Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą IMMA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą IMMA. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 czerwca 2023

1273. Lewackie iwenty, part tu.

Poszliśmy spać dzisiaj po pierwszej i poranek był dość późny. Do wstania zmotywował mnie Ryszard pukający w drzwi sypialni, śpicie?

W lodówce nie było za wiele interesujących rzeczy, więc w drodze do stolicy postanowiliśmy zahaczyć o Cedar Gate. Fred odkrył nową zupę (zupełnie zieloną) o nazwie molokhia. Oczywiście nie zjadłam wszystkiego, część makloubeh z kurczakiem zapakowałam do domu. 

Kiedy kilka dni temu sprawdzałam prognozy pogody, w sobotę miało być słonecznie, a w niedzielę zapowiadano deszcz. Odwróciło się, pogoda była przepiękna. Kochany zaparkował niedaleko odkrytej wczoraj kawiarni, żebyśmy od razu mogli pójść do IMMA. Przespacerowaliśmy część korytarzy mieszczących wystawę Sarah Pierce: Scene of the Myth:



Ludzi na zewnątrz IMMA było całkiem sporo, ale nie mieliśmy czasu na chłonięcie atmosfery (na dziedzińcu akurat występował zespół). Wróciliśmy do samochodu, żeby podjechać na Inchicore Square, bo kolejne spotkanie w polskiej bibliotece, tym razem z Woydyłło-Osiatyńską, zaczynało się o wpół do piątej. Psycholożka potoczyście opowiadała nie gubiąc wątku (co mnie osobiście mało kiedy wychodzi), widać było, że lubi występować przed publicznością i dzielić się swoimi myślami. Kupiliśmy dwie jej książki, Ukoić siebie oraz Nasz bieg z przeszkodami. Okaże się na ile są to interesujące lektury (oczywiście zostały podpisane przez autorkę). Po wystąpieniu, zdobyciu autografów i zrobieniu sobie zdjęcia nie miałam ochoty zostawać na spotkaniu z dr Iwoną Palicką. Zamiast tego zapuściliśmy jeszcze raz żurawia do biblioteki i Kochany za €10 wyharatał kolejne książki: trzy grube tomy Witkacego, Pewnego razu w Hollywood Tarantino i dwa reportaże: Szczygła Niedziela, która zdarzyła się w środę i Surmiak-Domańskiej Mokradełko. Szybko zapakowaliśmy się do samochodu i wyruszyliśmy do domu (z przerwą na Tesco). 

Chociaż grafik niedzielny nie był napięty, bardzo jestem zmęczona po tych naszych przygodach (gdy szukam w lodówce masła i Kochany mi mówi, że jest na dole po prawo, patrzę na górę po lewo). Sen mnie odgradza od zamartwiania się zwyczajnymi sprawami: co i jak napisać, gdzie upchnąć książki, kiedy zrobić prasowanie, gdzie wysłać cv.

sobota, 10 czerwca 2023

1272. Lewackie iwenty, part łan.

Przy śniadaniu przypomniałam sobie (zainspirowana Anne i Katlin za oknem), że wczoraj, gdy raźnym krokiem wracałam z papierniczego, spotkałam na Sklepowej Majkela, który zmierzał w kierunku rzeki. Gdy mnie zauważył, zrobił taki ruch, jakby chciał skręcić do jakichś drzwi lub w uliczkę, tylko żadnych drzwi akuratnież w tym miejscu nie było. Czy jeszcze ktoś wierzy, że gość jeździ do pracy? Z pewnością nie żona i sąsiedzi. Bardzo to smutne, bo pamiętam jego reakcję po śmierci kota i wiem, że nie jest złym człowiekiem.

U mnie tymczasem owsianka na pożywne śniadanie, potem dobicie drugim śniadaniem z guacamole i już zaczęłam się oblekać, niechętnie i nieuważnie, na wyjazd odchamiający. Niechętność nie wynikała z celu podróży, tylko z tego, że mnie kręgosłup napierdalał w miejscu, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę. Ach, no trudno. Wyjechaliśmy do stolicy wczesnym popołudniem i dotarliśmy na miejsce o takiej porze, że jeszcze mogliśmy pozwolić sobie na łazęgę. 

Inchicore mnie absolutnie oczarowało, szczególnie plac przy którym znajduje się polska biblioteka jest jak wieś. Po drodze wypatrzyliśmy kawiarnię, więc oczywiście od razu się tam wybraliśmy. Loaf Cafe Kilmainham okazała się spoko miejscem (kawy + sałatki). Obok jest oczywiście więzienie Kilmainham, więc krok po kroku przemieszczaliśmy się w kierunku IMMA, przy okazji dając się zaskoczyć pogodzie.

Deszcz rozpadał się na dobre, tak, że do głównego budynku szliśmy skryci pod baldachimami lip. Kolejnym zaskoczeniem była dostępność wystaw. Nie zamierzałam niczego oglądać, ponieważ nie zaanonsowaliśmy swojego przybycia. Tymczasem wystarczyło nacisnąć klamkę i nikt o nic nie zapytał.



Nasz pobyt był krótki i niezobowiązujący, przeszliśmy się tylko jednym korytarzem i po zrobieniu kilku zdjęć ruszyliśmy w drogę powrotną, przemykając między kroplami. 


Zdarzenia literackie przewidziane były dwa. Jechałam z zamiarem kupienia książki o Rudolfie Probście, ale spotkanie z Laurą Barszczewicz i Lidią Zielonką skutecznie mnie od tego odwiodło. Za to wydałam całe 6 euro na zakup czterech używanych książek: dwóch powieści Coetzee, Hańbę i Czekając na barbarzyńców, psychoporadnika Ellen Hendriksen Jak przestać się bać i przede wszystkim Patrząc na starość UAM-u (wcześniej Fred za dwa euro posiadł Blaszany bębenek Grassa). Dzikie rozpasanie intelektualne. O dziewiętnastej było spotkanie z Dorotą Masłowską, trochę sztucznie zaczęte, bo tym razem wywiadowania nie prowadziła pani bibliotekarka. Seplenienie autorki zwracało uwagę tylko przez kilka minut, potem nie miało znaczenia. 


Świetna postać, inteligentnie odpowiadającą na pytania, godzina minęła błyskawicznie. Masłowska podpisała nam dwie książki i płytę. Mąż uzmysłowił sobie dopiero w domu, że zostawił jej swój długopis. Byliśmy pierwsi w kolejce, wszyscy dobrzy ludzie mają więc autografy nasmarowane Fredowym długopisem. Gdy już byliśmy "podpisani", zdumiała mnie Litwinka, która podeszła z zapytaniem, którą książkę Masłowskiej bym jej poleciła, bo ona nie czytała żadnej po polsku, a bardzo by chciała coś prostego. Droga powrotna przemigotała błyskawicznie. Zupa zjedzona. Społeczeństwo jest niemiłe w głośnikach. O dziwo, z plecami lepiej.

P.S. Masłowska ma pismo dziecka.