niedziela, 26 października 2025
2140. Klucz!
niedziela, 8 czerwca 2025
2000. Porażka i rzeczy dobre.
U mnie lepiej, śpiączka już mnie tak nie zabijała, u Kochanego rano bez zmian, był na chodzie, ale w oskrzelach nadal coś mu szemrało. Mimo wszystko, trzymaliśmy się planu dnia. Najpierw schronisko po jedenastej, dopytanie o Bezimiennego i zarezerwowanie skrzacinki.
No i cóż, straciliśmy ją. Chwilę przed nami ktoś ją zabukował. Śliczna jest, ma charakter, wrzeszczy na całe schronisko. Ech. Zapisaliśmy się jako drudzy w kolejce, na wypadek, gdyby pani się rozmyśliła, ale jest to bardzo mało prawdopodobne. Kto by jej nie chciał?
Na chwilę zatrzymaliśmy się w Drołdzie, żeby kupić chleb i napić się kawy, następnie kierunek Dublin, Inchicore. Spotkanie ze Szczygłem odbywało się o piątej, więc mieliśmy trochę czasu na różne rzeczy. A te różne rzecz to m.in. szuranie po bibliotece w poszukiwaniu fajnych książek za pół darmo:
Powyższa makulatura została zakupiona (wrzuciliśmy do puszki co łaska), bądź wypożyczona (dwie na górze) ... ponieważ zapisałam się do tamtejszej biblioteki (chyba mi odbiło!). Z rzeczy śmiesznych: zapomniałam wczoraj przedłużyć książkę Smith, więc zniknęła mi z czytnika. Jaką pierwszą książkę znalazłam w Inchicore? Oczywiście Białe zęby. Zaczęłam ją czytać po angielsku, dokończę po polsku. Dlaczego nie, skoro mogę?
Po "skołowaniu" książek ruszyliśmy w kierunku IMMA. Po drodze zatrzymaliśmy się w Loaf (nie mylić z paskudnym Loaf'd) na lunch. Dochodziła trzecia, przegapiłam, że zaraz zamykają i trzeba się spinać, ale daliśmy radę:
niedziela, 5 maja 2024
1601. Powtórka z Dublina.
Nie zerwaliśmy się do śniadania od razu, siedzieliśmy w łóżku popijając pierwsze poranne napitki z nowych kubków. W takiej pozycji zadzwoniłam też do mamy, która akurat przeglądała stare papiery i wyrzucała niepotrzebności, np. wyciągi z mojego nieistniejącego konta. Przy okazji wyłowiła starą pracę licencjacką z WSF-u: Działalność kartograficzna i pisanie jako motywy kolonialne w "Jądrze ciemności" Josepha Conrada. Mądre, najs, kiedyś sobie przeczytam :D Rodzice czują się dobrze, w planach niedzielnych mieli sortowanie wielkogabarytowych śmieci i inne pożyteczne sprawy. Niestety, Maksio im choruje, wczoraj był awaryjnie u dochtórki, rodzice próbują go wyleczyć z poważnego zapalenia psiej pupy.
Usz ze Szwagrowskim zapowiedzieli wizytę na wrzesień. Superowo.
Zanim wyjechaliśmy, do naszych drzwi zapukałan Anna. Otworzył jej Fred (akurat byłam w szlafroku i jadłam śniadanie), ale sąsiadka chciała porozmawiać ze mną. Jeszcze raz powiedziała mi, że nie wiedziała o tych ptakach, była w związku z tym pokojowa wymiana zdań. Nie wierzę jej, ale się nie przeprowadzamy, więc relacje sąsiedzkie będą podtrzymane.
Słonecznie i ciepło, miasto wydawało się nam nieco wyludnione. Najpierw wyjechaliśmy M2 do znanego nam już zakątka w Inchicore na połów polskich książek za 1 lub 2 euro (wycena na oko, na podstawie grubości egzemplarza). Efekt imponujący (to tylko nasz stosik, nastolatka ułożyła sobie własny; Orbitowski dostał się mi za darmo, jako bonus):
Nurkowaniu w makulaturze i czat z bibliotekarką (ta sama pani, co w zeszłym roku, nadal ma pretensje do Tokarczuk) trochę trwało, następnie obraliśmy kierunek na Glasnevin. Po wejściu na teren cmentarza od razu skierowaliśmy kroki do Tower Cafe, gdzie Hana zjadła swój pierwszy w życiu quiche. Spacerując i rozmawiając dotarliśmy do ogrodu botanicznego. Było warto, od naszej ostatniej wizyty miejsce wybujało roślinnością, szklarnianą i każdą inną też.
Hitem ogrodu była feeria rododendronów, wszędobylskie wiewiórki szare, żółw błotny drzemiący na skraju stawu oraz kurki wodne pływające z gromadą kurcząt. A dla mnie jeszcze Kociara, jak wyjęta z kartek Ciemno, prawie noc, nęcąca wiewiórki.
W drodze do domu na dłużej zatrzymaliśmy się w pawilonach Swords, nasz gość chciał zrobić zakupy w Bootsie, my też się z chęcią poplątaliśmy tu i tam (i w końcu nabyłam osłonkę na szczoteczkę). W domu byliśmy po szóstej, ledwo zrobiłam obiad i padłam jak kawka.
Aplikacja w iPhonie podpowiada mi, że wychodziłam mniej kroków niż wczoraj, mimo to jestem bardziej zmachana. Zapewne dołożyła się do tego cieplejsza pogoda. Regeneruję się, jak mogę (płyny, zajęcia inne, niż przebieranie nogami).
niedziela, 11 czerwca 2023
1273. Lewackie iwenty, part tu.
Poszliśmy spać dzisiaj po pierwszej i poranek był dość późny. Do wstania zmotywował mnie Ryszard pukający w drzwi sypialni, śpicie?
W lodówce nie było za wiele interesujących rzeczy, więc w drodze do stolicy postanowiliśmy zahaczyć o Cedar Gate. Fred odkrył nową zupę (zupełnie zieloną) o nazwie molokhia. Oczywiście nie zjadłam wszystkiego, część makloubeh z kurczakiem zapakowałam do domu.
Kiedy kilka dni temu sprawdzałam prognozy pogody, w sobotę miało być słonecznie, a w niedzielę zapowiadano deszcz. Odwróciło się, pogoda była przepiękna. Kochany zaparkował niedaleko odkrytej wczoraj kawiarni, żebyśmy od razu mogli pójść do IMMA. Przespacerowaliśmy część korytarzy mieszczących wystawę Sarah Pierce: Scene of the Myth:
Ludzi na zewnątrz IMMA było całkiem sporo, ale nie mieliśmy czasu na chłonięcie atmosfery (na dziedzińcu akurat występował zespół). Wróciliśmy do samochodu, żeby podjechać na Inchicore Square, bo kolejne spotkanie w polskiej bibliotece, tym razem z Woydyłło-Osiatyńską, zaczynało się o wpół do piątej. Psycholożka potoczyście opowiadała nie gubiąc wątku (co mnie osobiście mało kiedy wychodzi), widać było, że lubi występować przed publicznością i dzielić się swoimi myślami. Kupiliśmy dwie jej książki, Ukoić siebie oraz Nasz bieg z przeszkodami. Okaże się na ile są to interesujące lektury (oczywiście zostały podpisane przez autorkę). Po wystąpieniu, zdobyciu autografów i zrobieniu sobie zdjęcia nie miałam ochoty zostawać na spotkaniu z dr Iwoną Palicką. Zamiast tego zapuściliśmy jeszcze raz żurawia do biblioteki i Kochany za €10 wyharatał kolejne książki: trzy grube tomy Witkacego, Pewnego razu w Hollywood Tarantino i dwa reportaże: Szczygła Niedziela, która zdarzyła się w środę i Surmiak-Domańskiej Mokradełko. Szybko zapakowaliśmy się do samochodu i wyruszyliśmy do domu (z przerwą na Tesco).
Chociaż grafik niedzielny nie był napięty, bardzo jestem zmęczona po tych naszych przygodach (gdy szukam w lodówce masła i Kochany mi mówi, że jest na dole po prawo, patrzę na górę po lewo). Sen mnie odgradza od zamartwiania się zwyczajnymi sprawami: co i jak napisać, gdzie upchnąć książki, kiedy zrobić prasowanie, gdzie wysłać cv.
sobota, 10 czerwca 2023
1272. Lewackie iwenty, part łan.
Przy śniadaniu przypomniałam sobie (zainspirowana Anne i Katlin za oknem), że wczoraj, gdy raźnym krokiem wracałam z papierniczego, spotkałam na Sklepowej Majkela, który zmierzał w kierunku rzeki. Gdy mnie zauważył, zrobił taki ruch, jakby chciał skręcić do jakichś drzwi lub w uliczkę, tylko żadnych drzwi akuratnież w tym miejscu nie było. Czy jeszcze ktoś wierzy, że gość jeździ do pracy? Z pewnością nie żona i sąsiedzi. Bardzo to smutne, bo pamiętam jego reakcję po śmierci kota i wiem, że nie jest złym człowiekiem.
U mnie tymczasem owsianka na pożywne śniadanie, potem dobicie drugim śniadaniem z guacamole i już zaczęłam się oblekać, niechętnie i nieuważnie, na wyjazd odchamiający. Niechętność nie wynikała z celu podróży, tylko z tego, że mnie kręgosłup napierdalał w miejscu, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę. Ach, no trudno. Wyjechaliśmy do stolicy wczesnym popołudniem i dotarliśmy na miejsce o takiej porze, że jeszcze mogliśmy pozwolić sobie na łazęgę.
Deszcz rozpadał się na dobre, tak, że do głównego budynku szliśmy skryci pod baldachimami lip. Kolejnym zaskoczeniem była dostępność wystaw. Nie zamierzałam niczego oglądać, ponieważ nie zaanonsowaliśmy swojego przybycia. Tymczasem wystarczyło nacisnąć klamkę i nikt o nic nie zapytał.


















