Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jane Austen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jane Austen. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 października 2025

2132-2133. Łikęd.

Sobota
Wieje (czyli zmiana pogody na gorsze po całym tygodniu bezwietrznej halołinowej ponurości). 

Ach, jak miło mieć męża w domu. Przynajmniej po przebudzeniu się, bo Kochany zaraz musiał lecieć. Dzień oglądania drugiej części DiU (trzy kolejne odcinki, znaczy). Z myszami, oczywiście.

Rozmawiałam z mamą, pytałam ją, czy gdzieś nie zlokalizowała Fredowej apaszki. Wieści z Polski takie, że Józia wczoraj chorowała (dzisiaj lepiej).

Jako że robiłam binge-watching, a na dworze deszcz, nie było za wiele miejsca na przygody. No i spoczko. Widocznie potrzebowałam regresji, typowej nastoletniej soboty, gdy nie odpowiadam za nic i nic mnie nie obchodzi. Kontynuując niemyślenie, po tym jak Kochany, bardzo zmęczony, wcześniej poszedł spać, oglądam Gosię w kuchni.

Niedziela
Ależ pogoda! Godzina 8:30, leje, wieje, mrok. Kochany właśnie wyszedł do pracy, jeszcze w tej fatalnej pogodzie opróżnił nam śmietnik (w tym celu trzeba wyjść do ogrodu na tyłach, zaledwie kilka metrów, ale brrrr). Siedzę pod kotem (Mania weszła mi na ramiona i patrzy, jak stukam w klawiaturę), drugi kot cichcem wysiudał mnie z fotela, gdy poszłam po zieloną herbatę. 

edit 9:05 właśnie zobaczyłam małą dziewczynkę pod wielkim parasolem, zmierzającą do domku sąsiada. W Kuchniosalonie nadal włączone światło, na zewnątrz ćmok. Stan myszy na godzinę punkt 9, po wysiudaniu Kotamamy z fotela, gdy je zapytałam, czy zamierzają tam nadal siedzieć:


To było pięć minut temu, zaś chwilę temu Mańka zaczęła chrapać.
___
edit 16:05 W końcu zza chmur wyjrzało słońce. W końcu podcięłam sobie grzywkę — nadal to nie to samo, co w maju, do tego trzeba byłoby ciachnąć jeszcze z centymetr, ale się boję, fryzjerka ma pewniejszą rękę. Niech się uleży, może w tygodniu skrócę bardziej.

Myszy mają niesamowitą wprost zdolność usłyszenia, że otwiera się wołowinkę, albo jakiejś inne dobre mięsko. Dobiegnięcie do lodówki ze startem z  pozycji śpiącego kota zabiera Mańce sekundę. Teraz kocóreczki znowu drzemią, tym razem osobno. A ja łażę w szlafroku, w takim stanie doczekam już do przyjazdu Kochanego, potem oboje wypindrzymy się na wyjazd do Ka&Jot.
___
edit 23:30 U Ka&Jot pizza, herbata i dwa kolejne odcinki 1670

Anne przesłała nam tekst, że Katlin jest od dwóch dni w szpitalu, ale najwyraźniej to nie rak. Dobre wieści zawsze w cenie. 

Pod kołderką. Jeden wiersz Fossego i spać.

sobota, 9 marca 2024

1544. Sennie.

Przez cały poprzedni wieczór, noc i dzisiejszy ranek mocno wiało. Sobota na lenia. Chyba zrzuciłam z siebie zmęczenie, które przygniatało mnie wczoraj do łóżka. Niespiesznie zjedliśmy z Kochanym śniadanie i zajęliśmy się niczym (1/3 tego czasu przełaziłam w szlafroku susząc włosy i czytając powieść). Około czwartej skończyłam Death Comes to Pemberley P.D. James (Faber & Faber, 2022). Mogłaby być lepsza; tak jak wcześniej słyszałam, rzeczywiście serial bardzo rozwinął niektóre wątki. Na wieczór mieliśmy zaproszenie do Ka&Jot, tylko wcześniej obiad trzeba było spreparować. W czasie grzebania w patelni zadzwoniłam do mamy, żeby jej powiedzieć, że nic nowego się nie dzieje. Tatko do tej pory nie był u lekarza z wszystkimi wynikami. Przejrzałam dwie oferty UTW i przesłałam je mamie. U przyjaciół tylko Ka, który zapodał nam jabłecznik z lodami, herbatę i dwa kolejne odcinki 1670. Już w domu.

sobota, 25 listopada 2023

1440. Odpoczywamy 1.

Wczoraj Fred pierwszy raz po letniej przerwie nasypał ziarna do karmników i wystawił kulki dla szpaków. W sam raz, ponieważ poranek przyprószył ogród szronem. Przy śniadaniu zdarzyła się wspaniała rzecz: zadzwonił elektryk i zapowiedział się z wyprzedzeniem (świat się kończy - zazwyczaj specjaliździ dzwonią stojąc już przed domem, albo na 10 minut przed wizytą). Elektryk przyjechał w samo południe, postukał, popukał, wlazł na strych i z góry przetknął nowy przewód. Poza tym przyjechał, bo jest podwykonawcą (jego firma, jego piniądz). Elektryk naprawił, Kochany zrobił jeszcze dwie dziury w ścianie, żeby zawiesić na niej odkurzacz (tak jak miało być na początku) i ponieważ na zewnątrz jeszcze tliło się chłodne, słoneczne popołudnie, wyszliśmy na spacer nad morze:


Po spacerze od razu pojechaliśmy do Drołdy, najpierw na kawę do zatłoczonej Costy, potem na spacer po TK Maxxie (w celu obczajenia potencjalnych prezentów dla sąsiadów). Stało się więc tak, że z zaskoczenia kupiłam Sanditon Jane Austen ze wstępem-esejem Janet Todd (Fentum Press, 2019).

Muzycznie dzisiaj znowu Jethro Tull, Minstrel in the Gallery (1975/2002) oraz Van der Graaf Generator z Pawn Hearts (1971). Małżonek zrobił obiad, którym opchałam się do rozpęku. Późniejszym wieczorem obejrzeliśmy rodzinno-egzystencjalny dramat psychodeliczny z życia wampirów, Tylko kochankowie przeżyją Jarmuscha (2013). Recenzja: ptasie mleczko.

czwartek, 29 czerwca 2023

1291. Zwykłe rzeczy.

Mam wrażenie, że nie obudziłam się aż do dziewiątej, chociaż wiem z całą pewnością, że wcześniej  w kawiarni popijałam macchiato czytając artykuł o tym, jak mógłby wyglądać pan Darcy, gdyby był realną postacią z epoki. W pracy regularnie, pokręciłam się tu i tam, nie wydarzyło się nic niezwykłego; ogólnie panuje radosna atmosfera związana z kończeniem pewnego etapu; najpierw będzie konfetti, potem papierologia i spowolnienie (Luiza śmieje się wszystkimi zębami, bo za kilka miesięcy wyjeżdża do Somerset i nie wraca). Kochany w domu o siódmej. Na obiad rzeczywiście gulasz (z zamrażarki), do tego placki ziemniaczane i ogórki małosolne (przyniesione z polskiego sklepu), wszystko to zjedzone pod wywiad z Davidem Byrnem. Potem do Freda zadzwoniła Krakuska (z okazji imienin, z córką i mężem w tle). Doszło do okazywania koszulek (w koty) i spodni (moich, w jeże) oraz do skrótowej wymiany njusów o świecie. Piękni ludzie. Nie wiedziałam, że Fred miał imieniny, on też nie wiedział, ale to nic nie szkodzi. W temacie pisanek nadal umysłowy zator, spowodowany także tym, że spora część została już napisana i nie mogę się przemóc, żeby otworzyć pliki. Tak czasami mam, że chcę uciec od wszystkiego, zmienić temat, zacząć zajmować się czymś zupełnie innym, nie podlegającym ocenie, nie dającym nikomu żadnych korzyści.

niedziela, 1 stycznia 2023

1112. Artretyczny pierwszy stycznia.

W nowy rok weszłam z bólem ramion i z kotem nadal kręcącym nosem nad jedzeniem. Jedno i drugie dezorganizuje mój optymizm. Rano było jednak trochę więcej światła niż wczoraj i zmotywowało mnie to do spaceru nad morze (na ramiona dodatkowa warstwa swetra):

Morze zabrało to, co dało wczoraj, duże muszle ślimaków zniknęły. Jeśli ktokolwiek, tak jak ja, zastanawiał się, jak się robią ślady po pąklach na różnych morskich płaszczyznach, proszę bardzo, muszla z pąklami i śladami po nich na jednym obrazku:

A tu meduza (odpływ jeszcze zdążył zamoczyć mi buty), najprawdopodobniej beczkowata, rhizostoma pulmo:

Parę osób kapało się w lodowatej wodzie, ogólnie spacerowiczów nie za wielu, kilkorgu powiedziałam happy new year, podobnie zresztą jak później Dżejmiemu, który wyszedł przed dom zapalić papieroska w swojej pidżamie w hamburgery (wyglądało to jak pidżama, choć mógł to być jego strój odświętno-elegancki). Coś tam burknął, że nie za bardzo czuje ten nowy rok, jak to Dżejmi.

Na kalendarz'23 zostały naniesione pierwsze daty: tomograf Freda w lutym i Aida Verdiego w kwietniu (Kochany właśnie kupił bilety). Była rozmowa z tatkiem (2x; w Polsce bardzo ciepło) i z mamą (2x; prawie już jest zdecydowana na emeryturę, ja pozwalam sobie wątpić w te niby plany). Przez resztę dnia bardzo słabo się mam w temacie robienia rzeczy pożytecznych, mitrężę czas na genealogii, dumaniu o głupotach, słuchaniu muzyki; po prostu chciałabym zasnąć, albo uciec w magiczną krainę bez deadline'ów (co na jedno wychodzi). Częściowo to pewnie przez kota, oboje się mu przyglądamy, próbuję czytać w kocich myślach, czy to bardziej uszy, czy brzuszek. Fred nie mógł się rozleźć tak zupełnie, bo znowu ma pracę od dziesiątej wieczorem i wróci jutro po wschodzie słońca. Na zakończenie dnia zaserwowałam sobie podobno najgorszą ekranizację Jane Austen, Perswazje (2022) z Dakotą Johnson. Sama nie wiem. Jeśli chodzi o poziom krindżu, recenzja FishTalking bije film na głowę ;)

wtorek, 3 maja 2022

868. Postanowienie.

Im mniej do roboty, tym bardziej nie nadążam — takie ciekawe zjawisko psychologiczne. Po wielu dniach przerwy nachodzą mnie pytania w stylu to co ja miałam zrobić i na kiedy? Bardzo frustrujące, chociaż domyślam się że część tego poczucia to zwykłe niewyspanie. Ale zasiadłam do drugiego spotkania CBT jako tako otwarta na to doświadczenie. Tyle, że to dopiero popołudniem. Wcześniej Kochany wyjechał do pracy, a ja wyszłam na spacer nad morze jednocześnie rozmawiając z tatką, który zadzwonił z chęci pokazania swojego "rodos" (mama w tle puszczała stare, francuskie piosenki). Zrobiłam prasowanie, ugotowałam rosół i przy okazji obejrzałam w końcu Przyjaźń czy kochanie (2016). Jak się spodziewałam po oziębłych recenzjach, film jest raczej żartem, kpiną z podgatunku, Beckinsale świeci wielkimi zębami i razi opaloną twarzą, a niedawno odwiedzony przez nas Russborough House widać wyraźnie na samym początku (później już lokalizacji tak nie analizowałam). Postanawiam sobie iść zaraz spać i jutro wstać jako wypoczęty człowiek.

niedziela, 21 listopada 2021

705. Nieróbstwo.

Dzisiaj to już naprawdę, nic a nic, żadnej aktywności sensownej, tylko jedzenie wpycham sobie w otwór gębowy. Po trzeciej z kolei nocy pełni księżyca jasnej nie do uwierzenia, dzień słoneczny i przeraźliwie zimny. Wyszłam po południu na moment, tylko do ogródka, żeby uzupełnić zapasy w karmniku, w zasadzie już na jutro, bo zaczynam poniedziałek wcześnie.

Fred dochodzi do siebie po wczorajszych ekscesach kulturalnych. W pałacu nadal żywego ducha, oprócz pana Krzysia, który rano zrobił mężowi śniadanie. Dostałam wiadomość od Justy z gratulacjami, że mam takiego zdolnego męża. Nie moja to zasługa, ale się zgadzam :). Bardzo dawno się nie widziałyśmy na żywo, może przyszły rok będzie tym rokiem.

Dzwonię do rodziców bez powodu, chociaż w międzyczasie wynajduję pretekst, proszę o sprawdzenie, czy przypadkiem nie mamy w biblioteczce antycznego wydania Doktora Faustusa. Tata znajduje tylko Buddenbrooków.

Pod wieczór niespodziewanie puka do mnie Anna z zapytaniem, czy wszystko w porządku, bo nie widziała mnie ani kota już jakiś czas. Wcześniej dzwoniła nawet do Freda. Zaprosiłam ją do środka, zasypałam słowami. 

A co teraz będzie? Perswazje (2007) z Sally Hawkins, które dobrze znam i lubię, więc są idealne na taki dzień. Pewnie jeszcze porozmawiam z Kochanym. Okno zamknięte, kot drzemie, dobra noc.

czwartek, 18 listopada 2021

702. Zdarzyło się w czwartek.

Oczywiście spałam nie za dobrze, już o piątej wylazłam z wyrka w nadziei, że wypiję ciepłą herbatę i to mnie zmęczy na dwie godzinki dodatkowego snu. Trochę się udało. 

W pracy standard, niepotrzebnie dźwigałam laptopa taki kawał, ręki nie czuję.

Zwykła pizza na cienkim cieście, margarita z Tesco, która robiła za obiad, bo wychodziła z daty, okazała się lepsza, niż się spodziewałam. Pochłonęłam ją prawie całą przed spotkaniem na zoomie z dziewczynami z projektu. 

Zadzwoniłam do Ka, żeby mu podziękować za propozycję przywiezienia mi po drodze jakichś cięższych zakupów. Ogarniam i pomocy nie potrzebuję, ale zawsze to miło usłyszeć i mieć jakieś extra opcje.

Fred zatrzymał się w tym samym pałacu, w którym mieszkaliśmy w sierpniu, drzwi obok. Jest w budynku sam z duchem Dorothei. Rozmawiam trochę wieczorem, nie tylko z Fredem zresztą, także z tatkiem (mama od razu założyła dzisiaj do pracy swój prezent, zielony T-shirt) i z Kaś Matką Kotów, która przesłała mi zdjęcia wychodzącej sąsiadeczki (na czterech kocich łapkach). Ciekawostka: Kaś w nowym roku ponownie się przeprowadza, tym razem na własne. Delektuję się rzutami jej przyszłego mieszkania, z pewnością ją odwiedzimy. Przez foliarzy Kaś cięgiem w robocie do 20, nawet w soboty; kiedyś to sobie odbije, spotkamy się, wygłaskamy koty, na razie tyle jej, co sobie pogada ze mną o ludzkiej głupocie.

Na dobranoc będą klasyczne Perswazje (1995) z Ciaranem i Amandą, moje najulubieńsze.

niedziela, 8 sierpnia 2021

600. Odliczam.

Sobota zakończyła się dla naszych sąsiadów dramą. Przed jedenastą wieczorem złodziejaszki próbowały świsnąć Majkelowi, mężowi Anne, katalizator z samochodu, który stoi dosłownie 10m od naszego domu. Akurat oglądaliśmy film, nic nie słyszeliśmy. Na szczęście straż obywatelska starszych pań działa. Przyuważyła ich Margaret i zadzwoniła do Katlin. Ktokolwiek to był, zwiał bez łupu wystraszony przez starszą panią.

Niedziela za to bez wydarzeń. Zjedliśmy z Kochanym dobry obiad (kacze udka, młode kartofelki, kalafior z tartą bułką, pomidorki w śmietanie), potem rozmawiałam dłużej z mamą, która pokazała mi ogród i tatkę malującego starą huśtawkę, żeby była ładna, gdy przyjedziemy. Po południu Fred wyruszył w trasę — zaczął kolejną serię zleceń, będzie tego z sześć dni pod rząd. Małżonek pomachał mi z Dublina i pokazał jak króliki ruszają nosami. Pogoda w kratkę, z rana deszcz, potem trochę ładniej, nawet pogodnie. Dałam sobie spokój z przygotowaniami do tutoringu we wtorek, skoro i tak jutro jadę z laptopem do Centrum i będę tam coś klikała. Zamiast wynajdować sobie pracę, dość szybko wskoczyłam w szlafrok i obejrzałam Opactwo Northanger (2007) — widziałam tę adaptację kilka lat temu, nie jest bardzo zła. Jeszcze chwila, sen mnie jeszcze nie morzy.

czwartek, 6 maja 2021

506. Czwartkowe ocieplenie.

Noc była zimna, tymczasem dzień (po wyjeździe Freda do pracy i śniadaniu) zachęcił mnie do spaceru nad morze. Dawno już nie było tak pięknie.

Woda skrzyła się w słońcu, fiszendczipsiarnia już śmigała (przed południem!), na płyciźnie, dosłownie sto metrów od plaży dwa kutry na połowie, dalej w kierunku ujścia Boyne kolejne trzy, daleko na horyzoncie półwysep Howth unosił się w powietrzu. Wracałam alejką z domkami letniskowymi i przez parking dla przyczep. W jednym miejscu usłyszałam miły dźwięk rozkładania talerzy, w drugim wietrzyły się pokoje, w trzecim przez otwarte drzwi słychać było dźwięk irlandzkiego stacji radiowej.

Przez resztę dnia zbijałam bąki, a pod wieczór obejrzałam kolejną adaptację Emmy (1996), tym razem z Kate Beckinsale. Zaskakująco ta wersja się mi podoba, wychodzi poza pastelowe kolory. W trakcie oglądania z Północnej wrócił mój Kochany, który znowu kupił mi prezent — kolorowe dżinsy Kleina i do pary kolorowe skarpetki Pringle. Spodnie pasują (na szczęście, są śliczne niebiesko-zielono-pomarańczowo-żółte, a ja jestem coraz grubsza). Czy ja jutro pracuję, czy nie pracuję, oto jest pytanie.

piątek, 30 kwietnia 2021

500. Zapis skrupulatny.

Ryszard nie wrócił na noc i spaliśmy przy otwartym oknie. Obudziłam się z wtulonym w nogi kotem (Fred był już w drodze do Sligo), który wstał na dobre dopiero w południe, w czasie mojej przerwy w pracy. Wyskoczyłam z łóżka przed budzikiem, żeby przygotować sobie sałatkę, którą miałam się zajadać pół dnia (a wyszło na to, że pochłonęłam ją o poranku). 

Po zmianie szybki spacer — gnałam jak wicher wyprzedzając chmurę, która wygrażała mi deszczem (rozminęłam się z kotem wracającym z przechadzki nadzorczej). Za plecami szara chmura, a na horyzoncie nad morzem niebieściutko i fatamorgana Howth unoszącą się w powietrzu. Pod domem pojawiłam się akurat na czas, żeby pomóc Annie odczepić od dachu kilka ostatnich gałązek bluszczu.

Odzyskałam zainteresowanie Sklepami cynamonowymi Schulza (MG, 2013), które jakiś czas temu doczytałam do połowy bez zrozumienia. Tym razem zachwyciłam się atmosferą i przy okazji podczytałam fragmenty pracy o motywie szaleństwa w Sklepach autorstwa pań Sienkiewicz

Podobno szykują się dwie ekranizacje Perswazji Jane Austen. Dwie ostatnie adaptacje (z Amandą Root i Sally Hawkins) bardzo lubię, mam nadzieje, że to będzie coś na tym poziomie.

Mój kochany wrócił ze Sligo po ósmej. Przez Newry. Na Północy są już otwarte TK Maxxy. Mam więc nowy sweterek od męża, kaszmirkowy Bartolini. Z Fredem przywiózł się ze Sligo także turystyczny aeropres.

Późnym wieczorem bardzo długa rozmowa przez messengera z Usz, o zmianie pracy, trenowaniu koszykówki, Wu, życiu naszych kotów.
___
Przepis na nitzę po mojemu (sałatka z tuńczykiem à la moi):
Dwie garści sałaty (dzisiaj Florette wild rocket & baby kale mix), dwa gotowane jajka, kilka łyżek konserwowej kukurydzy, kilka pomidorków koktajlowych, kilka krążków papryki, kilka krążków ogórka szklarniowego, pół puszki tuńczyka. Do tego sos z kremowego jogurtu + ząbek czosnku, sól i pieprz.

wtorek, 16 lutego 2021

427. Dzień naleśnikowy.

Przy błahej okazji zaczerpnęłam haust świeżego powietrza  i zamiar sam się powzioł — po obiedzie, gdy Fred wyposażony w napoje udawał się w kierunku Bray, wyszłam nad morze po prawie trzytygodniowej przerwie w samotnych przechadzkach. Temperatura zapowiadała się na 12°C, więc założyłam tylko jedną kurtkę i słusznie, wróciłam upocona jak mysz. Po drodze złapał mnie wiosenny deszcz, była więc i tęcza, szczyt przypływu, wybrzeże zmienione, na wydmach widać ślady po ostatnich sztormowych dniach.

Jeszcze przed spacerem zadzwonił do mnie tatko, jak zwykle pełen optymizmu. Razem z Fredem przez kamerkę pomachaliśmy babci Mani, która czeka i czeka, aż się u niej zjawimy.

Jest dalszy ciąg przygotowań do nowej pracy, Katrina poinformowała mnie esemesem o datach kursu z child protection. Jestem pewna, że miałam go przed pracą w Newry, ale to bez znaczenia. Druk z kontem bankowym wypełniony i wysłany.

Dokończyłam W świecie Jane Austen, a skoro i tak już szorowalam po dnie, obejrzałam także najnowszy odcinek 1000-lb Sisters. Dziś pancake day, wykorzystałam przeterminowane mleko w ostatnim momencie (tak naprawdę to moment minął, mleka nie wąchałam, ale naleśniki wyszły dobre), a potem, pałaszując pancakesy, poddałam się pasji — znalazłam spisy ludności z 1790 roku, będę zapewne do późna ślęczała szukając nazwisk i numerów domów.

Poniżej, mój spacer:


poniedziałek, 15 lutego 2021

426. Chcę wtorku za tydzień.

Po północy Rysio przyszedł spać do naszego łóżka i przez kołdrę poczułam jak drżał. Wstałam i znalazłam w kuchni wymiociny — sprzątam, kładę się spać i martwię się na jawie i we śnie resztę nocy. Śniło mi się, że razem z Fredem walczyliśmy z jakimś śnieżnym tygrysem. Trochę pocieszał mnie fakt, że mamy kontener (przynajmniej tego nie trzeba organizować na cito). Fred obudził się pierwszy, bo na południe miał pracę w centrum Dublina. Kotu było już lepiej i ze smakiem zajadał śniadanie. Matka, nie martw się.

W ciągu dnia zrobiłam prasowanie oglądając Karty na stół (2006), kolejny odcinek z dziesiątego sezonu Poirota. Godzinę rozmawiałam przez messenger z mamą (także o kotach, tu i tam), z czego sporo czasu zabrało nam używanie nakładek na twarz i zaśmiewanie się z tego, jak wyglądamy. 

Wieczorem wrócił wiatr i natrętne myśli o planowanym locie do Polski połączone z prawie-pewnością, że z uwagi na obostrzenia w Irlandii nasz wyjazd nie dojdzie do skutku. W odruchu rozpaczy zainteresowało mnie W świecie Jane Austen (2008), telewizyjna kiszkagłówniekostiumowa dla starszej młodzieży. Byłam w połowie drugiego odcinka, gdy z pracy wrócił Fred i mnie uratował. 

Są różne smutne myśli obecne, jak widać. Przynajmniej jeśli chodzi o Niunię, niech już będzie wtorek za tydzień.

środa, 13 stycznia 2021

393. Proszę pana, mój mąż powiedział, że Ferrari jest do dupy ...

Kręciłam się w łóżku, zbyt wczesne pójście spać kompletnie zdezorganizowało mi sen. Wstałam akurat, żeby dać buzi Fredowi, który zaraz frunął na zachód. No i dofrunął ... do Drołdy, z dwadzieścia minut później zadzwonił, że po ciemku wjechał w dziurę i rozwalił koło. Na szczęście nic mu się nie stało. Dość szybko autko zostało odholowane w ramach ubezpieczenia pod mechanika i udało się wymienić koła (wszystkie, wybiegając myślą do przeglądu) jeszcze dzisiaj. I tak to, zamiast kilku setek do przodu, kilka setek do tyłu. Fred dwa razy przewiózł się autobusem nr 168, a po jego powrocie, nad kopiastymi talerzami spaghetti, opowiadaliśmy sobie, co zrobilibyśmy z wielką kasą. Wychodzi na to, że trzeba byłoby to trzymać w sekrecie przed Wu. Jeszcze zapisuję, że mężowi podoba się Aston Martin, choć nie pogardzi też Mercedesem klasy G. I dostałam przez Freda pozdrowienia od Kristiny, dobra dziewczyna, widać wróciła już z macierzyńskiego. Anne zaś faktycznie przedłużyła wizytę u rodziców, ale pewne jest już, że wraca do domku po drugiej stronie ulicy pod koniec stycznia (teraz przypomniałam sobie jej nocną wiadomość).

Wieczór był syty i ciepły, ale Fred za długo trwał w napięciu, więc już przed siódmą poszedł odsypiać absurdalny czas pobudki. Zatopiłam się w oglądaniu Jane Austen: Behind Closed Door, dokumentu BBC z Lucy Worsley. Nie wiedziałam, że pierwszy dom Austen, w którym pisarka spędziła ponad połowę swojego życia, nie istnieje. Nadal jest za wcześnie na sen, ale jednocześnie czuję znużenie. To był długi, deszczowy dzień.

niedziela, 13 grudnia 2020

362. Turnus rehabilitacyjny.

Nieżyjący już Bryan Marshall był uroczym kapitanem Wentworthem. Tymczasem dzień poza oglądaniem serialu prawie bez wydarzeń. Brzydki deszcz nagoniony przez porywisty wiatr, który przywlókł się po północy, zepsuł większość niedzieli. Kot zdruzgotany niemożnością cywilizowanego spaceru stracił apetyt i ze smakiem zjadł dopiero kolację. Wieczór był długi, układałam Klondike, szczegółów nie zapiszę.

sobota, 12 grudnia 2020

361. Liczenie do stu.

Fred zauważył z rana, że wczoraj dokonaliśmy wymiany: rękawiczki i koszula za salami. Rano przyszedł też fredowy prezent, niestety w złym rozmiarze, tzn. metka jest z rozmiarem takim jaki zamawiałam, ale chyba coś im się pomyliło przy przyszywaniu. Od samego pomysłu, żeby pisać list z prośbą o wyjaśnienie sytuacji chciało mi się wskoczyć pod kołdrę (od wczoraj łatwo się denerwuję i w ogóle mi się to nie podoba). Liścik napisałam bardzo miły, po policzeniu do stu. Odpisali szybko, ale mierzenie mogą zrobić dopiero w poniedziałek. Wełniana kamizelka ładnie pachnie. 

Fred wyprowadził mnie na spacer, żeby mu żona nie zwariowała. Przed wyjazdem rozmawiałam z mamą, bo chciałam jej pokazać jak wygląda na mnie nowa pomadka, jeden z dwóch kolorów Laury Mercier. Tak w ogóle to dokupiłam dzisiaj trzeci kolor, Rose Vif, ale najpierw był spacer małżeński certyfikowany w parku Oldbridge.




Znowu słońce zgasło za szybko. Późnym wieczorem, gdy mąż pochłaniał kolejne odcinki Sparkolacji, rozpoczęłam oglądanie Persuasion z 1971 roku.

360. Dwa borsuki.

Piątek.
Poranek rozpoczęłam nietypowo, dokańczaniem serialu Pride and Prejudice (1980) przypadkowo znalezionym wczoraj na dailymotion. Z powodu tej niespodziewanej przyjemności położyłam się spać o drugiej nad ranem — nie można go porównać wystawnością z wersją z 1995, z drugiej strony widać ogromny postęp w stosunku do paskudnej Emmy z 1972 i dziadersem w roli pana Knightleya. Aktor grający Darcy'ego ma głos niezwykle podobny do Colina Firtha.

Fredowi śniły się dwa ogromne, łagodne borsuki, które spały pod naszym łóżkiem i były bardzo rozczarowane, że małżonek je stamtąd wyprasza. 

Po wielu dniach przerwy wybraliśmy się nad morze, spokojne i wycofane, z błyszczącą plażą pachnącą zimową padliną i ostrygojadami biegającymi w poszukiwaniu lunchu. Po powrocie do domu i obiedzie sprawy przybrały obrót kryzysowy — nie dość, że wysiadały mi zatoki, przez 45 minut nie wiedziałam w co się przebrać. Finalnie pojechałam do przyjaciół ubrana w cokolwiek, prezenty im pasowały, a film Wiatr buszujący w jęczmieniu (2006) był tylko trochę uproszczony. Wróciłam zmęczona i teraz zakutana w szlafrok jak rycerz jedi marzę, żeby przyłożyć głowę do poduszki.

sobota, 17 października 2020

304-305. Piątek i sobota.

Jeszcze nie wiem, czy spacer. Wiszą nad nami paskudnie smoliste chmury, tylko nad morzem przebija jasny pasek horyzontu. Chmury stoją i się gapią w dół. Nie pisałam o tym, co wczoraj, bo wczoraj był dzień zawiechy. Na spacerze spotkałam Uśmiechniętą Kathleen, która mnie pobłogosławiła (akurat leciuchno kropił na nas deszcz). Potem dręczyłam męża drugim odcinkiem DiU w oryginale. Obejrzeliśmy też dwa filmy Zaorskiego, Awans (1974) i Kaprysy Łazarza (1972). Ten pierwszy ma swoje dobre momenty. Poza tym Fred odpoczywał po nocnym powrocie z pracy, więc żadnych ekscesów, ot byliśmy sobie całkiem miło. I mąż pochwalił mi się zakupem — spodniami w kratę i zajebistymi szelkami, obydwie rzeczy od RL.

Przy takiej pogodzie za oknem nadal słyszę jakieś ptaszki.
__
edit 12:00 Poszłam, a nawet na samej plaży puściłam się galopem. Na plaży spotkałam Gráinne, która prowadziła jogę dla kilku pań — kurtki i gołe stopy, obmywane przez przypływ. W drodze powrotnej widziałam czarnego kotka, który przytulił się do murku, gdy go zaczepiłam Hey, I see you, i pana obkopującego krawężniki z chwastów, i deszcz, który z opadającej mgiełki zamienił się w hoży kapuśniaczek, gdy byłam 100 m od domu. A teraz herbata z miodem i gra nam Pink Floyd płyta Meddle (1971).
___
edit 21:30 Zrobiłam Fredowi postrzyżyny, zjedliśmy obiad, potem mąż sam pojechał na zakupy spożywcze, w tym czasie czytałam książkę, obejrzałam dodatki na dvd DiU i porozmawiałam z rodzicami (jeże wprowadziły się do budy po zmarłej Lali, pewnie będą tam zimowały). Kotu dobrze się śpi przy pierwszej płycie Metallici.
___
edit 22:20 Wu w poniedziałek wychodzi ze szpitala. Słuchamy tej świetnej płyty Soyki nagranej live w Teatrze Stu w 1989 roku.

środa, 14 października 2020

302. Jeden z tych jaśniejszych dni.

Szary poranek o ósmej specjalnie dla mnie zamienił się w słoneczne przedpołudnie, więc minęłam dwie panie, które przed domem okutane w kocyki grzały się w słońcu i pana z czarnym psem podobnym do naszego zmarłego Grahamka, żeby dojść do morza w przypływie. Żałowałam, że nie wzięłam aparatu, były piękne fale. Po powrocie zagadałam do taty i babci Mani. Tata już udekorowany w golf i uczesany na Cary Granta wybierał się po mamę. Wypytałam babcię o jej pożyczoną suknię ślubną — babcia miała ją od koleżanki, Marii Szymańskiej. Do tego założyła wiśniowe buty. Rozmawiamy potem z Fredem o polskiej wsi, o tym jak wszystko się zmienia.

A to już fotki ze spaceru popołudniowego:



Przypływ wracał, miałam aparat. Po krótkim spacerze we dwoje (chłodny wiatr) pojechaliśmy na zakupy spożywcze, żeby wrócić przed zachodem słońca. W Tesco Fred kupił rocznicowe dvd Dumy i uprzedzenia (1995), niestety płyty nie odpalają na naszym odtwarzaczu, jest to raczej wina odtwarzacza, a nie płyt. 
___
edit 00:13 Na komputerze oglądamy z Fredem szerlokowy odcinek The Second Stain, a po nim pierwszy odcinek DiU. Mąż ogląda ze mną babskie filmy, na dodatek w oryginale, świat się kończy. Wszystko wskazuje na to, że przed jego skończeniem wejdzie rządowy zakaz sąsiedzkich odwiedzin na terenie całego kraju, tak ogłoszono wieczorem. Do męża na mejla teściowa przysłała przepisy na domowej roboty lekarstwa na covid. Ni ma żartów.

środa, 23 września 2020

281. Nowa znajomość, muchy i serial o czasach georgiańskich.

Spacer nad morze trwał dzisiaj ponad godzinę i wspaniale się po nim czułam. Tylko lekkie podmuchy wiatru, choć gdy Fred powitał mnie w drzwiach całusem, powiedział, że mam zimną twarz. Otuliła mnie jesień, i nawet rzuciła we mnie stadem much wyklutych w butwiejących wodorostach. Szłam i czułam jak odbijają się od kurtki te czarne zarazy. Z każdym dniem na plaży jest coraz chłodniej, jutro może już nie być tak miło, może muchy też się orientują, że trzeba działać szybko. W drodze do domu w końcu zaczepiłam Uśmiechniętą Kathleen, akurat szła z rybnego w porcie. Mieszka tu od siedmiu lat, jutro będzie obchodziła 71 urodziny. Pochodzi z countryside, ale mówi bardzo czysto, ma uroczy, zrozumiały akcent i dużo się uśmiecha. Ma sześcioro dzieci i dziewięcioro wnucząt. Jeden jej syn jest lekarzem od płuc w Nowym Jorku, drugi pracuje w Londynie i ma za żonę Rwandyjkę, a jedna z córek jest nauczycielką w Australii. No i jeszcze miała kiedyś raka pęcherza moczowego, not fun at all. Wszystkiego dowiedziałam się w czasie dziesięciominutowej pogawędki. Oraz, że mam blessed smile i wyglądam jak siedemnastolatka — gruba przesada, ale łasa jestem na komplementy. Po powrocie do domu zrobiłam obiad, potem Fred pojechał do Swords. Jeśli nie pojawi się nic nowego, kolejne zlecenie będzie miał w przyszłym tygodniu, mamy więc kilka dni dla siebie. Po południu spadł niespodziewany (jedna, złośliwa chmura, która ustawiła się nad wsią tak, żeby nie było jej widać z okna) i bardzo silny deszcz, dzięki któremu pranie suszone w ogrodzie jest teraz bardziej mokre niż było, gdy wyciągnęłam je z pralki. Pod wieczór sama siebie namówiłam na mini-serial Śmierć w Pemberley (2013), całkiem przyjemne skrzyżowanie Austen z Agathą Christie. I cóż, czekam na Freda, który właśnie przed chwilą zadzwonił, że bateria w telefonie jedzie na oparach, a końca zmiany na razie nie widać.