Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inna Christie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inna Christie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 grudnia 2025

2188. Sobota lambadziary.

No i co ja robię o piątej rano przy laptopie? Herbatę piję. Kochany wstał o czwartej do pracy, rozbudziłam się i już nie mogłam zasnąć, myśli mnie napadły, zauważyłam błąd w komentarzu na blogu, musiałam poprawić (facepalm) i tak wylazłam z łoża. Koty oczywiście zachwycone, bo nasza aktywność zbiegła się ze szczytem ich aktywności — zabawy, jedzonko, kupy, czyli kuwet sprzątanie.

Po obejrzeniu ACH, 09 wróciłam do łóżka, żeby rozgrzebać następne książki, Szczygła na ebooku oraz Kunderę w audiobooku. Coś muszę skończyć w ten weekend, postanawiam sobie. I zasypiam. Śniłam, że przespałam cały dzień, ale obudziłam się o dziewiątej (nadal rano). Przesłuchałam ponad dwie godziny Kundery czytanego przez Barbasiewicza i powróciłam do ACH (niestety, serial miał tylko 10 odcinków).

Kochany pojawił trochę po trzeciej, zmęczony, z bólem zatok. Nic dziwnego, że po obiedzie od razu położył się spać i leżakuje, chyba już nie wstanie do kolacji. Przebimbałam resztę wieczoru, odrobinę na rozmowie z mamą, ale przede wszystkim na Szczygle. Czego by tu jeszcze nie zrobić?

piątek, 12 grudnia 2025

2187. Ciężko ...

... było zwlec się z łóżka. Wprawdzie przy tablicy tylko cztery godziny, ale mózg odbierał to jako wielkie zadanie. Jakoś dowiosłowałam, pod koniec z ochotą. Po trzeciej byłam umówiona z Kochanym na mieście. Poszliśmy na burrito, potem na kawę, bardzo miłe okoliczności, i tak dalej. Po drodze choinka, żywa, czyli martwa (szkoda):

Wracając do samochodu zahaczyliśmy o polski sklep, machinalnie poprosiłam o paragon i już po wyjściu odkryłam, że coś się pani nabiło nie teges. Nie jeden, ale dwa produkty (jak się okazało, gdy wróciłam z pytaniem ¡qué pasó! Ciekawe czy to przypadek, czy próba żebrokradzieży, ciułania grosza do grosza, małych mend życie na krawędzi).

Gdy przed domem gramoliliśmy się z samochodu, naszła nas Iva z psem. Pies został pogłaskany, Iva poczęstowała nas kolejną wiadomością o potencjalnym remoncie, tym razem w pierwszych tygodniach stycznia. Z jednej strony, znam skłonność sąsiadki do snucia rzeczywistości alternatywnych, z drugiej, znam tempo pracy urzędów tutejszych, szczególnie, gdy mają się dzielić pieniążkami (→ np. temat progów spowalniających też ciągnął się całymi miesiącami). Jestem w łaskawym nastroju, biorę to za dobrą monetę.

W końcu mogłam zobaczyć, co kupiłam Kochanemu na prezent ;D Ja z tych nieogarniających, więc prosto zapytałam, co by Kochany chciał dostać: mąż wypatrzył dla siebie płaszcz i odkrył wczoraj, że taki dokładnie jest w TK Maxxie. Żeby jakiś Warionucha się nie zainteresował, rano dałam Fredowi moją kartę i tak prezent chęciami i rękami mężowskimi został nabyty. Bardzo ładny. Dobry mam gust (czarny Moncrief o nazwie Number 14).

Chwilę rozmawiałam z mamą. Wyczekaliśmy, kiedy Katlin i Majk wrócą do domu, żeby wręczyć im prezenty. Sąsiedzi zaprosili nas do środka i doszło do wymianki prezentowej (dostałam mięciutkie skarpetki, kosmetyki prysznicowe i szal, który być może podam dalej).

ACH, 08.

czwartek, 11 grudnia 2025

2186. Czwartek rozlazły ...

... ludzie wydają się być już pod wpływem zbliżających się dni wolnych. Zapowiadana na rano online dyskusja na temat przyszłego roku, kasy, papirów nie odbyła się, przeniesiono ją na za tydzień (termin jeszcze mniej realistyczny czy skłaniający do rozumnych analiz). Mogłam więc spokojnie trajlować, a w przerwie poleźć po kawę. Tutaj nastąpił bardzo miły przypadek kawy darmowej oraz równie darmowego burrito. Przyczyny tej manny z nieba były wszak różne, na kawę uciułałam punkty, zaś w burritowni nie działał terminal, nie mógł złapać połączenia ze wszechświatem. Burrito już zrobione, stygło, ja z miną niewinną, twarz znana, na poły światowa, więc strawa została mi darowana. Ciekawa koincydencja (tzn. dla mnie ciekawa), że u mnie z kolei z drukarkami nie mogłam się połączyć, rozkraczyły się i finito. Zanim z pomocą koleżanki z biura obok zrozumiałam, co trzeba zrobić, minął dzień.

Wracałam do domu autobusem, ponieważ Kochany pracował do siódmej. Czekając na niego zrobiłam ryż (z pieczarkami i cukinią, jak zwykle), potem usmażyłam łososia. Niespokojna jestem, nie wiem czy to ciśnienie na zewnątrz, czy raczej lokalnie, w moim łbie, albo po prostu napięcie tak ze mnie schodzi, które niewątpliwie wystąpiło, bo w pracy wszyscy, jak w tytule, słabo kontaktowali. Znowu późno; książka mnie przywołuje, a jeszcze głośniej wołają prysznic i łóżko.
___
21:50 oj tam zaraz, książka. Odpaliłam ACH 07, ramotę trącącą myszą, której scenariusza bym się wyparła (historie prawie tajemnicze z życia wyższych sfer).
___
22:55 nom, i do tego kanapeczka z philadelphią. Chyba rzeczywiście było to jakieś urojone napięcie i musiałam się zrelaksować na maksa. Kochany obok już śpi.

środa, 10 grudnia 2025

2185. Do przodu.

Dlaczego pomijam turnieje sumo? takie pytanie zaświtało mi z rana. Nostalgia to ciekawa sprawa. Myślę, że wyrosłam, drażni mnie mizoginia tej części japońskiej kultury, wstecznictwo, symbolika mi nie odpowiada. Gdy tak sobie nie oglądałam (przez cały rok, przecież w styczniu zerkałam na rozgrywki jesienne), Ōnosato awansował do rangi Yokozuny (zapowiadał się już w zeszłym roku). Poszłabym chętnie na Hatsu-basho na żywo, ale oglądać powtórek w okienku, bez mamy, zwyczajnie mi się nie chce.

Środa w pracy była całkiem udana, zaliczyłam lunch pracowniczy w Simonie, z szefową, koleżanką zza ściany oraz jedną panią, którą już skądś znalazłam (nie wiem skąd, ale wiem, że lubi robić na drutach). Wybrałam tylko zupę, bardzo dobrą, smakowała trochę jak rosół. Rozmowa zaczęła się od pogody, że jest mokro i tak dalej, potem przeszła na religię. Ciekawe, że przy okazji poprzedniej nasiadówki pracowniczej w tym samym miejscu rozmawialiśmy dokładnie o tym samym. 

Po ostatecznym opuszczeniu biura udałam się do Szkota, żeby zobaczyć co dają w tamtejszym Dunnesie. Na horyzoncie ostatnie słońca podrygi, a gdy wyszłam ze sklepu, na zewnątrz zapadła ciemność. 

Kochany właśnie wracał z pracy, więc się zabrałam. Ekspresowy obiad i można zacząć dekompresję (dzień był spokojny, ale pełen ruchu, na dodatek zmarzłam, o czym nie wiedziałam, dopóki nie weszłam do ciepłego pomieszczenia). Po wczorajszym sztormie na świecie zrobiło się jasno i przenikliwie chłodno. Gorąca herbata i Magnolia Blossom z serii ACH, 06. Fred już drzemie, środa go zmęczyła.

poniedziałek, 8 grudnia 2025

2183. Wyjaśniam ...

... (sobie) rzeczy. Np. dręczyła mnie kwestia urlopu, ale już wszystko wiadomo, w tym roku kończę pracę legalnie 19 grudnia (wystarczyło). Muszę wyjaśnić, ile zarobiłam i jak to udowodnić Organom przed końcem roku podatkowego (strona Revenue nie działa do 10 pm, zajrzę na nią później). Zaczęłam czytać Pałac Wiesława Myśliwskiego, z rana wyjaśniałam Kochanemu o czym to jest.

Po czwartej odebraliśmy zamówienie z Bootsa i pognaliśmy do domu. Gdy Kochany robił nam obiad, obejrzałam piąty odcinek The Agatha Christie Hour, na podstawie opowiadania w którym po raz pierwszy pojawia się Mrs Oliver.

Na jutro zapowiadają duży sztorm. Ciekawe, czy będzie można pracować, czy nas odwołają (jak zwykle w takich razach, w ostatniej chwili). Podmuch przyjdzie nad ranem, ale nie warto łamać sobie tym głowy, lepiej wskoczyć pod prysznic i zagłębić się w lekturę.

piątek, 5 grudnia 2025

2180. Przedmikołajek.

Rano wpadła szefowa, walnęła przemowę jak mnie docenia, oraz wyciągnęła kopertę z karteczką okolicznościową. W karteczce przebywał voucher na stosowną kwotę, nie powiem, miło. Oraz pan od ogrzewania w końcu przyszedł, przeczyścił filtry. Po prostu nadmiar dobroci oraz powodzenia życiowego.

W ciągu dnia aura przemieniła się w sztormową, deszcz zacinał, wiatr pizgał. Opuściłam przybytek, zakluczyłam drzwi i nie oglądając się za siebie wskoczyłam do Babci. Kochany zabrał mnie do El Paso, na naleśniki, spieszyliśmy się wiedząc, że w kawiarni rychło zamykają kuchnię i wbiliśmy się do miasta kwadrans przed godziną zero; po skończonym kawkowaniu na zewnątrz panował już zmrok. Jeszcze wizyta w Dunnesie, żeby przetestować kartę podarunkową (nieciekawa pogoda zapobiegła spacerowi po głównym deptaku miasta, który już świeci i błyska dekoracjami). 

Adwent odhaczam z Gosią ze Szkocji. Kalendarze adwentowe w tym sorcie to czysty, małomyślny konsumpcjonizm. Nie kupuję, wystarczy mi ceremoniału, gdy patrzę jak ktoś otwiera :D Do tego The Agatha Christie Hour 04 (odcinek z młodym panem Pokrzywą). Znowu czas gdzieś uciekł, zamiast obiadu odkładanego w nieskończoność, po dziewiątej zadowoliliśmy się porcją smażonego łososia i jogurtem z granolą. Nie mam siły na czytanie, ta Masłowska idzie mi akurat zadziwiająco opornie.

piątek, 28 listopada 2025

2173. Piątunio!

Technicznie zostały jeszcze trzy tygodnie pracy. Już czytam emilki dupościsłe o tym, że papieroloszki nie mogą nadążyć z analizą papierów, czyli trzeba wszystko im zapodać na wczoraj, gdyż tydzień przed świętami paluszki im nie działają. Nie ma sprawy, papiry przyszły dzisiaj, dzisiaj je przetrawiłam, oczywiście, przetrzymam je trochę, żeby się nikomu tam na górze w dupie nie poprzewracało od mojej efektywności. Bardzo jestem z siebie zadowolona (cały proces wprowadzania danych i szukania sensu skondensowałam poniżej dwóch godzin).

Do wczesnego popołudnia jestem bardzo dzielna, potem już nie muszę: Kochany podwozi mnie do domu, odgrzewamy jadło, każdy swoje (wsuwam bigos, rzadkie wypijam jak Japończycy, prosto z miski, mniam); rozmawiamy, słuchamy muzyki (popowa płyta Fleetwood Mac taka sobie, ale jest wartość dodana: Kochany śpiewa Mani Everywhere z tekstem miau miau miau), ściągam program antywirusowy na kolejny rok, mąż bierze się za robienie sałatki z tuńczykiem, oraz znajduję coś ciekawego na nieciekawe listopadowo-grudniowe wieczory, stareńki serial The Agatha Christie Hour i oglądam pierwszy odcinek. Zerkam na mapy wiatru, żeby już teraz wiedzieć czy w weekend wychodzę czy nie wychodzę, bo z planów mamy tylko niedzielny wyjazd do Ka, ale to dopiero po Fredowej pracy. Cóż. Pearl Jam, Alive.

wtorek, 19 grudnia 2023

1464. Łamanie w kościach.

Zanim na dobre wyszłam z łóżka, dokończyłam czytanie I nie było już nikogo Christie (Agora, 2004). Później Malinka przyszła do nas ze swoim wielki nosem i zapytaniem, czy już wstajemy, bo jeśli tak, to możemy ją pogłaskać. Wstaliśmy po wpół do ósmej, żeby zdążyć zrobić wszystko w odpowiednio wolnym tempie: picie kawy, zjedzenie jajecznicy, pogawędka, wyjazd do Wro.

Byłam umówiona na Ostrowskiego o wpół do jedenastej. Przyjechaliśmy przed czasem, odbieranie dyplomu zajęło mi mniej niż kwadrans, nawet nie zapłaciliśmy za parking (młode dziewczyny, które się nie uśmiechają, chociaż mają zęby … arghh). W planie było też szwendanie się po Magnolii, pojechaliśmy w tym kierunku, niestety w drodze poczułam się gorzej. Reumatyzm chodził mi po nogach od rana, wprawdzie jeszcze spokojnie dałam radę zrobić małe zakupy w Yves Rocher, ale gdy weszliśmy do Empiku tak osłabłam, że musiałam wyjść do sąsiedniej Sowy, żeby usiąść na krzesełku. Dla wsparcia zamówiłam herbatę zimową i małą tartoletkę. Kochany zrobił zakupy i wychodząc z centrum handlowego tworzyliśmy parę zdecydowanie odcinającą się od tła: wśród ludzi obładowanych papierowymi torbami prezentowymi maszerowaliśmy z trzema wiaderkami śledzi i dwoma kilogramami bardzo dobrze widocznych przez plastikową torbę pieczarek. Poza tym Fred kupił w Empiku cztery płyty cd, w tym Karolinę Cichą i Janerkę.

Wyjeżdżając z Wrocławia próbowałam się skontaktować z rodzicami, ale na próżno, przez to przyjechaliśmy do zamkniętego na cztery spusty domu (rozminęliśmy się z tatą). Ponieważ zdecydowanie w lesie nie było co robić, we wsiowej aptece Fred nakupił specyfików cudotwórczych i wróciliśmy pod miasto, żeby w Zajeździe poczekać na rozwój wypadków. Zjedliśmy po zupie i ruszyliśmy z powrotem do wsi tuż przed rodzicami. 

Po obiedzie wzięłam nurofen, na razie chyba działa. 

Nadal bawi mnie odcinek Columbo z odniesieniem do Obywatela Kane’a.