuję, żeby to była bardzo moja rzecz (moje pierwsze zetknięcie z Pilipiukiem, książkę kupiłam ponad rok temu), ale fabuła przeleci szybko, Tomasz Mann to to nie jest. Korzystając z bezwietrznej pogody, Fred kosi trawę.
___
edit 22:47 Z Pilipiukiem rozstaję się na piątym rozdziale, nie będę poganiać, tym milszy będzie powrót. Wieczór jakoś się rozlazł, Kochany odkrył w szafie spodnie nadgryzione przez mole, które wyglądały, jakby zaatakował je bardzo źle wychowany ratlerek, w związku z czym zrobiłam pobieżną inspekcję wełnianych swetrów. Rozmawiałam też chwilę z rodzicami. Wstajemy wcześnie, powinnam iść już spać, ale nie mam melodii, w głowie się kotłuje nie wiadomo co. I nagle Dyjaka słuchamy, Piosenkę w samą porę, wersję z lat bardzo młodych, gdy jeszcze chrypił tylko wtedy, gdy chciał.
___
edit 22:55 a poza tym znajomy Freda sfotografował zorzę na horyzoncie. Wyszłam przed dom, ciemność rozświetlają osiedlowe lampy, krowy ryczą w oddali, zorzy brak, zresztą patrzę w złą stronę. Musielibyśmy w celach obserwacyjnych pojechać do portu, ale oboje mamy już gołe tyłki, czyli sorry zorzo.
