Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sumo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sumo. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 grudnia 2025

2185. Do przodu.

Dlaczego pomijam turnieje sumo? takie pytanie zaświtało mi z rana. Nostalgia to ciekawa sprawa. Myślę, że wyrosłam, drażni mnie mizoginia tej części japońskiej kultury, wstecznictwo, symbolika mi nie odpowiada. Gdy tak sobie nie oglądałam (przez cały rok, przecież w styczniu zerkałam na rozgrywki jesienne), Ōnosato awansował do rangi Yokozuny (zapowiadał się już w zeszłym roku). Poszłabym chętnie na Hatsu-basho na żywo, ale oglądać powtórek w okienku, bez mamy, zwyczajnie mi się nie chce.

Środa w pracy była całkiem udana, zaliczyłam lunch pracowniczy w Simonie, z szefową, koleżanką zza ściany oraz jedną panią, którą już skądś znalazłam (nie wiem skąd, ale wiem, że lubi robić na drutach). Wybrałam tylko zupę, bardzo dobrą, smakowała trochę jak rosół. Rozmowa zaczęła się od pogody, że jest mokro i tak dalej, potem przeszła na religię. Ciekawe, że przy okazji poprzedniej nasiadówki pracowniczej w tym samym miejscu rozmawialiśmy dokładnie o tym samym. 

Po ostatecznym opuszczeniu biura udałam się do Szkota, żeby zobaczyć co dają w tamtejszym Dunnesie. Na horyzoncie ostatnie słońca podrygi, a gdy wyszłam ze sklepu, na zewnątrz zapadła ciemność. 

Kochany właśnie wracał z pracy, więc się zabrałam. Ekspresowy obiad i można zacząć dekompresję (dzień był spokojny, ale pełen ruchu, na dodatek zmarzłam, o czym nie wiedziałam, dopóki nie weszłam do ciepłego pomieszczenia). Po wczorajszym sztormie na świecie zrobiło się jasno i przenikliwie chłodno. Gorąca herbata i Magnolia Blossom z serii ACH, 06. Fred już drzemie, środa go zmęczyła.

środa, 22 stycznia 2025

1863. Kręcę się ...

... w nocy jak głupia, szkoda, bo dzień wolny, mogłam więcej wypocząć. 

Znowu wyszliśmy na spacer, choć pogoda dzisiaj chłodna i ponura. Przed wyprawą zapukałam do Katlin; w drodze zatrzymał mnie Li, rozmawialiśmy o jego psie, o tym jakie łagodna Lucy ma szczęście i w ogóle. Li ma brodę jak święty Mikołaj i niewiele własnych zębów, oliwa z niego, ale zwierzęta chyba rzeczywiście lubi, poza tym razem z Ivą są raczej pogodnymi sąsiadami. Z Katlin sprawa była dłuższa, jak zwykle. Dałam jej zapasowy klucz do domu, bo jutro w czasie naszej nieobecności ma przyjść gość z councilu coś tam oszacować. Przy okazji podziękowałam wylewnie za rudy plecak, szalik i w ogóle (nie widziałyśmy się od początku roku). Gdy wspomniałam o wizytach Kochanego u lekarza, sąsiadka ściszonym głosem zaczęła rozprawiać o jakimś szarlatanie, który w okolicy leczy raka z bardzo spektakularnymi rezultatami. Katlin, czy to są narcyzy? zmienił temat bardzo sprawnie Fred. Rzeczywiście, okazało się, że to narcyzy wschodzą, co wiedzieliśmy od samego początku, ale dzięki temu rozmowa zeszła na pana, który będzie u sąsiadów robił wycenę wylewki pod miejsce parkingowe. Może wpadnie i do nas. Poza tym idzie sztorm bardzo groźny, w radiu państwowym ostrzegają. Zerknęłam na mapę, na razie prognoza na piątek rano brzmi: średnia wiatru ∼90km/h.

Na wybrzeżu widoki dalekie i ostre, latarnia morska jak szpilka, półwysep Howth unosił się nad wodą jak latający dywan pod który zamieciono śmieci. Zmiana aury kroi się w powietrzu jak nic. Doszliśmy do krokodyli i z powrotem (zimno), w międzyczasie z wody wyszła grupa morsów, więc w małej kawiarence przy plaży zrobił się przemarznięty tłum (zrezygnowaliśmy z kawy). W drodze powrotnej Fred kupił wątróbkę na dzisiejszy obiad. Kiedy siedziałam w sypialni słuchając audiobooka, Kochany zrobił pyszne jadło (wątróbka jagnięca, kartoffeln, kiszona kapusta z cebulą i kminkiem), zjedliśmy go przy dźwiękach Republiki, na drugi ogień poszedł Maanam.

Przypomniałam sobie, że dawno nie oglądałam rozgrywek sumo, nadrobiłam wieści z Kyūshū Basho (w listopadzie wygrał Kotozakura), ale to był szybki skan. Cały czas wisiało mi nad głową, że trzeba przejrzeć i ocenić materiały na jutro. Meh. Obrobiłam się do dziewiątej i teraz już tylko laba ;E
___
edit 21:58 Nie wpisałaś marchewki, powiedział Fred, do kapusty oprócz cebuli i kminku dodałem utartej marchewki i oleju. Dopisuję dla potomności. Żeby wiedziała!

niedziela, 22 września 2024

1740-1741. Równonoc.

Sobota 
Szara jesień. Obudziłam się tuż przed tym, gdy Kochany wychodził do pracy. Przy śniadaniu obejrzałam podsumowanie 12 dnia Aki-basho. Resztę dnia spędziłam coś tam ustawiając, coś tam prasując, słuchając audiobooka, obierając marchewki, zerkając na skrót dnia 13 Aki-basho oraz walkę Ōnosato z Hoshoryu dnia 14. 

Niedziela
Pierwszy oficjalny dzień jesieni. Nie widzę różnicy, szaro i cicho.
__
edit 18:35 Kochany już w domu, oboje jesteśmy po obiedzie (średnim, ryż był dobry, ale wołowina ze sklepowego gotowca mnie nie powaliła i wszystko oddałam mężowi). Dzień minął nie wiadomo kiedy. Rozmawiałam telefonicznie z mamą; odnoszę wrażenie, że rodzice powoli przygotowują się do remontu piętra. Po tym jak wczoraj skończyłam słuchanie szóstego tomu Agathy Christie, dzisiaj wróciłam do Dziadów i dybuków Kurskiego oraz zaczęłam czytać Fossego Scenes From a Childhood. Coś z tego pewnie skończę przed przyjazdem szwagrostwa. 

czwartek, 19 września 2024

1738. Arghhh.

W pracy dzień całkiem spoko, wytrząsłam się siwą grzywą tu i tam i już było po. Więc w zasadzie nie wiem dlaczego po południu trzymał mnie stres, wszystko robiłam zbytecznie szybciej i żołądkowałam się przy tym bez sensu. Po powrocie do domu zrobiłam obiad (Kochany wrócił ponad dwie godziny po mnie); zjedliśmy; obejrzałam podsumowanie jedenastego dnia Aki-basho (Ōnosato nadal niepokonany, choć się wywalił tą razą elegancko); zerkałam na Wyborczej powodziowy live (miasto ocalone, moim zdaniem). Obejrzałam też pierwszy odcinek Viscious (2013-16) z McKellenem i Jacobim, powoli się przy tym uspokajając. Jutro muszę zrobić coś ważnego, mówię sobie; na razie laptop zatrzaśnięty, żeby się nie pałować głupotami i daję nura w odmęty literatury różnej, m.in. wróciłam do Carla Rogersa (straszny nudziarz, ale dam mu radę).

niedziela, 8 września 2024

1727. Ósmy, niedziela.

Z początkiem września zaczął się nowy sezon sztormowy, jest więc i nowa lista imion. Najbardziej podobają mi się Otje i Wren, ale pewnie jak co roku imiona z drugiej części listy się nie przydadzą (w minionym sezonie doszliśmy do Lilian, letniego sztormu, który w sierpniu dotknął głównie Cork i nawet nie został zauważony na tym blogu).

Muszę sobie kupić pas na banany, rzecze mąż na wychodnym.
Nie mogłam lepiej trafić, rzecze żona, ogólnie oraz w temacie męża.

Kochany zaczynał pracę o dziewiątej, więc załapał się jeszcze na moje emocjonalne opowiadanie o wczorajszej lekturze. Znowu kręcę się po domu z gołym tyłkiem, w ten sposób wysłuchałam kolejnych czterech historyjek z książki Poirot Investigates. W międzyczasie jakieś małe domowe rzeczy; zaczęłam czytać Annę i Pana B. Jakuba Zająca (Wielka Litera, 2023); w trakcie późnego obiadu zerkaliśmy z Fredem na pierwszy dzień Aki-basho live. 

Liczyłam, że bardziej zmotywuję się do działania, ale bez obecności drugiej osoby robię się gnuśna i głodna. Pracowniczo stagnacja, kilka dni temu dostałam emilka z Centrum, że zaczynamy najwcześniej za dwa tygodnie (no good, dobrze, że jest chociaż Jama); może po prostu trzeba pisać powieść.

sobota, 7 września 2024

1726. Five.

Kochany przed wyjściem przypomniał mi, że dzisiaj jest nasza piąta rocznica ślubu.

Ależ ci ludzie łażą. Najpierw zwlekli mnie z łóża (musiałam założyć spodnie) Świadkowie Jehowy z broszurką How do you view your future (bardzo młody, czarnoskóry chłopak i starsza pani; on mówił, widocznie miał się uczyć), potem naganiacz polityczki z Fianna Fáil, też z broszurką (znowu musiałam założyć spodnie). Gdy byłam już na ostatniej stronie Lata polarnego Anne Swärd (Czarne, 2007), zadzwonili rodzice, żeby mi pokazać, że właśnie siedzą w rozsłonecznionym kącie ogrodu i piją za nasze zdrowie jägermeistera (Maciej się dołączył, nie do picia, ale do wpychania głów w kamerkę). Tym razem założyłam spodnie na dobre (kwestia zakładania spodni wynikała z tego, że cały czas piszę o sytuacji czytania książki w łóżku jako tle wydarzeń); zrobiłam sobie kawę z aeropressu, rozwiesiłam pranie w ogródku, dokończyłam czytać ostatni akapit książki. To ile lat do złotych godów? Oj tam, oj tam.

Po skończeniu jednej książki, zaczęłam inną: słucham Poirot Investigates czytaną przez Davida Sucheta (dzisiaj trzy pierwsze nowelki).

Wieczór bardzo Rysiowy. Gdy Kochany wrócił z pracy i po obiedzie ściągał pranie, zastanawialiśmy się razem, co Rysio napisałby na ten temat na blogu. Mamy dżunglę, może pojawią się szczury. Czy też chcielibyście mieć szczury w ogródku? Nie mogę się doczekać, tak mógłby zacząć. I o rocznicy rozmawialiśmy. Pięć lat temu o tej porze dnia było już po, nawet po tych najbardziej wybuchowych wydarzeniach kurz właśnie opadał. I zaczynał się najgorszy rok w życiu Wu.

Kolejny raz z dużym poślizgiem obejrzałam sumacze podsumowanie, Nagoya-basho (wygrał Terunofuji). 

Dzień kończymy zachwycając się albumem Świnie (1985).

sobota, 8 czerwca 2024

1634-1635. Papiery i życie.

Piątek
Rytm dnia się powtórzył, choć oficjalnie nie pracowałam. Rano podwózka mężowska, kawiarnia i lektura, po dziewiątej papiery, rozmowy z uczniami (odhaczyłam pół jednego punktu z krótkiej listy rzeczy do zrobienia, mimo to odczuwam, że mgła się przeciera), powrót po trzeciej, we wsi przywitał mnie letni deszczyk.

Nareszcie przypomniałam sobie, żeby zadzwonić do fryzjerki. Postrzyżyny zostały zamówione na następny piątek, w samo południe (już się nie mogę doczekać, końska grzywa przeszkadza mi w myśleniu, Fredowe loki zaczynają zwracać na siebie uwagę przechodniów). 

Po obiedzie (kartofle + kalafior), zanim jeszcze moje Kochanie zdołało się przyturlać pod dom, dokończyłam czytanie Chronicles of a Death Foretold G.G. Márqueza (Penguin Books, 2014).

Z opóźnieniem obejrzałam podsumowanie ostatniego dnia Natsu Basho. Wygrał Ōnosato, jak się spodziewałam (świetna technika i jeszcze brak kontuzji). 

Sobota
Gdybymże ja pracowała codziennie tak wydajnie, jak to się mi zdarzyło dzisiaj, byłabym bardzo znaną osobą. Przewróciłam sporo papierów i zrobiłam prawie tyle, ile chciałam. Kochany w tym czasie (Żony Nieobecnej Umysłowo) pojechał do miasta zrobić zakupy, a po powrocie przygotował wege obiad (pieczone bakłażany). Chwilę tylko rozmawiałam z Anne; sąsiadka wręczyła mi nowy klucz do mieszkania, przyda się, gdy za jakiś czas będę się opiekowała Junoną (po Majkelu nie ma śladu, jakby nigdy tu nie mieszkał, na dodatek życie okazuje się teraz prostsze; czy to nie smutne?).

Ka zadzwonił z zaproszeniem samochodowo-towarzyskim, a mnie się przypomniało, że przecież jutro wcześnie startujemy na wybory; rzutem na taśmę wskoczyłam pod prysznic, żeby umyć włosy i nie musieć tego robić rano. Wyjechałam więc z Kochanym ożarta i wypachniona. Fred z Ka podziwiali nowy samochód przyjaciół; kupiłam od Jot spodnie Benettona za marne grosze; we trójkę obejrzeliśmy na Netflixie krótkometrażowy film Wesa Andersona, Zdumiewająca historia Henry'ego Sugara (2023).

Na wychodnym Ka rzucił ciekawą propozycję, która od razu się mi spodobała: pet sitting w naszym wspólnym, moim i małżonka, wykonaniu. Mieszkalibyśmy z Piesełem w jego domu, podczas gdy Ka&Jot z dzieckami wakacjonowaliby się gdzie indziej. Zerknęłam jedynie na datę ewentualnej opieki nad Junoną. Tylko jeden dzień kolizji. Coś nowego (jestem bardzo za).

niedziela, 14 kwietnia 2024

1579-1580. Weekend w środku kwietnia.

Pogoda niestabilna (słońce, deszcz, tralalala, wiatr). 

W sobotę wstaliśmy późno, późno zjedliśmy śniadanie, późno zdecydowaliśmy o co się rozchodzi. Po południu Kochany zadzwonił do Ka i umówiliśmy się na wieczór. Sprawdziłam jeden tekst (dałam radę, chociaż w tym samym czasie rozmawiałam z Kamą o jej przyszłych studiach), po czym zjedliśmy, co Fred ugotował, i wyjechaliśmy do Newry. A po co? A po suszone robaki i filtry do kawy (to ostatnie w M&S, zawodząc, że w Drołdzie już nie ma tej sieciówki, i buuuu, dlaczego).

W podróży zrobiłam prawie godzinną videokonferencję z mamą (kawiarnia, wizyta w myjni) na tematy dowolne. Nie wiadomo co to za objawy sercowe tatko miał ostatnio, badania nie wykazały nic do nazwania, kardiolog pochwalił tatkę, że świetnie się trzyma. Od mamy wiem, że Akebono zmarł kilka dni temu (jakoś mi umknęło). U przyjaciół zjawiliśmy się dobrze po siódmej, obgadaliśmy ich pobyt na Kanarach (ale sobie teraz nie możemy przypomnieć na której wyspie byli, tacy jesteśmy). Potem razem z Ka obejrzeliśmy trzy ostatnie odcinki pierwszego sezonu serialu 1670.

Poszliśmy spać w niedzielę, więc i poranek niedzielny nieco się wydłużył. Poza tym Fred był już w trybie praca, bo miał w planach wyjazd po drugiej na Dublin.

Chwilę pracowałam w ogródku; do niedawno kupionej, okrągłej, przysadzistej doniczki wysadziłam cebule Iksji. Zaznaczyłam też papierowymi wstążkami cztery Bridal Crowns, żeby móc je razem przesadzić, gdy liście wyblakną i cebule nasycą się słońcem na przyszły rok. Kosaćce wypuszczają pierwsze kiełki, podobnie ze Sparaksisem dosadzonym do obumarłych Bella Vist. Nieśmiało zakwitł drugi Pipit.

Kochany wyjechał po obiedzie, wpół do trzeciej. Do zobaczenia jutro, albo ... jutro (Fred jeszcze nie wiedział, czy po zmianie wraca). Walczyłam z sennością, trochę ćwiczyłam, nabrałam ochoty na makaron po mieciowemu, więc zapisuję do zrealizowania (melodyjka z reklamopiosenką się mi wkręciła). Wieczorem umówiłam się na videokonferencję z Luśkiem, ale jak to często bywa, Luśkowi coś się przeciągnęło (zarządzanie czasem nie jest jej najmocniejszą stroną). Trzeba nastawić budzik.

poniedziałek, 25 marca 2024

1560. Mało drobiazgów.

Drobiazgowość jest, i owszem, ale nie ma za wiele drobiazgów do zapisania. Za oknem paprochy i wiatr. Fred również miał wolne, więc siedzieliśmy przy laptopach śledząc koleje świata. Przerabiałam cv uświadomiwszy sobie, że nie pasuje do oferty (starą wersję mojego życiorysu gdzieś tam na piętrze mają, ale przecież im nie napiszę, żeby sobie poszukali). Cyzelowałam i cyzelowałam, wyszło kilka zdań listu i kilka poprawek w cv (wysłane kwadrans po trzeciej).

Gdy już odhaczyłam strupa, zajęłam się głupstwami: obejrzałam Gosię ze Szkocji oraz podsumowanie Haru Basho (warci zapamiętania są Takerufuji i Ōnosato). Wieczorem zadzwoniłam do rodziców i wspomniałam o seansie sumakowym, więc mama się rozrzewniła. Akebono, Takanohana, Musashimaru, Konishiki — oglądałyśmy ich na satelicie, chyba nawet po niemiecku :D (poza tym mama już ma urlop oraz kapusta na bigos została kupiona).

Z rozpędu obejrzałam Inside the Closed World of Sumo (2020). Ciekawe, interesujące. A teraz chce mi się spać.