Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niunia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niunia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 lipca 2026

2397. Dzień pierwszy.

Zasnęłam po trzeciej (dobrze było zobaczyć drzewa te same, gwiazdy nad drzewami, mrok za płotem), obudziłam się około siódmej i już nie mogłam spać, natłok myśli. Zaraz wypróbowałam, czy na emailu pracowniczym działa mi automatyczna odpowiedź (cholera, nie działa). Musiałam wstać i się zmęczyć jeszcze bardziej, nie było innej rady, więc wyciągnęłam mężowskiego laptopa (zostawiłam mój w domu), zaczęłam uzupełniać wpisy blogowe, porządkować myśli.

Prezencik mężowski odpakowany z rana:

Bo rodzicom Fred wręczył prezenta już o trzeciej rano. 

Ruchy jak zwykle wolne, domowe. Poczekałam, aż Kochany obudzi się, zje śniadanie, o pierwszej wyruszyliśmy do Tcy. Kot, Rossman, krótki wypad do fryzjera, żeby się umówić na później (jakoś nie wiem sama ... przestaję lubić to miejsce, coś jest z paniami, jakieś coś off). Siedliśmy pod bazyliką, akurat odbywał się ślub, więc nie weszliśmy do środka. Powrót na wieś po telefonie od mamy, że już jadą w tamtym kierunku. Obiad, fragmenty Midsomer Murders z sezonu 22, spacer z mamą na cmentarz, chill, robienie kanapek, kolacja i dyskusje o historii.

Wieści z domu: stabilnie, choć Hana wpuściła gościa od kuchenki, co jest irytujące, bo prosiliśmy ją o coś przeciwnego. Well. Padam. Na jutro są plany.





niedziela, 28 grudnia 2025

2203. Lekko połamana.

Taka wstałam, sen długo nie chciał przyjść, żadna pozycja spalnicza nie wydawała się tą właściwą, potem trudno było się pozbierać. Lektura, maminy rosół niedzielny, Columbo porzucony. 

Za drzwiami zauważam powieszony obraz, który przewieźliśmy z dawnego domu Freda (oczywiście, wiedziałam, że on tam wisi, ale nagle przypomniałam sobie wędrówkę obrazu przez pół Polski i pomyślałam o Kochanym). 

Niunia całe dnie spędza w łazience z podgrzewaną podłogą, mama wieszczy (chyba uspokaja ją takie przewidywanie złych wypadków), że to pewnie jej ostatni rok.

Zainteresowały mnie otwarte dni do stodoły. Skarby w niej ukryte kuszą, bobrowałam w kilku szufladach. Na zakurzonych meblach widać nietypowe ślady po pazurkach; tatko próbuje przekonać kunę do przeprowadzki.

Po rosole idziemy z tatkiem na spacer. W lesie jeszcze gdzieniegdzie leżały resztki wczorajszego nocnego śniegu. Dzień był mroźny, słoneczny, spacer do przecinki i z powrotem ożywczy; tatko jak zwykle dużo mówi, m.in. powiedział więc patrząc na wyciętą połać: Nie ma lasu, ale my jeszcze jesteśmy. 

Ze zmarzniętym nosem, jedząc dokładkę rosołu, przeczytałam do końca Misterium wiary (WAM, 2025), rozmowę Eskila Skjeldala z Jonem Fossem. Dużo podkreśliłam.

Obejrzałyśmy z mamą dwa końcowe odcinku DiU. Mama nie za dobrze się dzisiaj czuła, nastrój (samopoczucie?) poprawił się jej pod koniec dnia, ale i tak obie szybciej wskoczyłyśmy do łóżka.

sobota, 28 grudnia 2024

1838. Bezfredzie.

Długo wszyscy spaliśmy, wstałam dopiero o ósmej, mama podobnie, tatko jeszcze później, co jest raczej niezwykłe. Pogoda niezmiennie chłodna i słoneczna, trawę przykrył szron, a nad wsią cały czas wisiała nieruchoma mgła poprzetykana smogiem z sąsiedzkich kominów. Przed południem wyszłam do sklepu po wkłady do zniczy, potem poszłyśmy z mamą na cmentarz (nadal smarkam, mama kaszle, ale jest jakoś lżej).

Skończyłam czytankę Hemingwaya, Stary człowiek i morze (PIW, 1971), tuż przed tym jak wyruszyliśmy do miasta. Gdyż po południu we trójkę pojechaliśmy do Korony na obiad u Greka. Podobno tłumy były tam identyczne jak wczoraj (wdałam się w pogawędkę z dziewczyną, która robiła dla mnie herbatę z malinami). A dlaczego do Greka? Bo sobie tak zażyczyłam (ku radości mamy). Chciałam odskoczni od świątecznych dojadań i wszystkim to dobrze zrobiło.

Krajobraz powrotny (mgła ze smogiem się zagęszcza, jasna koronka zamienia się w kożuch):

Zatrzymaliśmy się na chwilę wracając przez Tcę, rodzice szukali specyfików do szamba; nawet nie wyszłam z samochodu, ciemno, dopadło mnie zmęczenie. 

Wieczór bez spektakularnych wydarzeń, z kryminałkami, ale oglądanymi leniwym okiem. Zastanawiam się nad podsumowaniem tego roku (tak pół na pół), sprawdzam prognozy pogody na pierwszy dzień stycznia (w Irlandii ma być wietrznie), rozmawiam z Kochanym po drugiej stronie Europy. Jest mi bardzo wygodnie w wielgachnym łóżku pod gigantyczną kołdrą, pewnie zaraz zgaszę światło i z przyjemnością poleżakuję przed snem.

wtorek, 17 grudnia 2024

1827. W drodze.

Spróbuję coś przegryźć na lotnisku, rzekłam do męża kwadrans przed trzecią i zaraz się rozchichrałam, bo przypomniałam sobie wrocławską kunę. Podróż w ciemności bez przeszkód. W głośnikach płyta Animals Pink Floyd, adekwatnie drogę przecinają nam dwa lisy (pierwszy na górce za wsią, drugi na autostradzie) i kot. Buzi i zostaję sama. Naprawdę trzeba coś przegryźć.
___

___
edit 11:00 (czas polski) bardzo szybka podróż. Polska przywitała mnie wiatrem, lekkim deszczem i … tatką wypatrującym mnie przy wyjściu z lotniska. Plan był inny, miałam się przemieszczać do Tcy komunikacją miejską, a tu niespodzianka (która nie byłaby niespodzianką, gdybym odebrała tekst od mamy wysłany, gdy już nie miałam zasięgu). Aura ponura, ale wielkie stado żurawi nad łąkami, w domu zaś włochate radości.
___
edit 12:30 (cz. p.) Z nowości domowych: przy schodach wejściowych tata ułożył płytki, Malinia i Maksiu dostali nowe łoża (oboje niedomagają, Malinia głównie śpi, Maksiowi rozjeżdżają się tylne nóżki), jest też nowy, metalowy kwietnik dla asparagusa (czy to antyczny asparagus babci Mani?). Już głaskałam Zosię (trochę się mnie bała, wytłumaczyłam jej, że mieszkałam tu kiedyś). W domu zrobiło się cicho, tatko gdzieś na zewnątrz, niedługo będzie jechał po mamę. Zmęczona jestem, zjadłam maminą zupę, dwa kawałki babki i wspomagam się kawą, w moich nogach usadowił się pokraczny Maksio, który przez dłuższą chwilę dyscyplinował swoje fikające łapki.
___
edit 18:45 (cz. p.) Dzięki wczesnemu, komfortowemu dojazdowi na wieś mogłam dłużej wypocząć. Nakryłam się kocem i chrapnęłam, że aż miło; gdy doszłam do siebie, okazało się, że śpi ze mną Niunia. Przez godzinę rozmawiałam z Celtem, pokazałam mu domowe zwierzaki, wszystkie, które miały ochotę zaistnieć w kamerze; rodzice akurat wrócili z miasta i też Celtowi pomachali. Kochany pokazał mi prezenty od Katlin (dostałam wielki szal w esyfloresy i torboplecaczek). Zawiesiłam z mamą kilka światełek, poza tym, jak to u rodziców, kryminały, rozmowy, kudłacze; jemy i dumamy nad chorobą zamiokulkasa. 
___
edit 21:25

sobota, 12 października 2024

1761. Domowo i koncertowo.

Wstaliśmy po ósmej (budziłam się wcześniej, ale niedospanie z poprzedniej nocy skutecznie zniechęcało mnie do pochopnych aktywności). Śniadanie we czworo. Pogoda była idealna (słonecznie, bezwietrznie) więc poszłam z Fredem na cmentarz, a że w drodze znalazłam maślaczka i mieliśmy ze sobą torbę, łącząc spacer z wypatrywaniem grzybów przełajem wybraliśmy się zobaczyć bliznę po lesie. Łazęga była owocna. Znalazłam jelenie bobki, kupę dzika, stare ptasie gniazdo i trochę grzybów :D Las, gdzie kilka lat temu przełaziłam przez płot (mama robiła mi zdjęcia, wiadomo) przestał istnieć.


Po pierwszej obiad; tv binge-watching Kojaków; pijemy kawy (do zaparzenia wymiatam ostatnie ziarna Sumatry), jemy ciasta, głaskamy zwierzaczki. Pesymistyczne rozkminki są takie, że wszystkie psy zbliżyły się ostatnio do granicy wieku bardzo zaawansowanego za którym już tylko cień. Zakładam mamine kamaszki i trochę chodzę po podwórku, głaskam Gosię, portretuję Miauczysława. Tatko poszedł zebrać jeszcze kilka siniaków, skoro są, potem kuchnia pachnie suszonymi grzybami (będą do kapusty wigilijnej, mama zarządza). Nie przepracowujemy się, nie wykonujemy gwałtownych ruchów, wystarczy nam ta szybka podróż w tę i z powrotem, żeby dusze nie nadążały.

Po siódmej wyjeżdżamy do Tcy (mieliśmy najpierw zajrzeć do Kota i kupić ziarna, ale dla kawiarni było zdecydowanie za późno, poza tym, jak wyżej, spokojnie). Parkujemy, idziemy, wchodzimy, koncert zaczyna się tuż po ósmej.

Cieszę się, że pojechaliśmy; panowie z Voo Voo w składzie obecnym (Waglewski, Pospieszalski, Martusewicz, Bryndal) zaczęli od Nim stanie się tak, jak gdyby nigdy nic nie było, a na bis zagrali Nabroiło się, pomiędzy stare piosenki wymieszane z utworami z albumu Premiera (2022). Zawsze to miło posłuchać ludzi, którzy potrafią grać.

Kochany kupił na miejscu dwie płyty, dostał autograf wszystkich członków zespołu i zagadał w temacie interesującego go albumu koncertowego (Waglewski jest mały i chudy), po czym ruszyliśmy w drogę powrotną na wieś.

Punkt jedenasta byłam już w łóżku, ale cudów nie ma, zaraz trzeba będzie wstać.

poniedziałek, 2 września 2024

1721. Domowo.

Obudziłam się, gdy mama była już w pracy. Małe pranie (trochę ręcznego), śniadanie, kawka i na chwilę zagłębiłam się w papiery na temat ubezpieczenia naszego samochodu. Czyli zwolniłam po szaleństwie ostatnich kilku dni, zaległa domowa atmosfera i nawet nie zrobiłam za wiele zdjęć. Dopiero po pierwszej wyjechaliśmy z tatkiem do miasta (chciałam w jednej kanciapie odhaczyć ubezpieczenie, tym razem się nie udało), mieliśmy jeszcze trochę czasu do zakończenia pracy u mamy, więc we dwoje zaszliśmy do Kota na kawę z syfonu i serniczek na spółkę.


Kochany w tym czasie konsumował kawę z Panem od Espresso i Chwałą (niespodziewanie przebywającą w stolycy), oczywiście zadzwonił, żebym mogła ludziom pomachać, bo takie mamy małżeńskie zwyczaje.

Gdy mama wyszła z pracy, przenieśliśmy się po sąsiedzku do jadłodajni u Piecha i zjedliśmy tradycyjny obiad z ziemniorami, sałatkami i mięsem w panierce (schabowy był gigantyczny, większość wylądowała w pojemniku na wynos). Rodzice zajechali ze mną również do Brico, żebym mogła kupić miedzian-killer do naszych jabłoni.


Relaks, czekanie na spadek temperatury (wczorajsze nieznaczne ochłodzenie było chwilowe, dzisiaj znowu ukrop), w końcu rodzinna zbiórka i jazda na cmentarz ze sprzętem (grabki, haczka, szmatka); wzbijając tumany kurzu zrobiliśmy porządek jako taki wokół dwóch grobów. Nawet pod wieczór tak gorąco, że atmosfery na refleksje egzystencjalne brak. Mała jaszczurka schowała się pod grobem sąsiada dziadków po prawej stronie. Czyli takie miejsca mają zastosowanie bardzo praktyczne, żyją. 

Na wieczór leżakowanie, gadanie, płaroty.

środa, 26 czerwca 2024

1653. Upał.

Jedną nogą już macamy grunt na Wyspie (Fred sprawdził swoją umowę o pracę i dzwonił do biura, ja zerkałam na pocztę pracowniczą), nic się nie dzieje, ale powoli trzeba nam zawracać.

Po śniadaniu Tca. Oczywiście Kot (sernik pistacjowy). Oczywiście próba spaceru w parku zdrojowym (doszliśmy do tężni; po kilku minutach chłodzenia się w ich cieniu zawróciliśmy do centrum miasta).


Była druga próba suszarniowa (Fred degustował; mieli klimę, więc super oraz rewelacja!). Ach, i lody z Lodówki:


Wybierając chłodne miejsca zaszliśmy do świnty Jadzi, krótka ekskursja naobokoło. Po wyjściu z bazyliki spotkały mnie dwie miłe rzeczy, jedna po drugiej. Po pierwsze zamachała do mnie Bożka, odmachałam jej bardzo energicznie. Po drugie, na ławce pod drzewami nadal siedziały dwie panie, które zauważyłam, gdy zmierzaliśmy do kościoła. Tylko, że teraz szczerzyły się do nas centralnie. Gościówy w naszym wieku, ubrane INACZEJ, chichocząc zapytały, gdzie się szukaliśmy, żeby się znaleźć i wyglądać tak, jak wyglądamy. Przystanęliśmy na chwilę, zaakceptowaliśmy komplementa. No i super. Ale potem do samochodu, bo żar nam mózgi lasował.


Pomogłam mamie usmażyć ryby na obiad; zjedliśmy, pogadaliśmy; odprawiliśmy się (już wiadomo, że powrót będzie długi, bo lot jest późny, a po północy nie mamy środka lokomocji w kierunku naszego autka, które czeka pod domem Ka; przyjaciela nie chcieliśmy angażować, ciężko pracuje). Oglądamy telewizyjne kryminały i zbieramy się w sobie.

piątek, 26 kwietnia 2024

1592. A jeśli wojna? Diagonalnie? Sha!

Znowu budzę się wcześnie (i po co?). Po pierwszej herbacie zaczęłam przygotowywać bruschettę, a tuż przed dziewiątą zadzwoniłam do Saren uświadamiając ją, że planuję urlop w drugiej połowie czerwca. Śniadanie, mężowska kawa numer dwa i mogliśmy wybyć na spacer. Dobrze, że zatrzymaliśmy się w kawiarence (akurat gdy byliśmy w środku, na zewnątrz trochę się rozpadało; Fred wypił trzecią kawę ;)). Rundka plażą, potem domki i główna ulica wsi; pod domem zdybała nas Anna, która cały czas ostrożnie szukała punktu podparcia. Robię obiad, po obiedzie prace ogrodowe. 

Kupiliśmy bilety wakacyjne, Kochany w obydwie strony, ja na razie bilet wylotowy (zobaczymy jak się uleżą sprawy). Gdy wieczorem Fred walczył z murawą, zadzwoniłam do mamy, żeby przekazać rodzicom nasze mgliste plany. Mama wspomniała, że powinnam zabrać różne papiery niby-ważne, zaczęłyśmy rozmawiać o możliwości rozlania się wojny poza Ukrainę, o tym, co warto ze sobą brać i czego nie. Rodzice naprawdę powinni mieć kontener dla każdego zwierzaka (Niunia wpakowała się mamie na szyję i dupką zasłoniła kamerkę).

Dopiero teraz sprawdziłam kilka prac. Przynajmnie tyle. Fontaines D.C., Degrel.
___
Bruschetta: kilka pomidorów pokrojonych w kostki (odsączonych; tym razem było ich sześć), małą, drobno posiekaną czerwoną cebulę oraz kilka posiekanych świeżych liści bazylii mieszam tugeder, całość solę i pieprzę. Osobno łączę dobrą oliwę (cztery duże łyżki) z octem winnym (jedna łyżka), dodaję duży ząbek czosnku przeciśnięty przez praskę; miksturą polewam pomidory, miskę odstawiam do lodówki przynajmniej na pół godziny, żeby się wszystko przegryzło (mieszam raz czy dwa). Jako bazy używam diagonalnie pokrojonej bagietki (pajdki kropię oliwą i wrzucam do piekarniki, do przyrumienienia).

piątek, 20 października 2023

1404. W dwie strony.

Leje. Kochany zawiózł mnie do pracy w której jedynymi efektami mojego działania były: obcięty palec z marcepanu oraz takaż gałka oczna, wyrwana. Po trzech godzinach pozorowania udałam się w drogę powrotną. Już wczoraj zauważyłam, że na dworcu próbują zmienić organizację ruchu (czyli jakąś wymyślić, bo wcześniej nie było żadnej organizacji i pewnie mieli skargi). Kiedy tak sobie siedziałam w poczekalni całkując różne tematy przyszedł Fred, z moją walizką oraz zestawem papierowych map (Karkonosze, Rudawy Janowickie, Dolina Bobru). Chwila rozmowy, pocałunki i zmykam. Autobus wjeżdża w głębokie kałuże, które śnią o byciu rzekami.

W domu ciepło i sucho, za oknem coraz większa plucha. Od razu robię obiad (korzystam z porannych zakupów Freda i własnych; na deser mam jogurt z granolą), w międzyczasie organizuję telekonferencję z kaszlącą mamą, żeby ją zawiadomić, że Kochany powoli turla się w ich kierunku (widziałam na własne oczy):

Mąż bez przeszkód i dużo przed czasem dotarł na lotnisko, ja tymczasem zabrałam się za swoje sprawy: czytanie, notatki, gadanie z kotem.
___
edit 21:35 Fred zgubił na lotnisku swój kaszkiet Wigensa. Małe szanse, żeby zguba trafiła do biura rzeczy znalezionych, ale zaraportowałam online. Wiatr dwa razy zgasił u nas (czyli u mnie i u kota) światło. Kochany zaś doleciał szczęśliwie; chwilę rozmawiałam z kasłającymi rodzicami, gdy czekali na zięcia. 

wtorek, 12 września 2023

1366. Ostatni dzień.

Kochany obudził się i sam pojechał do miast (dentysta, rejestracja i ubezpieczenie auta, fryzjer), wrócił dopiero w porze obiadowej. Większość dnia ćmił mnie łeb (pewnie z powodu diety bezkofeinowej), kręciłam się po domu pod okiem asystentów kuchennych:

Mój bilans pobytu w Polsce jest na plus. Poza niekończącym się serialem poprawek do pracy (nadal jest mętna) same bonusy. Nie sądziłam, że załapiemy się na taką pogodę, bardziej spodziewałam się świeżych bułeczek kupowanych przez tatę codziennie o poranku (i słusznie, będzie mi tego brakowało). Fredowe boje z polskimi urzędami to inna opowieść, niestety element ludzkourzędowy często tu zawodzi (mimo wszystko samochód zarejestrowany, ubezpieczenie zapłacone). Pocieszają dobre kawiarnie, choć męczy mnie unikanie wzroku innych ludzi.

Jestem odprawiona i prawie spakowana. Sen będzie trwał chwilę, bo wylot jest ekstremalnie wcześnie. Na pożegnanie siedziałam z mamą w ogródku na bujanej ławce. Po kolacji oglądanie Columbo, 3.6. 

czwartek, 31 sierpnia 2023

1354. Swojsko.

Zadziwiająco mocno spałam. Kiedy otworzyłam oko Fred już siedział obok, ubrany, zaczytany w sieci i z kubkiem pierwszej kawy z dripa. Tatko wrócił ze sklepu, nakarmił trzodę i pojechał jeszcze raz; specjalnie po to, żeby kupić dla nas swojskiej kaszanki. 


Wyżej poranna fotka z serii "zobacz kotka" (grzbiet Mruczysława, Maciej, nieśmiała Rózia, Miauczysław), niżej więcej kotków (Niunia góruje nad Wojciechem).


Po zjedzeniu śniadania, ciasta, obgadaniu rodziny, umówieniu dentysty i wygłaskaniu paru futrzaków, Fred przeszedł do pisania swoich spraw, ja do wygładzania mgr (ładnie brzmi: wygładzanie, a to raczej zapychanie dziur i poprawianie rażących błędów). Zdjęcia z pracy Kochanego przez ostatnie dni właśnie wleciały na FB, więc mogłam sobie lajkować mężowską pracę twórczą.

Kiedy mama wróciła z pracy we czworo zjedliśmy obiad, potem z Kochanym we dwoje wybraliśmy się do miasta, najpierw na kawę do Kota, potem powstał zamiar spaceru do tężni, a może nawet do lasu bukowego. Już się wykaraskaliśmy z samochodu, już widziałam kaczki na stawie ... na całe szczęście Fred dodzwonił się do Józefa z pytaniem jak mu tam idzie opieka nad kotem. Na szczęście, bo przez to zagadanie stanęliśmy w miejscu i później nie trzeba było daleko wracać do auta. Gdyż taka sytuacja:


Burza przyszła szybko, zasnuła krajobraz deszczem i w takim intensywnym opadzie zaczęliśmy wracać na wieś. Po drodze w nagrodę:


Ochłodziło się, ale nie zrezygnowaliśmy ze spaceru: wyszliśmy do sklepiku po wkłady do zniczy, następnie pomiędzy kałużami zaszliśmy na cmentarz (groby dziadków i cioci). 


Kolacja, gadanie, mama jest zmęczona, więc o dziesiątej wskakuje do łóżka. My jeszcze przy ekranach, komentujemy świat (Maksymilian chrapie; Niunia zajęła stanowisko na rozłożonym i zasłanym tapczanie).

sobota, 18 czerwca 2022

914. U rodziców

Lipa powoli przekwita, nadal mocno pachnie. Wskoczyłam w pasiastą sukienkę kupioną chyba jeszcze w Tesco, gdy ta sieć była w Polsce (na dzisiaj w sam raz, mama włączyła wszystkie wiatraki i w domu jest optymalnie, ale na zewnątrz świat powoli topi się z gorąca). Zjadłam śniadanie z babcią, rodzice wrócili z zakupów, relaks. Kochany na wyspie, już w drodze na rezonans.
___ 
edit 17:00 Po uratowaniu jaszczurki, która dzielnie walczyła z Mruczysławem i leżakowaniu w ogrodzie pod parasolem pojechałam do Wro odebrać legitymację. Wszystko przebiegło bardzo sprawnie, mam plastikowe ID, które będę mogła jutro użyć. Przy okazji pokazałam mamie uczelnię, potem pojechaliśmy na drugi koniec Wrocławia zjeść gyrosa w Koronie. Refleksję mam taką, że ludzie w usługach są milsi niż kiedyś, widać zmianę pokoleniową. W domu zwierzaki szukają schronienia przed upałem, Rózia nadal mnie unika i pewnie nie starczy jej czasu, żeby przywyknąć do nowej sytuacji. Pyszne ciasta babkowe, herbaty, program o rolnikach szukających żony i jakieś amerykańskie głupoty. Czekamy na odcinek Columbo.
___
edit 21:30 Rodzice poświęcili sporo popołudnia na ratowanie świata, dzisiaj w postaci sikorki, która jako jedyna nie wyleciała z gniazda. Bywają takie sytuacje, raczej przegrane. Grab został zaatakowany przez jakiegoś szkodnika. Gosi słabuje wzrok, (początkowo mnie nie poznała), zresztą babci wzrok też poleciał, chociaż jej to już wcześniej. Dobrze, że Maciej daje radę, brzuch zarasta mu na nowo futerkiem, Niunia też w dobrej formie  przychodzi na niunianie.