Od rana na ściśniętych pośladach, pastuję buty, bo nie wypastowałam, pakuję plecak, bo nie spakowałam do końca. Męczy mnie, że jeszcze muszę trzy godziny w pracy odpękać.
Po odpękaniu jazdy obowiązkowej i wysłaniu rozliczenia godzinowego zmieniam spodnie w toalecie i ruszam ulicą na spotkanie Kochanemu. Zachodzimy do Il Forno - niewiele się nam podoba, zamawiamy cannelloni, nawet jadalne, ale bez finezji (sos pomidorowy dominuje smak). Po obiedzie idziemy do Czarnej (Pani Stempelek 2 jest chojna, druga baristka czyta Grahama Nortona, A Keeper).
W drodze do samochodu jeszcze kupuję tabletki na gardło i lecim. W stolicy byliśmy w sam raz, tak, że nie trzeba się było z niczym spieszyć. Kupiliśmy kartkę okolicznościową dla młodej pary, reszta to same przyjemności. Lot częściowo z turbulencjami, na końcu zaś zaskoczenie: Lublin przywitał nas śniegiem. Wypożyczonym autkiem (mała mazda na automacie) sprawnie doturlaliśmy się do NA około jedenastej wieczorem. Świekra (już w papilotach, opatulona szlafrokiem) nakarmiła nas śledziami, wygrzałam się pod gorącym prysznicem i kuruję gardło balsamem jerozolimskim (jeszcze od świekra). Plan: myć zęby i spać.
* zdjęcie wklejone po powrocie z wyprawy.





