Chodził lisek koło drogi, Fred go widział o poranku, jednak dokumentacji fotograficznej na ten temat brak ;) Poranek był za to we troje + wędlina (wczoraj po wizycie w Skradli Widelce Kochany nakupił prowiantu od znajomego Janusza; nasza gospodyni zajęta, więc i my postanowiliśmy się zająć). Po śniadaniu wyjechaliśmy zaobserwować okoliczności przyrody: woda mineralna i kawa były pite w Świeradowie Zdroju (woda absolutnie w deskę, mąż kupił dwie butelki dla rodziców; na horyzoncie granatowa chmura; dopiero wieczorem zorientowaliśmy się, że nad Jelenią przeszła nawałnica, a my przez cały dzień unikaliśmy deszczu jak Yosarrian ostrzału artylerii przeciwlotniczej) → na zamku Czocha obeszliśmy dziedziniec (w środku policyjne szyszki miały jakieś spotkanie branżowe) → kluski śląskie zostały zjedzone w Lubomierzu (restauracja w kątku placu Wolności, popiłam obiad wodą mineralną o nazwie Wysowianka, zachwyt powszechny) → w Pławnej oblukaliśmy twory Milińskiego → w pałacu Lenno zjadłam sernik z widokiem na Karkonosze → na zamku kupiłam przypinkę z duchem gór, gdy panowie wspinali się na wieżę. Towarzyszyła nam dziwna, duszna pogoda, kręcące się tu i tam zachmurzenie.
Lecieliśmy zygzakiem mijając grykę jak śnieg białą (gryka towarzyszy nam od wczoraj, nie wiem, o co chodzi, widzę ją wszędzie), PoE trza było w końcu ruszać do domu, pojechaliśmy więc z nim do Bolesławca i rozglądania się po okolicy było najwyraźniej za dużo, bo ... spóźniliśmy się na pociąg. Poczekaliśmy z PoE na przelotową Saxonię; było machanie rączętami, było trącanie się doopkami (pisałam już, że lubię pociągi — przejazd towarowego ekscytujący). W drodze powrotnej do Agniechy zatrzymaliśmy się w Bolesławcu tylko na chwilę w celu zrobienia zakupów spożywczych w owadzie. U Agniechy jedzenie i pogaduchy bez Agniechy. Kochany zadzwonił do pana Krzysia, zamówił nocleg na jutro w Miasteczku.



















