wtorek, 29 września 2026
2478. Dzień o nazwie wtorek.
Jestem przyzwyczajona do tego, że mam rozwiązanie na każdy problem. Chyba nie narzucam się z tym innym ludziom, nie jestem namiętną pomagaczką, zostawiam człowieków w ich mizerii jeśli tylko sobie tego życzą, ale w moim własnym ogródku lubię sobie radzić. Pewnie to tak bardzo mi ostatnio uwiera w pracy: że aktualnie niewiele zależy ode mnie. Tzn. co zależy, to zależy: jest przeczytane, odpowiedziane, skatalogowane, ale czynniki ludzki to coś innego. Czekam, rozmawiam, aprobuję, wysyłam. Nie wiadomo jak sprawy się rozwiną i nie ma to nic wspólnego z moimi talentami lub wydajnością. Azaliż, za każdym razem, gdy nie kończę dnia pracy z efektami, które miałam na widoku o poranku, mam skręt kiszek ze złości. Bardzo niedobrze, bo trudno jest mi teraz odróżnić chwilowe wkurwienie ciała od innych objawów, które czekają na dochtóra. Pozytywną odpowiedź na jedno dręczące pytanie dostałam o godzinie drugiej: dwunastego. Hm, feck you your fecking cow, rzuciłam w biurowy eter. Tak więc wieczorem joga.
Kochany miał przed południem swoje badania, krwi upuszczanie i CT scan. Nie było szansy, żebyśmy pojechali razem. Za cienką ścianą biura buka coraz większa. Na morzu białe koronki.
___
20:25 właśnie skończyłam słuchać Ptaki i inne opowiadania du Maurier (Albatros, 2023). Dwa ostatnie opowiadania bardzo spoko, równoważą nieciekawe dwa pierwsze. Zapadł już zmrok, wiatr szura. Kochany w czasie, gdy zalegałam w sypialni, rozmawiał ze świekrą; wiemy już, że po pobycie w Wawie dwie noce spędzimy u Fredowej mamy. I dobrze, jeden kłopot logistyczny rozwiązany.
piątek, 25 września 2026
2474. Aaaaaa ...
... o pracy nic nie rzeknę, gdyż wyszłam z niej wkurwiona i nie chcę karmić potwora (tylko jedno: jak ja nienawidzę, gdy ktoś się spóźnia, umawia się, ale chodzi tu i tam jak kurczak po odrąbaniu głowy i w przeciwieństwie do mnie nie wie, która jest godzina, bo to inni cały czas myślą za niego). Może też i na mój nastrój wpływ miał audiobook, bowiem skończyłam słuchać Ślicznotkę doktora Josefa Rudzkiej (W.A.B., 2021), a to nie jest lektura głaskająca po główce.
Zeszło ze mnie dzięki kawie (Kochany był łaskaw poczekać, aż chmura gradowa podąży swoją drogą) oraz spacerowi z koteczkami. Mąż zrobił gulasz, wcisnęliśmy go w towarzystwie placków ziemniaczanych z polskiego sklepu pod archiwalnego miecia (jednego z masochistów). Obiad późny (godzina ósma), za oknem mrok, popijam ciecz z kubka w bobry Emmy Bridgewater i wertuję Audiotekę w poszukiwaniu słuchanek łatwych i przyjemnych. Zdecydowałam się w końcu na opowiadania Daphne du Maurier. Trzeba się ogarnąć, zęby umyć, rzucić w odmęty weekendu ...
środa, 23 września 2026
2472. Jesień astronomiczna ...
Jesień przyszła słonecznie. Nie jadłam, na porannej kawie do gazety/książki oraz na herbacie chodziłam do popołudnia, gdyż karmiła mnie nienawiść ;) Wpadłam do Saren zapytać what’s up, łgała tylko trochę, jak to ona. Z kolei Szefowa wpadła do mnie o trzeciej, trochę porozmawiałyśmy o różnych takich, w związku z czym spadło mi ciśnienie. Nie że rozmowa coś zmieniła, ale uspokoiłam się, bo naprawdę, nie ma się co ciskać, tylko działać trza w swoim własnym interesie ...
![]() |
| autor: mcfriendy |
wtorek, 22 września 2026
2471. This too shall pass.
Wszystkim nam bardzo dobrze się spało, nawet koty powoli wychodziły z zakątków.
W pracy mniej fajnie, tracę zainteresowanie (jako się rzekło, obsuwy się pojawiły, niby się spodziewałam, ale wkurwiło mnie to cichym wkurwem, czyli tym najgorszym). Dzień zupełnie szary, jakby współgrał. Spacer popołudniowy z koteczkami krótki, bo jestem do kości wychłodzona i marzę o gorącym prysznicu. Oczywiście to wszystko minie. Najbardziej dołuje mnie natenczas temat pracy, ale należy on do rzędu spraw na które wpływ mam iluzoryczny. Jem ciastki w łóżku, bo mogę.
poniedziałek, 21 września 2026
2470. Drobiazgi.
Pogoda jak latem, słupek zapewne przekroczył zapowiadane 23 stopnie, wczorajszy kocyk przechodni był najwyraźniej zapowiedzią dobrej aury. W pracy stres niezależny od osoby mej własnej, sprawy się grzebią, jeden z visitantes był rozczarowaniem. Za to pod koniec szychty wpadają Kif i Dżajmi, błazny jedne, zalazły mi w miesiącach wiosennych za skórę, a teraz przyszły się pochwalić aktualnymi sukcesami. Dobrze, może coś się odblokowało, choć onegdaj myślałam, że tej rury nie da się odetkać (nigdy nie wiesz, co będzie, trzeba by se wyhaftować makatkę). Jeszcze z pozytywnych rzeczy, kawa z Benkiem przed południem; uprzedziłam go o możliwych obsuwach w czasie, jemu to loto, i bardzo dobrze.
Spacer w cieple z myszami bardzo przyjemny, tylko Bronia uwalała się żywicą z cyprysików (nie wiadomo jak, bo na drzewo nie wchodziła). Nie bawiąc się w uprzejmości, futerko uwalane obcięłam w obawie, że akuratnisia przy wieczornych ablucjach może zatruć się tujonem.
Obiad Fredowy: pieczone bakłażany, smażone krewetki, "domowa" sałatka z polskiego sklepu. Tak mnie to rozczuliło, że usmażyłam kilka naleśników, żebyśmy podjedli je z konfiturą od Jot. Stałam przy kuchni, z głośników leciał Fish weltschmerzowy z Marillionem. Mimo średnich osiągów pracowych, niezły to był dzień, wymuszający złapanie dystansu, cieszenie się drobiazgami.
czwartek, 17 września 2026
2466. Jak nie wiem, skoro wiem?
Pierwsza Lalka się pojawiła, serial Maślony na Netflixie; jako że z Schuchardta fajny chłopak, obejrzę. Obejrzymy oboje, może Netflixa na chwilę wykupię z okazji tego święta. Bo ja Lalkę lubię bardzo, jest to ważna książka mojego dzieciństwa, tatko czytywał mi wieczorami pamiętnik Rzeckiego (już umiałam czytać, chodziło o to, że czytał i się chichrał, a ja razem z nim). Nie oczekuję po Maślonie, że to będzie ekranizacja toczka w toczkę, o wspólne doświadczenie mi się rozchodzi, porozumienie w analizowaniu twórczości.
Czwartek pracowniczy był długi, już wpół do ósmej dojechałam do miasta. Z rana, wiadomo, kawa i croissant dla mnie, kawa i croissant na wynos dla Kochanego, gadka szmatka z Dżaki (o tym jak nazywają klientów, bo wiem, że nazywają od kaw), całus Fredowy, powrót na mój fotel kawiarniany, czytanka, marsz do biura, wyniesienie śmieci (tym razem czarne kontenery były wystawione od wczesnego rana, miło bardzo i poręcznie; w zeszły czwartek był jakiś falstart i musiałam z zeszłotygodniowymi odpadami czekać do dzisiaj). Potem sprawy zwyczajne, w przerwie rozmowa z tatkiem. Doczekałam się Kochanego po piątej (w samą porę, jakiś dziwny typ kręcił się mi pod biurem).
środa, 16 września 2026
2465. Wirale, pająki, druki, ciemność.
Obudził mnie sen o tym jak wbijamy do Teatralnej, która, uwaga, miała na głowie ondulację w stylu lat 80. Myślę, że to ostatnie wyobrażenie jest pokłosiem irytującego trendu, który rozprzestrzenia się za pomocą SI (yup, nasza cywilizacja wykorzystuje w tej chwili ogromne pokłady złóż, żeby zasilić fabryki, które umożliwiają ludziom generowanie obrazków pokazujących jak wyglądaliby 40 lat temu, tylko ładniej oczywiście, bez peerelowskich ekspresji twarzy).
Zaraz na wstępie dnia wyniosłam z łazienki trzeciego wypasionego kątnika. Wczoraj mąż wyekspediował drugiego, myślałam wówczas, że to ostatni. Teraz już nic nie wiem, ostrożnie potrząsam zasłoną prysznicową, ręcznikami i szlafrokiem w celu poinformowania potencjalnego lokatora, że teraz moja kolej.
W pracy nudy i chłody, wydałam trochę nieswojej kasy, bo czas już był po temu najwyższy. Druk podania do związku zawodowego leży nietknięty, obok odpowiedź na ciekawą ofertę pracy rozgrzebana w połowie; obiecuję sobie zająć się tym jutro.środa, 9 września 2026
2458. Płynny wślizg w jesień.
Widzę, że Szefowa postanowiła wpadać raz w tygodniu na chat przyjacielski, bardzo ciekawe. To sobie porozmawiałyśmy jak czekistka z czekistką. Do miasta zjechał też Benedicto na swoim motórze, poszłam na spotkanie do Czarnej, rozmowa rozwlekła się ponad lunch break, gdyż była bardzo życiowa (praca, wiadomo, zjawiska społeczne, nalot migrantów, którzy znają po kilka języków, cholery ;)), po drodze jeszcze nadziałam się na Saren, it's hard it's hard, wymieniłyśmy się boleściami naszego zajęcia.
Popełniłam wykroczenie: zjadłam burrito, tak się nim ożarłam, że gdy zjechaliśmy z Kochanym na wieś, nadal nie byłam gotowa na obiad. Za to wyszliśmy na spacer z kocureczkami, a potem we dwoje nad morze. Szaro, cicho (po drodze zdybała nas Uśmiechnięta Kathleen ... znowu mamy błogosławieństwo do zużycia, oraz Gerard na spacerze z Molly), kawiarenka właśnie się zamykała, w piasku już w połowie zagrzebane wielkie truchła lwich grzyw.
Wracaliśmy przez osiedle domków notując w głowach, co nowego powstało, co wyremontowano, jak miejsce ładnieje i zyskuje na wartości. W domu przed siódmą. Obiad zjedzony po ósmej (kiedy ja to strawię?). Powoli kończę Huellego, może uda się przeczytać jedną opowieść przed kilkoma kartkami z Czarodziejskiej góry.
środa, 2 września 2026
2451. Krótko.
Początek dnia zaskakująco jesienny, weszłam do Kuchniosalonu a tu krople deszczu na szybach i rześki powiew z rozszczelnionego okna. Znowu pobranie krwi, wstałam więc dopiero po siódmej, miło, mogłabym tak codziennie (mogłabym tak z późniejszym wstawaniem, nie z pobieraniem krwi; znowu miałam do czynienia z Panią Wydajną, trzy strzykawki poniżej dwóch minut, jedno wkłucie, ruchy oszczędne). Pod koniec dnia wpadła Teresa, coś jednak drgnęło, czyli czasami trzeba poczekać, nie miotać się bez sensu. Z tej okazji szarpnęłam się na Czarną; gdy wracałyśmy z kawiarni, Kochany właśnie podjeżdżał pod biuro.
Mam ogromną ochotę wskoczyć w książkę, więc to by było na tyle, jako rzekł Stanisławski, Jan Tadeusz.
wtorek, 1 września 2026
2450. Pierwszy września.
wtorek, 25 sierpnia 2026
2443. Update wtorkowy.
Wpadła Szefowa, podpisałam umowę do września'27. Prawdopodobnie tracę Teresę, oficjalnie z powodu braku podwyżki, choć wyczuwam tu inne sprawy rodzinne (koleżanka z tych, którymi można orać, bohaterka rodziny, czyli w tle obrazy Bacona; każdy jest do zastąpienia, tyle że roszady kadrowe są mało komfortowe psychiczne dla moi).
W czasie spaceru myszowego (coraz większa jesieniowość, na horyzoncie zbierają się chmury) oddzwoniła mama: pies nie ma czipa. Jeśli ktoś go szuka, powinien się bardziej postarać, w sieci zapytań brak. Duży pies, wygląda na Felicjana.
Zaczynamy z Kochanym kminić szczegóły jesiennego wyjazdu do Polski. Odbędzie się później niż zwykle i najprawdopodobniej zrobimy trochę mijanki. Za to jest duża szansa, że koty będą miały dobrą opiekunkę na czas nieobecności nas obojga (zaszłam do Anne po obiedzie, gdy na osiedle padał już drobny deszcz; sąsiadka dokładnie sprawdziła daty, wygląda to optymistycznie).
W głośnikach album Ballada na koniec świata Siekiery.
Umarła Dolly Parton, mówi Fred. Chyba jedyna lubiana przeze mnie piosenkarka country. Trzeba było łyknąć coś na pocieszenie: zaczęłam słuchać pierwszego opowiadania z tomu Miecz przeznaczenia.
czwartek, 20 sierpnia 2026
2438. Mali ludzie.
Przez Instagram dowiedziałam się, że wydawnictwo GlowBook szykuje nowe tłumaczenie Hjorth (znam to już, czyli poznam lepiej; natomiast ... sytuacja z dwoma fragmentami użytymi przez wydawnictwo, które wydają się być zapożyczone z mojej minireakcji na książkę na LubimyCzytać, yyyy, troszkę mnie zaskoczyła ;)).
poniedziałek, 17 sierpnia 2026
2435. Za pięć dwunasta.
W pracy to samo: przeciągam sprawy tak, żeby nie zrobić niczego do końca. Wypisanie sześciu informacji zwrotnych, powtarzalnych, nic nie wnoszących zajęło mi kilka godzin. Nie wiem, dlaczego tak. Najwyraźniej muszę grzebać się z papierami do za pięć dwunasta. Poza tym Benek zaprosił mnie na kawę. Znowu. Nie wiem czy powinnam zacząć się martwić ;E
Z pożyteczności: w końcu ubezpieczyłam koteczki, na razie na rok, mając nadzieję, że ubezpieczenia nie będę potrzebowała (aczkolwiek, owszem, zmotywowały mnie do tego nocne wymioty którejś z dziewczyn). Strzeżonego Pambu strzeże.
Wieczorem, już po krokietach (mówiłam brzydkie wyrazy do patelni), zadzwoniłam do mamy. We wsi deszcz wielki, powodziowy niemalże (i dobrze), mama jest na dwutygodniowym urlopie, obmyśla wycieczkę (przy okazji przypomniałyśmy sobie, że pierwszy raz byłam w Biskupinie 26 lipca roku 85). Rozmawiamy też o wypadku polskiego autokaru na Węgrzech (12 ofiar), oraz o wypadku u nas, w okolicach Kilder, gdzie pięciu gówniaków (w tym jeden z polskim nazwiskiem) wjechało pod prąd na M9. Pal licho, że oni zginęli, ale wjechali w prawidłowo jadącą rodzinę (przy okazji zgłębiania pochodzenia zabójców wpadliśmy z Kochanym w króliczą norę rodziny Carthy z Kilkenny, o bogowie! niektórzy rodzą się od razu bez szans na normalność).
Późnym wieczorem skończyłam czytać Normal People Sally Rooney (Faber & Faber, 2018). Dobra opowieść, ale mało optymistyczna.
środa, 12 sierpnia 2026
2430. Zaćmienie
Kochany w domu z Koteczkami, fartownie
gdyż przyszli elektrycy, wg irlandzkiej modły od najmądrzejszego do najgłupszego, żeby średnia IQ zgadzała się niezbyt wysoka, w każdym razie wentylacja w Kuchniosalonie i sypialni zrobione
audyt przebiegł w przyjemnej atmosferze
o pierwszej kaffka z Benedyktem w Czarnej
zawodowo sprawa prosta, bo kolega w drugim zdaniu zgodził się na podpisanie umowy
wieczorem chodziliśmy z kotami w zaćmieniu słońca
nie wiedziałam, że to zaćmienie (czytałam coś o porannym układzie planet, jednym okiem, machnęłam ręką), ale przypomniałam sobie o zaćmieniu w Polsce, tylko nie wiem o którym ... o tym z 1999 roku? czy o tym z 2015? w każdym razie, chodziłam i dobrze było tak po prostu być, bez zadania
poniedziałek, 10 sierpnia 2026
2428. Schody.
audyt finansowy, rekrutacja, nudy społeczne,
a mnie od rana bolą stawy w dłoniach.
w środku dnia kończę Wbrew regułom Hjorth (PI, 2014).
zamontowali nowy wyciąg kuchenny (alleluja) oraz inne ustrojstwa wentylacyjne
teraz mamy czekać na magika elektryka (wyciąg już chodzi, Krisowy patent nie do zdarcia)
czwartek, 6 sierpnia 2026
2424. cisza w biurze ...
nie tęsknię do wrześniowego rozgardiaszu (bogowie, to będzie sajgon)
ale kilka godzin bez towarzystwa też daje po głowie
teraz wierzę, że latem Benedykt robił asany na środku pokoju, tuż pod kamerą
dłubię w papierach, czytam, znajduję czas na najnowszą Gosię
ktoś mnie kiedyś zapytał, co mi daje oglądanie jej vlogów
odnoszę takie wrażenie, że ludzie szukają porad i wzorów, korzyści, podobieństw
mnie porady nie obchodzą, Gosia jest zupełnie inna niż ja
jej inność mnie przyciąga
ból przychodzi i odchodzi
głęboki masaż pośladka pomaga, czyli to nie "korzonki", raczej jakieś fiksum dyrdum mięśnia, który powoduje, że czuję prawą nogę jakoś tak nierealnie, jakby nie do końca była moja, odczucie wraca po dłuższym siedzeniu
trzeba się więcej ruszać, nie ma na to rady
czytałam gdzieś, że konieczność ruchu wzrasta wraz z posuwaniem się w latach
znaczy … młodszym ludziom siedzący tryb życia łatwiej uchodzi bezkarnie
(ten etap najwyraźniej mam już za sobą)
obiad po dziewiątej, w akompaniamencie audiobooka
w tym czasie skończyłam słuchać Sezon burz Sapkowskiego
wtorek, 28 lipca 2026
2415. Czy ...
w pracy spotkanie organizacyjne,
wychodzi, że zamiarują przedłużyć mi kontrakt na kolejny rok, karierowiczce
ale i tak najlepszy jest spacer z biura do Biura i nazad w tej zawiesistej, dusznej aurze, dorodne skrzypy polne mijane po drodze
czytam, bujam się w niebujanym fotelu
świat mijam pod dziwnymi chmurami
i już jest po ósmej
poniedziałek, 20 lipca 2026
2407. W domu?
W pracy maile i maile. Odpaliłam audiobooka Rozdroże kruków Sapkowskiego i to pomimo tego, że wędrowny powrót do Intermezzo okazał się całkiem udany. Na szczęście odwołano mi w pracy jutrzejszą burzę mózgów. Świetnie, bo jeszcze musiałabym się przygotować, coś przeczytać, o czymś pomyśleć, tymczasem jestem chwilowo niezdolna. W minionym tygodniu przynajmniej raz dobijała się do mnie firma monitorująca alarm w budynku, konsekwentnie nie odbierałam połączenia. I co, budynek stoi? Stoi. Nikt się nie włamał, a nawet lepiej – ten cholerny internet, którego rozłączanie się było zapewne przyczyną alarmu, działał dzisiaj jak trzeba, bóbr zapłać.
Próbowałam się zdrzemnąć przed obiadem (z Kuchniosalonu dobiegała muza Samych Suk z ich najnowszego albumu, Dziadowskie piosenkio miłości). Pierwszy spacer z myszami uświadomił mi koci rozwój, który odbył się w trakcie naszej nieobecności: Bronia jest znacznie odważniejsza, Mania jakby lżejsza. Hana zrobiła furorę wśród sąsiadów, nawet Iva Dilerka wyszła powiedzieć, że dziewczyna była bardzo miła, pożegnała się z nią, i tak dalej. Ziew. Wolny rozruch (w pracy dwie kawy, druga z Wiką, która nadal jest zagubiona w gąszczu swoich marzeń i oczekiwań; postawiłam jej tę kawę, szastam kasą jak milionerka). Chwilę rozmawiałam właśnie z tatką. Pora pod prysznic, lektura i lulu, bo inaczej mózg do wymiany.
piątek, 3 lipca 2026
2390. Pierwszy piątek lipca.
Miau miau miau miau, taką piosenkę Kochany śpiewał rano kotu. Przed moją pracą poszliśmy z Fredem do Czarnej. W ciągu dnia byłam na jeszcze jednej kawie, tym razem w Pe, bo wpadła do mnie Wiki, jak zazwyczaj tu i tam wymięta. Umówiłam się też na kawę w poniedziałek, z Benedyktem i Teresą.
Imigranci przywracają mi wiarę w zdolności intelektualne człowieka. Dzisiaj Asmahan.
Wracaliśmy do domu przez TK Maxxa i Tesco. Po pierwsze, Ka ma urodziny, mąż chciał kupić prezent dla przyjaciela, po drugie zakupy spożywczo-chemiczne, trochę na zaś. Wróciliśmy do domu przed piątą, a tu ekipa nadal siedzi, dom opatulony styropianem, tylko przód pół na pół jeszcze bez kocyka; panowie przytwierdzając płyty do ściany robili hałas jak podczas przemarszu wojska, wyglądało to na akord. I znowu wszędzie syf, gościu jeden z drugim tną styropian na trawie, bez osłony. Ech, w głośnikach the Cure, gdy Kochany robi na obiad makaron z pieczarkami i serem w sosie pomidorowym. Styropianowcy skończyli o wpół do siódmej.
Zaprosiliśmy się do Ka na wieczór; siedzieliśmy przy torcie urodzinowym i herbacie, nie za długo, o jedenastej jesteśmy z powrotem w domu. Bardzo szybko minął mi ten tydzień, przez większość dnia sądziłam, że nadal jest czwartek. Zdałam sobie sprawę, że wszystkie moje aktualne lektury są raczej z tych trudnych, mówią o sprawach przykrych. Mózg wymiętolony rzeczywistością nie chce sie teraz tym zajmować, czyli aaaa, kotki dwa.
piątek, 26 czerwca 2026
2383. The end ...
... oraz kopa na drogę.
Przejrzałam dużo papieru, zostawiłam resztę na następny tydzień. Pod koniec pracy już nie mogłam z głodu i wyszłam do meksykańskiej po quesadillę. Korzyść z tego wypłynęła dla dziewczynek: gdy przyjechaliśmy z mężem do domu, od razu wyszliśmy z nimi na dwór (w Kuchniosalonie ukrop, na zewnątrz przyjemny chłód, wieś stała pod czapką z mgły). Dwie godziny i już po chmurze, przegnał ją silniejszy wiatr z południa. Jestem zmęczona bardziej psychicznie niż fizycznie, Kochany jutro do pracy, wieje, reasumując wieczorem zostaliśmy w domu.








