Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą vlog. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą vlog. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 lipca 2026

2403. Dzień siódmy.

Od wczesnego rana nad Miasteczkiem wisiała mgła. Po sąsiedzku kupiłam w owadzie świeże bułki (orkiszowe, pyszne), po wymeldowaniu się z pałacu około wpół do dziesiątej zajrzeliśmy do sklepu jeszcze raz (tym razem podjechaliśmy), żeby kupić wkłady do zniczy. Przez resztę dnia bardzo sobie gratulowałam, że założyłam dzisiaj lniane spodnie i takiż top, bo temperatura rosła z godziny na godzinę. Mieliśmy zamiar odwiedzić cmentarz, ale początkowo nie dało się tego uczynić od żadnej mańki, droga była zamknięta, z oddali dobiegał nas dźwięk pił. Za to podjechaliśmy do pałacu Lenno na kawę i ciastko, następnie wpadliśmy do cioci eR, który powitała nas następną kawą i ciastkiem :) Wyszliśmy na spacer dookoła komina spotykając przy kościele Annę i Krzysztofa z Lubomierza. Po gawędzie historyczno-obyczajowej poszliśmy nad Bóbr — niestety, rzeka wyglądała bardzo źle, w takich warunkach odwiedzanie zapory miało jeszcze mniej sensu, woda mulista, aż serce boli. Wróciliśmy do cioci w porze wczesnoobiadowej i zostaliśmy wypchani po korek domowym spaghetti. Dopiero po obiedzie, gdy byliśmy już na wylocie, udało się nam dostać na cmentarz; Kochany zapalił znicze na kilku rodzinnych grobach oraz na grobie dawnego znajomego dzięki któremu mąż odnowił kontakt z Perlistym.

Kochany miał w planach spotkanie z przynajmniej dwiema osobami, ale choć przejeżdżaliśmy obok domu Miłej, a mąż zadzwonił do Zbynia, nic z tego nie wypaliło.

Resztę dnia spędziliśmy w podróży, najpierw szukając chłodu i cienia w Jeleniej. Kochany zaparkował pod Nowym Rynkiem, łaziliśmy tam w kółko po dwóch księgarniach (szukałam Baranowskiego Na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa i trylogii husyckiej Sapkowskiego), zjedliśmy lody u Sowy, ostrożnie wychynęliśmy w kierunku starego Rynku, żeby w końcu wylądować w Aroma Cafe. W drodze do rodzinnej wsi zatrzymaliśmy się jeszcze na MOP-ie Jawor Wschód, tylko na tyle, żeby się wesprzeć hot dogami. W domu rodziców po dziewiątej.







poniedziałek, 4 maja 2026

2330. Majóweczka kind of.

Dzień rozpoczęty wcześnie, bo przecież po północy nadal nie spałam. Nad ranem miałam śmieszny sen: jeden z blogerów przyjechał do mojego rodzinnego domu, a że tak się składa, że się nie lubimy, cały dzień nie jadł, bo nie nie miał mu kto podać obiadu. Zaś z wielkiego, ciemnego drzewa spadło mi prosto w ręce ogromne pióro drapieżnego ptaka, garść piór :)

Wypiliśmy z mężem trunki poranne i ruszyliśmy w kierunku północnym ... na śniadanie. Kochany zaparkował w środku nietypowo opustoszałego miasta. Gdy szliśmy Clanbrassil St, z minuty na minutę uszka coraz bardziej mi oklapywały — większość sklepów była zamknięta, podobnie jak większość kawiarni i restauracji, w tym Trzecie Miejsce. My tymczasem ciśniemy do Króliczej Nory, rączka w rączka, przyciaśnie, bo miało być ciepło, wyszło trochę zimno. Niczego nie dało się wywnioskować z profilu restauracji na facebooku, bo takie dni jak bank holiday zawsze wprowadzają chaos informacyjny. Idziemy, idziemy, z daleka widzimy, że Królik wygląda obiecująco. Otwarty? Otwarty!

Jakie to było dobre! U mnie: jajka w koszulce, hash browns, zblanszowany szpinak, halloumi, pieczony słodki ziemniak, czerwona kapusta lekko podkiszona, pieczareczki i inne takie (tylko awokado za twarde na mój gust). Po śniadaniu wracaliśmy do domu przez Tesco, Blackrock i ... Drołdę ;D W Tesco zakupy chemiczne (Fred celował w obniżki cen na mydła i płyny). W Blackrock przystanek dla Little Rocksalt — kupiliśmy kolejne kawy, tym razem na wynos, oraz ostatni kawałek sernika baskijskiego do podziału (wcześniej wypiłam cappuccino z mlekiem, bo mi się zapomniało, że laktoza i takie tam, facepalm, więc wiedziałam, że i tak pożałuję).

 

W Drołdzie przystanek przy polskim sklepie (skończyła się mi zielona liściasta herbata z Herbapolu). Tak to dopiero o drugiej po południu znaleźliśmy się ponownie na wsi. Chwila kręcenia się, nawet rozmowa z Anne, i po godzinie wyszliśmy na spacer nad morze. Mieszanka odczuć temperaturowych, ciepło, chłodno, ciepło ... nad wybrzeżem wisiały ciemne chmury zapowiadające deszcz (znowu zmyłka). Byłam na tyle zatopiona w przebieraniu nogami i rozmowie, że zapomniałam o robieniu zdjęć. Prosta, fizyczna przyjemność. Reszta dnia spędzona przed laptopem; obyło się bez obiadu, dojadłam za to wczorajszą sałatkę z tuńczykiem. Epizod: na chwilę wykluło się postanowienie obejrzenia najnowszego filmu Zbynia, ale dostęp do pliku był tak irytująco skomplikowany, że dobrych intencji nie wystarczyło na długo. Powoli wycofujemy się do sypialni. Trzeba, muszę, należy przesuwam na jutro.

poniedziałek, 6 kwietnia 2026

2302. Mruczymy ...

... sobie do uszu jak dwa stare niedźwiedzie. To ile masz latek teraz? pokaż na palcach. Mąż liczy na jednej dłoni, ale rezygnuje. Wstać trzeba, myszy w Kuchniosalonie już niespokojne, jeść, kupa, kochać. Gdy Kochany obrządza koty, dzwonię do rodziców, którzy są już po śniadaniu. Składają Fredwi życzenia, potwierdzają, że wieje.

Po śniadaniu (żur á la Fred) jedziemy do Kildare, najpierw do centrum miasta w nadziei zainstalowania się w dobrej kawiarni. Niestety w Square pocałowaliśmy klamkę. Trudno, poszliśmy do The Ball Alley, na kawę i ciastko (ciastko było na pewno z mlekiem, teraz pozostaje mi wyczekiwać efektów; w tle Nina Simone, tylko patrzeć jak mi vloga zablokują):

Następnie pojechaliśmy do Village, gdzie Kochany szukał prezentu dla siebie. I znalazł! W Gant dwie pary rękawiczek wyściełanych kaszmirem, u Armaniego koszulę w ulubionych kolorach. Na deser hot dogi (zjadłam połowę, dla mnie zbyt hot) i jadziem do domu. Niby takie hop siup, nic się nie działo, a tymczasem jest już dobrze po piątej.

Z życzeniami dzwoni najpierw Usz, potem Wu. Jemy białą kiełbasę, ja tylko trochę, bo znowu za dużo przypraw (nie wiem, co ludzie mają z tymi przyprawami), więc wieczorem w erfrajerze robię frytki (Kochany już idzie spać, dobranoc, pchły na noc).

niedziela, 9 listopada 2025

2154. Budzimy się ...

... późno, rozmawiamy o wczorajszej wizycie w kinie. Przed południem zadzwonił Ka; zamierzał zaprosić nas na wieczór, ale z gadki wynikło, że poleciliśmy mu film Smarzola, więc przyjaciel idzie zobaczyć na własne oczy, czyli dzisiaj się nie spotkamy.

Po południu wybraliśmy się za to w teren, gdyż pogoda nęciła. Znowu trafiliśmy na wysoką wodę, plaży mało, spacer po zielonym, kieszenie płaszcza wypełniam kamieniami.

 

Nie wracamy do domu od razu, bo gdzieżby. Wyjazd do El Paso, kupowanie karmy dla kotów oraz kawa. W drodze powrotnej rozmowa z Perlistym, do której Kochany wrócił jeszcze wieczorem, w domu, podczas robienia obiadokolacji.

Zaprosiłam Anne na herbatę, żeby pogłaskała koty, opowiedziała o swoich planach. Po jej wizycie chwilę rozmawiałam z tatkiem sprawdzając, czy u rodziców wszystko ok. Obiadokolacja; z mokrym włosem jeszcze zmitrężę czas na niemiecki i lekturę.

środa, 2 lipca 2025

2023-2024. Lipca początek.

Wtorek małych zgag. Płacę wyższy podatek od wynagrodzenia, nie do końca wiem dlaczego (wspólne opodatkowanie jest w cholerę skomplikowane, więc nie mam poczucia kontroli). Poza tym w pracy będzie w tym tygodniu wizytacja, przewidziana, niemniej stresuję się. Wróciłam do kotów poobrażanych, Maniusia miała zadrapane oczko, było sikane poza kuwetą i ostre nawalanki. 

Zmotywowana świeżą sytuacją podatkową rozliczyłam nareszcie poprzedni rok. Kochany przyjechał na obiad i po prysznicu musiał wrócić do roboty, bo się im na mitingi pracownicze zebrało. Wieczorem ciacham z dwa milimetry grzywy (już zaczęła się rozkrzaczać, jak było do przewidzenia).

Środa jakby milsza. Wystrzępione dżinsy, trampy, apaszka za pasem, lniana koszula, lniany płaszcz, pork pie. W kawiarni dosiadła się do mnie niejaka Ethna, 83-letnia poetka urodzona tu niedaleczko, w budynku, gdzie obecnie jest sklep charytatywny św. Wicka. Porozmawiałyśmy jak artystka z artystką

Po południu Kochany podjechał jak zwykle. Dom, mąż robi obiad, potem idziemy nad morze, po drodze w sklepie Tony'ego wysupłuję ostatnie €6 bilonu na dwa lody w wafelku. 

Na osiedlu spotkaliśmy Uśmiechniętą Kathleen wracającą z plaży (błogosławieństwo, wiadomo). Pojawiła się mama Larry'ego z nowym, czarnym psem w typie lurchera. Humphrey jest mu na imię. Czyli rozmawialiśmy z mamą Humphreya. Wiedzieliśmy od razu, że będzie padało, pogodynka spełniła się co joty, bździło całe pięć minut. Źródło bździn widać na ostatnim zdjęciu. 

Wielkie zwały zeschniętej sałaty tuż przy kawiarence robiły niesamowite wrażenie. "Sałata" to tak naprawdę glony o nazwie cladophora.





W domu z powrotem po szóstej. Mleczaki drzemią, więc zawędrowałam z laptopem do sypialni, obejrzeliśmy mietczynskiego aktualności na temat ekranizacji Lalki (a jednak! Ploty potwierdziły się, że Dorociński vs Schuchardt). Na późniejszą kolację zamieszałam guacamole i będziemy zaraz coś jedli (Kochany już rozprawia się z resztkami krokieta). Z okna widać księżyc w fazie przybywającego sierpa na jeszcze jasnym niebie. W ogródku nadal imigranty, nie można spokojnie wyjść, żeby czarno-biały lokator Anne nam nie namiaukał.

niedziela, 11 maja 2025

Postscriptum #1970-71.

Cork (mogłabym tu mieszkać, mogłabym)



Mallow, wieczór i poranek


góra Brandona i dalej przed się







Piękno tych okolic zapiera dech w piersiach. Ale czy chciałabym tu być przy złej pogodzie? Czy chciałabym tu mieszkać na stałe?

sobota, 12 kwietnia 2025

1943. Zmianę ...

... czuć w powietrzu; mgła widoczna dotąd na horyzoncie przeciskała się w kierunku plaży, na niebie pojawiły się chmury niewidziane przez ostatnie dwa dni. Obudziłam się zaplątana rękami i nogami we Freda, mruczeliśmy sobie do uszu jak dwa koty. Śniadanie było więc późno, trzeba się było najpierw rozplątać. Kochany dłubał przy tekście; udałam się nad morze sama, pozdrawiając po drodze przechodniów. Iva spacerująca z psem zamachała do mnie i podzieliła się świeżynką: jest kasa na remont domów, Iva twierdzi, że nasz będzie pierwszy. Super, oby szybko.

 

Doszłam tylko do kawiarenki, przysiadłam na chwilę, i w drogę powrotną. Reszta dnia blogowo-domowa; Kochany pracuje nad tekstem, za oknem mżawka, sąsiedzi cisi jak myszy pod miotłą. Po obiedzie obejrzeliśmy film, Aż poleje się krew (2007) z Danielem Day-Lewisem, płytę dvd pożyczyliśmy od Ka wieki temu. Świetny.

sobota, 15 marca 2025

1915. Weekend nad Renem 2.

 

Ależ spałam. I śniłam o podróży, o czytaniu książki. Pobudka 7:45, powolne dochodzenie do siebie. Na dziewiątą mieliśmy zamówione śniadanie w kawiarni na dole. Było wszystko co trzeba, przede wszystkim świeżutkie pieczywo w trzech rodzajach, oraz cała reszta do akompaniamentu.


Wczorajsza obiadokolacja i dzisiejsze śniadanie przywraca mi wiarę w cywilizację europejską, oświadczyłam mężowi. O, i to jest dobre zdanie na bloga, potwierdził mąż :D

Po śniadaniu spotkanie z Perlistym i spacer naokoło Bacharach zakończony herbatką w maluchnej kawiarni Café Bistro NOY. Biznes rodzinny na Oberstraße 40, domyślam się, że prowadzony przez imigrantów. Niewiele mieli aktualnie na stanie (początkowo miałam ochotę na naleśniki), zadowoliliśmy się napojami. A spacer był całkiem długi, zrobiliśmy kółko wspinając się do Wernerkapelle i Burg Stahleck (widoki na Ren, bez wchodzenia do środka), serpentyną zeszliśmy w dół Burg Weg, żeby przejść przez główną ulicę i spojrzeć na miasto z winnic od strony północnej, ze Spitzer Turm).






Po zejściu w dolinę sąsiadujący z hotelem kościół św. Piotra zaprezentował się jako otwarty (oczywiście zaszłam, piękny! gdzieniegdzie średniowieczne rysunki). Wyjechaliśmy po pierwszej do Moguncji, był krótki postój w Bingen; miasto ważne i warte zgłębienia, ale my tylko przeszliśmy się chwilę od Rheinkal do Marktbrunnen.

W Moguncji Perlisty długo szukał miejsca, w końcu samochód został w wielopoziomowym parkingu. Natknęliśmy się na spory tłum na placu obok kościoła św. Marcina, jakaś degustacja wina, jakieś poruszenie. Na chwilę skręciłam do kościoła św. Jana pociągając chłopaków za sobą; całkiem niedawno otwarto tam instalację Die Krönung (zagadnęłam z jedną z pracownic muzeum). Zjedliśmy obiad w Augustinerkeller na Augustinerstraße 26, dobre miejsce (wzięłam tradycyjny schnitzel, smakowało mi). Po obiedzie poszliśmy jeszcze do kościoła św. Szczepana, tylko dlatego, że są tam witraże Chagalla, przy okazji załapaliśmy się na początek koncertu szkoły dla dziewcząt Maria Ward Schule.




Dobry taki płodozmian, spacer niespieszny, często robimy zdjęcia. Wracając do samochodu poświęciliśmy jeszcze długą chwilę fontannie karnawałowej Sprenga, bo przecież jakże by inaczej.


Powrót do Bacharach, kawiarnia śpi, użyliśmy magicznego klucza. Perlisty wszedł z nami na piętro; ponownie wieczorny spacer nad Renem z przyjacielem, w dole szum czarnej rzeki; Am den Ufern der Poesie brzmi nazwa tego miejsca, zerkam na ludzi odpoczywających w kamperach. W czasie tego spaceru natykamy się też na studnię, efekt świetnego projektu odkrywania dawnego miasta (studnia pod murami miejskimi jest odrestaurowana na podstawie rycin).


Wieczorem długo nie mogę zasnąć, Kochany zerka na Szklaną pułapkę z niemieckim dubbingiem, nie mogę więc przestać się zastanawiać, kiedy Willis zaczął mieć pierwsze objawy PPA.

niedziela, 2 marca 2025

1901. Czekam na duszę.

Ach, no jednak trzeba coś zacząć. Trzeba, ale cienszko. Zrobiłam trochę papierowej roboty, została mi przynajmniej połowa, rozpraszam się prysznicem w środku dnia, albo obserwowaniem ptaków (wrony są po prostu megafajne). W głośnikach Nick Cave Carnage (2021) oraz nadal Patti Smith. Kochany podał obiad; na wieczór byliśmy umówieni z Ka i postanowiliśmy jechać do El Paso wcześniej, żeby łby nastroić pięknem przemieszczania się.

Wyjechaliśmy po czwartej, za późno na kawę w 3rd Place. Po drodze Kochany zakręcił jeszcze do rzeźnika, bo mi oświadczył, że będzie robił bigos (zawsze śmiejemy się z tego braku mojego nadzoru, mąż sobie robi co chce). Pogoda łagodna, niezbyt jasno, ale znośna temperatura. Zaraz za wsią takie spotkanie:

Czyli Costa, siedzieliśmy tam do szóstej rozmawiając o filmach, patrząc na zachodzące słońce. Zrobiliśmy zakupy w Tesco, potem Kochany podjechał zatankować i do myjni samochodowej, żeby zetrzeć kurz z Babci. Ach, i Lidl.

U Ka napoje i rozmowy (o szczurze, który zginął na posterunku, o polityce aktualnej niestety), do tego film Na mlecznej drodze (2016). Chyba się już z panem Kusturicą nie polubimy.

W drodze powrotnej mgła gęsta jak dym.

wtorek, 13 sierpnia 2024

1701. Wypadki i zdarzenia.

Praca po tygodniowej przerwie; zwyczajowo, ale już mam poczucie zamykania tego etapu. Wzięłam ze sobą kanapki i w czasie lunchu uszczędnie nigdzie nie wychodziłam. Po pracy wyruszyłam z buta w kierunku zachodnim, przyszłam kilkadziesiąt minut przed piątą, więc jeszcze trochę czekałam na Kochanego. Przywitałam go pod pracą, załapałam się na poznawanie współpracowników (uścisnęłam dłoń starszej Irlandki, z którą Kochany przeniósł się razem z poprzedniej pracy, i chwilę rozmawialiśmy; w drodze do Lidla pomachałam Wiktorowi, który podobno w Nigerii był prawnikiem). 

W drodze powrotnej zdarzyła się nam przykra historia, tzn. konkretnie nie nam, tylko młodej, dużej mewie (chyba srebrzystej). Musiał ją potrącić samochód, w każdym razie wydawało się, że kona na środku drogi. Towarzyszył jej drugi, mniejszy ptak, który stał na jednym z pasów i kierowcy musieli go omijać. Przejechaliśmy, dojechaliśmy do domu, wyciągnęłam nawet marchewkę do tarcia, ale zdarzenia zalegało mi w głowie. Okazało się, że Fredowi też. Wcześniej milczeliśmy, ale jak to wyraziliśmy na głos, założyłam z powrotem buty i pojechaliśmy zobaczyć, co z mewą. Spodziewałam się, że pewnie miazga, ale gdy dojeżdżaliśmy, dobra dusza o imieniu Sziwan właśnie zbierała ptaka do kupy i kładła za murkiem przy drodze. Jeszcze żył, miał przynajmniej uszkodzone skrzydło. Fred zostawił ptakowi wody, Sziwan powiedziała, że gdzieś zadzwoni, żeby go zabrali. Zatrzymała się jeszcze na chwilę, żeby zerknąć drugi raz, It's just a baby. Tyle mogliśmy dla niego zrobić w tej sytuacji :I

W domu obiad. Wieczór był pogodny, postanowiłam iść nad morze, dopóki jest choć trochę jasno. Kochany był zbyt zmęczony; zabrałam herbatę obiadową do kubka i wyszłam. Na ulicy Nadbrzeżnej słońce omiatało już dachy i szpaki w długim rzędzie grzały się w jego ostatnim promieniach na domie Caroline. 


 

Na morzem trzy gracje rozbierały się właśnie do wieczornej kąpieli morskiej. Sto metrów od nich trzy inne gracje, tyle, że zupełnie ubrane (muzułmanki) z zapałem oddawały się fotografowaniu się w wymyślnych pozach. Zauważyłam więcej lwich grzyw wyrzuconych przez ostatni przypływ. Lekki wiatr, przyjemne ciepło, mewy na plaży tuptały do kolacji. Szkoda umierać w taki wieczór.

Weekendowa opieka nad Junoną została rozłożona na dwóch pomagaczy; tym razem nie będzie tak łatwo, bo się okazuje, że koteczce nie podeszły nowe krople, które dostała po dzisiejszym, porannym zabiegu (trzeba będzie trzymać i aplikować do mordki).

niedziela, 10 marca 2024

1545. Porocznica.

Deszcz, deszcz, deszcz. Do wczesnego popołudnia nie mieliśmy żadnych planów, aż nagle pojawił się pomysł żony i jego realizację z przytupem rozpoczęliśmy w kilkadziesiąt minut. W deszczu udaliśmy się do Carlingford, żeby się przejść i zjeść (raczej kolejność: odwiedzić Gareta, zjeść i się przejść do naszej ławki na molo), a potem w drodze do domu zatrzymać się na kawę.





 


Na podróż pierwszy raz założyłam woskowanego Barboura, bardzo się przydał (świetny zakup, który czekał kilka miesięcy na właściwą pogodę; Fred sprezentował mi go latem zeszłego roku). Ciężkie deszczem chmury z trudem wskrobywały się na Slieve Foy. Po powrocie do domu genealogiczna rozmowa z mamą i relaks.

piątek, 16 lutego 2024

1523. Długi spacer.

Bo nie lubię chodzić z żoną brzydki, stwierdził Fred o poranku, pakując do samochodu ubranie na zmianę. 

Noc była ciepła, pierwszy raz w tym roku wykopywałam się spod kołdry i spałam z gołym tyłkiem na wierzchu. Pomimo nocnej kręciołki obudziłam się o piątej rano całkiem wypoczęta i postanowiłam jechać z Kochanym do Dublina. Z nieba padały jakieś paprochy, bo deszczem trudno to nazwać, raczej mgła lub zbyt niska chmura zawadzająca rąbkiem kiecki o przedmieścia stolicy, gdy z Grechutą jechaliśmy na południe. Byliśmy na miejscu przed ósmą. Kochany udał się do pracy, u mnie zostało trochę czasu do otwarcia wrót, więc poszłam półtora kilometra w przeciwnym kierunku, żeby w kawiarni Costy w południowy Finglasie napić się flat white, zjeść jogurt i poczytać książkę (otwarcie Costy opóźniło się o jakieś pięć minut, ale plan został zrealizowany).

Na wałęsania cmentarno-botaniczne ruszyłam po dziewiątej. Najpierw zaszłam do części cmentarza w Glasnevin nazywanej St. Paul's. Chociaż wiedziałam w którym kwadracie mam szukać grobu Luke'a Kelly'ego, zadanie okazało się trudniejsze niż sądziłam i szybko mnie znużyło. Dałam sobie z tym spokój i ruszyłam w kierunku ogrodu botanicznego, ale przez główne wejście na Glasnevin, którym (kierując się strzałkami) doszłam do płotu granicznego z ogrodem.






 

Palmiarnia i wszystkie inne dostępne szklarnie, kaczki, kurki wodne, rudzik, szum rzeki Tolka ... bardzo przyjemnie spędzony me time. Gdy Kochany zadzwonił, że skończył pracę, przebrał się, kupił szafkę na moje duperele i czeka, właśnie wychodziłam głównym wejściem cmentarnym. Oboje byliśmy już porządnie głodni (obczajałam wcześniej dwie kolejne kawiarnie, w ogrodzie i na cmentarzu, ale żadna mi nie podeszła), więc pojechaliśmy do Blanchardstown na lunch w Milano. Po pizzy kręciliśmy się chwilę tu i tam, mamy parę płyt ze sklepu Golden Discs, Kochany zajrzał do TK Maxxa i kupił sobie spodnie. W drodze powrotnej do domu zahaczyliśmy jeszcze o Costę w Drołdzie (do zielonej herbaty poprosiłam dżem truskawkowy :D, i bardzo słusznie zrobiłam, dżem podpasił). 

Reszta dnia domowa, Kochany chodzi z metrówką i myśli nad jutrzejszym przestawianiem kamieni, mnie rwie mały palec prawej ręki; przeglądam fotki ze spaceru; dla sportu prowadzę w sieci głupią rozmowę o niczym.

czwartek, 24 sierpnia 2023

1347. Jeszcze trochę.

Na plaży mnóstwo słonowodnych odpadów (patrz poniżej i znajdź martwego ptaka), może dlatego tuż przy brzegu pracowicie pyrkoliły dwa krewetkowce-drapieżniki (widać, że prąd przygnał plątaninę morskich domów).

Najpierw kupiłam flat white, potem udałam się w kierunku zacisznego zakątka, gdzie ostatnio lubię przestawiać kamienie i przy okazji znalazłam na plaży €5. Po powrocie ze spaceru chwilę czatowałam w ogródku z Anną jeszcze raz objaśniając jej grafik naszych wyjazdów i przyjazdów. Wyprałam bluzę z Buddą (może wezmę na podróż). Pozamulałam przed ekranem (Kochanem psuje się laptop, trzeba mu kupić nowy, więc sprawdzałam różne modele). A w sumie chodzi o to, że rano miałam pracować z Gronją, ale antycypowałam jej spóźnienie (i w efekcie brak pracy dla mnie). Zrobiłam bardzo słusznie i chwalebnie z tym spacerem, bo faktycznie nie byłam potrzebna.  

Kochany tymczasem rano wyjechał z domu rodziców do Jeleniej. Już pokazywał jakie ładne mają talerzyki do ciast w jednej z kawiarń (ciasto zostało wcześniej zjedzone). Teraz Fred jest w domu, gdzie spędzi kilka nocy, i z okna widzi Bóbr (wierzę mu na słowo, bo na razie tylko ciemność). Tęsknię. Piszę. Medytuję.
___
edit 21:10 dzień był naprawdę piękny, pachnący późnym sierpniem. Widać jak niepostrzeżenie umknęła gdzieś większa część lata i o tej porze zapada już zmrok. Powoli cichnie szum dochodzący z głównej ulicy; w oddali dzieciaki kończą podwórkowe rozróby; u sąsiadki słychać włączony telewizor; w niektórych oknach rozbłyskuje światło żyrandoli. 

czwartek, 17 sierpnia 2023

1338-1340. W ciągu.

Wtorek.
Pracoholizm mi z pewnością nie grozi, ale mam świadomość intensywności najbliższych dwóch tygodni i już się nie wymiguję. Słońce. Ryszard odprowadzający mnie na przystanek. W pracy praca, w domu pisanie do późna. Pomiędzy (w drodze do domu, na dworcu i w autobusie) długaśna rozmowa z rodzicami, którzy wylegują się na swoim "rodos" razem z psami i kotów rzeszą nieprzebraną. Używam nowego della na przemian ze starym hapekiem, żeby nie dopuścić do zupełnego skiśnięcia baterii u tego ostatniego.

Środa.
Wspólna z Fredem próba przedłużenia drzemki przerwana drugim wrzaskiem budzika, o 6:40. Razem jedziemy w kierunku północnym, mąż wysadza mnie przy nabrzeżu. 

Bolą mnie stawy w dłoniach, okazuje się, że Kochanego też. Może empatyzujemy ;) Ładnie, nawet ciepło, znowu po pracy idę na dworzec w krótkim rękawku, tym razem taszcząc do domu pracowniczego laptopa. Jeszcze kilka kliknięć do Gronji, obiad wsiowy (kartoffeln plus dwa jajka sadzone i śmietana) z deserem (mój Anioł kupił mi ulubiony jogurt kokosowy), sprawdzanie, co tam w sieci, czekanie na męża.

Czwartek.
No i co? Kiedy akurat mogę dłużej pospać, wyłażę z wyrka przed ósmą, nie wiadomo po co. Fred przed chwilą pojechał do pracy. Dokańczam zieloną herbatę. Obudziło mnie słońce, ale teraz za oknem kuchennym przyczaja się szarość od strony lądu. 
___
edit 14:00 

 

Poza tym są plusy pójścia po loda w wafelku do sklepiku za rogiem. Sprzedawczyni była zaskoczona moim widokiem, bo od dłuższego czasu żyła w przekonaniu, że gdy nasz kot do niej zachodzi, jesteśmy na wakacjach. Czyli wiemy, gdzie od kilku dni Ryszard je trzecie śniadanie (to miejsce w którym go dokarmiano zanim na stałe się do nas wprowadził). Kot w czasie naszej rozmowy pojawił się w drzwiach sklepu, karnie podreptał ze mną pod dom, a ponieważ chciałam usiąść na skwerku, podążył za mną i tam, gadając coś do mnie w swoim kocim języku, potem towarzyszył mi gryząc moje buty i siedząc pod ławką (skoro już siedzimy, to siedzimy, miau).

wtorek, 21 lutego 2023

1163. Czasem szaro, czasem słońce.

O pierwszej w nocy obudził nas wrzask. Jakiś kot próbował wejść przez okno i wpadł na Ryszarda drzemiącego na parapecie. Bez gonitwy z łapoczynami się nie obeszło, Fred wyskoczył z łóżka, ale wypadki toczyły się tak szybko, że nic pewnego nie zobaczył. Twierdza została obroniona.

Mieliśmy dzisiaj wolne oboje, po śniadaniu posnuliśmy się do Drołdy w bardzo dobrych humorach (do tego ja nadal rozbijająca buty). Kawa u Aury i łażenie przy zakolu rzeki. Pogoda była zmienna, raz szaro, raz słońce, ale gdy zeszliśmy do kanału wiatr ustał i spacer był bardzo przyjemny. Po drodze spotkaliśmy człowieka i jego charta, szkoda że nie zapytałam o rodzaj, ale pies przypominał rasę saluki, z jedwabistymi uszami i ogonem. Piękny. Rzeka szumiała, ptaki śpiewały.



No ale potem znaleźliśmy jeża, zapewne potrąconego przez kosiarkę. Chwila wahania zadecydowała o tym, że nic w tym temacie nie zrobiłam i teraz mnie to męczy. Następnym razem po prostu się nie pytać, co należy zrobić, tylko zrobić. Przepraszam Cię, jeżu.

Humor mam zepsuty, trochę pogrzebałam przy excelu i to cały mój wkład intelektualny na dzisiaj. Jeszcze Celt napisał, że się do nas odezwie późniejszym wieczorem. Ech, idę pod prysznic.
___
edit 23:15 Dobrze jest się wygadać, o czymkolwiek. Rozmowa z Celtem trwała prawie dwie godziny (mijające błyskawicznie). Teraz w łóżku, lepiej nastawiona do świata.