Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inchicore. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inchicore. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 października 2025

2140. Klucz!

Gdyby nie retro zegarki, które same się nie przestawiają, inaczej niż zegarki w telefonie i laptopie, może nawet nie zauważyłabym zmiany czasu na zimowy: "na stary czas" wstałam później niż wczoraj, zmotywowała mnie myśl, że myszy czekają na śniadanie. Kochany też długo relaksował się w mieście, i słusznie; przyjechał na wieś po dziewiątej czasu zimowego; pierwsza zauważyła go Maryjka, wystartowała z pozycji leżącej do okna, Kotato, Kotato!


Miałam do oddania dwie książki wypożyczone w bibliotece w Dublinie. Dzień był akurat idealny na przebywanie w pomieszczeniach, więc zygzakiem pojechaliśmy: najpierw do Drołdy, żeby kupić żwirek dla kotów oraz chleb dla nas, i napić się jeszcze kawy, następnie do stolicy, a w powrotnej drodze do pawilonów Swords, żeby zjeść pizzę w Milano. 

W Inchicore jesień :)


Niedziela częściowo odbyła się pod hasłem poszukiwania klucza. Ostatni raz widziałam go przed południem — ponownie weszłam do domu, żeby zabrać rękawiczki, bo ziąb, klucz dyndał wówczas w zamku. Od tego momentu słuch po kluczu wcale nie tak łatwym do zgubienia (zaopatrzony jest bowiem w czerwoną smycz i różne brzdąkaje) zaginął. Napisałam do Anne, żeby sprawdziła, czy przypadkiem nie ma go w drzwiach naszego domu, co też sąsiadka po swoim powrocie z morsowania uprzejmie uczyniła. Ano, ni ma. W sumie mnie to uspokoiło, bo wykoncypowałam, że w takim razie odłożyłam go gdzieś w czasie szukania rękawiczek (Mózg wątpił, ale mu powiedziałam, żeby się w końcu zamknął). No i super, wracamy po szóstej, jest już ciemno, jak w piosence, wchodzę do środka, klucza nadal ni ma. O cholera, wertowałam najbliższą rzeczywistość przez kolejne pół godziny. I co się okazało? Okazało się, że cały czas miałam go ze sobą, w brązowej kurtce Barboura, która ma podwójne kieszenie! (facepalm) Ale poważnie, bardzo się zaniepokoiłam: czyli tak się odczuwa ubywanie rozumu.

Wracając zaś do naszej wyprawy, oto łupy biblioteczne, nieplanowane, bo nigdy nie wiadomo, co wygrzebie się ze sterty książek za tujuroicz (byliśmy tam ostatnio w czerwcu; albo pani ma tak dobrą pamięć, albo my mamy w sobie coś):


Po znalezieniu klucza zrobiłam powyższe zdjęcie i nareszcie mogłam się zrelaksować. Szara, deszczowa niedziela szybko zleciała, dobrze, że jutro jest bank holiday. Kochany jeszcze długo rozmawiał przez telefon, m.in. ze starszym z braci, usiłując pomóc w rozwiązaniu problemu, który może rozwiązać wyłącznie sam petent, ale cienszko, skoro petent informacji zwrotnych nie słucha i dlatego ma problemy. Z innych "problemów" (ten może nawet całkiem nasz), Bronia pierwszy raz wskoczyła na szafę obok lodówki. Mamy w domu nastolatkę, która szuka guza i testuje granice.

Kochany zapewne już w mieście, ja niewątpliwie w szlafroku, przed chwilą dojadłam coś jeszcze, bo lunchowa pizza, choć przepyszna, nie została przeze mnie skonsumowana w całości (ostatnio zrobiłam się wrażliwa na różne składniki, dość powiedzieć, że proces starzenia się organizmu nie budzi mojego entuzjazmu). Może za chwilę porozmawiamy przez Messengera. Bardzo kocham mojego męża.
___
edit 21:55 to już od dłuższego czasu wiadomo, ale zapisuję, żeby pamiętniczek też wiedział: mamy nową prezydentkę, lewaczkę Catherinę Connolly.

niedziela, 8 czerwca 2025

2000. Porażka i rzeczy dobre.

U mnie lepiej, śpiączka już mnie tak nie zabijała, u Kochanego rano bez zmian, był na chodzie, ale w oskrzelach nadal coś mu szemrało. Mimo wszystko, trzymaliśmy się planu dnia. Najpierw schronisko po jedenastej, dopytanie o Bezimiennego i zarezerwowanie skrzacinki.

No i cóż, straciliśmy ją. Chwilę przed nami ktoś ją zabukował. Śliczna jest, ma charakter, wrzeszczy na całe schronisko. Ech. Zapisaliśmy się jako drudzy w kolejce, na wypadek, gdyby pani się rozmyśliła, ale jest to bardzo mało prawdopodobne. Kto by jej nie chciał?

Na chwilę zatrzymaliśmy się w Drołdzie, żeby kupić chleb i napić się kawy, następnie kierunek Dublin, Inchicore. Spotkanie ze Szczygłem odbywało się o piątej, więc mieliśmy trochę czasu na różne rzeczy. A te różne rzecz to m.in. szuranie po bibliotece w poszukiwaniu fajnych książek za pół darmo: 

Powyższa makulatura została zakupiona (wrzuciliśmy do puszki co łaska), bądź wypożyczona (dwie na górze) ... ponieważ zapisałam się do tamtejszej biblioteki (chyba mi odbiło!). Z rzeczy śmiesznych: zapomniałam wczoraj przedłużyć książkę Smith, więc zniknęła mi z czytnika. Jaką pierwszą książkę znalazłam w Inchicore? Oczywiście Białe zęby. Zaczęłam ją czytać po angielsku, dokończę po polsku. Dlaczego nie, skoro mogę?

Po "skołowaniu" książek ruszyliśmy w kierunku IMMA. Po drodze zatrzymaliśmy się w Loaf (nie mylić z paskudnym Loaf'd) na lunch. Dochodziła trzecia, przegapiłam, że zaraz zamykają i trzeba się spinać, ale daliśmy radę:


Zupa była naprawdę dobra, jak domowa, a to nie jest takie oczywiste w tym kraju. Po lunchu spacer na azymut. Chmury nad Dublinem kręciły się nerwowo i gdy byliśmy już blisko muzeum, zaczęło lekko popadywać. Z tej okazji spędziliśmy w środku budynku trochę czasu; przyznam, że tym razem dwie odwiedzone wystawy zupełnie mnie nie przekonały, a najwięcej przyjemności sprawił mi czas spędzony w sklepie IMMA. Niewiele emocji, jeszcze mniej zrozumienia, a kontrowersje odbieram, jakbym była Czeszką:


Wróciliśmy do biblioteki tuż przed spotkaniem z Mariuszem Szczygłem i skupiliśmy się tylko na tym. Żadnego oglądania polskich autorów lektur dziwnej treści zgromadzonych w korytarzu, żadnego podjadania przygotowanych na tę okoliczność ciast krojonych w bardzo małe kawałki. Zasiedliśmy w dalszym rzędzie. Spotkanie z reportażystą było nadzwyczaj sympatyczne. Zaczęło się wprawdzie nieco drętwo, na dodatek postanowiono spotkanie tłumaczyć i nie wybrano do tego zadania osoby odpowiednio przygotowanej. Pomyślałam, że będzie to godzinna męka, ale Szczygieł unaturalnił ten proces i pomógł chłopakowi, który w innym przypadku kopałby się z materią jeszcze bardziej, przy okazji torturując słuchaczy.


Po słuchaniu odpowiedzi na pytania zadawane przez prowadzących oraz po pytaniach słuchaczy, Kochany zakupił Gottland i ustawiliśmy się w ogonku do autografów. Przy okazji była samojebka z gwiazdą uczyniona paluszkiem samej gwiazdy. Trzeba przyznać, że pan Szczygieł wie jak zabawiać publiczność i jak robić jej zdjęcia.

Wychodząc z budynku załapałam się jeszcze na komplement, że mam piękne włosy :) Hyc hyc, do samochodu, z podpisanym Gottlandem, uśmiechnięci od ucha do ucha ulecieliśmy w dal. Przed dziewiątą w domu. Widząc samochód Anne zapukałam do niej, żeby pokazać zdjęcia malucha, który nie będzie nasz. Ona rozumie. Nie zawsze się udaje, pech to pech, i tak dalej. Bardzo przykra sytuacja adopcyjna. Reszta dnia wspaniała.

niedziela, 5 maja 2024

1601. Powtórka z Dublina.

Nie zerwaliśmy się do śniadania od razu, siedzieliśmy w łóżku popijając pierwsze poranne napitki z nowych kubków. W takiej pozycji zadzwoniłam też do mamy, która akurat przeglądała stare papiery i wyrzucała niepotrzebności, np. wyciągi z mojego nieistniejącego konta. Przy okazji wyłowiła starą pracę licencjacką z WSF-u: Działalność kartograficzna i pisanie jako motywy kolonialne w "Jądrze ciemności" Josepha Conrada. Mądre, najs, kiedyś sobie przeczytam :D Rodzice czują się dobrze, w planach niedzielnych mieli sortowanie wielkogabarytowych śmieci i inne pożyteczne sprawy. Niestety, Maksio im choruje, wczoraj był awaryjnie u dochtórki, rodzice próbują go wyleczyć z poważnego zapalenia psiej pupy.

Usz ze Szwagrowskim zapowiedzieli wizytę na wrzesień. Superowo.

Zanim wyjechaliśmy, do naszych drzwi zapukałan Anna. Otworzył jej Fred (akurat byłam w szlafroku i jadłam śniadanie), ale sąsiadka chciała porozmawiać ze mną. Jeszcze raz powiedziała mi, że nie wiedziała o tych ptakach, była w związku z tym pokojowa wymiana zdań. Nie wierzę jej, ale się nie przeprowadzamy, więc relacje sąsiedzkie będą podtrzymane. 

Słonecznie i ciepło, miasto wydawało się nam nieco wyludnione. Najpierw wyjechaliśmy M2 do znanego nam już zakątka w Inchicore na połów polskich książek za 1 lub 2 euro (wycena na oko, na podstawie grubości egzemplarza). Efekt imponujący (to tylko nasz stosik, nastolatka ułożyła sobie własny; Orbitowski dostał się mi za darmo, jako bonus):

Nurkowaniu w makulaturze i czat z bibliotekarką (ta sama pani, co w zeszłym roku, nadal ma pretensje do Tokarczuk) trochę trwało, następnie obraliśmy kierunek na Glasnevin. Po wejściu na teren cmentarza od razu skierowaliśmy kroki do Tower Cafe, gdzie Hana zjadła swój pierwszy w życiu quiche. Spacerując i rozmawiając dotarliśmy do ogrodu botanicznego. Było warto, od naszej ostatniej wizyty miejsce wybujało roślinnością, szklarnianą i każdą inną też.



Hitem ogrodu była feeria rododendronów, wszędobylskie wiewiórki szare, żółw błotny drzemiący na skraju stawu oraz kurki wodne pływające z gromadą kurcząt. A dla mnie jeszcze Kociara, jak wyjęta z kartek Ciemno, prawie noc, nęcąca wiewiórki.

W drodze do domu na dłużej zatrzymaliśmy się w pawilonach Swords, nasz gość chciał zrobić zakupy w Bootsie, my też się z chęcią poplątaliśmy tu i tam (i w końcu nabyłam osłonkę na szczoteczkę). W domu byliśmy po szóstej, ledwo zrobiłam obiad i padłam jak kawka. 

Aplikacja w iPhonie podpowiada mi, że wychodziłam mniej kroków niż wczoraj, mimo to jestem bardziej zmachana. Zapewne dołożyła się do tego cieplejsza pogoda. Regeneruję się, jak mogę (płyny, zajęcia inne, niż przebieranie nogami).

niedziela, 11 czerwca 2023

1273. Lewackie iwenty, part tu.

Poszliśmy spać dzisiaj po pierwszej i poranek był dość późny. Do wstania zmotywował mnie Ryszard pukający w drzwi sypialni, śpicie?

W lodówce nie było za wiele interesujących rzeczy, więc w drodze do stolicy postanowiliśmy zahaczyć o Cedar Gate. Fred odkrył nową zupę (zupełnie zieloną) o nazwie molokhia. Oczywiście nie zjadłam wszystkiego, część makloubeh z kurczakiem zapakowałam do domu. 

Kiedy kilka dni temu sprawdzałam prognozy pogody, w sobotę miało być słonecznie, a w niedzielę zapowiadano deszcz. Odwróciło się, pogoda była przepiękna. Kochany zaparkował niedaleko odkrytej wczoraj kawiarni, żebyśmy od razu mogli pójść do IMMA. Przespacerowaliśmy część korytarzy mieszczących wystawę Sarah Pierce: Scene of the Myth:



Ludzi na zewnątrz IMMA było całkiem sporo, ale nie mieliśmy czasu na chłonięcie atmosfery (na dziedzińcu akurat występował zespół). Wróciliśmy do samochodu, żeby podjechać na Inchicore Square, bo kolejne spotkanie w polskiej bibliotece, tym razem z Woydyłło-Osiatyńską, zaczynało się o wpół do piątej. Psycholożka potoczyście opowiadała nie gubiąc wątku (co mnie osobiście mało kiedy wychodzi), widać było, że lubi występować przed publicznością i dzielić się swoimi myślami. Kupiliśmy dwie jej książki, Ukoić siebie oraz Nasz bieg z przeszkodami. Okaże się na ile są to interesujące lektury (oczywiście zostały podpisane przez autorkę). Po wystąpieniu, zdobyciu autografów i zrobieniu sobie zdjęcia nie miałam ochoty zostawać na spotkaniu z dr Iwoną Palicką. Zamiast tego zapuściliśmy jeszcze raz żurawia do biblioteki i Kochany za €10 wyharatał kolejne książki: trzy grube tomy Witkacego, Pewnego razu w Hollywood Tarantino i dwa reportaże: Szczygła Niedziela, która zdarzyła się w środę i Surmiak-Domańskiej Mokradełko. Szybko zapakowaliśmy się do samochodu i wyruszyliśmy do domu (z przerwą na Tesco). 

Chociaż grafik niedzielny nie był napięty, bardzo jestem zmęczona po tych naszych przygodach (gdy szukam w lodówce masła i Kochany mi mówi, że jest na dole po prawo, patrzę na górę po lewo). Sen mnie odgradza od zamartwiania się zwyczajnymi sprawami: co i jak napisać, gdzie upchnąć książki, kiedy zrobić prasowanie, gdzie wysłać cv.

sobota, 10 czerwca 2023

1272. Lewackie iwenty, part łan.

Przy śniadaniu przypomniałam sobie (zainspirowana Anne i Katlin za oknem), że wczoraj, gdy raźnym krokiem wracałam z papierniczego, spotkałam na Sklepowej Majkela, który zmierzał w kierunku rzeki. Gdy mnie zauważył, zrobił taki ruch, jakby chciał skręcić do jakichś drzwi lub w uliczkę, tylko żadnych drzwi akuratnież w tym miejscu nie było. Czy jeszcze ktoś wierzy, że gość jeździ do pracy? Z pewnością nie żona i sąsiedzi. Bardzo to smutne, bo pamiętam jego reakcję po śmierci kota i wiem, że nie jest złym człowiekiem.

U mnie tymczasem owsianka na pożywne śniadanie, potem dobicie drugim śniadaniem z guacamole i już zaczęłam się oblekać, niechętnie i nieuważnie, na wyjazd odchamiający. Niechętność nie wynikała z celu podróży, tylko z tego, że mnie kręgosłup napierdalał w miejscu, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę. Ach, no trudno. Wyjechaliśmy do stolicy wczesnym popołudniem i dotarliśmy na miejsce o takiej porze, że jeszcze mogliśmy pozwolić sobie na łazęgę. 

Inchicore mnie absolutnie oczarowało, szczególnie plac przy którym znajduje się polska biblioteka jest jak wieś. Po drodze wypatrzyliśmy kawiarnię, więc oczywiście od razu się tam wybraliśmy. Loaf Cafe Kilmainham okazała się spoko miejscem (kawy + sałatki). Obok jest oczywiście więzienie Kilmainham, więc krok po kroku przemieszczaliśmy się w kierunku IMMA, przy okazji dając się zaskoczyć pogodzie.

Deszcz rozpadał się na dobre, tak, że do głównego budynku szliśmy skryci pod baldachimami lip. Kolejnym zaskoczeniem była dostępność wystaw. Nie zamierzałam niczego oglądać, ponieważ nie zaanonsowaliśmy swojego przybycia. Tymczasem wystarczyło nacisnąć klamkę i nikt o nic nie zapytał.



Nasz pobyt był krótki i niezobowiązujący, przeszliśmy się tylko jednym korytarzem i po zrobieniu kilku zdjęć ruszyliśmy w drogę powrotną, przemykając między kroplami. 


Zdarzenia literackie przewidziane były dwa. Jechałam z zamiarem kupienia książki o Rudolfie Probście, ale spotkanie z Laurą Barszczewicz i Lidią Zielonką skutecznie mnie od tego odwiodło. Za to wydałam całe 6 euro na zakup czterech używanych książek: dwóch powieści Coetzee, Hańbę i Czekając na barbarzyńców, psychoporadnika Ellen Hendriksen Jak przestać się bać i przede wszystkim Patrząc na starość UAM-u (wcześniej Fred za dwa euro posiadł Blaszany bębenek Grassa). Dzikie rozpasanie intelektualne. O dziewiętnastej było spotkanie z Dorotą Masłowską, trochę sztucznie zaczęte, bo tym razem wywiadowania nie prowadziła pani bibliotekarka. Seplenienie autorki zwracało uwagę tylko przez kilka minut, potem nie miało znaczenia. 


Świetna postać, inteligentnie odpowiadającą na pytania, godzina minęła błyskawicznie. Masłowska podpisała nam dwie książki i płytę. Mąż uzmysłowił sobie dopiero w domu, że zostawił jej swój długopis. Byliśmy pierwsi w kolejce, wszyscy dobrzy ludzie mają więc autografy nasmarowane Fredowym długopisem. Gdy już byliśmy "podpisani", zdumiała mnie Litwinka, która podeszła z zapytaniem, którą książkę Masłowskiej bym jej poleciła, bo ona nie czytała żadnej po polsku, a bardzo by chciała coś prostego. Droga powrotna przemigotała błyskawicznie. Zupa zjedzona. Społeczeństwo jest niemiłe w głośnikach. O dziwo, z plecami lepiej.

P.S. Masłowska ma pismo dziecka.