Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elizabeta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elizabeta. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 stycznia 2026

2215. TGIF :)

Miałam zostać do czwartej, ale bez materiałów i możliwości postawienia pytań nie mogłam dopiąć finansów za grudzień, trudno, zrobiłam ile mogłam i wyszłam na kanapkę w B&B, żeby nie robić zakupów weekendowych na głodniaka. Kochany podjechał Babcią z pół godziny później; Lidl, sklep zoologiczny, Tesco, chodziliśmy trącając się dupkami i śpiewając kocie piosenki w rodzaju "Go meow". 

W czasie późnego obiadu odezwała się Anne, super, zaprosiliśmy ją na poobiedzie i miło czatowaliśmy. Oczywiście, sąsiadka wpadła głównie po to, aby wyściskać kocóreczki. Z njusów osiedlowych: sąsiad po prawej wyniósł się chyba na stałe (od kilku dni nie słyszałam jego psa, wieść gminna niesie, że eks-żona go odumarła, więc mógł wrócić do starego domu). Może dostaniemy za darmoszkę bilety na Przygody Lisiczki Chytruski Janáčka. 

Czyli kulturalnie coś tam mi się chce, a w międzyczasie dokończyłam Dalgliesha'97. Rozmawialiśmy też (Fred rozmawiał) telefonicznie z Elizabetą, żeby życzyć jej HPY oraz zapytać co tam co tam na zachodnim wybrzeżu (nóżka była złamana), ale szybko wymiksowałam się z opowieści, bo Original Sin ... poza tym, opowieści czasami zataczają koło, bez szkody można je zostawić w Kuchniosalonie i godzinę później poprosić męża o streszczenie najważniejszych punktów, których zaistnienie w najmniejszym nawet stopniu nas nie zaskoczyło.

niedziela, 11 maja 2025

1971. Do Brandona i z powrotem.

W domu byliśmy dobrze po pierwszej w nocy, doliczając do tego niespokojny sen poprzedniej nocy (spałam może trzy godziny), to nie był czas na pisemne uzupełniane wrażeń. A tych było sporo.

W sobotę wstaliśmy dość wcześnie, nie potrzebowaliśmy budzić gospodarzy, zjedliśmy małe śniadanie, wypiliśmy płyny i około ósmej trzeba było nam ruszać w kierunku Killarney, gdzie byliśmy umówieni z Elizabetą i jej podopiecznym. Pogoda piękna, słonecznie, bezwietrznie, w dolinie rzeki Blackwater wstawała poranna mgła. Spotkanie w Killarney było zaskakująco pozytywne, acz krótkie. Dopiero co otworzono Brown Sugar Cafe, zasiedliśmy przy napojach i sernikach na ok. godzinną pogawędkę; nareszcie poznałam osobiście Kaja (mogłabym napisać, że do tej pory zawsze mi umykał, ale przecież Elizabetę też widujemy bardzo rzadko).

Po spotkaniu ruszyliśmy na azymut, trochę zaniepokojeni, że na horyzoncie jednak chmury. Pod górą zaparkowaliśmy po jedenastej. Od razu widać było, że tam wyżej pogoda z deka insza. Przez dłuższy czas szczyt Brandona skrywał się w chmurze. Szlak wiódł drogą krzyżową, więc łatwo było się zorientować, gdzie iść. Podejście zajęło nam dobre trzy godziny (często przystawaliśmy), przy czym od stacji ósmej bezustannie towarzyszyła nam już chmura zasłaniająca widoki. 

Tak pozostało do końca, usiedliśmy pod głównym krzyżem, piliśmy herbatę z termosu (na górze były jeszcze dwie pary patrzące w chmurę), Fred marzł, więc zaczęliśmy zejście. Ech, gdybyśmy byli tam o jakieś półtorej godziny później, widoki w końcu zaczęłyby się odsłaniać, od czasu do czasu rejestrowaliśmy to rozpogodzenie będąc już na dole.

Po wspinaczce Kochany powiózł nas trasą widokową; przystanęliśmy przy plaży Wine Strand (Kochany potrzebował uzupełnić kalorie przed długą jazdą, rozłożyliśmy się z kabanosami i resztką herbaty w termosie). Miejscówka piękna sama w sobie, mogłaby być dobrym celem następnej wycieczki. 

A potem równie niesamowite widoki, bo wycieczka wiodła naokoło półwyspu Dingle, Slea Head Dr, przez Graigue, Radharc na mBlascaoidí, Tóchar Maothaithe (zatrzymaliśmy się przy pustelniach, ale niestety wrota był zamknięte na głucho) i tak turlu, turlu, po wąskiej drodze, aż do An Daingean. Obrawszy kierunek na Tralee, jechaliśmy przez Conor Pass (obowiązkowy przystanek):

Reszta drogi powrotnej trudna. Kochany podjechał pod Limerick, żeby wbić się na autostradę. Gdy ja przycinałam komara, Freda powoli zaczynała nużyć monotonna jazda w gęstniejącej ciemności (większy ruch pojawił się dopiero bliżej stolicy; na początku nawigacja wróżyła nam prawie cztery godziny jazdy i przyjazd po pierwszej w nocy, pomyłka była nieznaczna). Tylko na chwilę zatrzymaliśmy się pod Dublinem, żeby mąż mógł rozprostować kości i pobudzić się kawą, bo skoczne utwory the Pogues już tak nie działały. 

Kilka rzeczy wyciągniętych z samochodu prawie na śpiąco, prysznic i pod kołdrę.

piątek, 14 lutego 2025

1886. Wyprawa szpitalna 2.

Czyli Walętego.

Gdy wróciłam z łazienki, żeby wybrać z szuflady skarpetki "na dzisiaj", Kochany bardzo zadowolony wskazał mi worek z napisem Merry Christmas leżący na łóżku. W środku była kurtka z goretexu w moim kolorze (kolor winny; Sprayway), dzianinowa spódnica w czarno-białe pasy (Polo Ralph Lauren, można, a może nawet trzeba, nosić ją jako sukienkę) i punkowy płaszczyk z lnu (Majestic Filatures), taki z rozwiewanymi połami, bez guzików. Nie możesz dziewczynie kupować tyle rzeczy! mówię ja. No wiadomo, łaskawie zgadza się on, dlatego kupuję tylko najpotrzebniejsze. I taka to jest rozmowa z chłopakomężem. Walentynkowo zrobiłam mu poranną kawę.

Początek dnia był dla Freda nieszczególnie rewelacyjny, bo około pierwszej po południu mąż miał pobranie krwi i musiał na czczo przegibać do tej godziny. Pogoda wstrętna, przy (moim) śniadaniu zaczyna padać, czyli wiadomo już, że outfit na ogaconego Paddingtona został powtórzon. Naprawdę uwielbiam ten plecaczek (prezent od sąsiadki, ekologiczny, bo zrobiony z recyklingu plastikowych butelek):

Zawartość na dzisiaj: mały portfel, piórnik, telefon, czytnik do książek, krem z korektorem, korektor, etatowe perfumy, klucze, szminka, rękawiczki z palcami, paczka chusteczek. Kiedy idę do pracy, mieści mi się w nim również kubek termiczny.

Najpierw Kochany chciał zobaczyć dziwny parking lotniskowy, z którego kiedyś będziemy korzystali. Jest, istnieje, ale nigdy więcej takiego zawracania głowy. Potem do szpitala, parking cyk, do pobierania krwi cyk, i tym razem wszystko przed czasem i bez perturbacji (tylko Kochanie musiał sobie rozgrzewać żyły pod ciepłą wodą, bo wszystkie gdzieś poznikały). Na wychodnym kilka sekund rozmowy z Justiną, która zabroniła Fredowi wracać do szpitala w charakterze pacjenta. Kochany naprawdę chce przestrzegać tego zakazu.

Do czego przydaje się pisanie dziennika? Chociażby do tego, żeby sprawdzić, co to była za mała dziura, gdzie pysznie karmili, gdy siedem lat temu zawitali do nas Andrju z Natką, włóczyliśmy się po Dublinie i na cito trzeba było coś zjeść. Da Mimmo na Taobh Ó Thuaidh. Zjedliśmy dania od włoskiej mamusi, miejsca na kawę i deser po czymś takim ani hu hu.

U Freda penne salsiccia e funghi, przede mną na talerzu ravioli ricotta e spinachi w sosie pomidorowo-parmezanowym.

W drodze do domu Fred odebrał telefon od Elizabety, więc smętno-deszczowa trasa częściowo upłynęła mi na sennym dosłuchiwaniu rozmowy męża z przyjaciółką przyjaciela o dolach i niedolach ludzi w wieku średnim.

W domu, po wypiciu dwóch herbat, walnęłam się na drzemkę, Fred również i tak sobie drzemaliśmy przez dobrą godzinę. Dzisiejsze podkarmianie Junony było dłuższą wizytą miziano-walentynkową: zasiedliśmy przed tv, kotka przyszła się połasić, obejrzała z nami Prostą historię o morderstwie (2016) Arkadiusza Jakubika.

sobota, 20 stycznia 2024

1496. W blokach.

Wyłączanie budzika na długi weekend jest przyjemnością samą w sobie. Skapitulowałam około północy, Kochany wrócił przed pierwszą i położył się spać o drugiej nad ranem. Wstałam oczywiście przed małżonkiem i coś tam sobie klikałam w ciszy, posilając się śniadaniem i pijąc kawę. Ruchy wolne, za oknem zimowa szarówka poganiana wiatrem (Kochany śniadał w południe). Nasz samochód ma mieć coroczny przegląd dopiero ok. siódmej wieczorem. Potem wyjazd do Elizabety, niezwykły, bo byliśmy tam, że ho ho ... a konkretnie razem z Fredem witaliśmy u niej rok 2018. Kiedy to było! (na zdjęciach widzę mój kubek z krową, gdy miał jeszcze ucho). Poza tym zamierzamy się przemieszczać do hrabstwa Kerry, a to ponad 300 km (nie zawsze szerokiej) drogi po zachodzie słońca. Fred wyjechał zrobić zakupy, które częściowo bierzemy ze sobą. Soundtrack: Masłowska, Świetliki. Ręczniki zapakowane, późny obiad zjedzony, samochód doprowadzony na miejsce i właśnie sprawdzany przez mechaników …
___
21:30 ... autko niestety nie przeszło NCT (wprawdzie możemy jechać dalej, ale do miesiąca Fred musi jeszcze raz pojawić się z samochodem na przeglądzie, a pomiędzy trzeba znaleźć dobrego specjalistę, najlepiej takiego, który nie jara zioła). Potem ruszyliśmy na autostradę i uderzył w nas silny wiatr z deszczem. A to coś nowego! Sprawdziłam weekendowe mapy wiatrów: jutrzejsza cała ładnie zamalowana na pomarańczowo. Po krótkim namyśle zawróciliśmy przez Julianów; w drodze odbyła się rozmowa z Elizabetą, która już przygotowała słowa powitania (ale z ciebie niezły kozak) i zamierzała posłać łóżko dla znużonych wędrowców. No i cóż, byliśmy ładnie odziani, ja w nowe bojówki, Fred retro i w czerwonej koszuli, ale do pochwał stylówy niestety nie dojdzie (coś za marnacja!). Przed dziewiątą z powrotem w domu. Świetliki kontynuują Las putas melancólicas (2005).

sobota, 11 marca 2023

Postscriptum #1181.

Bardzo nam ta przysługa Anne pomogła, nie musieliśmy stać na przystanku ociekając deszczem. Na lotnisku jak zwykle naćpaliśmy się perfumami (odkryłam fajny zapach Toma Forda o nazwie lost cherry). Po kawie/herbacie niespodziewanie wpadliśmy na Elizabetę, która nas wyściskała i uaktualniła wiadomości. Chwilę rozmawialiśmy o swoich kierunkach (ona akurat do Hiszpanii, z panem nam nieznanym, który drzemał w dworcowym fotelu). A samolot spóźniony, mieliśmy lecieć przed szóstą, wystartowaliśmy po siódmej (czekając na lotnisku uwolniłam stopy i machałam kolorowymi smyrami, jedliśmy czipsy, skrolowaliśmy telefony). Lot był spokojny, świat, że oko wykol, nie dość, że nad Wyspami chmury, to jeszcze w Europie widoczne oszczędzanie energii (może to i lepiej). Po wylądowaniu kolejna niespodzianka: rodzice wrócili z połowy drogi, żeby wymienić auto na inne (podobno coś z hamulcami) i jadą do nas naszym oplem. Cóż, czekamy. Witaj, kraju :)

sobota, 29 października 2022

1048. Zamulamy.

Przyszły cebule narcyzów i tulipanów. Znaczy "przyszły" pocztą, jak dokładnie i kiedy, tego nie wiadomo. Fred znalazł je pod drzwiami podlane wodą z nieba (albo o brzasku był kurier, albo paczka została przechowana przez sąsiadów i rano podrzucona przyjazną ręką). 

Pogoda deszczowa, kot spał w domu cały dzień, wyszedł dopiero niedawno. My też zamulamy. Fred doprawiał karkówkę, ja grzebałam w aktach urodzenia, choć bardziej chciałoby się napisać, że w nosie. Telefon Fredowy do Elizabety był (ślubu raczej nie będzie), telefon do moich był (babcia wykańcza psychicznie rodziców), telefon do teściowej był (jest wesolutka i umysł działa jej sprawnie). Filomowo na tepet bierzemy Wspólny pokój Wojciecha Jerzego Hasa, kolejny film z roku 1959, z nieco egzaltowanymi dialogami Dygata, ale atmosferą całkiemcałkiem.

niedziela, 2 stycznia 2022

747. Niedziela ujowej pani domu.

Skrót dnia: okno w kuchni upstrzone przelotnymi opadami, kot mądry i piękny śpi, głowa rodziny w fartuszku pichci gulasz (który w towarzystwie gnocchi i surówki z pora okazał się przepysznym obiadem), a wieczorem zawija śledzie w różowym sosie, ja natomiast objuczona maminym szalem przywiezionym z Polski studiuję drzewa genealogiczne (bajzel, coś mi nie styka jedna przodkini). 

Po powrocie z Tesco Kochany zawijał rolmopsy gawędząc z Elizabetą, która jak zwykle zapraszała na swoje wybrzeże. Rozmowa była długa i nawet pogodna, ot i tyle z pierwszego weekendu roku 2022. Jutro bank holiday, ale Fred i tak do pracy na jakąś morderczą godzinę, więc już kolęduje do snu.

wtorek, 7 grudnia 2021

721. Sztorm Barra.

Tak więc był w moim śnie Zalewski Krzysztof i Domogarow Aleksander, a pan Czesio wypożyczył mi aparat fotograficzny w kolorze seledynowym na 9 i ½ tygodnia (we śnie też bardzo mnie to rozbawiło, zanim się obudziłam o 4:03). 

Jakoś chwilę później przyszedł wiatr. Po 7 rano zatekstowałam do menadżerki z zapytaniem czy pracujemy, odpowiedziała mi po 8, gdy siedziałam w autobusie (sama jedna). Już wczoraj ogłoszono zalecenie zamknięcia szkół we wszystkich hrabstwach z czerwonym i pomarańczowym alarmem, nasz ośrodek technicznie rzecz biorąc szkołą nie jest i wolniej przetwarza takie informacje. W każdym razie przejechałam się i ok. 9:30 weszłam do stygnącego domu (chwilę wcześniej padł prąd), a kot przywitał mnie z parapetu zdumiony, że jestem, jak mnie miało nie być.

Na szczęście ostało się trochę zmielonej kawy i nie musiałam używać zębów jak Turecki. Więc jajecznica, kawa, koc (najpierw wyszłam w wichrze i deszczu przestawić przewrócony kosz i pozbierać graty, które wyturlały się na cały ogródek), zaopatrzyłam się w stosik książek z męką czytanych, mianowicie w Ginczankę, Diderota i Manna. Prąd wrócił wcześniej niż twierdzili, tym bardziej miód i orzeszki, Fred wrócił później, choć też wcześniej, bo miał we wsi trzecie szczepienie na covid.

Elizabeta potwierdza telefonicznie, że u niej wszystko w porządku oraz że zawsze mamy zaproszenie, dzwonimy też do hrabstwa Clare chłostanego wiatrem, rozmawiamy m.in. o facecie z sierpem, kretach, dżdżownicach i prawnikach z arcybiskupstwa. W głowie wędruję na zachód.

sobota, 26 grudnia 2020

375. Sztorm Bella.

Windfinder i kot Ryszard zapowiedzieli go bezbłędnie.

Rozmawiałam z mamą o remoncie łazienki, o tym, że najlepiej wszystko zburzyć i zacząć od nowa (zadzwoniłam z przeterminowanymi życzeniami rocznicowymi). Zapukała do nas Anna z paczką świąteczną od community (czyli zapewne od rycerzy św. Kolumby)słodycze spożytkujemy podczas wieczorów filmowych. Fred zadzwonił do Usz, swoich rodziców, do Elizabety, tutaj pozytywnie wieści — jest Ktoś, są plany ślubu, oraz do krakowskich przyjaciół. I tyle kontaktu ze światem, bo podobnie jak Ryszard, siedzimy w domu. W Republice dzisiaj 1296 przypadków korony i lockdown od jutra. Dla nas niewiele się zmienia, trzeba się trzymać.

Zupełnie zapomniałam w tym świątecznym niewielerobieniu, że w środę minęła druga rocznica śmierci Eileen Battersby.

niedziela, 27 września 2020

285. Indian summer.

Po wspólnym śniadaniu długi, przemiły spacer do morza i z powrotem przez wieś. W powietrzu latają pajęczyny i osiadają nam na głowach. Jakiemuś lokalesowi na spacerze z psem spodobały się buty Freda, to mu zaraz to powiedział. Był duży odpływ, więc zaszliśmy dalej po plaży, żeby eksplorować nową ścieżkę na wydmie. Ciepło i zaszalałam z golizną przedramion. Po spacerze zamiast obiadu był wyjazd na małe zakupy spożywcze, ucieszyłam się, że nareszcie znalazłam wit. D i folacynę w odpowiednim rozmiarze do połykania, zapas na jesień zrobiony :) Już w domu Fred pogadał telefonicznie z Elizabetą - wieki nie byliśmy u niej na zachodnim wybrzeżu, rozmowa się nie klei, czyli z synem Krisa mieszkać to nie miód i orzeszki. Mogę Fredowi powtarzać "a nie mówiłam", a on mnie, ale każdy jest dorosły i sam podejmuje decyzje. Poza tym spokój, dobry obiad, kot pogodzony z faktem spania w nocy w domu zalega na łóżku, choć okno otwarte. Kończę dzień krewetkami smażonymi na maśle, których zapach już się unosi w kuchni.