Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry Kerry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry Kerry. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 maja 2025

Postscriptum #1970-71.

Cork (mogłabym tu mieszkać, mogłabym)



Mallow, wieczór i poranek


góra Brandona i dalej przed się







Piękno tych okolic zapiera dech w piersiach. Ale czy chciałabym tu być przy złej pogodzie? Czy chciałabym tu mieszkać na stałe?

1971. Do Brandona i z powrotem.

W domu byliśmy dobrze po pierwszej w nocy, doliczając do tego niespokojny sen poprzedniej nocy (spałam może trzy godziny), to nie był czas na pisemne uzupełniane wrażeń. A tych było sporo.

W sobotę wstaliśmy dość wcześnie, nie potrzebowaliśmy budzić gospodarzy, zjedliśmy małe śniadanie, wypiliśmy płyny i około ósmej trzeba było nam ruszać w kierunku Killarney, gdzie byliśmy umówieni z Elizabetą i jej podopiecznym. Pogoda piękna, słonecznie, bezwietrznie, w dolinie rzeki Blackwater wstawała poranna mgła. Spotkanie w Killarney było zaskakująco pozytywne, acz krótkie. Dopiero co otworzono Brown Sugar Cafe, zasiedliśmy przy napojach i sernikach na ok. godzinną pogawędkę; nareszcie poznałam osobiście Kaja (mogłabym napisać, że do tej pory zawsze mi umykał, ale przecież Elizabetę też widujemy bardzo rzadko).

Po spotkaniu ruszyliśmy na azymut, trochę zaniepokojeni, że na horyzoncie jednak chmury. Pod górą zaparkowaliśmy po jedenastej. Od razu widać było, że tam wyżej pogoda z deka insza. Przez dłuższy czas szczyt Brandona skrywał się w chmurze. Szlak wiódł drogą krzyżową, więc łatwo było się zorientować, gdzie iść. Podejście zajęło nam dobre trzy godziny (często przystawaliśmy), przy czym od stacji ósmej bezustannie towarzyszyła nam już chmura zasłaniająca widoki. 

Tak pozostało do końca, usiedliśmy pod głównym krzyżem, piliśmy herbatę z termosu (na górze były jeszcze dwie pary patrzące w chmurę), Fred marzł, więc zaczęliśmy zejście. Ech, gdybyśmy byli tam o jakieś półtorej godziny później, widoki w końcu zaczęłyby się odsłaniać, od czasu do czasu rejestrowaliśmy to rozpogodzenie będąc już na dole.

Po wspinaczce Kochany powiózł nas trasą widokową; przystanęliśmy przy plaży Wine Strand (Kochany potrzebował uzupełnić kalorie przed długą jazdą, rozłożyliśmy się z kabanosami i resztką herbaty w termosie). Miejscówka piękna sama w sobie, mogłaby być dobrym celem następnej wycieczki. 

A potem równie niesamowite widoki, bo wycieczka wiodła naokoło półwyspu Dingle, Slea Head Dr, przez Graigue, Radharc na mBlascaoidí, Tóchar Maothaithe (zatrzymaliśmy się przy pustelniach, ale niestety wrota był zamknięte na głucho) i tak turlu, turlu, po wąskiej drodze, aż do An Daingean. Obrawszy kierunek na Tralee, jechaliśmy przez Conor Pass (obowiązkowy przystanek):

Reszta drogi powrotnej trudna. Kochany podjechał pod Limerick, żeby wbić się na autostradę. Gdy ja przycinałam komara, Freda powoli zaczynała nużyć monotonna jazda w gęstniejącej ciemności (większy ruch pojawił się dopiero bliżej stolicy; na początku nawigacja wróżyła nam prawie cztery godziny jazdy i przyjazd po pierwszej w nocy, pomyłka była nieznaczna). Tylko na chwilę zatrzymaliśmy się pod Dublinem, żeby mąż mógł rozprostować kości i pobudzić się kawą, bo skoczne utwory the Pogues już tak nie działały. 

Kilka rzeczy wyciągniętych z samochodu prawie na śpiąco, prysznic i pod kołdrę.