Czyli Walętego.
Gdy wróciłam z łazienki, żeby wybrać z szuflady skarpetki "na dzisiaj", Kochany bardzo zadowolony wskazał mi worek z napisem Merry Christmas leżący na łóżku. W środku była kurtka z goretexu w moim kolorze (kolor winny; Sprayway), dzianinowa spódnica w czarno-białe pasy (Polo Ralph Lauren, można, a może nawet trzeba, nosić ją jako sukienkę) i punkowy płaszczyk z lnu (Majestic Filatures), taki z rozwiewanymi połami, bez guzików. Nie możesz dziewczynie kupować tyle rzeczy! mówię ja. No wiadomo, łaskawie zgadza się on, dlatego kupuję tylko najpotrzebniejsze. I taka to jest rozmowa z chłopakomężem. Walentynkowo zrobiłam mu poranną kawę.
Początek dnia był dla Freda nieszczególnie rewelacyjny, bo około pierwszej po południu mąż miał pobranie krwi i musiał na czczo przegibać do tej godziny. Pogoda wstrętna, przy (moim) śniadaniu zaczyna padać, czyli wiadomo już, że outfit na ogaconego Paddingtona został powtórzon. Naprawdę uwielbiam ten plecaczek (prezent od sąsiadki, ekologiczny, bo zrobiony z recyklingu plastikowych butelek):
Zawartość na dzisiaj: mały portfel, piórnik, telefon, czytnik do książek, krem z korektorem, korektor, etatowe perfumy, klucze, szminka, rękawiczki z palcami, paczka chusteczek. Kiedy idę do pracy, mieści mi się w nim również kubek termiczny.
Najpierw Kochany chciał zobaczyć dziwny parking lotniskowy, z którego kiedyś będziemy korzystali. Jest, istnieje, ale nigdy więcej takiego zawracania głowy. Potem do szpitala, parking cyk, do pobierania krwi cyk, i tym razem wszystko przed czasem i bez perturbacji (tylko Kochanie musiał sobie rozgrzewać żyły pod ciepłą wodą, bo wszystkie gdzieś poznikały). Na wychodnym kilka sekund rozmowy z Justiną, która zabroniła Fredowi wracać do szpitala w charakterze pacjenta. Kochany naprawdę chce przestrzegać tego zakazu.
Do czego przydaje się pisanie dziennika? Chociażby do tego, żeby sprawdzić, co to była za mała dziura, gdzie pysznie karmili, gdy siedem lat temu zawitali do nas Andrju z Natką, włóczyliśmy się po Dublinie i na cito trzeba było coś zjeść. Da Mimmo na Taobh Ó Thuaidh. Zjedliśmy dania od włoskiej mamusi, miejsca na kawę i deser po czymś takim ani hu hu.
U Freda penne salsiccia e funghi, przede mną na talerzu ravioli ricotta e spinachi w sosie pomidorowo-parmezanowym.
W drodze do domu Fred odebrał telefon od Elizabety, więc smętno-deszczowa trasa częściowo upłynęła mi na sennym dosłuchiwaniu rozmowy męża z przyjaciółką przyjaciela o dolach i niedolach ludzi w wieku średnim.
W domu, po wypiciu dwóch herbat, walnęłam się na drzemkę, Fred również i tak sobie drzemaliśmy przez dobrą godzinę. Dzisiejsze podkarmianie Junony było dłuższą wizytą miziano-walentynkową: zasiedliśmy przed tv, kotka przyszła się połasić, obejrzała z nami Prostą historię o morderstwie (2016) Arkadiusza Jakubika.