Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na grubie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na grubie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 września 2026

2478. Dzień o nazwie wtorek.

Rano: po lewej pomarańczowe słońce, po prawej szara buka ledwie tylko pożyczająca kolorową poświatę. Sztorm idzie, u nas taki sobie, na zachodzie kod żółty.

Jestem przyzwyczajona do tego, że mam rozwiązanie na każdy problem. Chyba nie narzucam się z tym innym ludziom, nie jestem namiętną pomagaczką, zostawiam człowieków w ich mizerii jeśli tylko sobie tego życzą, ale w moim własnym ogródku lubię sobie radzić. Pewnie to tak bardzo mi ostatnio uwiera w pracy: że aktualnie niewiele zależy ode mnie. Tzn. co zależy, to zależy: jest przeczytane, odpowiedziane, skatalogowane, ale czynniki ludzki to coś innego. Czekam, rozmawiam, aprobuję, wysyłam. Nie wiadomo jak sprawy się rozwiną i nie ma to nic wspólnego z moimi talentami lub wydajnością. Azaliż, za każdym razem, gdy nie kończę dnia pracy z efektami, które miałam na widoku o poranku, mam skręt kiszek ze złości. Bardzo niedobrze, bo trudno jest mi teraz odróżnić chwilowe wkurwienie ciała od innych objawów, które czekają na dochtóra. Pozytywną odpowiedź na jedno dręczące pytanie dostałam o godzinie drugiej: dwunastego. Hm, feck you your fecking cow, rzuciłam w biurowy eter. Tak więc wieczorem joga.

Kochany miał przed południem swoje badania, krwi upuszczanie i CT scan. Nie było szansy, żebyśmy pojechali razem. Za cienką ścianą biura buka coraz większa. Na morzu białe koronki.
___
20:25 właśnie skończyłam słuchać Ptaki i inne opowiadania du Maurier (Albatros, 2023). Dwa ostatnie opowiadania bardzo spoko, równoważą nieciekawe dwa pierwsze. Zapadł już zmrok, wiatr szura. Kochany w czasie, gdy zalegałam w sypialni, rozmawiał ze świekrą; wiemy już, że po pobycie w Wawie dwie noce spędzimy u Fredowej mamy. I dobrze, jeden kłopot logistyczny rozwiązany.

piątek, 25 września 2026

2474. Aaaaaa ...

... o pracy nic nie rzeknę, gdyż wyszłam z niej wkurwiona i nie chcę karmić potwora (tylko jedno: jak ja nienawidzę, gdy ktoś się spóźnia, umawia się, ale chodzi tu i tam jak kurczak po odrąbaniu głowy i w przeciwieństwie do mnie nie wie, która jest godzina, bo to inni cały czas myślą za niego). Może też i na mój nastrój wpływ miał audiobook, bowiem skończyłam słuchać Ślicznotkę doktora Josefa Rudzkiej (W.A.B., 2021), a to nie jest lektura głaskająca po główce.

Zeszło ze mnie dzięki kawie (Kochany był łaskaw poczekać, aż chmura gradowa podąży swoją drogą) oraz spacerowi z koteczkami. Mąż zrobił gulasz, wcisnęliśmy go w towarzystwie placków ziemniaczanych z polskiego sklepu pod archiwalnego miecia (jednego z masochistów). Obiad późny (godzina ósma), za oknem mrok, popijam ciecz z kubka w bobry Emmy Bridgewater i wertuję Audiotekę w poszukiwaniu słuchanek łatwych i przyjemnych. Zdecydowałam się w końcu na opowiadania Daphne du Maurier. Trzeba się ogarnąć, zęby umyć, rzucić w odmęty weekendu ...

środa, 23 września 2026

2472. Jesień astronomiczna ...

przyszła w nocy.


W biurze na dobre odpaliłam ogrzewanie: jestem nadal wkurwiona, ale przynajmniej nie marznę. Kogut na głowie, wokół szyi kaszmirowy Smedley, do uszu wróciły ceramiczne kolczyki od artystycznej duszy (słonikomotylki spowodowały, że dziurka w lewym uchu znowu zaczęła krwawić). Po pracy zaszłam do Bootsa kupić coś do robienia kresek na oczach (Haute precision loreala w kolorze bordowy kaszmir). Można powiedzieć, że jestem w fazie kryzysu (zaufania, motywacji, wizji przyszłości), może wykluje się z tego coś nowego; asymetryczny sweter, nowy styl w makijażu, praca w innym zawodzie, nie wiadomo co wcześniej, co później oraz czy.

Jesień przyszła słonecznie. Nie jadłam, na porannej kawie do gazety/książki oraz na herbacie chodziłam do popołudnia, gdyż karmiła mnie nienawiść ;) Wpadłam do Saren zapytać what’s up, łgała tylko trochę, jak to ona. Z kolei Szefowa wpadła do mnie o trzeciej, trochę porozmawiałyśmy o różnych takich, w związku z czym spadło mi ciśnienie. Nie że rozmowa coś zmieniła, ale uspokoiłam się, bo naprawdę, nie ma się co ciskać, tylko działać trza w swoim własnym interesie ...

autor: mcfriendy

... poza tym już miałam w głowie plan wyjścia na miasto. O czwartej poszłam na obiad do Simony, restauracja była w połowie pusta, dostałam pochwałę moich siwków od wiekowych pań ze stolika po prawej (siwki borsucze dobrze widoczne, gdyż kogut) oraz boże błogosławieństwo od miejscowego świra z białą brodą – god bless you little flower, a proszę bardzo, proszę bardzo. Potem do Bootsa, jako się rzekło, oraz powrót do biura po lary i penaty. Zanim Kochany podjechał Babcią, zdążyłam sobie jeszcze próbne kreski wymodzić.

Ponieważ obiad miałam przed chwilą, od razu wzięliśmy koteczki na smycze. I tak sobie mrzonki snułam, że po obiedzie pójdziemy nad morze, gdyż pięknie, błękitnie, cicho, tymczasem przed ósmą mrok, że oko wykol. Najnowsza Gosia ze Szkocji obejrzana do połowy, bo chciałam jeszcze zagadać do mamy (omówienia: Gosia coraz słabsza, chodzi po dworze w kubraczku, skóra i kości, je niewiele, pies Felicjan śpi na fotelu brzuchem do góry, starość, pogoda, nasze koty, inne drobne sprawy). Zrobiłam na duolingo chwilę niemieckiego (widzę, że mama też) i zaraz zapuszczę nos w książkę przeżuwaną powoli. Dobranoc, miła jesieni.

wtorek, 22 września 2026

2471. This too shall pass.

Wszystkim nam bardzo dobrze się spało, nawet koty powoli wychodziły z zakątków.

W pracy mniej fajnie, tracę zainteresowanie (jako się rzekło, obsuwy się pojawiły, niby się spodziewałam, ale wkurwiło mnie to cichym wkurwem, czyli tym najgorszym). Dzień zupełnie szary, jakby współgrał. Spacer popołudniowy z koteczkami krótki, bo jestem do kości wychłodzona i marzę o gorącym prysznicu. Oczywiście to wszystko minie. Najbardziej dołuje mnie natenczas temat pracy, ale należy on do rzędu spraw na które wpływ mam iluzoryczny. Jem ciastki w łóżku, bo mogę.

poniedziałek, 21 września 2026

2470. Drobiazgi.

Pogoda jak latem, słupek zapewne przekroczył zapowiadane 23 stopnie, wczorajszy kocyk przechodni był najwyraźniej zapowiedzią dobrej aury. W pracy stres niezależny od osoby mej własnej, sprawy się grzebią, jeden z visitantes był rozczarowaniem. Za to pod koniec szychty wpadają Kif i Dżajmi, błazny jedne, zalazły mi w miesiącach wiosennych za skórę, a teraz przyszły się pochwalić aktualnymi sukcesami. Dobrze, może coś się odblokowało, choć onegdaj myślałam, że tej rury nie da się odetkać (nigdy nie wiesz, co będzie, trzeba by se wyhaftować makatkę). Jeszcze z pozytywnych rzeczy, kawa z Benkiem przed południem; uprzedziłam go o możliwych obsuwach w czasie, jemu to loto, i bardzo dobrze.

Spacer w cieple z myszami bardzo przyjemny, tylko Bronia uwalała się żywicą z cyprysików (nie wiadomo jak, bo na drzewo nie wchodziła). Nie bawiąc się w uprzejmości, futerko uwalane obcięłam w obawie, że akuratnisia przy wieczornych ablucjach może zatruć się tujonem.

Obiad Fredowy: pieczone bakłażany, smażone krewetki, "domowa" sałatka z polskiego sklepu. Tak mnie to rozczuliło, że usmażyłam kilka naleśników, żebyśmy podjedli je z konfiturą od Jot. Stałam przy kuchni, z głośników leciał Fish weltschmerzowy z Marillionem. Mimo średnich osiągów pracowych, niezły to był dzień, wymuszający złapanie dystansu, cieszenie się drobiazgami.

czwartek, 17 września 2026

2466. Jak nie wiem, skoro wiem?

Aaaaa, po mękach wielu wysłałam podanie do związku zawodowego. Po drodze mało mi żyłka nie pękła, na szczęście zastosowałam prostą poradę życiową: wyjdź se dziewczyno na miasto, jedzenie kup, porozmawiaj z randomami, jak się ma naprawić, to się naprawi (sama sobie tak zarządziłam, bo mądra ze mnie jest laska). Rzeczywiście, po powrocie do biura zastałam emilka od Szefowej, że udzieliła mi wcześniej błędnej informacji (jak nie wiem, skoro wiem!). Wklepałam, co trzeba, wysłałam. Aplikowanie online jest bardzo wygodną sprawą. Chyba, że nie jest, to wtedy co innego.

Pierwsza Lalka się pojawiła, serial Maślony na Netflixie; jako że z Schuchardta fajny chłopak, obejrzę. Obejrzymy oboje, może Netflixa na chwilę wykupię z okazji tego święta. Bo ja Lalkę lubię bardzo, jest to ważna książka mojego dzieciństwa, tatko czytywał mi wieczorami pamiętnik Rzeckiego (już umiałam czytać, chodziło o to, że czytał i się chichrał, a ja razem z nim). Nie oczekuję po Maślonie, że to będzie ekranizacja toczka w toczkę, o wspólne doświadczenie mi się rozchodzi, porozumienie w analizowaniu twórczości.

Czwartek pracowniczy był długi, już wpół do ósmej dojechałam do miasta. Z rana, wiadomo, kawa i croissant dla mnie, kawa i croissant na wynos dla Kochanego, gadka szmatka z Dżaki (o tym jak nazywają klientów, bo wiem, że nazywają od kaw), całus Fredowy, powrót na mój fotel kawiarniany, czytanka, marsz do biura, wyniesienie śmieci (tym razem czarne kontenery były wystawione od wczesnego rana, miło bardzo i poręcznie; w zeszły czwartek był jakiś falstart i musiałam z zeszłotygodniowymi odpadami czekać do dzisiaj). Potem sprawy zwyczajne, w przerwie rozmowa z tatkiem. Doczekałam się Kochanego po piątej (w samą porę, jakiś dziwny typ kręcił się mi pod biurem).

Spacer myszowy znowu był późny. Dopiero przed chwilą usiadłam z herbatą zieloną do laptopa, a tu za oknem mrok, zaraz będzie pora obkładać się poduszkami. Mało czasu na życie żyte z rozmachem.

środa, 16 września 2026

2465. Wirale, pająki, druki, ciemność.

Obudził mnie sen o tym jak wbijamy do Teatralnej, która, uwaga, miała na głowie ondulację w stylu lat 80. Myślę, że to ostatnie wyobrażenie jest pokłosiem irytującego trendu, który rozprzestrzenia się za pomocą SI (yup, nasza cywilizacja wykorzystuje w tej chwili ogromne pokłady złóż, żeby zasilić fabryki, które umożliwiają ludziom generowanie obrazków pokazujących jak wyglądaliby 40 lat temu, tylko ładniej oczywiście, bez peerelowskich ekspresji twarzy).

Zaraz na wstępie dnia wyniosłam z łazienki trzeciego wypasionego kątnika. Wczoraj mąż wyekspediował drugiego, myślałam wówczas, że to ostatni. Teraz już nic nie wiem, ostrożnie potrząsam zasłoną prysznicową, ręcznikami i szlafrokiem w celu poinformowania potencjalnego lokatora, że teraz moja kolej.

W pracy nudy i chłody, wydałam trochę nieswojej kasy, bo czas już był po temu najwyższy. Druk podania do związku zawodowego leży nietknięty, obok odpowiedź na ciekawą ofertę pracy rozgrzebana w połowie; obiecuję sobie zająć się tym jutro.

Po pracy zajechaliśmy do Costy. Po powrocie do domu obiad w piekarniku długo dochodził, siłą rzeczy wszystko się przeciągnęło, więc wyszliśmy z koteczkami podczas zachodu słońca. Koty od razu zafascynowały się aktywnymi o tej porze komarnicami. Szybko robi się ciemno, nim się obejrzę będę wychodziła z biura w zupełnej szarówce.

środa, 9 września 2026

2458. Płynny wślizg w jesień.

Widzę, że Szefowa postanowiła wpadać raz w tygodniu na chat przyjacielski, bardzo ciekawe. To sobie porozmawiałyśmy jak czekistka z czekistką. Do miasta zjechał też Benedicto na swoim motórze, poszłam na spotkanie do Czarnej, rozmowa rozwlekła się ponad lunch break, gdyż była bardzo życiowa (praca, wiadomo, zjawiska społeczne, nalot migrantów, którzy znają po kilka języków, cholery ;)), po drodze jeszcze nadziałam się na Saren, it's hard it's hard, wymieniłyśmy się boleściami naszego zajęcia.

Popełniłam wykroczenie: zjadłam burrito, tak się nim ożarłam, że gdy zjechaliśmy z Kochanym na wieś, nadal nie byłam gotowa na obiad. Za to wyszliśmy na spacer z kocureczkami, a potem we dwoje nad morze. Szaro, cicho (po drodze zdybała nas Uśmiechnięta Kathleen ... znowu mamy błogosławieństwo do zużycia, oraz Gerard na spacerze z Molly), kawiarenka właśnie się zamykała, w piasku już w połowie zagrzebane wielkie truchła lwich grzyw.

Wracaliśmy przez osiedle domków notując w głowach, co nowego powstało, co wyremontowano, jak miejsce ładnieje i zyskuje na wartości. W domu przed siódmą. Obiad zjedzony po ósmej (kiedy ja to strawię?). Powoli kończę Huellego, może uda się przeczytać jedną opowieść przed kilkoma kartkami z Czarodziejskiej góry.

środa, 2 września 2026

2451. Krótko.

Początek dnia zaskakująco jesienny, weszłam do Kuchniosalonu a tu krople deszczu na szybach i rześki powiew z rozszczelnionego okna. Znowu pobranie krwi, wstałam więc dopiero po siódmej, miło, mogłabym tak codziennie (mogłabym tak z późniejszym wstawaniem, nie z pobieraniem krwi; znowu miałam do czynienia z Panią Wydajną, trzy strzykawki poniżej dwóch minut, jedno wkłucie, ruchy oszczędne). Pod koniec dnia wpadła Teresa, coś jednak drgnęło, czyli czasami trzeba poczekać, nie miotać się bez sensu. Z tej okazji szarpnęłam się na Czarną; gdy wracałyśmy z kawiarni, Kochany właśnie podjeżdżał pod biuro. 

Mam ogromną ochotę wskoczyć w książkę, więc to by było na tyle, jako rzekł Stanisławski, Jan Tadeusz.

wtorek, 1 września 2026

2450. Pierwszy września.

Praca nie nastraja ekstatycznie — zmiana w przepisach dotyczących migrantów nie jest jakoś głośno omawiana, ale wyraźnie wpływa na moją działkę (sporo wolnych elektronów nagle zorientowało się, że musi coś robić, żeby się tu zakorzenić, tymczasem cudów nie ma, to jest zawsze proces; odprawiłam dzisiaj dwie osoby, jutro odprawię kolejne). 

Dostałam telefon z kliniki z datą skanu (w tym miesiącu, poza tym niedaleko).

Miałam w nocy sen, że zapomniałam szefowej wspomnieć o urlopie, a przecież jutro wyjeżdżam ... takie głupoty, widać Głowa siedzi w przyszłości i koniecznie chce iść na grzyby.

Popołudnie powtarzalne: na moment idę do sklepu za rogiem, bo wyszliśmy z makaronu (spaghetti euro pięćdziesiąt), po obiedzie rundka z kotami, zasapuję się bawiąc się z Bronią, Majk nas obserwuje i jak zwykle powtarza that's gas!, chwilę rozmawiam z Anne, która właśnie idzie wykąpać się w morzu. Wieczorem z przyjemnością przechodzę od jednej książki do drugiej i trzeciej, każda mnie ciekawi.

wtorek, 25 sierpnia 2026

2443. Update wtorkowy.

Przez noc jakiś obgryzek schrupał większość pozostawionych marchewek. Ząbki są niewielkie, podejrzewam szczury, okrągłych bobków brak. Szkoda, że nie mamy fotopułapki, która zaspokoiłaby moją ciekawość. Nie mam nic do szczurów, każdy chce żyć, fotopułapki nie kupię, przed nami inne, większe wydatki.

Wpadła Szefowa, podpisałam umowę do września'27. Prawdopodobnie tracę Teresę, oficjalnie z powodu braku podwyżki, choć wyczuwam tu inne sprawy rodzinne (koleżanka z tych, którymi można orać, bohaterka rodziny, czyli w tle obrazy Bacona; każdy jest do zastąpienia, tyle że roszady kadrowe są mało komfortowe psychiczne dla moi).

W czasie spaceru myszowego (coraz większa jesieniowość, na horyzoncie zbierają się chmury) oddzwoniła mama: pies nie ma czipa. Jeśli ktoś go szuka, powinien się bardziej postarać, w sieci zapytań brak. Duży pies, wygląda na Felicjana.

Zaczynamy z Kochanym kminić szczegóły jesiennego wyjazdu do Polski. Odbędzie się później niż zwykle i najprawdopodobniej zrobimy trochę mijanki. Za to jest duża szansa, że koty będą miały dobrą opiekunkę na czas nieobecności nas obojga (zaszłam do Anne po obiedzie, gdy na osiedle padał już drobny deszcz; sąsiadka dokładnie sprawdziła daty, wygląda to optymistycznie).

W głośnikach album Ballada na koniec świata Siekiery.

Umarła Dolly Parton, mówi Fred. Chyba jedyna lubiana przeze mnie piosenkarka country. Trzeba było łyknąć coś na pocieszenie: zaczęłam słuchać pierwszego opowiadania z tomu Miecz przeznaczenia.

czwartek, 20 sierpnia 2026

2438. Mali ludzie.

Liliput ze Sligo zjadł dwa croissanty, poczęstował się jabłkiem Pink Lady, wypił kilka herbat z mlekiem przez ponad cztery godziny słuchając dyskretnie radia, na końcu wystawił mi ocenę "bardzo wspaniale" oraz rachunek na ponad siedemset euro. Ach, życie pracownicze pełne jest dziwnych zawijasów. Kolejna rzecz odhaczona, strup z głowy.

Przez Instagram dowiedziałam się, że wydawnictwo GlowBook szykuje nowe tłumaczenie Hjorth (znam to już, czyli poznam lepiej; natomiast ... sytuacja z dwoma fragmentami użytymi przez wydawnictwo, które wydają się być zapożyczone z mojej minireakcji na książkę na LubimyCzytać, yyyy, troszkę mnie zaskoczyła ;)).

W sąsiedztwie niepostrzeżenie zaczęła się jakaś drama: gdy kotełki drugi raz wychodziły na spacer (tzn. Bronia drugi raz wyszła, bo Mańka przed naszym obiadem miała szlaban ze względu na siuśki), Katlin nas poinformowała, że Gerwazy ściął się z sąsiadami po lewo i już złożył na nich skargę (jak to możliwe, skoro jeszcze nie zdążył się wprowadzić? trochę strach się robi). 

Reszta czwartku spędzona na czytaniu oraz interakcjach z domownikami. Wieczorem chmury nad nami zimne, jakby z innego sezonu.

poniedziałek, 17 sierpnia 2026

2435. Za pięć dwunasta.

W pracy to samo: przeciągam sprawy tak, żeby nie zrobić niczego do końca. Wypisanie sześciu informacji zwrotnych, powtarzalnych, nic nie wnoszących zajęło mi kilka godzin. Nie wiem, dlaczego tak. Najwyraźniej muszę grzebać się z papierami do za pięć dwunasta. Poza tym Benek zaprosił mnie na kawę. Znowu. Nie wiem czy powinnam zacząć się martwić ;E

Z pożyteczności: w końcu ubezpieczyłam koteczki, na razie na rok, mając nadzieję, że ubezpieczenia nie będę potrzebowała (aczkolwiek, owszem, zmotywowały mnie do tego nocne wymioty którejś z dziewczyn). Strzeżonego Pambu strzeże.

Wieczorem, już po krokietach (mówiłam brzydkie wyrazy do patelni), zadzwoniłam do mamy. We wsi deszcz wielki, powodziowy niemalże (i dobrze), mama jest na dwutygodniowym urlopie, obmyśla wycieczkę (przy okazji przypomniałyśmy sobie, że pierwszy raz byłam w Biskupinie 26 lipca roku 85). Rozmawiamy też o wypadku polskiego autokaru na Węgrzech (12 ofiar), oraz o wypadku u nas, w okolicach Kilder, gdzie pięciu gówniaków (w tym jeden z polskim nazwiskiem) wjechało pod prąd na M9. Pal licho, że oni zginęli, ale wjechali w prawidłowo jadącą rodzinę (przy okazji zgłębiania pochodzenia zabójców wpadliśmy z Kochanym w króliczą norę rodziny Carthy z Kilkenny, o bogowie! niektórzy rodzą się od razu bez szans na normalność).

Późnym wieczorem skończyłam czytać Normal People Sally Rooney (Faber & Faber, 2018). Dobra opowieść, ale mało optymistyczna.

środa, 12 sierpnia 2026

2430. Zaćmienie

Kochany w domu z Koteczkami, fartownie
gdyż przyszli elektrycy, wg irlandzkiej modły od najmądrzejszego do najgłupszego, żeby średnia IQ zgadzała się niezbyt wysoka, w każdym razie wentylacja w Kuchniosalonie i sypialni zrobione

audyt przebiegł w przyjemnej atmosferze
o pierwszej kaffka z Benedyktem w Czarnej
zawodowo sprawa prosta, bo kolega w drugim zdaniu zgodził się na podpisanie umowy

wieczorem chodziliśmy z kotami w zaćmieniu słońca
nie wiedziałam, że to zaćmienie (czytałam coś o porannym układzie planet, jednym okiem, machnęłam ręką), ale przypomniałam sobie o zaćmieniu w Polsce, tylko nie wiem o którym ... o tym z 1999 roku? czy o tym z 2015? w każdym razie, chodziłam i dobrze było tak po prostu być, bez zadania

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

2428. Schody.

ten tydzień będzie trudniejszy, zaczynają się schody,
audyt finansowy, rekrutacja, nudy społeczne,
a mnie od rana bolą stawy w dłoniach.

w środku dnia kończę Wbrew regułom Hjorth (PI, 2014).

Kochany tymczasem w domu, uspokajał koteczki, gdyż grzebacze przyszli
zamontowali nowy wyciąg kuchenny (alleluja) oraz inne ustrojstwa wentylacyjne
teraz mamy czekać na magika elektryka (wyciąg już chodzi, Krisowy patent nie do zdarcia)

wyciąg nastroił mnie bardzo pozytywnie do świata
już mi się chce dziury w ścianie łatać, malować i upiększać

kotecki:


czwartek, 6 sierpnia 2026

2424. cisza w biurze ...

... naprawdę wymaga pewnej dyscypliny
nie tęsknię do wrześniowego rozgardiaszu (bogowie, to będzie sajgon)
ale kilka godzin bez towarzystwa też daje po głowie
teraz wierzę, że latem Benedykt robił asany na środku pokoju, tuż pod kamerą

dłubię w papierach, czytam, znajduję czas na najnowszą Gosię
ktoś mnie kiedyś zapytał, co mi daje oglądanie jej vlogów
odnoszę takie wrażenie, że ludzie szukają porad i wzorów, korzyści, podobieństw
mnie porady nie obchodzą, Gosia jest zupełnie inna niż ja
jej inność mnie przyciąga

ból przychodzi i odchodzi
głęboki masaż pośladka pomaga, czyli to nie "korzonki", raczej jakieś fiksum dyrdum mięśnia, który powoduje, że czuję prawą nogę jakoś tak nierealnie, jakby nie do końca była moja, odczucie wraca po dłuższym siedzeniu
trzeba się więcej ruszać, nie ma na to rady
czytałam gdzieś, że konieczność ruchu wzrasta wraz z posuwaniem się w latach
znaczy … młodszym ludziom siedzący tryb życia łatwiej uchodzi bezkarnie 
(ten etap najwyraźniej mam już za sobą)

(Kochany przyjechał po mnie znacznie później niż zwykle, dzięki temu po piątej mogłam otworzyć drzwi do biura bardzo dziwnej kobiecie, odrealnionej, przypominającej mi nauczycielkę matematyki z naszej wsi, nieszczęśliwą osobę; długo składałam do kupy to wspomnienie, dopiero w samochodzie mnie olśniło a może to była ona?!)

spacer z kotami godzinny (!)
obiad po dziewiątej, w akompaniamencie audiobooka
w tym czasie skończyłam słuchać Sezon burz Sapkowskiego

wtorek, 28 lipca 2026

2415. Czy ...

... jest coś bardziej wzruszającego od kota biegnącego rano do sypialni, żeby zrobić noski?

w pracy spotkanie organizacyjne,
wychodzi, że zamiarują przedłużyć mi kontrakt na kolejny rok, karierowiczce
ale i tak najlepszy jest spacer z biura do Biura i nazad w tej zawiesistej, dusznej aurze, dorodne skrzypy polne mijane po drodze


trzymam kapelusz maszerując przez most
czytam, bujam się w niebujanym fotelu

świat mijam pod dziwnymi chmurami


popołudnie skraca się przez długi spacer z kotami połączony z rozmową sąsiedzką (Anne, Katlin) i rozmową z rodzicami (w tle wsiowe dzwony kościelne wygrywają bożonarodzeniowe szlagiery)

a potem nie smakuje mi makaron
i już jest po ósmej

poniedziałek, 20 lipca 2026

2407. W domu?

Dwie godziny snu, bez cienia przesady: dolecieliśmy o 1:40 naszego czasu, dwie godziny później byłam nareszcie pod własną kołdrą, ale cóż z tego, skoro wybudzałam się trzy razy, a po szóstej trzeba było wstawać. Jednak nie ma co narzekać: Ka pojawił się na lotnisku co do minuty, mogliśmy pożegnać Hanę, pokazać jej, jak ma odprawić bagaż, gdzie pójść; ułatwiono nam, ułatwiliśmy innemu.

W pracy maile i maile. Odpaliłam audiobooka Rozdroże kruków Sapkowskiego i to pomimo tego, że wędrowny powrót do Intermezzo okazał się całkiem udany. Na szczęście odwołano mi w pracy jutrzejszą burzę mózgów. Świetnie, bo jeszcze musiałabym się przygotować, coś przeczytać, o czymś pomyśleć, tymczasem jestem chwilowo niezdolna. W minionym tygodniu przynajmniej raz dobijała się do mnie firma monitorująca alarm w budynku, konsekwentnie nie odbierałam połączenia. I co, budynek stoi? Stoi. Nikt się nie włamał, a nawet lepiej – ten cholerny internet, którego rozłączanie się było zapewne przyczyną alarmu, działał dzisiaj jak trzeba, bóbr zapłać.

Próbowałam się zdrzemnąć przed obiadem (z Kuchniosalonu dobiegała muza Samych Suk z ich najnowszego albumu, Dziadowskie piosenkio miłości). Pierwszy spacer z myszami uświadomił mi koci rozwój, który odbył się w trakcie naszej nieobecności: Bronia jest znacznie odważniejsza, Mania jakby lżejsza. Hana zrobiła furorę wśród sąsiadów, nawet Iva Dilerka wyszła powiedzieć, że dziewczyna była bardzo miła, pożegnała się z nią, i tak dalej. Ziew. Wolny rozruch (w pracy dwie kawy, druga z Wiką, która nadal jest zagubiona w gąszczu swoich marzeń i oczekiwań; postawiłam jej tę kawę, szastam kasą jak milionerka). Chwilę rozmawiałam właśnie z tatką. Pora pod prysznic, lektura i lulu, bo inaczej mózg do wymiany.

piątek, 3 lipca 2026

2390. Pierwszy piątek lipca.

Miau miau miau miau, taką piosenkę Kochany śpiewał rano kotu. Przed moją pracą poszliśmy z Fredem do Czarnej. W ciągu dnia byłam na jeszcze jednej kawie, tym razem w Pe, bo wpadła do mnie Wiki, jak zazwyczaj tu i tam wymięta. Umówiłam się też na kawę w poniedziałek, z Benedyktem i Teresą.

Imigranci przywracają mi wiarę w zdolności intelektualne człowieka. Dzisiaj Asmahan.

Wracaliśmy do domu przez TK Maxxa i Tesco. Po pierwsze, Ka ma urodziny, mąż chciał kupić prezent dla przyjaciela, po drugie zakupy spożywczo-chemiczne, trochę na zaś. Wróciliśmy do domu przed piątą, a tu ekipa nadal siedzi, dom opatulony styropianem, tylko przód pół na pół jeszcze bez kocyka; panowie przytwierdzając płyty do ściany robili hałas jak podczas przemarszu wojska, wyglądało to na akord. I znowu wszędzie syf, gościu jeden z drugim tną styropian na trawie, bez osłony. Ech, w głośnikach the Cure, gdy Kochany robi na obiad makaron z pieczarkami i serem w sosie pomidorowym. Styropianowcy skończyli o wpół do siódmej.

Zaprosiliśmy się do Ka na wieczór; siedzieliśmy przy torcie urodzinowym i herbacie, nie za długo, o jedenastej jesteśmy z powrotem w domu. Bardzo szybko minął mi ten tydzień, przez większość dnia sądziłam, że nadal jest czwartek. Zdałam sobie sprawę, że wszystkie moje aktualne lektury są raczej z tych trudnych, mówią o sprawach przykrych. Mózg wymiętolony rzeczywistością nie chce sie teraz tym zajmować, czyli aaaa, kotki dwa.

piątek, 26 czerwca 2026

2383. The end ...

... oraz kopa na drogę.

Przejrzałam dużo papieru, zostawiłam resztę na następny tydzień. Pod koniec pracy już nie mogłam z głodu i wyszłam do meksykańskiej po quesadillę. Korzyść z tego wypłynęła dla dziewczynek: gdy przyjechaliśmy z mężem do domu, od razu wyszliśmy z nimi na dwór (w Kuchniosalonie ukrop, na zewnątrz przyjemny chłód, wieś stała pod czapką z mgły). Dwie godziny i już po chmurze, przegnał ją silniejszy wiatr z południa. Jestem zmęczona bardziej psychicznie niż fizycznie, Kochany jutro do pracy, wieje, reasumując wieczorem zostaliśmy w domu.