Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kristina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kristina. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 lutego 2022

778. Dzień postrzyżyn.

Plan: kupić cheddar, bo Fred chciał zrobić kalafiora z beszamelem. Tesco, Costa, Woodies (mnie się zachciało kfiatkuff), spacer w ogrodzie Oldbridge, w końcu krótki lans w polskim sklepie (dzisiaj dowieziono ulubioną Fredową kiełbę z Liszek). Była potrzeba, wyszło jak zwykle: z powodu cheddara wskoczyliśmy w swoje najlepsze ubrania, przygoda rozwlokła się na ponad trzy godziny. 

W kawiarni zaczepiła mnie Kristina, porozmawiałyśmy chwilę, na tyle na ile mogłyśmy z Aurą na plecach, udającą, że nas nie widzi (musiała nas przecież minąć schodząc z piętra). Kristina robi kursy dokształcające, niedługo już pobaristuje, good for her, jest za dobra na to miejsce z menadżerką. Wyszliśmy ożywieni, nucąc melodyjkę z "Zaczarowanego ołówka", życząc dobrze Kristinie.

Poddałam się w temacie narcyzowym na ten rok i kupiłam to, co było, a był Jetfire, odmiana karłowata. Tak więc do żonkila i narcyza podwójnego (pełnego) w kolejnej doniczce dołączył kultywar cyklamenowaty, zobaczymy jak nam zakwitnie.

Przy kalafiorze z beszamelem był story time. Otóż zawdzięczamy tę potrawę czasom, gdy małżonek periodycznie studiował w stolycy na wydziale Inżynierii Sanitarney i Wogle. Na tym samym wydziale studiowała Beata, ówczesna dziewczyna Freda, która była wegetarianką. Kochany chcąc jej zaimponić nie nadwyrężając przy tym swojego budżetu, wynalazł przepis na kalafior z beszamelem w weekendowym dodatku Gazety Wyborczej. Beata zniknęła z Fredowego życia, kalafior z beszamelem pozostał.

Obcięłam Fredowi włosy.

środa, 13 stycznia 2021

393. Proszę pana, mój mąż powiedział, że Ferrari jest do dupy ...

Kręciłam się w łóżku, zbyt wczesne pójście spać kompletnie zdezorganizowało mi sen. Wstałam akurat, żeby dać buzi Fredowi, który zaraz frunął na zachód. No i dofrunął ... do Drołdy, z dwadzieścia minut później zadzwonił, że po ciemku wjechał w dziurę i rozwalił koło. Na szczęście nic mu się nie stało. Dość szybko autko zostało odholowane w ramach ubezpieczenia pod mechanika i udało się wymienić koła (wszystkie, wybiegając myślą do przeglądu) jeszcze dzisiaj. I tak to, zamiast kilku setek do przodu, kilka setek do tyłu. Fred dwa razy przewiózł się autobusem nr 168, a po jego powrocie, nad kopiastymi talerzami spaghetti, opowiadaliśmy sobie, co zrobilibyśmy z wielką kasą. Wychodzi na to, że trzeba byłoby to trzymać w sekrecie przed Wu. Jeszcze zapisuję, że mężowi podoba się Aston Martin, choć nie pogardzi też Mercedesem klasy G. I dostałam przez Freda pozdrowienia od Kristiny, dobra dziewczyna, widać wróciła już z macierzyńskiego. Anne zaś faktycznie przedłużyła wizytę u rodziców, ale pewne jest już, że wraca do domku po drugiej stronie ulicy pod koniec stycznia (teraz przypomniałam sobie jej nocną wiadomość).

Wieczór był syty i ciepły, ale Fred za długo trwał w napięciu, więc już przed siódmą poszedł odsypiać absurdalny czas pobudki. Zatopiłam się w oglądaniu Jane Austen: Behind Closed Door, dokumentu BBC z Lucy Worsley. Nie wiedziałam, że pierwszy dom Austen, w którym pisarka spędziła ponad połowę swojego życia, nie istnieje. Nadal jest za wcześnie na sen, ale jednocześnie czuję znużenie. To był długi, deszczowy dzień.