Po pierwszej obiad; tv binge-watching Kojaków; pijemy kawy (do zaparzenia wymiatam ostatnie ziarna Sumatry), jemy ciasta, głaskamy zwierzaczki. Pesymistyczne rozkminki są takie, że wszystkie psy zbliżyły się ostatnio do granicy wieku bardzo zaawansowanego za którym już tylko cień. Zakładam mamine kamaszki i trochę chodzę po podwórku, głaskam Gosię, portretuję Miauczysława. Tatko poszedł zebrać jeszcze kilka siniaków, skoro są, potem kuchnia pachnie suszonymi grzybami (będą do kapusty wigilijnej, mama zarządza). Nie przepracowujemy się, nie wykonujemy gwałtownych ruchów, wystarczy nam ta szybka podróż w tę i z powrotem, żeby dusze nie nadążały.
Po siódmej wyjeżdżamy do Tcy (mieliśmy najpierw zajrzeć do Kota i kupić ziarna, ale dla kawiarni było zdecydowanie za późno, poza tym, jak wyżej, spokojnie). Parkujemy, idziemy, wchodzimy, koncert zaczyna się tuż po ósmej.
Cieszę się, że pojechaliśmy; panowie z Voo Voo w składzie obecnym (Waglewski, Pospieszalski, Martusewicz, Bryndal) zaczęli od Nim stanie się tak, jak gdyby nigdy nic nie było, a na bis zagrali Nabroiło się, pomiędzy stare piosenki wymieszane z utworami z albumu Premiera (2022). Zawsze to miło posłuchać ludzi, którzy potrafią grać.
Kochany kupił na miejscu dwie płyty, dostał autograf wszystkich członków zespołu i zagadał w temacie interesującego go albumu koncertowego (Waglewski jest mały i chudy), po czym ruszyliśmy w drogę powrotną na wieś.
Punkt jedenasta byłam już w łóżku, ale cudów nie ma, zaraz trzeba będzie wstać.

















