Dzień zaczęłam mailem do jednej z managerek. Myślę, że podług logiki na wakacjach nie powinnam się do niej odzywać, zrobiłam to tylko dla siebie, dla własnego dobrostanu, a trochę przez złośliwość.
Rano kapsaicyna nadal utrzymywała się gdzieniegdzie na gładkich powierzchniach płaskich — gdy dotykałam twarzy po dotknięciu blatu biurka, czułam lekkie pieczenie skóry. Cóż. Nieważne. Zen. Zen również w trakcie śniadania, gdy temat zszedł na psy szczepienia. Fredowi nawet oczko nie drgnęło podczas słuchania matczynych teorii, przeciągnął się tylko kilka razy, żeby zrelaksować mięśnie.
Anne przejęła opiekę nad myszami jeszcze wczoraj wieczorem, bo szwagier ze swoją dziewczyną środowym porankiem zaczęli się przemieszczać w kierunku Polski. Rano i wieczorem dostaję fotki i filmiki z kociczkami w roli głównej; sądzę, że po tym doświadczeniu będą jeszcze bardziej rozpuszczone.
Wracając do poranka — państwo D mieszkający piętro niżej, dokładnie pod mamą Freda, z przyjemnością przystanęli, żeby wypytać Kochanego o wszystko. Może ktoś by powiedział, że to wścibstwo z ich strony, ale ja uważam takie rzeczy za miłe. Prawie rozminęliśmy się z szewcem, musiałam chwilę poczekać; but prima sort i tanio jak barszcz (inna sprawa, że chciałam mu zapłacić w euro, gdyż mi komórki mózgowe nie zaskoczyły). Zaraz po załatwieniu sprawy szewskiej ruszyliśmy we troje przed siebie. Czwartkowa pogoda szara, przejściowo deszczowa. Najpierw cmentarz, Fred zapalił znicze, a w drodze do samochodu został zaczepiony przez człowieka wykonującego prace porządkowe. Podobno kolega. Do końca dnia Kochany nie przypomniał sobie rzetelnie, kto zacz.
Kierunek: Kazimierz.
U Dziwisza spotkaliśmy grubiutkiego kota właścicieli oraz psa gości. Pies miał na imię Maryjanek i lubił słuchać Mieczysława Fogga. Wejście na punkt widokowy przy sanktuarium ZNMP. Obiad w libańskiej restauracji Kaslik poleconej nam przez PoE:
Po drodze, między Dziwiszem a punktem widokowym, kupiliśmy dla Anne kolejny prezent, ceramicznego kota-zawieszkę.
Kierunek: Nałęczów.
Coś jest w tym miejscu, zdecydowanie. Spacer wśród schorowanych kasztanowców, fotki z Prusem Bolesławem, napitki w pijalni czekolady Wedla (mnie się zachciało jeszcze lodów waniliowych) i powrót przez lubelską prowincję spowitą ciemnościami.
W domu, na kolację zjedliśmy po puławiance, które Kochany sprytnie zakupił rano u Sarzyńskiego. Oboje nas dopadła jakaś niemoc, niechciej, zmęczenie po niezauważalnie intensywnym, miłym dniu. Mąż dopina plany na jutro, bo wiadomo, znowu zygzaki. Mimo wszystko, nie chce mi się stąd wyjeżdżać, choć z drugiej strony, są dwa fajne miejsca, gdzie chcę być: dom rodziców i nasz własny, dom myszowy. Zawsze się za czymś tęskni.




































