Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą okulary. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą okulary. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 lipca 2024

1667-1668. Dotarcia.

Środa
W pracy nudy (taki z niej pożytek, że młodzież zachęciła mnie do obejrzenia Śmierci Stalina). Za oknem leje od rana do wieczora z różną intensywnością. Moje Kochanie podwiózł mnie do pracy, po czym zjechał na wieś zrobić pranie i pojawił się pod Centrum, gdy skończyłam. Poszliśmy jeszcze do polskiego sklepu obkupić się herbatami i do Il Forno na obiad (początkowa idea była inna, ale w Czarnej o tej porze tłumy). Po obiedzie wróciliśmy do Pieseła, rozsiedliśmy się przy herbatach, obejrzeliśmy Śmierć Stalina (2017). Pojawiło się okienko pogodowe: między kałużami, ale mogliśmy wyspacerować psa. Wszystko to do wpół do dziesiątej. Jeszcze chwila zwątpienia przed ekranem (czy warto coś rozgrzebywać? nie warto) i pora spać.

Czwartek
równie szary (przynajmniej pierwsza połowa). W przerwie na lunch odebrałam nowe okulary; od razu rzuciły mi się wory pod oczami i opadające powieki, zgroza (chcę wierzyć, że to z niewyspania). Po południu wróciłam do miasta autobusem pospiesznym (€9.50) i pierwszą rzeczą jaką zrobiłam po wejściu do domu, było umycie głowy. W tym czasie Fred, najlepszy z mężów, już pichcił wątróbkę jagnięcą, żebym nie umarła z głodu z włosami czystymi bez sensu. Po pysznym obiedzie mężowskim siedliśmy do pierwszego odcinka serialu After Life (2019). No i tu Pieseł mnie zadziwił. Najpierw rozpoznał, że występuje w nim inny pieseł i podbiegł do ekranu, żeby go nam pokazać. A potem to:


No proszę, jaki grzeczny. Na spacer wieczorny zebraliśmy się dopiero tuż przed zachodem słońca (wróciliśmy wpół do jedenastej). 


Początkowa galopada nie uchroniła nas przed Piesełową kupą w niewłaściwym miejscu. Się mówi trudno. Dzień i tak był bardzo udany, a jutro wolneee.

czwartek, 4 lipca 2024

1661. Lewooka.

Czasami mam taki dzień, że pływam łodzią (prawdziwa currach) po rzece Boyne z niejakim Rossem the Bossem.

A potem wracam do miasta szlakiem nad rzeką, na nogach, sama, bo mi się tak uwidziało, gdyż mam jeszcze chwilę czasu do wizyty u optyka (pogoda całkiem ok, trochę wietrzna, ale bez przesady).  


Z wizyty u optyka jestem w zasadzie zadowolona. Kupiłam dwie oprawki Westwood i zrobiłam sobie badanie do szkieł kontaktowych, a nawet dostałam szkła do testowania przez kilka godzin. Zadowolenie moje wynikło też z tego, że się nie dałam na nic naciągnąć, żadne tam powłoki i ultracienkości; w oczach nie było przykrych niespodzianek, nerw wzrokowy działa całkiem sprawnie, jedynie poszło prawe oczko temu misiu, nagle zrobiło się -3.5. I tu historia dziwna, bo Ciaran stwierdził, że mam dominujące oko lewe i pod tym kątem ustawił mi szkła (na słabsze oko dał słabszą soczewkę). I magia, patrzę w dal lewym, ale jak chcę czytać, włącza się mi prawe (tak się podobno robi korekcję prezbiopii, czyli ... starczowzroczności, o matko!).  Ale lewooczność? Bo jestem praworęczna, czyli z tego wynikałoby, że mam lateralizację skrzyżowaną. What. The. Feck? Dziwa nad dziwami. 

Kochany wracał z Dublina ze szkolenia i spotkaliśmy się w mieście, już po moim optyku, oraz, gdy w Il Forno opchałam się carbonarą. Po godzinie od pierwszej wizyty wróciłam odebrać papierek, potem do polskiego sklepu i do domu. Zrobiłam Fredowi obiadek rozmawiając z mamą; poopowiadaliśmy sobie z małżonkiem swoje czwartki, i ekspresowo zleciało do wieczora.

czwartek, 4 kwietnia 2024

1570. Wolny zapłon.

Nie musiałam się turlać autobusem, ale wolałam wstać o szóstej, żeby budzić się do życia przez następny dwie godziny (wiem, że dla wielu ludzi pobudki z tak dużym zapasem czasu to ekstrawagancja; cóż, tak mam). Trochę pomogło i byłam bardziej rozgarnięta ruchowo niż wczoraj.

Kolejny deszczowy dzień. Zanim po południu Kochany zdążył przyjechać do miasta, wyszłam zarezerwować dla nas stolik na sobotę. Po krótkiej rozmowie z miłym menadżerem wpadłam Fredowi w ramiona na ulicy Wiadomej i poszliśmy na kawę do Czarnej. W drodze do samochodu zaszłam do optyka, znalazłam ciekawe oprawki, więc pociągnęłam temat testu (coś tam wypełniłam, za jakiś czas dostanę wiadomość, czy przysługują mi zniżki; chyba przysługują, do tego czasu wytrzymam ślepnąc). 

Pod domem Delnashaugh w rozkwicie:


... i odnoszę wrażenie, że przynajmniej jeden Pipit zbiera się do kwitnienia (trzymam kciuki za to, że to on). Tulipany Queensland wypuściły w tym roku tylko liście (chyba w proteście, że jeszcze w lutym skubnęły je zimowe ślimory — też bym się zdenerwowała).

Po powrocie do domu Fred poszedł na drzemkę. Nie od razu miałam ochotę na obiad; podczas mojego surfowania w sieci na moment zgasło światło, chwilę później zauważyłam, że przegapiłam telefon od Anny. Oddzwoniłam. Niby chodziło o brak prądu, bardziej jednak o upewnienie się, że gdyby coś się działo, sąsiadka może do nas zagadać. Pewnie jest jej ciężko.

Wieczorem wjechała płyta Bukartyka O zgubnym wpływie wyższych uczuć (2017). Słuchamy i komentujemy każdy utwór. Delektuję się myślą, że jutro mogę dłużej pospać (albo nie 🫣).