Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzeum. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzeum. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 lipca 2026

2398. Sobota we Wro.

Spóźniłyśmy się na szynobus, potem wysiadłyśmy z tramwaju nr 18 nie na tym przystanku co trzeba, ale poza tym sztos. Byłyśmy we Wro przed otwarciem muzeum narodowego, więc najpierw archikatedra. Następnie muzealna kawiarnia (ja-go-dzian-ka!!) i muzeum też (fotografowanie piesków i kotków) → spacer i grecka restauracja w Rynku → sklep z minerałami w którym kupiłam bransoletkę z akwamarynami → kawa w Cherubinowym Wędrowcu i lody dla mamy → na szybko katedra Marii Magdaleny → tramwaj nr 6 → gołębie w parku Staszica. W tym czasie Kochany wędrował z tatką po suszarni i kawiarni w Tcy. Spotkaliśmy się wszyscy o piątej, gdy minibusem wróciłyśmy ze stolycy do miasta powiatowego. Siedzieliśmy chwilę pod nowymi tężniami.







W domu opycham się ciastem, robię z mamą kanapeczki, zajadam, wieczorem gapię się na trzeci sezon Poirota (8, 9 i 10). Nieróbstwo i hedonizm, własna banieczka. Są, owszem, jakieś przeszkadzajki niewielkie, np. z rana widzę, że nie widzę, kamerka w Kuchniosalonie irlandzkiego domu nie działa, ale na szczęście to jakaś bzdurousterka. Nóżki mnie bolą, mam spuchniętą i siną kostkę palca wskazującego lewej dłoni, oraz bardzo jestem zadowolona.

niedziela, 11 czerwca 2023

1273. Lewackie iwenty, part tu.

Poszliśmy spać dzisiaj po pierwszej i poranek był dość późny. Do wstania zmotywował mnie Ryszard pukający w drzwi sypialni, śpicie?

W lodówce nie było za wiele interesujących rzeczy, więc w drodze do stolicy postanowiliśmy zahaczyć o Cedar Gate. Fred odkrył nową zupę (zupełnie zieloną) o nazwie molokhia. Oczywiście nie zjadłam wszystkiego, część makloubeh z kurczakiem zapakowałam do domu. 

Kiedy kilka dni temu sprawdzałam prognozy pogody, w sobotę miało być słonecznie, a w niedzielę zapowiadano deszcz. Odwróciło się, pogoda była przepiękna. Kochany zaparkował niedaleko odkrytej wczoraj kawiarni, żebyśmy od razu mogli pójść do IMMA. Przespacerowaliśmy część korytarzy mieszczących wystawę Sarah Pierce: Scene of the Myth:



Ludzi na zewnątrz IMMA było całkiem sporo, ale nie mieliśmy czasu na chłonięcie atmosfery (na dziedzińcu akurat występował zespół). Wróciliśmy do samochodu, żeby podjechać na Inchicore Square, bo kolejne spotkanie w polskiej bibliotece, tym razem z Woydyłło-Osiatyńską, zaczynało się o wpół do piątej. Psycholożka potoczyście opowiadała nie gubiąc wątku (co mnie osobiście mało kiedy wychodzi), widać było, że lubi występować przed publicznością i dzielić się swoimi myślami. Kupiliśmy dwie jej książki, Ukoić siebie oraz Nasz bieg z przeszkodami. Okaże się na ile są to interesujące lektury (oczywiście zostały podpisane przez autorkę). Po wystąpieniu, zdobyciu autografów i zrobieniu sobie zdjęcia nie miałam ochoty zostawać na spotkaniu z dr Iwoną Palicką. Zamiast tego zapuściliśmy jeszcze raz żurawia do biblioteki i Kochany za €10 wyharatał kolejne książki: trzy grube tomy Witkacego, Pewnego razu w Hollywood Tarantino i dwa reportaże: Szczygła Niedziela, która zdarzyła się w środę i Surmiak-Domańskiej Mokradełko. Szybko zapakowaliśmy się do samochodu i wyruszyliśmy do domu (z przerwą na Tesco). 

Chociaż grafik niedzielny nie był napięty, bardzo jestem zmęczona po tych naszych przygodach (gdy szukam w lodówce masła i Kochany mi mówi, że jest na dole po prawo, patrzę na górę po lewo). Sen mnie odgradza od zamartwiania się zwyczajnymi sprawami: co i jak napisać, gdzie upchnąć książki, kiedy zrobić prasowanie, gdzie wysłać cv.

sobota, 10 czerwca 2023

1272. Lewackie iwenty, part łan.

Przy śniadaniu przypomniałam sobie (zainspirowana Anne i Katlin za oknem), że wczoraj, gdy raźnym krokiem wracałam z papierniczego, spotkałam na Sklepowej Majkela, który zmierzał w kierunku rzeki. Gdy mnie zauważył, zrobił taki ruch, jakby chciał skręcić do jakichś drzwi lub w uliczkę, tylko żadnych drzwi akuratnież w tym miejscu nie było. Czy jeszcze ktoś wierzy, że gość jeździ do pracy? Z pewnością nie żona i sąsiedzi. Bardzo to smutne, bo pamiętam jego reakcję po śmierci kota i wiem, że nie jest złym człowiekiem.

U mnie tymczasem owsianka na pożywne śniadanie, potem dobicie drugim śniadaniem z guacamole i już zaczęłam się oblekać, niechętnie i nieuważnie, na wyjazd odchamiający. Niechętność nie wynikała z celu podróży, tylko z tego, że mnie kręgosłup napierdalał w miejscu, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę. Ach, no trudno. Wyjechaliśmy do stolicy wczesnym popołudniem i dotarliśmy na miejsce o takiej porze, że jeszcze mogliśmy pozwolić sobie na łazęgę. 

Inchicore mnie absolutnie oczarowało, szczególnie plac przy którym znajduje się polska biblioteka jest jak wieś. Po drodze wypatrzyliśmy kawiarnię, więc oczywiście od razu się tam wybraliśmy. Loaf Cafe Kilmainham okazała się spoko miejscem (kawy + sałatki). Obok jest oczywiście więzienie Kilmainham, więc krok po kroku przemieszczaliśmy się w kierunku IMMA, przy okazji dając się zaskoczyć pogodzie.

Deszcz rozpadał się na dobre, tak, że do głównego budynku szliśmy skryci pod baldachimami lip. Kolejnym zaskoczeniem była dostępność wystaw. Nie zamierzałam niczego oglądać, ponieważ nie zaanonsowaliśmy swojego przybycia. Tymczasem wystarczyło nacisnąć klamkę i nikt o nic nie zapytał.



Nasz pobyt był krótki i niezobowiązujący, przeszliśmy się tylko jednym korytarzem i po zrobieniu kilku zdjęć ruszyliśmy w drogę powrotną, przemykając między kroplami. 


Zdarzenia literackie przewidziane były dwa. Jechałam z zamiarem kupienia książki o Rudolfie Probście, ale spotkanie z Laurą Barszczewicz i Lidią Zielonką skutecznie mnie od tego odwiodło. Za to wydałam całe 6 euro na zakup czterech używanych książek: dwóch powieści Coetzee, Hańbę i Czekając na barbarzyńców, psychoporadnika Ellen Hendriksen Jak przestać się bać i przede wszystkim Patrząc na starość UAM-u (wcześniej Fred za dwa euro posiadł Blaszany bębenek Grassa). Dzikie rozpasanie intelektualne. O dziewiętnastej było spotkanie z Dorotą Masłowską, trochę sztucznie zaczęte, bo tym razem wywiadowania nie prowadziła pani bibliotekarka. Seplenienie autorki zwracało uwagę tylko przez kilka minut, potem nie miało znaczenia. 


Świetna postać, inteligentnie odpowiadającą na pytania, godzina minęła błyskawicznie. Masłowska podpisała nam dwie książki i płytę. Mąż uzmysłowił sobie dopiero w domu, że zostawił jej swój długopis. Byliśmy pierwsi w kolejce, wszyscy dobrzy ludzie mają więc autografy nasmarowane Fredowym długopisem. Gdy już byliśmy "podpisani", zdumiała mnie Litwinka, która podeszła z zapytaniem, którą książkę Masłowskiej bym jej poleciła, bo ona nie czytała żadnej po polsku, a bardzo by chciała coś prostego. Droga powrotna przemigotała błyskawicznie. Zupa zjedzona. Społeczeństwo jest niemiłe w głośnikach. O dziwo, z plecami lepiej.

P.S. Masłowska ma pismo dziecka.

wtorek, 31 sierpnia 2021

Postscriptum #623.



 

623. I deszcz.

Rzęsiste opady deszczu obudziły mnie w nocy, do wyjazdu z Miasteczka już nie było lepiej. Po śniadaniu (zdarzyła mi się krótka pogadanka o walorach regionu z niejakim Bartkiem) Fred sam pojechał do domu kultury na umówione spotkanie. Jego nieobecność trwała krótko, mąż pchnął swoje sprawy we właściwym kierunku, spakowaliśmy się i przed wyjazdem z Pałacu Książęcego pojechaliśmy jeszcze pożegnać się do cioci. Trochę nam zeszło nad herbatą i pysznymi resztkami szarlotki.

Po południu wyruszyliśmy w drogę powrotną ... zakosami. Postanowiliśmy jeszcze raz podjechać do wieży rycerskiej w Siedlęcinie. To była bardzo dobra decyzja, rozmawialiśmy z miłym panem (Jakubem Przędzielewskim, zawodowym rekonstruktorem średniowiecznych napierdalanek) u którego kupiliśmy monografię o tym miejscu pod redakcją Przymysława Nocunia. 

Po Siedlęcinie drugim przystankiem był Bolesławiec. Zjedliśmy obiad w Season Bistro ze znajomą Freda zapoznaną w Irlandii. Menu badzo intrygujące, sandacz na główne, strudel jabłkowy na deser. Potem już naprawdę do domu, pod Wro złapało nas oberwanie chmury, ale i tak chwilę po siódmej wieczorem byliśmy na miejsu. Pranie jutro rano, na razie po prostu odpoczywamy.

sobota, 22 maja 2021

522. Sobota w Dublinie.










Pobudka, śniadanie, kawa, ubranie się, szybkie sprawdzenie co u rodziców (wczoraj mieli drugie szczepienie, jest git), ekspresowa rejestracja do szczepienia (bo nareszcie mogę) i idziemy do samochodu. Pierwsza płyta Rush w odtwarzaczu, po drodze Fred skręca do Costy po kawę dla siebie i lecimy autostradą na Dublin. W Dublinie: parking przy stacji Connolly niedaleko której wzięliśmy tramwaj linii czerwonej w kierunku Muzeum mieszczącym się w Koszarach Collinsa na Benburb St. W muzeum spędziliśmy sporo czasu zwiedzając wystawy militarno-historyczne i sztuki użytkowej (darmowy wstęp). Po obejrzeniu co było do obejrzenia ponownie skorzystaliśmy z tramwaju (tym razem wysiadka przy Jervisie). Na piechotę: Millenium Bridge, Temple Bar i skomplikowanymi zawijasami do Tolteki na Suffolk St, gdzie kupiliśmy burritosy na wynos, następnie Grafton St do Stefana brzęczącego ludźmi. Doszliśmy aż do południowej bramy parku w poszukiwaniu wolnej ławeczki. Obiad. Ze Stefana do mostu Sean O'Casey i wzdłuż wybrzeża przy pomniku Wielkiego Głodu, potem Amiens St do parkingu. Dużo chodzenia. Dobrze.

Wróciliśmy na wieś w okolicach godziny siódmej, żeby odkryć, że zatkał się odpływ wody od zlewu kuchennego. Tyle dobrego, że jest po irlandzku otwarty i dostępny. A sąsiedzi mają kolejną imprezę, ciekawe z jakiej okazji. Nucę coś z ABBy.