Dlaczego pomijam turnieje sumo? takie pytanie zaświtało mi z rana. Nostalgia to ciekawa sprawa. Myślę, że wyrosłam, drażni mnie mizoginia tej części japońskiej kultury, wstecznictwo, symbolika mi nie odpowiada. Gdy tak sobie nie oglądałam (przez cały rok, przecież w styczniu zerkałam na rozgrywki jesienne), Ōnosato awansował do rangi Yokozuny (zapowiadał się już w zeszłym roku). Poszłabym chętnie na Hatsu-basho na żywo, ale oglądać powtórek w okienku, bez mamy, zwyczajnie mi się nie chce.
Środa w pracy była całkiem udana, zaliczyłam lunch pracowniczy w Simonie, z szefową, koleżanką zza ściany oraz jedną panią, którą już skądś znalazłam (nie wiem skąd, ale wiem, że lubi robić na drutach). Wybrałam tylko zupę, bardzo dobrą, smakowała trochę jak rosół. Rozmowa zaczęła się od pogody, że jest mokro i tak dalej, potem przeszła na religię. Ciekawe, że przy okazji poprzedniej nasiadówki pracowniczej w tym samym miejscu rozmawialiśmy dokładnie o tym samym.
Po ostatecznym opuszczeniu biura udałam się do Szkota, żeby zobaczyć co dają w tamtejszym Dunnesie. Na horyzoncie ostatnie słońca podrygi, a gdy wyszłam ze sklepu, na zewnątrz zapadła ciemność.
Kochany właśnie wracał z pracy, więc się zabrałam. Ekspresowy obiad i można zacząć dekompresję (dzień był spokojny, ale pełen ruchu, na dodatek zmarzłam, o czym nie wiedziałam, dopóki nie weszłam do ciepłego pomieszczenia). Po wczorajszym sztormie na świecie zrobiło się jasno i przenikliwie chłodno. Gorąca herbata i Magnolia Blossom z serii ACH, 06. Fred już drzemie, środa go zmęczyła.


