Dzisiaj kontynuował się w Dublinie festiwal polskiej książki, Twardoch miał przyjechać, jednak aż tak nas nie skusiło (po prawdzie, dla mnie największą atrakcją byłby zakup kolejnych książek za pół darmoszkę, najfajniejszym elementem takiej wizyty jest niepewność, co jest dostępne oraz możliwość szperania w przepastnych kartonach). Zamiast wyprawy dublińskiej, po dobrym śniadaniu (m.in. ser halloumi na ciepło) zaczęliśmy wąchać, gdzie można by nabyć ulubione tartaletki z owocami. Sklep w którym zazwyczaj je kupujemy był zamknięty, ale byliśmy przecież uzbrojeni w wiedzę, skąd się biorą ich ciastka. I tak jadąc w kierunku Drołdy turlu turlu, nagle podjęliśmy decyzję, żeby dojechać do Merci Beaucoup, które było w kierunku zgoła przeciwnym.
Nasz region charakteryzuje się malowniczym połączeniem upadku, rezygnacji i smolbiznesowego zrywu przywracającego nadzieję. Drołda jest reprezentantką tego sznytu na większą skalę: więcej brudu, więcej osobników zmęczonych nieróbstwem wypełzłych na główną ulicę, ale też więcej małych, dobrych miejsc. Miasteczko w którym wylądowaliśmy miało wszystko podobnie, tylko mniejsze. Tak więc, pochłonęliśmy tartaletki, popiliśmy je kawami, następnie został zrobiony spacer od jednej wieży do drugiej. Pierwsza wieża, Hatch's Castle, okazała się domem prywatnym, druga zamkiem czasowo zamkniętym dla zwiedzających. Acha. To wracamy. Zielonymi tunelami dojechaliśmy do wsi, żeby się przekonać, że w międzyczasie ktoś przed nami sypał kwiatki :)
Reszta domowości: Anne wróciła z turnée, zapukałam do niej w czasie krótkiego spaceru z myszkami; Fred ponad godzinę rozmawiał z Perlistym, podczas gdy ja z godzinę rozmawiałam z rodzicami (tatko ma również anemię, mama martwi się Maksiem z którym jest coraz słabiej). Coś się robi pod górkę, bo wszystkim nam się trochę nie chce; jakby starość.











