Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malinka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malinka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 lutego 2025

1873. Pogoda i niepogoda.

Dzień zupełnie inny, szarość, z rozpoczęciem działania zwlekamy tak, że w końcu za późno jest na składanie szafy. Jest za to wiele innych miłych sytuacji:

  • Robię dobre śniadanie z guacamole, jajkami na twardo i czerwoną papryką, 
  • Kochany oswaja się z nowym laptopem i zajmuje się swoim projektem oglądając nagrane z rok temu materiały, 
  • Myję włosy, bardzo długo stoję pod prysznicem w środku dnia, a potem jeszcze dłużej czytam różne rzeczy zalegając pod kołdrą, rozmówki francuskie, przygody Herbercie, Dom dzienny, dom nocny Tokarczuk, Herbercika prozę poetycką.

Potem dowiaduję się, że Malineczka umarła. Po pierwszej. Jednak było jej za ciężko dożyć do wiosny. I tak, niby się spodziewałam, ale wcale nie byłam przygotowana. Zrezygnowałam z wyjazdu do Ka&Jot. Kochany też postanowił zostać. Przeglądam stare albumy, wysyłam do mamy kilka zdjęć i filmików, o których istnieniu zupełnie zapomniałam. Markotno.

Pierwsze zdjęcie zrobione w listopadzie'10, z Zosią, która zmarła we wrześniu'21.
Pod spodem, zdjęcie z popołudnia.

czwartek, 30 stycznia 2025

1871. Lubię cię, czwartku.

O trzeciej już ciacham pieczarki i cukinię do sosu na spaghetti. Dzień dobry :) Kochany zawiózł mnie do Jamy i przywiózł do domu. W czasie mojej pracy, gdy ogarniałam papiery i czynnik ludzki, małżonek obalił kawę i wybrał się na zakupy. Wyszłam do Czarnej, kupiłam dwie kawy, poczekałam na Kochanego zjeżdżającego z Lidla; wypiliśmy rozmawiając i rozglądając się po ludziach. Pogoda piękna (choć z rana niezły ziąb), jasno, na północnym horyzoncie góry drzemiące w technikolorowej mgle.

Wracając do pieczarek, skoro pociachane, cukinia zmiękła, a sos zaczął się redukować, mąż przejął ster trąc cheddar i gotując pastę. Wcięłam się ino na momento, międzynarodowo:

Ach, dokańczaj, ja tylko chciałam rozłożyć makaron, gdyż wiem że to jest an isssue (drzewiej Kochany bywał tak sfrustrowany walaniem się spaghetti po talerzu zbyt horyzontalnie, że kroił makaron nożem); Jakby to zobaczył Włoch, to co by powiedział?
Mamma mia! zgadliśmy oboje.
Hiszpan powiedziałby caramba, stwierdził mąż.
A co z Francuzem? pociągnęłam.
Merde, dokończył Fred ze znawstwem.

W ogródku znajoma czereda szpaków i wróbli (które pojawiają się razem z jednym panem ziębą). Rano na Freda czatowały gawrony. Dopiero dzisiaj zauważyłam jakie one mają śmieszne portki: gdy jest zimno, napuszają im się pióra na nogach i wygląda to jakby na dachu siedzieli poważni panowie w czarnych pludrach.

Zadzwoniłam do mamy, rozmawiałyśmy dłużej, o smutkach (Malinka odmawia jedzenia i picia, chyba już z tego nie wyjdzie) i trochę o nadziejach (Maksiu jednak lepiej, jakoś się turla na swoich krzywych łapkach). Tatko wciął się na chwilę, pokazując ile na paterze jest mandarynek o których prorokuje, że do jutra znikną w maminym brzuchu. 

U Junony byłam dwa razy, grubasinka wyczekuje na mnie siedząc na schodach. Niedawno bez grymaszenia zjadła kawałki ryby z kropelkami lekarstwa i dostała przysmaczek. Tak jak wczoraj, nad naszym osiedlem od strony morza wisi ogromny gwiazdozbiór Oriona. W sumie wiem, że nie nad naszym, że nad światem wisi, dla wszystkich, tylko, że ja to odbieram osobiście. Jak to było? Betelgeza, Meissa, Bellatrix, Alnitak, Alnilam, Mintaka, Saif, Rigel.

niedziela, 12 stycznia 2025

1853. Wolny przepływ energii.

Ach, i słonecznie było przez chwilę. 

Całkiem sprawnie złożyłam nadkibelnik, nie wymagało to ekstra siły. Tylko nie przymocowałam go do ściany, Kochany zatrudni wiertarkę w wolnym czasie, jeśli w ogóle. Przy robieniu obiadu (wcześnie zaczęłam, sos do fusilli może poczekać, zresztą nawet lepiej, gdy się trochę przegryzie) obejrzałam Śmierć ma okna (1961) z Margaret Rutherford (ona i jej mąż, postacie nadzwyczaj interesujące). Nie mogłam natomiast obejrzeć grubych sióstr nawiedzających UK — nie mogłam, gdyż mnie odrzucało, dziewiąty odcinek szóstego sezonu jeno przeklikałam. Bardzo ciekawe, nagle i niespodziewanie, może to z początkiem 2025 (nowy rok, nowa ja ^..^) moja tolerancja na głupotę i ostentacyjne prostactwo radykalnie spadła. Coś jest na rzeczy, kilka dni temu skazałam na banicję z FB dwie dalekie znajomości, które zawalały mi feed politycznymi durnotami. Klik lub dwa, poof. Jakaś okropna matka dzieciaka, którego kiedyś uczyłam. Jakiś kolega z SP, którego nie widziałam lat 35 i pewnie już nie zobaczę.

Katlin o mnie pytała, nie widziała mnie od powrotu (na spacery nie chodzę, tylko łażę do pracy, albo nawet przemykam). Na tyle zamulałam, że dopiero teraz przyjrzałam się jej prezentowi podchoinkowemu. Mała, ruda plecakotorba firmy Roka, zrobiona (jak głosi etykieta) z recyklingu plastikowych butelek. Świetnie, użyję jej jutro (stary plecak, który też zresztą dostałam od Katlin 3 lata temu, idzie do przepierki).

Zanim jeszcze moje Kochanie wróciło do domu, zadzwoniłam do rodziców, zapytać jak bardzo ich przysypało. Rzeczywiście biało, ale dają radę, mama w porządku, albo kłamie, tatko nadal smarka, Malineczka nie za bardzo chce jeść, atoli jak się ma lat 100, wiadomo, że lekko nie jest i każde ziarnko grochu gniecie. Obiad, rozmowy, prysznic, lektura (Iwasiów wciąga umiarkowanie).

wtorek, 17 grudnia 2024

1827. W drodze.

Spróbuję coś przegryźć na lotnisku, rzekłam do męża kwadrans przed trzecią i zaraz się rozchichrałam, bo przypomniałam sobie wrocławską kunę. Podróż w ciemności bez przeszkód. W głośnikach płyta Animals Pink Floyd, adekwatnie drogę przecinają nam dwa lisy (pierwszy na górce za wsią, drugi na autostradzie) i kot. Buzi i zostaję sama. Naprawdę trzeba coś przegryźć.
___

___
edit 11:00 (czas polski) bardzo szybka podróż. Polska przywitała mnie wiatrem, lekkim deszczem i … tatką wypatrującym mnie przy wyjściu z lotniska. Plan był inny, miałam się przemieszczać do Tcy komunikacją miejską, a tu niespodzianka (która nie byłaby niespodzianką, gdybym odebrała tekst od mamy wysłany, gdy już nie miałam zasięgu). Aura ponura, ale wielkie stado żurawi nad łąkami, w domu zaś włochate radości.
___
edit 12:30 (cz. p.) Z nowości domowych: przy schodach wejściowych tata ułożył płytki, Malinia i Maksiu dostali nowe łoża (oboje niedomagają, Malinia głównie śpi, Maksiowi rozjeżdżają się tylne nóżki), jest też nowy, metalowy kwietnik dla asparagusa (czy to antyczny asparagus babci Mani?). Już głaskałam Zosię (trochę się mnie bała, wytłumaczyłam jej, że mieszkałam tu kiedyś). W domu zrobiło się cicho, tatko gdzieś na zewnątrz, niedługo będzie jechał po mamę. Zmęczona jestem, zjadłam maminą zupę, dwa kawałki babki i wspomagam się kawą, w moich nogach usadowił się pokraczny Maksio, który przez dłuższą chwilę dyscyplinował swoje fikające łapki.
___
edit 18:45 (cz. p.) Dzięki wczesnemu, komfortowemu dojazdowi na wieś mogłam dłużej wypocząć. Nakryłam się kocem i chrapnęłam, że aż miło; gdy doszłam do siebie, okazało się, że śpi ze mną Niunia. Przez godzinę rozmawiałam z Celtem, pokazałam mu domowe zwierzaki, wszystkie, które miały ochotę zaistnieć w kamerze; rodzice akurat wrócili z miasta i też Celtowi pomachali. Kochany pokazał mi prezenty od Katlin (dostałam wielki szal w esyfloresy i torboplecaczek). Zawiesiłam z mamą kilka światełek, poza tym, jak to u rodziców, kryminały, rozmowy, kudłacze; jemy i dumamy nad chorobą zamiokulkasa. 
___
edit 21:25

środa, 4 grudnia 2024

1813-1814. Środek tygodnia.

Wtorek
Czytam (zaczęłam bardzo nie lubić bohaterki obecnie czytanej powieści), piszę, rozmawiam z tatką, robię obiad, umawiam się na szczepienie i nie wiem, czy robię dobrze, ale rezerwuję sobie dwa kłucia na raz: covid i grypa. Jeśli wyjdzie koktajl Mołotowa, mam dwa tygodnie na wyzdrowienie. Tak sobie teraz przypominam, że gdy wczoraj wracałam autobusem po zmroku, mnóstwo domów było już ustrojonych świątecznie, albo przynajmniej z choinką rozświetloną centralnie w oknie.

Środa
Spaliśmy przy otwartym oknie (dla odmiany) i rano obudziły mnie rozmowy ptaków robiących inspekcję ogródka. Na szczepienie byłam umówiona kwadrans przed dwunastą. W mojej głowie rozcinało mi to dzień na pół, chciałam jeszcze coś przejrzeć na jutro, na wypadek, gdybym po szczepieniu nie czuła się rewelacyjnie. Korona na prawym ramieniu, grypa na lewym, pani robiąca zastrzyki okazała się mistrzynią (ugryzienie komara bardziej się czuje). Na obiad wątróbka, mąż w roli kuchmistrza (skoczył do lokalnego rzeźnika, gdy czekałam w przychodni). Świat za oknem bury, ani jednego promyka słońca, poza tym dość mokro, choć wcale nie padało. Kochany całuje mnie w szczepionki (covidowa boli bardziej, czy to nie interesujące?). Skończyłam czytać The Discomfort of Evening Marieke Lucas Rijneveld (Faber & Faber, 2020); dyskomfort, indeed. Było jeszcze przed piątą, więc postanowiliśmy obejrzeć dłuższy film na który zazwyczaj nie mamy czasu. Przed seansem zadzwoniłam do mamy, na chwilę tylko, zapytać, czy szelki doszły. Przy okazji dowiedziałam się, że mama zaraz jedzie do dentysty. Poza tym Malinka i Maksiu źle się czują, nie chcą jeść. Stareńcy oboje i zmęczeni, Malinka zjadła dopiero jajecznicę i przynajmniej pije wodę. Może to tylko zły dzień dla staruszków. W kinie domowym odrestaurowana kopia Człowieka z marmuru (1976) Wajdy. Właśnie skończyliśmy i o tym rozmawiamy. Dobry.

sobota, 19 października 2024

1768. Chyba będziemy żyli.

Wyskoczyłam z łoża, żeby zakropić oko mojemu misiu (krople trzymamy w lodówce) przed jego wyjazdem do pracy i już tak zostało. Jest o wiele lepiej, wprawdzie kaszlę, ale nie mam takiej mgły we łbie. Zaczęłam oglądać starego Dalgliesha, The Black Tower (1985), jak do tej pory trzy odcinki i trzy trupy, super. W międzyczasie odbyłam drzemkę, długą i pokrzepiającą. Mózg działa normalnie. 

Wieczorem dodzwoniłam się do rodziców. Wieści: Maksio będzie miał w poniedziałek operację i nie wiadomo, czy przeżyje, bo serce ma bardzo słabe (mama mierzy mu ilość oddechów za pomocą specjalnej aplikacji); rodzice wycięli Malince wrastający wilczy pazur, już się z nim nie męczy wielka gapa; tatko ma od lekarza długi plan wypiękniania zębów (mama stwierdziła, że wszystko będzie nieomal w cenie samochodu); zamówienie z Empiku przyszło kompletne (jest najnowsza Masłowska, Tokarczuk x 2, płyta Prońko, i tak dalej). U nas ekscytacji mniej, ale przy okazji dowiedziałam się, że idzie na nas pierwszy sztorm sezonu, Ashley; poza tym Fred przypomniał sobie, że w czwartek pytała o mnie pani Stempelek (zawsze to miło). Ach, i test na covid wyszedł mi negatywny.

Wciągnęła mnie genealogia, zaczęłam robić rozpiskę dziwnych przemieszczeń tajemniczego prapraprapradziadka Macieja. Niektórzy mają ciekawych przodków, ja mam samych wędrownych biedaków. No i co zrobić? Siedzi w genach ;) 

Może jeszcze jeden Dalgliesh? Mózg nadal pobudzony, szuka zajęcia.

wtorek, 3 września 2024

1722. Ponownie w drodze.

Dzień pożegnań.







Mama wzięła sobie wolne, tak powstała niedziela we wtorek. Rosół. Kartofle z kefirem.

Wyjechaliśmy ze wsi trochę wcześniej, żebym mogła podjąć kolejną próbę (tym razem udaną) przesłania kasy za OC. Poszło szybko, pan "z okienka" bez okienka był bardzo pomocny. Na lotnisku zważyłam i nadałam bagaż, był czas na wspólne jedzenie, wciągnęliśmy więc drugi obiad, potem rurki z kremem w Coście. Mam wrażenie, że hedonistyczne zwyczaje rozlewają się i uzupełniają z obydwu stron, z moich zwyczajów z Kochanym, ale też z domowego zalegania z rodzicami. Mam świadomość, że normalni ludzie nie chodzą na obiad na lotnisko. Nie jesteśmy normalni, takie rzeczy mogą skutkować wyobcowaniem, ten stan mi odpowiada, stał się częścią mojej natury.

W dużej walizce przewoziłam rzeczy zakupione przez Freda w Empiku, znalazłam między nimi Białość Jona Fossego (ArtRage, 2024); że stron tylko 42, wszystkie przeczytałam za jednym posiedzeniem w fotelu 20D. 

Sam lot był spokojny, przyziemienie dość agresywne i głośne. Bez zwłoki ruszyłam do wyjścia, odebrałam bagaż, Kochany już na mnie czekał z bukietem białych róż. Droga do domu jak we śnie, jechaliśmy, miałam déjà vu. W tym półśnie tak się zawzięłam, że po dziewiątej byłam już rozpakowana, kwiaty w wazonie, ja w szlafroku, pachnąca żelem pod prysznic. Znowu od siebie do siebie, jak ludzie żyją nie podróżując?

poniedziałek, 17 czerwca 2024

1644. Miasteczko.

Nad ranem budziłam się kilka razy, rozbudzał mnie blady świt o czwartej, różne strefy czasowe na zegarkach oraz nocny fitness Rozalki i Wojtusia. Bałam się, że prześpię budzik, albo że źle go nastawiłam (chciałam pożegnać się z mamą przed jej wyjściem do pracy). Niebo przed godziną siódmą było bez jednej chmurki. Pięknie. 

Objadłam się zupą pomidorową (kiedyś babciną, teraz już maminą), jeszcze raz przejrzałam, co biorę, a czego nie biorę; tatko wrócił z miasta (przywiózł nam świeże pieczywo); po dłuższym budzeniu się, kręceniu i doprowadzaniu do stanu używalności (Fred w ogrodniczkach przeciągał się i pił kawę z pół godziny), po dziewiątej wyruszyliśmy. Komitet pożegnalny:

Jechaliśmy przez Tcę, więc była kawa w Kocie oczywiście. Zrobiliśmy też zakupy w aptece, tak na wszelki wypadek.

A w Kocie spotkaliśmy Psycholoszkę. Bardzo była miła ta rozmowa. I klimaty takie, o:

Wczesnym popołudniem dojechaliśmy do Tadka, żeby przez ponad dwie godziny, nad zieloną herbatą i ptasim mleczkiem, rozmawiać o rzeczach ważnych i istotnych oraz dyskutować na temat miru domowego z jedną Franciszką.

Potem Jelenia i obiad w restauracji Kucie Smaku na placu Ratuszowym (dla mnie pierogi ruskie, smażone, i bukiet sałatek). 

Nareszcie Miasteczko. Przywitaliśmy się z ciocią eR i poszliśmy na dłuższy spacer, na cmentarz i po izotoniki. Po drodze Fred rozmawiał z paroma ludźmi (bo wiadomo). Po powrocie zostaliśmy nakarmieni i załapaliśmy się na początek meczu Francja-Austria. Przyjechał Mrzygłód, ustaliliśmy grafik poranny na jutro. Wreszcie, po dziesiątej prysznic i spać. Za oknem burza.

piątek, 14 czerwca 2024

1641. Aklimatyzacja.

Na starcie dnia odbyła się w ogrodzie rozmowa z Maciejem Dyplomatą. Kot mnie przywitał i pozwolił się pogłaskać. Inaczej niż Rózia, która tylko podeszła z zaciekawieniem sprawdzić, czy ja to rzeczywiście ja. Inspektor żywności (Wojtuś) żądał dostępu do kaszanki wyciągniętej z lodówki (Kochany miał ochotę na tradycyjne śniadanie w domu pod lasem, podczas gdy jego żona zadowoliła się bułką z pomidorem i jajkiem). Malinka wyleguje się na tarasie, i coraz wolniej podnosi się z legowiska; cóż, starość (ale Gosia, jej siostra, jest nadal rześka).


W samo południe byliśmy umówieni u fryzjera i prawie się wyrobiliśmy ;) Po fryzjerze poszliśmy do Kota, gdzie zupełnie przez przypadek naszliśmy kolegę Narodzonego z żoną. Przywitaliśmy się, uścisnęliśmy sobie dłonie, przedstawiłam Freda. To jest ciekawa sytuacja, bo wiele lat temu kolega Narodzony nie należał do moich faworytów, ale z perspektywy czasu inaczej oceniam sytuację. 


Po kawie i cieście (sernik sernikowy był przepyszny) zaszliśmy do Rossmana i umówiliśmy się z rodzicami na obiad u chińczyka. Potem rodzice wrócili do domu, a my poszliśmy przez miasto do samochodu i podjechaliśmy do zdroju, żeby przejść się naokoło stawów. Pomimo chmur pogoda była niezła, będzie cieplej, a taki przejściowy dzień pozwoli się nam zaaklimatyzować. 


Gdy wróciliśmy na wieś, przed wjazdem na podwórko musiałam przenieść na rękach tego jegomościa, bo spał za płotem, zbyt blisko drogi (Miałczysław, kot dochodzący):


Jest łagodny i burczy tylko na innego kota dochodzącego, Filemona (który wylegiwał się cały czas w ogródku na jednym z rozstawionych krzeseł).

Rodzice też byli zmęczeni zarwaną nocą; nigdzie indziej nie wychodziliśmy, pod wieczór niebo jeszcze bardziej się zasnuło; jemy kolację, zerkamy na Skąpca z de Funesem; oboje klikamy pokrzepiająco. Mimo leciutkiego zlasowania mózgu przypomniało mi się, żeby odezwać się do Agniechy :)

piątek, 29 marca 2024

1564. U siebie.

Minęła północ, tymczasem na moim telefonie jest godzina wcześniej. Zwierzaki w większości już śpią porozkładane w swoich ulubionych miejscach.

Wyturlałam się dzisiaj z własnego łóża przed dziewiątą i trochę mi zeszło zanim zdecydowałam w co się ubrać na podróż (skarpety w borsuki, dżinsy z mankietami, czarna marynarka). Do ogródka wyszłam tylko na chwilę, żeby wsadzić do starej doniczki dalię (bulwy miała jakieś takie biedne, trzeba ją szybko reanimować). Wyjechaliśmy z Kochanym po pierwszej, z tej okazji nad wsią pojawił się przelotny deszcz, a nad zatoką tęcza. Nie przewidziałam, że w wielki piątek Irlandczycy ruszą na zakupy, więc w Milano (Swords) czekaliśmy na swoje pizze prawie godzinę (w międzyczasie Fred kupił mi w TK Maxxie płaszcz jak żaden inny, na żywca wyciągnięty z jakiegoś klipu z lat 80-tych, marka Aligne, czarny trencz o nazwie Julia). Kochany podwiózł mnie w pobliże terminala (tutaj też korek), na lotnisku stanęłam w najwolniejszej kolejce do sprawdzenia bagażu (jeden z celników poznał się na moim kapeluszu, ucięliśmy sobie całkiem miłą pogawędkę, gdy sprawdzał czy nie przewożę narkotyków). Nareszcie kwadrans po piątej znalazłam się gdzie trzeba: przed wejściem nr 109. Lot był spokojny, zaczęłam czytać autobiografię Allena (zabawna, ale zmęczenie dawało mi się we znaki i nie dobrnęłam za daleko), pierwszy raz zamówiłam w samolocie herbatę (blee), po lądowaniu wyszłam szybko i ekspresowo przywitałam się z rodzicami. W domu opiłam się herbatą, objadłam śledziami w ziołowej zalewie i ciastem. Dobrze jest.

środa, 27 grudnia 2023

1472. Świąteczne ostatki.


Aliści, trzęsak.



***




Chłodno i słonecznie, powietrze mokre, prawie jak u nas, na wyspie. 
Był spacer z tatą i Maksiem-tropicielem hohoni, była kawa i spacer wokół stawów w mieście (w kawiarni uścisnęłam z się z Narodzonym, kolegą z ex-pracy), oraz kupowanie nowej myszy Logitech (w czasie rozmowy z mamą wyciągnęłam z gniazda odbiornik myszy z którą przyjechałam i nie wiem, gdzie w domu rodziców go odłożyłam). Pakowanie walizek raczej krótkie (mam zwarty sposób zagospodarowywania przestrzeni na wyjeździe). Jeszcze nie śpimy, zwlekamy. 

niedziela, 24 grudnia 2023

1469. Wilija'23.

Męczył mnie nos i kaszel, więc wstałam z łóżka przed siódmą, żeby się przeciągnąć i napić herbaty, a tu za oknem sytuacja śniegowa:

Jeszcze przed śniadaniem zaczęłam robić sałatkę (Kochany nucąc Christmas Time The Darkness pomógł mi w krojeniu kartofli, ale to później w ciągu dnia). Zawinęłam też krokiety (wyszło 16). Mama przygotowała karpia, zrobiła galaretkę z kurzyny i kapustę z fasolą à la babcia Mania. Przez większość czasu pracowałyśmy pod czujnym okiem inspektora ds. żywności:

Po wodzie ze śledzia pojechaliśmy z Fredem na chwilę na cmentarz, żeby zostawić światło dla dziadków i cioci. W tym czasie śnieg zdążył już stopnieć i na ścieżkach zalegały brejokałuże.

Wigilia była bezopłatkowa, intencjonalnie, bo nie było komu pójść do kościoła (rodzice nie przejawili entuzjazmu w tym kierunku). Wymieniliśmy się prezentami, zjedliśmy parę potraw (ja uszka w barszczu, pieroga i kapustę z fasolą). W trakcie kolacji zadzwoniła świekra, żeby nam pokazać rodzinną imprezę ze szwagrostwem. Po kolacji tatko zadzwonił do wujka Kaza i nawet wcięłam się mu w rozmowę, bo widać było, że chrzestny jest zaciekawiony naszą wizytą. Kochany dostał ode mnie perfumę Armaniego Bois D'Encens, ja dostałam czytnik książek PocketBook Era :D. Dzień był udany pod wieloma względami, np. Malineczka, która wczoraj nie chciała jeść i puszczała bąki, dzisiaj odzyskała apetyt. Teraz przed nami dwa dni laby bez martwienia się o obiady.

środa, 20 grudnia 2023

1465. Domowo.

Noc przespałam nawet dobrze. O dziewiątej byliśmy już oboje na nogach, ja po śniadaniu, Kochany w trakcie kawy. Plan dnia zrobił się stacjonarny. Przechodziłam większość środy w szlafroku, Fred przy laptopie, klikał i słuchał. Zaczęłam czytać Śmierć w przebraniu Caroline Graham (Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, 2005), książkę, którą kupiłam wieki temu w Marino, za 29,90, nie mając jeszcze pojęcia o serii Midsomer Murders, i której czytania nigdy nie dokończyłam. 

Obserwowaliśmy codzienne życie zwierząt, tutaj Malineczka, starenia już, do snu układa się jak wielbłąd:


Po południu stwierdziłam, że nastąpiło cudowne ozdrowienie. Jeszcze trochę czuję zatoki, ale to nic niezwykłego, wirusowe gardło ustąpiło zupełnie.

Śmierć w przebraniu czyta mi się świetnie, jestem w jedenastym rozdziale.

niedziela, 3 września 2023