Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nadodrze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nadodrze. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 lipca 2026

2400. Dzień czwarty.

Pobudka była wczesna, piąta rano, na szczęście rodzice mają zwyczaj bardzo wcześnie budzić się do pracy, więc im nasza ekstraporanna eskapada nie przeszkadzała. Musieliśmy być kwadrans po ósmej na Nadodrzu, żeby z dworca kolejowego odebrać Pana Od Espresso. Wszyscy mamy wolny rozruch, koty jedzą śniadanie najszybciej.

Wyjechaliśmy z domu przed rodzicami. Asnyk wiozący PoE był trochę spóźniony, mogłam podziwiać przedwojenny dworzec ulegający entropii oraz zauważyć, że ogłoszenia są w trzech językach: polskim, angielskim i ukraińskim, bo takie są czasy. Lubię pociągi. Po przywitaniu z PoE cisnęliśmy dalej. Najpierw El Gato na Gubińskiej, następnie podróż do Jeleniej i brunch w Skradli Widelce (maciupka sytuacja, dosiedliśmy się do Lesława z rodziną, pierogi z jagodami boskie) → spacer Jelenią (→ bazylika mniejsza Erazma i Pankracego → napitki w Aroma Cafe → mijanka z cerkwią Piotra i Pawła → krótka wizyta w kościele garnizonowym, co łaska 5 złotych). GPS w telefonie i skręt w ściernisko. O miejscu Agniechy nie miałam wyobrażenia, dałam się zaskoczyć z wielką przyjemnością. Łąka za płotem śpiewa. Ciepło bardzo.





wtorek, 25 czerwca 2024

1652. Dzień we Wro.

Sympatyczny był ten gorący wtorek, nawet się trochę niechcący opaliłam, szczególnie na ramionach. Rano odwieźliśmy mamę do pracy i pojechaliśmy do Wrocławia, najpierw do Magnolii, bo Fred miał jedną, krótką sprawę w Empiku (chciał odnaleźć pewną płytę cd), poza tym właśnie tam zostawiliśmy samochód; zamiast zakupu płyty, w książce Co robią lisy znaleźliśmy wspólnie sześć wiewiórek oraz kupiłam trzy cholernie drogie książki, dwa Mrożki (autobiografię i opracowanie Nasiłowskiej) i jednego Kurskiego. Gdy małżonek załatwiał sprawę w banku, poszłam kupić nam bilety tramwajowe, po czym dziesiątką dojechaliśmy do Teatralnej, żebym mogła pokazać "mój" instytut (o, tu był!). 

Drugie śniadanie w Hard Rock Café na Rynku (amerykańskie naleśniki z syropem klonowym); spacer Szewską w poszukiwaniu kawiarni Cherubinowy Wędrowiec (spotkaliśmy Tycjana śpiącego w antykwariacie i pamiątkę po Dantem na zewnątrz budynku — znam imiona kotów, bo właścicielka akurat otwierała drzwi, był z nią też pies o imieniu Nuta).

Kawa jakże zacna w przyjemnym, schowanym od gawiedzi miejscu (przed nami rozpościerał się malutki, okolony murami ogród Ossolineum). Spacer od Szewskiej przez plac Uniwersytecki i Dubois do Rydygiera; obiad w Powoli. W drodze powrotnej do tramwaju wstąpiliśmy jeszcze do Galerii Miejskiej na Kiełbaśniczej (wstęp bezpłatny, eksponaty dziwnociekawe, uaktywniające mi tę część mózgu, która chciałabym rysować, lepić i dziergać bez sensu).

Tramwaj 22 zawiózł nas do naszego autka, a po czwartej byliśmy z powrotem na wsi. W domu kupne pierogi, spacer z Kochanym, serial tv. Po dziesiątej jestem już nieźle zmęczona. Wiem, że za mało śpię, ale nie mogę się powstrzymać, tyle jest światłości.

wtorek, 11 października 2022

piątek, 7 października 2022

1025-1026. Duu.

Przeziębiłam się chyba i wczoraj nie miałam ochoty na pisanie, chociaż dzień był całkiem całkiem: spędziłam go z mamą we Wro. Rano pojechałyśmy szynobusem do Nadodrza, a potem tramwajem 74 na uczelnię. Cała sprawa (przedłużenie legitymacji) zajęła mi chwilę (inaczej, niż podróż). Potem postanowiłyśmy udać się w kierunku zoo, więc wsiadłyśmy w czwórkę. Pierwszy raz byłam w afrykarium, zachwyciłyśmy się wielkimi rybami i dokarmianiem kotików. Drapałam po nosie osła i ogólnie było fajnie. Wróciłyśmy do Nadodrza jedynką i zaprowadziłam mamę do Powoli na obiad. Przy okazji odkryłam, że za rogiem Znasz Ich Cafe-Bistro zostało zamknięte na dobre. Powinnam zauważyć wcześniej? Wiedziałam i zapomniałam? Smutno. Tam odbyła się nasza pierwsza kawa z Fredem. Tak więc, coś jakby choruję. I piszę na nowym lapku pierwszy raz. Trzeba się zastanowić jak go przewieźć, czyli muszę się przebić przez rozmiękczenie mózgu. Nadal śpisz, Kochany?
___
edit 13:05 Dodatkowy bagaż zakupiony (nadal mnie zdumiewa jak Ryanair próbuje przycwaniaczyć oferując najpierw najdroższą opcję), kontakt z dziekanatem był (po wielu minutach wyczekiwania na połączenie, gdyż byłam zawsze któraś w kolejce). Sprawy do odhaczenia zostały odhaczone. Mam lekką gorączkę, szukam małych pocieszeń, np. zawinięta w pled oglądam sobie płaroty i marple na KinoTV, jem pyszny obiad mamusiny (kartofelki, sos grzybowy, kalafior), piję kawę na ból głowy (chyba działa). Fred w naszym domku też już na nogach po długiej nocce, to mu mogłam opowiedzieć, jak to wszyscy w Polsce wydają mi się niemili i tylko pan z okienka wrocławskiego zoo nawiązywał normalny kontakt wzrokowy czym się mocno zapisał w mojej pamięci. Druga myśl była taka, że to nie bycie niemiłym. Ludzie mają w tym kraju-raju taką normalną ekspresję twarzy, a ja tu mieszkałam pierwsze 40 lat mojego życia i tego nie zauważałam (co w szerszej perspektywie bycia bezwolnie rzuconym w jakieś miejsce i czas jest konstatacją przerażającą).