Plan: kupić cheddar, bo Fred chciał zrobić kalafiora z beszamelem. Tesco, Costa, Woodies (mnie się zachciało kfiatkuff), spacer w ogrodzie Oldbridge, w końcu krótki lans w polskim sklepie (dzisiaj dowieziono ulubioną Fredową kiełbę z Liszek). Była potrzeba, wyszło jak zwykle: z powodu cheddara wskoczyliśmy w swoje najlepsze ubrania, przygoda rozwlokła się na ponad trzy godziny.
W kawiarni zaczepiła mnie Kristina, porozmawiałyśmy chwilę, na tyle na ile mogłyśmy z Aurą na plecach, udającą, że nas nie widzi (musiała nas przecież minąć schodząc z piętra). Kristina robi kursy dokształcające, niedługo już pobaristuje, good for her, jest za dobra na to miejsce z tą menadżerką. Wyszliśmy ożywieni, nucąc melodyjkę z "Zaczarowanego ołówka", życząc dobrze Kristinie.
Poddałam się w temacie narcyzowym na ten rok i kupiłam to, co było, a był Jetfire, odmiana karłowata. Tak więc do żonkila i narcyza podwójnego (pełnego) w kolejnej doniczce dołączył kultywar cyklamenowaty, zobaczymy jak nam zakwitnie.
Przy kalafiorze z beszamelem był story time. Otóż zawdzięczamy tę potrawę czasom, gdy małżonek periodycznie studiował w stolycy na wydziale Inżynierii Sanitarney i Wogle. Na tym samym wydziale studiowała Beata, ówczesna dziewczyna Freda, która była wegetarianką. Kochany chcąc jej zaimponić nie nadwyrężając przy tym swojego budżetu, wynalazł przepis na kalafior z beszamelem w weekendowym dodatku Gazety Wyborczej. Beata zniknęła z Fredowego życia, kalafior z beszamelem pozostał.
Obcięłam Fredowi włosy.