Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pieski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pieski. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 października 2025

2123. Szewcy, krajobrazy, pijalnie.

Dzień zaczęłam mailem do jednej z managerek. Myślę, że podług logiki na wakacjach nie powinnam się do niej odzywać, zrobiłam to tylko dla siebie, dla własnego dobrostanu, a trochę przez złośliwość. 

Rano kapsaicyna nadal utrzymywała się gdzieniegdzie na gładkich powierzchniach płaskich — gdy dotykałam twarzy po dotknięciu blatu biurka, czułam lekkie pieczenie skóry. Cóż. Nieważne. Zen. Zen również w trakcie śniadania, gdy temat zszedł na psy szczepienia. Fredowi nawet oczko nie drgnęło podczas słuchania matczynych teorii, przeciągnął się tylko kilka razy, żeby zrelaksować mięśnie. 

Anne przejęła opiekę nad myszami jeszcze wczoraj wieczorem, bo szwagier ze swoją dziewczyną środowym porankiem zaczęli się przemieszczać w kierunku Polski. Rano i wieczorem dostaję fotki i filmiki z kociczkami w roli głównej; sądzę, że po tym doświadczeniu będą jeszcze bardziej rozpuszczone.

Wracając do poranka — państwo D mieszkający piętro niżej, dokładnie pod mamą Freda, z przyjemnością przystanęli, żeby wypytać Kochanego o wszystko. Może ktoś by powiedział, że to wścibstwo z ich strony, ale ja uważam takie rzeczy za miłe. Prawie rozminęliśmy się z szewcem, musiałam chwilę poczekać; but prima sort i tanio jak barszcz (inna sprawa, że chciałam mu zapłacić w euro, gdyż mi komórki mózgowe nie zaskoczyły). Zaraz po załatwieniu sprawy szewskiej ruszyliśmy we troje przed siebie. Czwartkowa pogoda szara, przejściowo deszczowa. Najpierw cmentarz, Fred zapalił znicze, a w drodze do samochodu został zaczepiony przez człowieka wykonującego prace porządkowe. Podobno kolega. Do końca dnia Kochany nie przypomniał sobie rzetelnie, kto zacz.

Kierunek: Kazimierz. 

U Dziwisza spotkaliśmy grubiutkiego kota właścicieli oraz psa gości. Pies miał na imię Maryjanek i lubił słuchać Mieczysława Fogga. Wejście na punkt widokowy przy sanktuarium ZNMP. Obiad w libańskiej restauracji Kaslik poleconej nam przez PoE:

Po drodze, między Dziwiszem a punktem widokowym, kupiliśmy dla Anne kolejny prezent, ceramicznego kota-zawieszkę.

Kierunek: Nałęczów.

Coś jest w tym miejscu, zdecydowanie. Spacer wśród schorowanych kasztanowców, fotki z Prusem Bolesławem, napitki w pijalni czekolady Wedla (mnie się zachciało jeszcze lodów waniliowych) i powrót przez lubelską prowincję spowitą ciemnościami.

W domu, na kolację zjedliśmy po puławiance, które Kochany sprytnie zakupił rano u Sarzyńskiego. Oboje nas dopadła jakaś niemoc, niechciej, zmęczenie po niezauważalnie intensywnym, miłym dniu. Mąż dopina plany na jutro, bo wiadomo, znowu zygzaki. Mimo wszystko, nie chce mi się stąd wyjeżdżać, choć z drugiej strony, są dwa fajne miejsca, gdzie chcę być: dom rodziców i nasz własny, dom myszowy. Zawsze się za czymś tęskni.

poniedziałek, 6 października 2025

2120. Przemieszczenie.

Pospałabym dłużej, ale zerknięcie po piątej rano na FB i natknięcie się na informację, że siostra Brauna opowiedziała o bracie, rozbudziły mnie na dobre. W zasadzie nie chodzi o sam wywiad, na ten nie kliknęłam, ale przeczytałam kilka komentarzy, stupid me, i oblepiła mnie maź wydzielana przez niezadowolonych frajerów, które całe życie dokonywali kiepskich wyborów i teraz ktoś musi za to odpowiedzieć, ktoś inny, bo przecie to oni są ci dobrzy, wrażliwi, a świat zły i nie działa jak należy. Normalnie nie reaguję, ale byłam zaspana i nieprzygotowana. Sakreble! Czyli wstałam zrobić sobie senczę poranną przed szóstą, akurat gdy mama przygotowywała się do pracy. Nie ma tego złego, mogłam porozmawiać z mamą w na wpół obudzonej kuchni.

Od wpół do dziesiątej jesteśmy już w drodze z deszczowego Dolnego Śląska zygzakiem na wschód. Gdzieś na S8 zorientowałam się, że zostawiłam w domu kapelusz. Szkoda.

W Łodzi gościliśmy ostatnio sześć lat temu, w czasie podróży poślubnej, niezobowiązująco, u dziewczyn z teatru. W międzyczasie Kamienica zmieniła adres, trochę było rozglądania się i parkowania w krzakach (miasto zaprezentowało się nam w stanie buro-ruinalnym), ale odnaleźliśmy się i miło spędziliśmy kilka godzin przy herbacie/kawie i ciastku. Oczywiście, rozmowy były głównie o projektach, ale tak to jest z naszą znajomą i czasem myślę, że właśnie tak warto żyć. Poznałam sympatyczną Zuzę z jednym okiem.

O trzeciej byliśmy umówieni z kuzynem Freda. Deszcz. Rodzinka Kuzyna z Miasta Łodzi, żona i córka, bardzo gościnna. Nie sprawdziły się nasze przewidywania, siedzieliśmy dobre cztery godziny, zjedliśmy obiad, wymieniliśmy się aktualizacjami stanu rodzinnego, powstało pamiątkowe zdjęcie, czyli ogólnie było miło.

Reszta drogi do świekry wiodła w ciemności. Zanim wjechaliśmy pod warszawski tunel, deszcz koszmarnie pogarszał widoczność, mokry pył rozbryzgiwał się na wszystkie strony, Fred prowadził maksymalnie skoncentrowany. Przełom pogodowy nastąpił na Wiśle, przestało bździć, po minięciu Wawy, zatrzymaliśmy się na MOPie Pilawa, żeby Kochany mógł się nieco zresetować. W Nowej Aleksandrii pojawiliśmy się dobrze po dziesiątej.

Herbaty, późna kolacja; nakarmiona i umyta zalegam w dawnym Fredowym pokoju chwilę przed północą.

niedziela, 11 maja 2025

Postscriptum #1970-71.

Cork (mogłabym tu mieszkać, mogłabym)



Mallow, wieczór i poranek


góra Brandona i dalej przed się







Piękno tych okolic zapiera dech w piersiach. Ale czy chciałabym tu być przy złej pogodzie? Czy chciałabym tu mieszkać na stałe?

środa, 12 marca 2025

1912. Aplikacje, donica, wilczarz w świetle latarni.

Zajmowanie się po śniadaniu aplikacjami Tesco na telefon psuje mi nastrój, grzebię, grzebię, nic nie rozumiem, szlag! Ach, więc wracam do książki (świetna! coraz lepsza). Na szczęście Kochany jest w domu. Po południu sprawdzam prace z zeszłego tygodnia (o dziwo sprawia mi to sporo przyjemności), w tym czasie Fred kosi trawę. I tak kosząc niechcący małżonek tłucze donicę z iksjami. Kwiaty wschodzą anemicznie i pewnie nic z nich nie będzie (podobnie jak z mieczykami), ale na tę chwilę trzeba było coś zrobić w temacie wypadku kosiarkowego. Zjedliśmy obiad, przez chwilę obwąchiwaliśmy dom (w Kuchniosalonie unosił się zapach spalenizny, której źródła nie mogliśmy ustalić), po czym nieco uspokojeni wyjechaliśmy do miasta.

Po wizycie w TK Maxxie w bagażniku przybyła nam duża, ciężka donica oraz fikuśne poidełko dla ptaków. Była szósta, jeszcze jasno; weszliśmy do Costy, na kawy i pasteis de nata; z naszego stolika widać było księżyc wschodzący nad dializami. Na kawiarni zawieszono ciekawą informację, podobno jest plan rozbudowania jej jako drive-through (nie czuję tego tematu, po co pośpiech?); Tesco app została użyta po raz pierwszy.

W drodze powrotnej już ciemno, w takim mroku jadąc przez Termon widzieliśmy prawdziwego wilczarza, może to tylko lampy przydrożne, ale olbrzym nie wydawał się szary, był raczej piaskowy, spokojny, pewny siebie jak góra, Malinka byłaby przy nim mała, tak jak zawsze twierdziła. W domu czytam o wilczarzach; piękne psy.

Jeszcze nic nie postanowione, strój wymyślę jutro, na razie tylko sprawdziłam prognozy pogody dla Nadrenii.  

czwartek, 10 października 2024

1758-1759. Przed podróżą.

Środa
Nie wiem, co spowodowało taką senność, jakaś pobudka była wcześnie rano, ale dospaliśmy z Kochanym do dziewiątej. Wstałam pierwsza, zrobiłam nam napitki, Kochany zorganizował śniadanie (biała kiełba) po którym zachciało się mi kawy, a jak kawa, to wiadomo, że relaks, więc się wzięłam do roboty dopiero po południu. Pracę przerwał mi chwilowy brak prądu, niedługi, na tyle, żebym doczytała dziesiąty rozdział Kurskiego. Potem powrót do układania planu na jutro. Kochany jedzie do rzeźnika, robi nam obiad, wcinamy w milczeniu, oboje głodni jak wilcy. Najedzeni zasiedliśmy do filmu ze strony 35mm; Zdjęcia próbne (1977) w reż. Holland, Kędzierskiego i Domaradzkiego, ciekawy, świeży, dobrze pokazujący mizerię epoki. Było jeszcze trochę czasu wieczorem, więc dokończyłam czytać Dziady i dybuki Kurskiego (Agora, 2022). Rozkoszujemy się dobrze działającym ogrzewaniem, poza tym dzień szary, spokojny, prawie nie wychodzę na zewnątrz. 

Czwartek
Śpię jak dziecko. Budzę się przed siódmą, zanim zawrzeszczy budzik. I wiadomo, jeść się nie chce, ale trzeba, skoro mam dzisiaj wędrowniczka pracowniczego. Huragan Milton demoluje Florydę, tymczasem u nas prawie nie ma wiatru, słonecznie, o takiej pogodzie mówi się crispy. Praca przebiega sprawnie, po pierwszej jeszcze zaglądam na chwilę do Centrum, upewnić się co do grafiku na przyszły tydzień, a potem już wpadam w ramiona Kochanego, który czeka vis-à-vis. 

Spod Centrum pojechaliśmy z Kochanym na chwilę do jego pracy, a potem poszliśmy na kawę do Costy. I takiego pieska spotkaliśmy wychodząc:

Toby, a very good boy, mix bichon frisé, chwilę rozmawiamy z jego tatą. Toby jest przyjacielem wszystkich miłych ludzi, którzy się do niego uśmiechają. 

Czekając na mnie Kochany kupił prezent dla mamy, bardzo ładne ponczo, rodzaj nietoperza (będę musiała je zarzucić na siebie w podróży, bo nie zmieści się do tyci bagażu). W domu małżonek nas odprawia, potem jemy obiad (makaron z pesto). Wczoraj przed północą zaczęłam czytać Przetainę Pilipiuka, więc pewnie jeszcze do tego wrócę. Nie czuję, żeby to była bardzo moja rzecz (moje pierwsze zetknięcie z Pilipiukiem, książkę kupiłam ponad rok temu), ale fabuła przeleci szybko, Tomasz Mann to to nie jest. Korzystając z bezwietrznej pogody, Fred kosi trawę.
___
edit 22:47 Z Pilipiukiem rozstaję się na piątym rozdziale, nie będę poganiać, tym milszy będzie powrót. Wieczór jakoś się rozlazł, Kochany odkrył w szafie spodnie nadgryzione przez mole, które wyglądały, jakby zaatakował je bardzo źle wychowany ratlerek, w związku z czym zrobiłam pobieżną inspekcję wełnianych swetrów. Rozmawiałam też chwilę z rodzicami. Wstajemy wcześnie, powinnam iść już spać, ale nie mam melodii, w głowie się kotłuje nie wiadomo co. I nagle Dyjaka słuchamy, Piosenkę w samą porę, wersję z lat bardzo młodych, gdy jeszcze chrypił tylko wtedy, gdy chciał.
___
edit 22:55 a poza tym znajomy Freda sfotografował zorzę na horyzoncie. Wyszłam przed dom, ciemność rozświetlają osiedlowe lampy, krowy ryczą w oddali, zorzy brak, zresztą patrzę w złą stronę. Musielibyśmy w celach obserwacyjnych pojechać do portu, ale oboje mamy już gołe tyłki, czyli sorry zorzo.

niedziela, 4 sierpnia 2024

1692. Odmiana.

Zupełna odmiana pogody, wiatr, przez większość dnia deszcz babrzący widnokrąg. W południe wybraliśmy się nad morze. O tak:



Bolą mnie dłonie (może pogoda, może wczorajsze malowanie szopki). Annę Emerytkę zabrali paramedycy. Szyja Junony wygląda znacznie lepiej. Dostaliśmy właśnie propozycję ponownego zaopiekowania się Piesełem (kilka dni pod koniec sierpnia). W czytaniu jestem pomiędzy Hendriksen i Hjorth.

niedziela, 21 kwietnia 2024

1587. Plaża again.

Stały motyw moich snów ostatnimi czasy: jestem w Polsce, jakieś tam dziwne przygody się dzieją, ale zawsze przypominam sobie nagle, że powinnam wylecieć, a chyba tego nie zrobiłam, albo już nie zdążę. Budzę się (we śnie lub realnie) i okazuje się, że nie trzeba się martwić, bo jestem w domu.

Nastolatka przylatuje do nas szybciej niż sądziłam; Fred odprawił jej podróż lotniczą, żeby mieć to odhaczone. Śniadanie, planowanie wizyty, w końcu możemy iść. Poszliśmy na plażę, ale tym razem w kierunku Termon, żeby po drodze sprawdzić kolonię jaskółek i siedzieć na falochronie. Pogoda медленная.



Zrobiłam sporo zdjęć uchachanym psom, potwierdziłam istnienie kolonii, od czasu do czasu zastanawiałam się co tam po drugiej stronie plaży robią puchate dupelce (pewnie znowu się opalały przy popołudniowym sylfaju). Za tą skarpą ze zdjęcia powyżej jeździł ciągnik (nie ma przebacz, jest pogoda, trzeba obrobić). Siedząc na falochronie zjedliśmy po ciastku i zadzwoniłam do mamy. Dzisiaj rodzice, bardzo ładnie ubrani, jeszcze raz poszli na głosowanie (żeby oddać głos na kontrkandydata do obecnej władzy, pomimo tego, że to pewnie nic nie da; dumna z nich jestem). 

W drodze powrotnej niestety zgubiłam przycisk spustu migawki, mniej więcej wiedziałam gdzie, ale to było jak szukanie igły w stogu siania. Czyli tu kończą się harce aparatowe (przynajmniej na jakiś czas; nawet nie wiem, czy taki przycisk można gdzieś kupić). Fred próbując mnie pocieszyć dał mi kamień:


Coś wspaniałego, skamielina koralowca, pierwszy raz takie znalezisko w tym miejscu. Inna ciekawostka (której tym razem nie zabrałam do domu):


Czy to mogłaby być ludzka kość? Focza? Owcza? 

Wróciliśmy przez teren domków letniskowych, o trzeciej po południu byliśmy z powrotem u siebie. Fred zrobił obiad, zjedliśmy kalafiora w beszamelu, i Kochany poszedł na drzemkę (czekał nas jeszcze wieczorny koncert, a spacer w połączeniu z temperaturą był dość wyczerpujący). Mieliśmy bilety na Scott Bradlee's Postmodern Jukebox w TLT, ale o tem potem.

sobota, 20 kwietnia 2024

1586. Słoneczna sobota.

Ostatnio miewam bogate sny, wiem, tylko zapominam o co kaman. Tym razem główną bohaterką snu przygodowego była Lorejn. 

Wstałam wcześnie i z przyjemnością kręciłam się po Kuchniosalonie. Dopiero przed śniadaniem, około dziewiątej, zdałam sobie sprawę, że dla odmiany słońce sobie z nas nie kpi. Sprawdziłam mapę wiatrów, wiatru brak! Natychmiast powstał pomysł spacerowy, jeszcze tylko pranie w pralce musiało się domielić i wysadziłam do nowej doniczki ostatnie cebule. Gdy tylko przykucnęłam okazyjnie wyharatać z grządki jakiegoś chwasta, pod ręką pojawił się sąsiad-pomocnik:



Bán kręcił się pod nogami, zaglądał do doniczek i jak zwykle rzucał się pod nogi brzuchem do góry. Po prostu gamoń jakich mało. A na tych kilku metrach wiosna, kwitną obydwie jabłonie, kły mieczyków posadzonych dwa tygodnie temu mocarnie podnoszą ziemię.

Po grzebaninie i wystawieniu prania do ogródka na tyłach, ruszyliśmy z Fredem przed siebie (tylko lekkie okrycia, precz z mych oczu zimowe kurtachy!). Zaliczyliśmy postój w kawiarence przy plaży:


No i pięknie, idziemy dalej. W tym samym miejscu, co zazwyczaj, zauważam pasące się bernikle obrożne (pora obiadowa, to czego się dziwię?):


Dalej krowy na łące, kajakarze w wodzie, kwiatki na skałach, ptaszki na skałach, skały, więcej skał, dzwonię do tatki pokazać mu, gdzie idziemy, kończę rozmowę, idziemy dalej, wchodzimy coraz bardziej pod górkę i nagle widzę to:


Czy wy też to widzicie? Przyjrzyjmy się bliżej:




Cała kolonia puchatych dupelców z młodymi. Od kilku lat widzieliśmy tylko efekty ich wykopków pod szlakiem przy klifie, dziury w ziemi, czyli prace budowlane i żadnych mieszkańców. Dzisiaj jednak kłóliki za nic miały spacerujących turystów, widocznie one też czekały na to słońce jak na zbawienie. Ach, piękna sytuacja, warto było się przejść i dobrze, że oprócz kalkulatora miałam aparat fotograficzny. Co poza tem? Gorse pomimo przeschnięcia kwitnie i pachnie mirabelkami, psy spacerują, kajakarz czyta coś w smartfonie :D







Doszliśmy do portu, po drodze jak okiem sięgnąć wszystko w nastroju romansowo-lunchowym (kormoranów brak, pewnie na połowach, foki i mewy czekały w porcie na powrót kutrów). Weszliśmy na molo zobaczyć irenki, po czym wróciliśmy do domu krętą drogą bez pobocza (czyli jak zwykle). Przywitaliśmy się z sąsiadem-marynarzem, który siedział w słowiańskim przykucu na zewnątrz swojej chałupy (przyjechał do niego gość, którego znam z Czerwonych Drzwi; nie pamiętam imienia, bardzo ciężki życiorys, ostatnio chyba chciał być kobietą, ale może zrezygnował) oraz z Anną, która też postanowiła wygrzać kości i właśnie rozstawiała krzesełko przed lokum obok. Przerwa na obiad. Po zjedzeniu łazanek wybyliśmy do miasta, najbardziej potrzebny był nam papier do drukarki, ale zahaczyliśmy też o Costę.

Wieczorem po powrocie do domu Fred dostał ataku entuzjazmu i zaczął kopać w ogródku, przesadził dwa schowane w cieniu wrzośce w bardziej eksponowane miejsce, obkopał mini choinkę, żeby zabezpieczyć ją korą od zakusów perzu, i skosił trawnik. Po pracy długo rozmawiał telefonicznie z Wu.

Jeszcze jestem oszołomiona bogactwem słonecznym. Nom. Dobry dzień to był.

niedziela, 24 marca 2024

1559. Czarna Góra.

Przed siódmą budzi mnie wschodzące słońce centralnie zaglądające przez okno. Niedługo to trwa, godzinę później niebo się zasnuwa, czytam w necie, że w Ravensdale pada deszcz. Mimo wszystko postanawiamy testować moje buty, czy też po prostu korzystać, kiedy można (a można; strona prognozująca wiatry podpowiadała, że później będzie spoko). Przy śniadaniu dyskutujemy o Weselu Wajdy, bo mamy mnóstwo spostrzeżeń, znacznie więcej niż te wyrażone pobieżnie.

Wyjechaliśmy z domu po dziesiątej, tak, żeby być u Ka na umówioną pi razy drzwi jedenastą. Na miejscu zapakowaliśmy się do Babci we trójkę i jazda do Ravensdale. Kiedyś już robiliśmy połowę tego szlaku (czerwiec'20). Tym razem zamiast skręcić na prawo, od razu w the Tain Way, poszliśmy na lewo, przez las pod górę, aż do wyasfaltowanej drogi, która miała nas zaprowadzić do Czarnej Góry. Zaprowadziła (po drodze spotkaliśmy znajomą Ka, która właśnie schodziła w dół ze swoim pięknym pointerem węgierskim). Na górze, obok stacji nadawczej, są pozostałości megalitycznego grobowca o nazwie Clermont Cairn, na którym wypiliśmy po herbatce. 






Zejście tą samą trasą, nie licząc małego przełaju (owcostrada, ofkors) skracającego nam drogę przez asfalt. Wpół do trzeciej byliśmy na parkingu, Ka zamówił telefonicznie pizze dla nas, Jot oraz chłopaków, i zjechaliśmy do przyjaciół na konsumpcję & pogaduchy. Kawa; zebraliśmy się do domu. 

Wieczorem znowu zaczęło padać; od razu wskoczyłam pod prysznic, następnie zabrałam się za przeglądanie zdjęć. 

Przed dziewiątą Fred zapytał, czy mam ochotę pojechać do portu, żeby zerknąć na niebo. Oczywiście, że miałam ochotę. Jeszcze raz zmieniłam szlafrok na ubranie wyjściowe i podskoczyliśmy na drugą stronę wsi. Na próżno, bo niebo zasnute, duży kuter dodatkowo rozświetlał horyzont uniemożliwiając dostrzeżenie słabszego źródła światła (ale warto było spróbować, kiedyś w końcu tę zorzę polarną złapiemy na gorącym uczynku). 

Dogrzewam się herbatami. 

Buty się sprawiły, żadnych obtarć, choć miałam średnio grube skarpety.

niedziela, 17 marca 2024

1552. Świętopatrykowo.

Żeby uczcić święto patrykowe, po śniadaniu, mijając wypłowiały ślad na trawie po naszej starej Hondzie, poszliśmy na krótki spacer nad morze. Nad morzem spotkaliśmy pieska (piękny wilczarz, irlandzki oczywiście):

Po powrocie do domu tylko zmieniliśmy buty i z tęsknoty za ogórkiem szklarniowym wyjechaliśmy do Drołdy. Fred wybrał taką drogę, żeby nie utknąć w korku spowodowanym świąteczną paradą, ale też było już około pierwszej i sporo ludzi wracało do siebie. Zajechaliśmy najpierw na kawę do Costy, potem po rzeczonego ogórka do Tesco (Kochany oświadczył mi radośnie, że są już nasze, czyli irlandzkie). O trzeciej z powrotem w domu. Oboje byliśmy padnięci, jakbyśmy rzeczywiście wykonali kawał ciężkiej roboty.

Gdy Fred drzemał zadzwoniłam do rodziców i tu spadła na mnie kiepska, a spóźniona wiadomość: tatko był w piątek wieczór na sorze z podejrzeniem sercowym. Wrócił po kilku godzinach z niejasnym rozpoznaniem (nie wiedzą co to, ale warto skonsultować, poza tym ma się oszczędzać). Najspokojniej jak potrafiłam próbowałam mamie wytłumaczyć, żeby następnym razem w takiej sytuacji do nas zadzwoniła, bo chociaż nie pomożemy, to pomartwimy się razem i może tak będzie jej trochę lżej.
___
edit 22:15 wieczorem skończyłam czytać zbiór reportaży Szczygła, Niedziela, która zdarzyła się w środę (Czarne, 2017) oraz kompulsywnie zjadłam prawie wszystkie kupione dzisiaj truskawki (na chlebie z masłem; truskawki hiszpańskie, kto tam ich wie z jaką ilością utrwalaczy). 

niedziela, 3 marca 2024

1538. Skarpetki, spacer, kawa, relaks.

Mam poczucie jakby kończył mi się wakacje. W nowym tygodniu grupa wraca w pełnym składzie, ale jeszcze dzisiaj nie chciało mi się myśleć o tym garbie. Po wspólnym śniadanku, gdy Kochany relaksował się przy drugiej kawie, przejrzałam skarpetki i powoli zaczęłam wypełniać szuflady nowego mebla. Na razie kontrolnie, żeby zaplanować, co gdzie chcę przemieścić (mam tyle rupieci w szafach, że wypadają, gdy otwieram drzwi). Zapału starczyło mi na razie na wypełnienie trzech i pół szuflady. Jedną Fred zarezerwował dla siebie na robocze dynksy. 

Ponieważ pogoda była ładna, z góry wiedziałam, że nie zamierzam spędzić kolejnego dnia na borsuczym szuraniu w poszukiwaniu rzeczy. W południe odziałam się stosownie i z mężem za rączkę poszliśmy na poszukiwanie wiosny. Przy wejściu z plaży na szlak do klifów spotkaliśmy Uśmiechniętą Kathleen w różowej czapce z pomponem. Na uwagę, że dawno się nie widzieliśmy zdradziła nam, że przez 4 miesiące była w Australii u córki (słusznie, trzeba używać życia). I powiedziała, że coraz jesteśmy młodsi :)


Pogoda świetna na taki kilkukilometrowy marsz, momentami było mi nawet za ciepło. Ścieżka gdzieniegdzie błotnista (to jeszcze po piątkowych opadach), na horyzoncie brak gór, ale morze łagodne, zupełnie nie przypominające tego sprzed dwóch dni. Przy plaży trzyma się od jakiegoś czasu spore stado bernikli obrożnej. Goarse dopiero zaczął kwitnąć, więc jego mirabelkowy zapach nie był jeszcze bardzo mocny.







Po dojściu do portu Fred kupił steki z tuńczyka na obiad i zawróciliśmy do domu. Spacerując przez wieś zauważyłam, że nie czuję już do niej takiej niechęci, jaką miałam po śmierci Ryszarda. Możliwe, że najgorszy czas mija. 

Kochany podkarmił "nasze" szpaki (czyli też całą resztę hałastry, łącznie z wronami-sąsiadkami i hałaśliwymi gawronami) i zrobił obiad (tuńczyk, ryż, sałatka z pora á la Kris) po którym wyjechaliśmy do miasta (chleb/inne takie/kawa). Po randce zakupowo-kawiarnianej wróciliśmy do domu skołowani i padnięci. Oczy mnie bolą, prawdopodobnie od chodzenia w pełnym słońcu. Powinnam nosić okulary przeciwsłoneczne, tylko jak, skoro bez korekcyjnych jestem ślepa jak kret.