Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą O'Czytani. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą O'Czytani. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 czerwca 2026

2364. Wyprawa po ciastko zamiast wyprawy po pisarza.

Dzisiaj kontynuował się w Dublinie festiwal polskiej książki, Twardoch miał przyjechać, jednak aż tak nas nie skusiło (po prawdzie, dla mnie największą atrakcją byłby zakup kolejnych książek za pół darmoszkę, najfajniejszym elementem takiej wizyty jest niepewność, co jest dostępne oraz możliwość szperania w przepastnych kartonach). Zamiast wyprawy dublińskiej, po dobrym śniadaniu (m.in. ser halloumi na ciepło) zaczęliśmy wąchać, gdzie można by nabyć ulubione tartaletki z owocami. Sklep w którym zazwyczaj je kupujemy był zamknięty, ale byliśmy przecież uzbrojeni w wiedzę, skąd się biorą ich ciastka. I tak jadąc w kierunku Drołdy turlu turlu, nagle podjęliśmy decyzję, żeby dojechać do Merci Beaucoup, które było w kierunku zgoła przeciwnym.

Nasz region charakteryzuje się malowniczym połączeniem upadku, rezygnacji i smolbiznesowego zrywu przywracającego nadzieję. Drołda jest reprezentantką tego sznytu na większą skalę: więcej brudu, więcej osobników zmęczonych nieróbstwem wypełzłych na główną ulicę, ale też więcej małych, dobrych miejsc. Miasteczko w którym wylądowaliśmy miało wszystko podobnie, tylko mniejsze. Tak więc, pochłonęliśmy tartaletki, popiliśmy je kawami, następnie został zrobiony spacer od jednej wieży do drugiej. Pierwsza wieża, Hatch's Castle, okazała się domem prywatnym, druga zamkiem czasowo zamkniętym dla zwiedzających. Acha. To wracamy. Zielonymi tunelami dojechaliśmy do wsi, żeby się przekonać, że w międzyczasie ktoś przed nami sypał kwiatki :)

Reszta domowości: Anne wróciła z turnée, zapukałam do niej w czasie krótkiego spaceru z myszkami; Fred ponad godzinę rozmawiał z Perlistym, podczas gdy ja z godzinę rozmawiałam z rodzicami (tatko ma również anemię, mama martwi się Maksiem z którym jest coraz słabiej). Coś się robi pod górkę, bo wszystkim nam się trochę nie chce; jakby starość. 

niedziela, 8 czerwca 2025

2000. Porażka i rzeczy dobre.

U mnie lepiej, śpiączka już mnie tak nie zabijała, u Kochanego rano bez zmian, był na chodzie, ale w oskrzelach nadal coś mu szemrało. Mimo wszystko, trzymaliśmy się planu dnia. Najpierw schronisko po jedenastej, dopytanie o Bezimiennego i zarezerwowanie skrzacinki.

No i cóż, straciliśmy ją. Chwilę przed nami ktoś ją zabukował. Śliczna jest, ma charakter, wrzeszczy na całe schronisko. Ech. Zapisaliśmy się jako drudzy w kolejce, na wypadek, gdyby pani się rozmyśliła, ale jest to bardzo mało prawdopodobne. Kto by jej nie chciał?

Na chwilę zatrzymaliśmy się w Drołdzie, żeby kupić chleb i napić się kawy, następnie kierunek Dublin, Inchicore. Spotkanie ze Szczygłem odbywało się o piątej, więc mieliśmy trochę czasu na różne rzeczy. A te różne rzecz to m.in. szuranie po bibliotece w poszukiwaniu fajnych książek za pół darmo: 

Powyższa makulatura została zakupiona (wrzuciliśmy do puszki co łaska), bądź wypożyczona (dwie na górze) ... ponieważ zapisałam się do tamtejszej biblioteki (chyba mi odbiło!). Z rzeczy śmiesznych: zapomniałam wczoraj przedłużyć książkę Smith, więc zniknęła mi z czytnika. Jaką pierwszą książkę znalazłam w Inchicore? Oczywiście Białe zęby. Zaczęłam ją czytać po angielsku, dokończę po polsku. Dlaczego nie, skoro mogę?

Po "skołowaniu" książek ruszyliśmy w kierunku IMMA. Po drodze zatrzymaliśmy się w Loaf (nie mylić z paskudnym Loaf'd) na lunch. Dochodziła trzecia, przegapiłam, że zaraz zamykają i trzeba się spinać, ale daliśmy radę:


Zupa była naprawdę dobra, jak domowa, a to nie jest takie oczywiste w tym kraju. Po lunchu spacer na azymut. Chmury nad Dublinem kręciły się nerwowo i gdy byliśmy już blisko muzeum, zaczęło lekko popadywać. Z tej okazji spędziliśmy w środku budynku trochę czasu; przyznam, że tym razem dwie odwiedzone wystawy zupełnie mnie nie przekonały, a najwięcej przyjemności sprawił mi czas spędzony w sklepie IMMA. Niewiele emocji, jeszcze mniej zrozumienia, a kontrowersje odbieram, jakbym była Czeszką:


Wróciliśmy do biblioteki tuż przed spotkaniem z Mariuszem Szczygłem i skupiliśmy się tylko na tym. Żadnego oglądania polskich autorów lektur dziwnej treści zgromadzonych w korytarzu, żadnego podjadania przygotowanych na tę okoliczność ciast krojonych w bardzo małe kawałki. Zasiedliśmy w dalszym rzędzie. Spotkanie z reportażystą było nadzwyczaj sympatyczne. Zaczęło się wprawdzie nieco drętwo, na dodatek postanowiono spotkanie tłumaczyć i nie wybrano do tego zadania osoby odpowiednio przygotowanej. Pomyślałam, że będzie to godzinna męka, ale Szczygieł unaturalnił ten proces i pomógł chłopakowi, który w innym przypadku kopałby się z materią jeszcze bardziej, przy okazji torturując słuchaczy.


Po słuchaniu odpowiedzi na pytania zadawane przez prowadzących oraz po pytaniach słuchaczy, Kochany zakupił Gottland i ustawiliśmy się w ogonku do autografów. Przy okazji była samojebka z gwiazdą uczyniona paluszkiem samej gwiazdy. Trzeba przyznać, że pan Szczygieł wie jak zabawiać publiczność i jak robić jej zdjęcia.

Wychodząc z budynku załapałam się jeszcze na komplement, że mam piękne włosy :) Hyc hyc, do samochodu, z podpisanym Gottlandem, uśmiechnięci od ucha do ucha ulecieliśmy w dal. Przed dziewiątą w domu. Widząc samochód Anne zapukałam do niej, żeby pokazać zdjęcia malucha, który nie będzie nasz. Ona rozumie. Nie zawsze się udaje, pech to pech, i tak dalej. Bardzo przykra sytuacja adopcyjna. Reszta dnia wspaniała.

niedziela, 11 czerwca 2023

1273. Lewackie iwenty, part tu.

Poszliśmy spać dzisiaj po pierwszej i poranek był dość późny. Do wstania zmotywował mnie Ryszard pukający w drzwi sypialni, śpicie?

W lodówce nie było za wiele interesujących rzeczy, więc w drodze do stolicy postanowiliśmy zahaczyć o Cedar Gate. Fred odkrył nową zupę (zupełnie zieloną) o nazwie molokhia. Oczywiście nie zjadłam wszystkiego, część makloubeh z kurczakiem zapakowałam do domu. 

Kiedy kilka dni temu sprawdzałam prognozy pogody, w sobotę miało być słonecznie, a w niedzielę zapowiadano deszcz. Odwróciło się, pogoda była przepiękna. Kochany zaparkował niedaleko odkrytej wczoraj kawiarni, żebyśmy od razu mogli pójść do IMMA. Przespacerowaliśmy część korytarzy mieszczących wystawę Sarah Pierce: Scene of the Myth:



Ludzi na zewnątrz IMMA było całkiem sporo, ale nie mieliśmy czasu na chłonięcie atmosfery (na dziedzińcu akurat występował zespół). Wróciliśmy do samochodu, żeby podjechać na Inchicore Square, bo kolejne spotkanie w polskiej bibliotece, tym razem z Woydyłło-Osiatyńską, zaczynało się o wpół do piątej. Psycholożka potoczyście opowiadała nie gubiąc wątku (co mnie osobiście mało kiedy wychodzi), widać było, że lubi występować przed publicznością i dzielić się swoimi myślami. Kupiliśmy dwie jej książki, Ukoić siebie oraz Nasz bieg z przeszkodami. Okaże się na ile są to interesujące lektury (oczywiście zostały podpisane przez autorkę). Po wystąpieniu, zdobyciu autografów i zrobieniu sobie zdjęcia nie miałam ochoty zostawać na spotkaniu z dr Iwoną Palicką. Zamiast tego zapuściliśmy jeszcze raz żurawia do biblioteki i Kochany za €10 wyharatał kolejne książki: trzy grube tomy Witkacego, Pewnego razu w Hollywood Tarantino i dwa reportaże: Szczygła Niedziela, która zdarzyła się w środę i Surmiak-Domańskiej Mokradełko. Szybko zapakowaliśmy się do samochodu i wyruszyliśmy do domu (z przerwą na Tesco). 

Chociaż grafik niedzielny nie był napięty, bardzo jestem zmęczona po tych naszych przygodach (gdy szukam w lodówce masła i Kochany mi mówi, że jest na dole po prawo, patrzę na górę po lewo). Sen mnie odgradza od zamartwiania się zwyczajnymi sprawami: co i jak napisać, gdzie upchnąć książki, kiedy zrobić prasowanie, gdzie wysłać cv.

sobota, 10 czerwca 2023

1272. Lewackie iwenty, part łan.

Przy śniadaniu przypomniałam sobie (zainspirowana Anne i Katlin za oknem), że wczoraj, gdy raźnym krokiem wracałam z papierniczego, spotkałam na Sklepowej Majkela, który zmierzał w kierunku rzeki. Gdy mnie zauważył, zrobił taki ruch, jakby chciał skręcić do jakichś drzwi lub w uliczkę, tylko żadnych drzwi akuratnież w tym miejscu nie było. Czy jeszcze ktoś wierzy, że gość jeździ do pracy? Z pewnością nie żona i sąsiedzi. Bardzo to smutne, bo pamiętam jego reakcję po śmierci kota i wiem, że nie jest złym człowiekiem.

U mnie tymczasem owsianka na pożywne śniadanie, potem dobicie drugim śniadaniem z guacamole i już zaczęłam się oblekać, niechętnie i nieuważnie, na wyjazd odchamiający. Niechętność nie wynikała z celu podróży, tylko z tego, że mnie kręgosłup napierdalał w miejscu, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę. Ach, no trudno. Wyjechaliśmy do stolicy wczesnym popołudniem i dotarliśmy na miejsce o takiej porze, że jeszcze mogliśmy pozwolić sobie na łazęgę. 

Inchicore mnie absolutnie oczarowało, szczególnie plac przy którym znajduje się polska biblioteka jest jak wieś. Po drodze wypatrzyliśmy kawiarnię, więc oczywiście od razu się tam wybraliśmy. Loaf Cafe Kilmainham okazała się spoko miejscem (kawy + sałatki). Obok jest oczywiście więzienie Kilmainham, więc krok po kroku przemieszczaliśmy się w kierunku IMMA, przy okazji dając się zaskoczyć pogodzie.

Deszcz rozpadał się na dobre, tak, że do głównego budynku szliśmy skryci pod baldachimami lip. Kolejnym zaskoczeniem była dostępność wystaw. Nie zamierzałam niczego oglądać, ponieważ nie zaanonsowaliśmy swojego przybycia. Tymczasem wystarczyło nacisnąć klamkę i nikt o nic nie zapytał.



Nasz pobyt był krótki i niezobowiązujący, przeszliśmy się tylko jednym korytarzem i po zrobieniu kilku zdjęć ruszyliśmy w drogę powrotną, przemykając między kroplami. 


Zdarzenia literackie przewidziane były dwa. Jechałam z zamiarem kupienia książki o Rudolfie Probście, ale spotkanie z Laurą Barszczewicz i Lidią Zielonką skutecznie mnie od tego odwiodło. Za to wydałam całe 6 euro na zakup czterech używanych książek: dwóch powieści Coetzee, Hańbę i Czekając na barbarzyńców, psychoporadnika Ellen Hendriksen Jak przestać się bać i przede wszystkim Patrząc na starość UAM-u (wcześniej Fred za dwa euro posiadł Blaszany bębenek Grassa). Dzikie rozpasanie intelektualne. O dziewiętnastej było spotkanie z Dorotą Masłowską, trochę sztucznie zaczęte, bo tym razem wywiadowania nie prowadziła pani bibliotekarka. Seplenienie autorki zwracało uwagę tylko przez kilka minut, potem nie miało znaczenia. 


Świetna postać, inteligentnie odpowiadającą na pytania, godzina minęła błyskawicznie. Masłowska podpisała nam dwie książki i płytę. Mąż uzmysłowił sobie dopiero w domu, że zostawił jej swój długopis. Byliśmy pierwsi w kolejce, wszyscy dobrzy ludzie mają więc autografy nasmarowane Fredowym długopisem. Gdy już byliśmy "podpisani", zdumiała mnie Litwinka, która podeszła z zapytaniem, którą książkę Masłowskiej bym jej poleciła, bo ona nie czytała żadnej po polsku, a bardzo by chciała coś prostego. Droga powrotna przemigotała błyskawicznie. Zupa zjedzona. Społeczeństwo jest niemiłe w głośnikach. O dziwo, z plecami lepiej.

P.S. Masłowska ma pismo dziecka.