Pobudka była wczesna, piąta rano, na szczęście rodzice mają zwyczaj bardzo wcześnie budzić się do pracy, więc im nasza ekstraporanna eskapada nie przeszkadzała. Musieliśmy być kwadrans po ósmej na Nadodrzu, żeby z dworca kolejowego odebrać Pana Od Espresso. Wszyscy mamy wolny rozruch, koty jedzą śniadanie najszybciej.
Wyjechaliśmy z domu przed rodzicami. Asnyk wiozący PoE był trochę spóźniony, mogłam podziwiać przedwojenny dworzec ulegający entropii oraz zauważyć, że ogłoszenia są w trzech językach: polskim, angielskim i ukraińskim, bo takie są czasy. Lubię pociągi. Po przywitaniu z PoE cisnęliśmy dalej. Najpierw El Gato na Gubińskiej, następnie podróż do Jeleniej i brunch w Skradli Widelce (maciupka sytuacja, dosiedliśmy się do Lesława z rodziną, pierogi z jagodami boskie) → spacer Jelenią (→ bazylika mniejsza Erazma i Pankracego → napitki w Aroma Cafe → mijanka z cerkwią Piotra i Pawła → krótka wizyta w kościele garnizonowym, co łaska 5 złotych). GPS w telefonie i skręt w ściernisko. O miejscu Agniechy nie miałam wyobrażenia, dałam się zaskoczyć z wielką przyjemnością. Łąka za płotem śpiewa. Ciepło bardzo.




