Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pan Od Espresso. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pan Od Espresso. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 lipca 2026

2401. Dzień piąty.

Chodził lisek koło drogi, Fred go widział o poranku, jednak dokumentacji fotograficznej na ten temat brak ;) Poranek był za to we troje + wędlina (wczoraj po wizycie w Skradli Widelce Kochany nakupił prowiantu od znajomego Janusza; nasza gospodyni zajęta, więc i my postanowiliśmy się zająć). Po śniadaniu wyjechaliśmy zaobserwować okoliczności przyrody: woda mineralna i kawa były pite w Świeradowie Zdroju (woda absolutnie w deskę, mąż kupił dwie butelki dla rodziców; na horyzoncie granatowa chmura; dopiero wieczorem zorientowaliśmy się, że nad Jelenią przeszła nawałnica, a my przez cały dzień unikaliśmy deszczu jak Yosarrian ostrzału artylerii przeciwlotniczej) → na zamku Czocha obeszliśmy dziedziniec (w środku policyjne szyszki miały jakieś spotkanie branżowe) → kluski śląskie zostały zjedzone w Lubomierzu (restauracja w kątku placu Wolności, popiłam obiad wodą mineralną o nazwie Wysowianka, zachwyt powszechny) → w Pławnej oblukaliśmy twory Milińskiego → w pałacu Lenno zjadłam sernik z widokiem na Karkonosze → na zamku kupiłam przypinkę z duchem gór, gdy panowie wspinali się na wieżę. Towarzyszyła nam dziwna, duszna pogoda, kręcące się tu i tam zachmurzenie.

Lecieliśmy zygzakiem mijając grykę jak śnieg białą (gryka towarzyszy nam od wczoraj, nie wiem, o co chodzi, widzę ją wszędzie), PoE trza było w końcu ruszać do domu, pojechaliśmy więc z nim do Bolesławca  i rozglądania się po okolicy było najwyraźniej za dużo, bo ... spóźniliśmy się na pociąg. Poczekaliśmy z PoE na przelotową Saxonię; było machanie rączętami, było trącanie się doopkami (pisałam już, że lubię pociągi — przejazd towarowego ekscytujący). W drodze powrotnej do Agniechy zatrzymaliśmy się w Bolesławcu tylko na chwilę w celu zrobienia zakupów spożywczych w owadzie. U Agniechy jedzenie i pogaduchy bez Agniechy. Kochany zadzwonił do pana Krzysia, zamówił nocleg na jutro w Miasteczku.





poniedziałek, 13 lipca 2026

2400. Dzień czwarty.

Pobudka była wczesna, piąta rano, na szczęście rodzice mają zwyczaj bardzo wcześnie budzić się do pracy, więc im nasza ekstraporanna eskapada nie przeszkadzała. Musieliśmy być kwadrans po ósmej na Nadodrzu, żeby z dworca kolejowego odebrać Pana Od Espresso. Wszyscy mamy wolny rozruch, koty jedzą śniadanie najszybciej.

Wyjechaliśmy z domu przed rodzicami. Asnyk wiozący PoE był trochę spóźniony, mogłam podziwiać przedwojenny dworzec ulegający entropii oraz zauważyć, że ogłoszenia są w trzech językach: polskim, angielskim i ukraińskim, bo takie są czasy. Lubię pociągi. Po przywitaniu z PoE cisnęliśmy dalej. Najpierw El Gato na Gubińskiej, następnie podróż do Jeleniej i brunch w Skradli Widelce (maciupka sytuacja, dosiedliśmy się do Lesława z rodziną, pierogi z jagodami boskie) → spacer Jelenią (→ bazylika mniejsza Erazma i Pankracego → napitki w Aroma Cafe → mijanka z cerkwią Piotra i Pawła → krótka wizyta w kościele garnizonowym, co łaska 5 złotych). GPS w telefonie i skręt w ściernisko. O miejscu Agniechy nie miałam wyobrażenia, dałam się zaskoczyć z wielką przyjemnością. Łąka za płotem śpiewa. Ciepło bardzo.





piątek, 10 października 2025

2124. W drodze.

Nadszedł czas pakowania. Znowu. Po śniadaniu Kochany upchnął w walizce trochę koszul, które kiedyś zostawił u mamy z myślą, że nie będzie musiał przylatywać z cięższym bagażem. Czasy się zmienił, nie bywamy aż tak często. Mąż zdecydował się również na zabranie ze sobą obrazu wiszącego w salonie, obrazu-prezentu, wieki temu namalowanego przez wujka — będzie epopeja z jego dalszym transportem, albo i nie, może zawiśnie u moich rodziców. Ja z kolei wzięłam książkę Szyszkowskiej, Człowiek uwikłany. Żegnamy się. Pod stopami opadłe liściem. Wyruszamy tuż po 10. 

Na warszawską Pragę-Południe wtoczyliśmy się niemalże o czasie; PoE już czekał na nas w kawiarni No i co przy Kamionkowskiej, stolik zarezerwowany, napitki zacne, rozmowa, oglądam rysunki naszego blogowego kolegi, życzymy wszystkiego dobrego sprzedawcy w tiarze.

Jakby nie było fajnie, trzeba pozostawać w ruchu — podstawowa zasada życiowa. Przed trzecią musieliśmy jechać dalej: czekało na nas kolejne wydarzenie, spotkanie rodzinne w innej części miasta, w restauracji China Town na Ursynowie; nieoczywisty budynek, ale jedzenie dobre; wokół stołu trzech braci i ich partnerki, intrygująca mieszanka osobowości (Usz ze Szwagrowskim nie mogli uczestniczyć, z różnych powodów).

Po szóstej rozchodzimy się, każda para w swoją stronę. My do apteki, do samochodu i znowu w drogę. Część podróży na Dolny Śląsk odbyliśmy w drobnym deszczu (déjà vu z poniedziałku); chwilowy przystanek, jak często się nam zdarza, w Wiśniowej Górze, żeby Kochany mógł wesprzeć się kolejną kawą. Nogi i tyłek drętwieją. W końcu las, znajoma dróżka ukryta wśród drzew, brama jest otwarta, wystarczy przesunąć.

Dziwne takie wędrowanie, nigdy się zdumiewać nie przestanę, rano tam, wieczorem tutaj.

piątek, 20 września 2024

1739. Lepiej.

Potrzebowałam wyłazić z wyrka przed siódmą? Nie, ale wylazłam ;) Nie wiadomo po co, bo zrobiłam sobie herbatkę, przeczytałam coś w sieci, po czym wróciłam do łóżka, przytuliłam się do Kochanego i ... obudziłam się przed dziesiątą. Dzień był szary, ale odświeżający po wczorajszym wolnopłynącym stresie. Na śniadanie wędzona makrela, kawka, jogurt z granolą na drugie. Z tatkiem połączyłam się na chwilę mając nadzieję, że porozmawiamy o historiach rodzinnych, ale tatko na emeryturze nie zwalnia — w asyście kotów podważał płyty chodnikowe (a w zasadzie nagrobne), żeby je przemieścić wg nowego wzoru i podwórkową ścieżkę zabezpieczyć w ten sposób przed wodą. A przecież poza tym musiał się potem przebrać, wyperfumować i jechać do mamy, żeby ją zabrać z pracy. Innymi słowy, czasu brak ;)

Zaczęłam nowy tour de council, tym razem rozmawiałam telefonicznie z zawodowo przemiłą Holly. Pierwszy specjalizda z bobrzej łaski (imię zapowiedziane: Pol) ma wpaść w poniedziałek rano.

Po południu (wcześniej Kochany sporo godzin poświęcił na malowanie płotu), wyjechaliśmy na zakupy spożywcze. W drodze zaczęliśmy słuchać niemieckiej muzyki, zaczęło się od Rammsteina, a potem już poszło. Söhne Mannheims, Herbert Grönemeyer, Sportfreunde Stiller, Ich + Ich ... nadal lubię.

Jako że małżonek koresponduje z przyjaciółmi ;D, wieczorem z polecenia PoE obejrzeliśmy nowozelandzki film, Dzikie łowy (2016). Ciekawy, inny, widać, że z końca świata.

Dobry to był dzień, piątek zdecydowanie lepszy od czwartku.

piątek, 30 sierpnia 2024

1718. Jak w kalejdoskopie 1.

Pobudka dość wczesna; Szwagrowski nareszcie się nam objawił, narobił nam napitków i poszedł do pracy. O dziewiątej wyszliśmy do metra, bo za pół godziny byliśmy umówieni z Panem Od Espresso na przystanku przy Politechnice. Bardzo to wszystko było dobre … kawa w Filtrach na Starej Ochocie oraz Pan Marcin z panem Tomkiem w Andronach na Grochowie (ulica Wąwolnicka), kawa nitro na mleczku owsianym ... doprawdy, ni mom słów (byliśmy przygotowani na podróże komunikacją miejską, tymczasem PoE sprawił nam niespodziankę, obwożąc nas po stolicy samochodem).



W Andronach wynalazłam wśród sterty książek Anaïs Nin Deltę Wenus, pan Marcin mi ją opieczętował, a później, z okazji makaronu, PoE złożył na niej swój autograf. Bo byliśmy we trójkę także na obiedzie (chińczyk, nie pamiętam dokładnie gdzie); była jeszcze Mniszkówna czytana przez Kwiatkowską na Francuskiej i inne takie, przede wszystkim wymiana życiowych przemyśleń.
 
Pożegnaliśmy się z PoE mając na uwadze, że przed nami dzisiaj kolejne spotkanie — przejechaliśmy się tramwajem nr 9, potem metrem, po drodze z metra były jeszcze małe lody dla ochłody w tym samym miejscu, co wczoraj. Na chwilę wylądowaliśmy w ursynowskim bloku u Usz, na tyle tylko, aby wziąć prysznic. Kiedy o piątej zjechaliśmy na dół, Andrju już sandałował w naszym kierunku. Dojechaliśmy do jego części podWarszawy bez przeszkód. Uczestnicy spotkania (Andrjowa i druga para, SP z Uczycielką) już się gościli. 


Do późnych godzin nocnych siedzieliśmy w przydomowym ogródku, były napoje, były rzutki, temperatura przyjemnie się wygładziła.

środa, 26 lipca 2023

1318. Krowy, deszcz, radość i smutek.

Prezent od Pana Od Espresso:





***
Jesteś śliczną dziewczyną, zagaduje mnie mąż siedząc przy kawie w Czarnej.
To nie może być prawda, mówisz to pod wpływem ciastka (ciastko było pistacjowe).

Poszliśmy na kawę w mieście, bo Kochany ponownie wybierał się na basen, a ja chciałam wykorzystać ten czas do pracy na dwóch dużych monitorach. Siedziałam w Centrum, Kochany odezwał się o drugiej po południu, mokry tylko od deszczu, bo basen był zajęty dla grup wakacyjnych. W ciapie pogodowej pobiegłam w kierunku rzeki na umówiony obiad. Zjedliśmy, otarliśmy pyszczki, potem jeszcze kilka chwil spaceru na drugą stronę rzeki (chciałam zajrzeć do Waterstones w zasadzie nie wiem po co; okazało się, że chodziło mi o puzzle; mają nowe zestawy po 1000 części, na pewno kupię coś z Laurence King Publishing) i już wracaliśmy do domu drogą wzdłuż Boyne. 

Po powrocie Fred zaczął rozkminiać, czy ten nasz kot właściwie dobrze widzi (czasami trzeba go zapraszać do michy, bo tak jakby ignoruje sygnały wizualne). Trochę mnie to zaniepokoiło, ponieważ ostatnio również miałam takie myśli (zauważyłam, że Ryszard nie za szybko reaguje na mój widok, gdy wracam do domu, pomimo tego, że widzę, że patrzy w moim kierunku). 

Czy ja wiedziałam, że moja mama i świekra mają imieniny tego samego dnia? Nie przypominam sobie takiej myśli, ale rzeczywiście. Najpierw więc telefoniczna rozmowa z mamą Freda, potem z moją. Pod wieczór dobiega nas niespodziewana wiadomość o śmierci Sinéad O'Connor. Coś ten lipiec ma jakiś feler, obojgu nam dobry humor się zważył. Siedzimy w kuchni; Łysa też tu jest, śpiewa.