Pogoda jest ostatnio słoneczna, ale nie dałam się nabrać wiatrowi, w sobotę postanowiłam nie wyściubiać nosa ani na trochę z domu. Z rana zatoki bolały mnie na tyle, że Fred uzbrojony w metalowego Stacha i aparat fotograficzny udał się ciałem do Północnej, a ja towarzyszyłam mu duchem oglądając kolejne cztery odcinki Dalgliesha (nie ciągiem, trochę rano, reszta wieczorem), ekranizacje książek The Black Tower oraz A Taste for Death. Krajobrazy wydały mi się tak irlandzkie, że od razu sprawdziłam informacje próbując potwierdzić przeczucie, i faktycznie, choć fabuła rozgrywa się w Anglii, seria jest kręcona za miedzą.
Ryszard z brudnymi łapami (wyciapkał nimi pościel) towarzyszył mi w domu większość dnia, dobre z niego kocisko i czułe. Wieczorem głowa mi się uspokoiła, a Fred po powrocie obwieścił, że na Cuilcagh bardzo mocno wiało. Jedno ze zdjęć z tej wyprawy, z owcami trawersującymi gęsiego przez bagna:
— ... i przestań beczeć Seamus, było zostać przy drodze!
Dzisiaj pogoda coś jakby podobna, ale czułam się o niebo lepiej, poza tym założyłam owcę na owcę na owcy i po śniadaniu poszliśmy na spacer naokoło pola bitwy nad Boyne:
Wyobrażałam sobie, że w weekend będą tutaj tłumy, tymczasem nieszczególnie. Szliśmy ścieżką przy kanale sporadycznie natykając się na ludzi (i psy), wiatr nie był tam tak dojmujący.
Gdy zjechaliśmy do Drołdy, w mieście cuda, pustki na ulicach i tylko silna grupka lokalnych pijaczków deliberowała nad czymś na West St (dla nich kilka dni picia płynów wprowadzających element baśniowy to pewnie sezon jak każdy). Drugi raz w tym tygodniu zaszliśmy do Il Forno, znowu na pizzę. Tutaj potwierdzenie cudu: nie trzeba było rezerwacji, luźne ruchy, kilka minut po nas do restauracji weszła Stephanie, lokalna poetka, którą obserwuję na instagramie, tak ruda i piegowata, jak się przedstawia w sieci. Świat jest doprawdy mały. Podobnie jak w ostatnią środę przyniosłam dwa kawałki pizzy do domu, tyle, że postanawiam być twarda i nie zeżreć wszystkiego wieczorem.
W połowie szlafrokowa sposobię się psychicznie na jutro. Dużo rozmawialiśmy o fabule dwóch części Ojca chrzestnego, szczególnie o głównym, psychopatycznym bohaterze granym przez Pacino. Ciekawa jestem kontynuacji, ale nie dzisiaj, Fred zaczyna zmianę w pracy bardzo wcześnie, zamiast Ojca 3 obejrzeliśmy Czarną żmiję 3.6 (1987) i 4.1 (1989). Zatoki nie bolą, za to gardło siada, oby jutro było lepiej.