Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pieseł. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pieseł. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 kwietnia 2026

2298-2299. Czasem słońce, czasem deszcz?

Na to wychodzi. Czwartkowy poranek chłodny i jasny, wieczór deszczowy, więc gdy zajechaliśmy do Pieseła, obyło się bez spaceru. Śpisz? zatekstowałam do mamy o naszej dziewiątej wieczorem, gdy akurat chodziłam po Tesco w El Paso. Nie śpię. I tak to z mamą sobie porozmawiałyśmy, a to o tym, że w pewnej publikacji tytuł naukowy się pojawił przed moim nazwiskiem, i że w takim razie nobles oblige, że afera jest w powiecie, gdyż po Ojca Narodu przyjechali o szóstej rano, oraz że, imaginuj sobie, jesteśmy z nim prawie jak rodzina, przez ciocię Stachę, która była przecie kuzynką babki szwagra od starszej siostry. Niby wiedziałam, ale proszę mamę o rozpisanie tego ostatniego na diagramie. Pokazałam też mamie dom, i Pieseła, który postanowił nam towarzyszyć w salonie razem ze swoją gumową żabą.

Sen aż za dobry, przez dłuższy czas o piątkowym poranku nie rozpoznawałam dźwięku budzika w moim własnym telefonie. W końcu nie dało się tego wypierać, mąż jeszcze wciągnął kawę, ja majtki na tyłek (już w majtkach, a nawet chyba czapce na głowie, zdołałam zrobić kilka lekcji Duolingo i zapaść w mikrosen czekając na Kochanego) i wracamy (deszcz). Na chwilę skoczyliśmy do Tesco, tuż po jego otwarciu, a potem już do domu, gdyż myszy nas wypatrywały, mocno zaniepokojone i głodne.

W domu, zachęcona wczorajszą rozmową zajęłam się genealogią, aktywnością bardzo satysfakcjonującą, bo w końcu znalazłam w aktach tę ciociną kuzynkę, która w innych czasach mieszkała w odległości 150 m, więc może nawet ją znałam, choć kontury wydarzeń bardzo zatarły się w mojej pamięci. Kochany wrócił od GP, zjedliśmy późne śniadanie (m.in. guacamole) i wyjechaliśmy do Drołdy. Polski sklep, Czarna, spacer do Szkota. W tym ostatnim odkryłam, że najnowsze tłumaczenie na angielski Hjorth jest już w księgarniach (kochany kupił dwie płyty Queen). Deszcz, słońce, deszcz. W drodze do samochodu kupiłam mężowi skarpetki Barbour, w bażanty :)

Ach, to obrazek z życia rodzinnego, gdy nurkuję w genealogii okolic Dębicza (jedne zagadki są bliskie rozwiązania, więc oczywiście pojawiły się inne), na gazie pyrka rosół, w głośnikach płyta Innuendo Królowej, a Mańka Sikawka relaksuje się przy włochatej nodze Kochanego:

Rosół w końcu dopyrkał, zjedliśmy i Kochany musiał jechać z powrotem do Pieseła, po drodze robiąc "niewielkie" zakupy dla przyjaciół, którzy niedługo wracają z zagranicznych wojaży. Zostałyśmy z dziewczynami same, cisza zaległa, zrobił się nastrój na książkę (wprawdzie słonecznie, ale mam niechcieja związanego z samotnymi spacerami, wolę towarzystwo męża).

Doczytałam przed chwilą autobiografię Keaton, wcześniej, przy myciu garów zaczęłam słuchać Panią Dalloway. Ciężkie lektury sobie ostatnio wybieram, nie wiem czy to potrzeba, czy zbieg okoliczności. 

Rosół przeniesiony tuż pod drzwi, niech przeciąg do czegoś się przyda ...

środa, 22 października 2025

2136. Poleciało.

Dzień wyciszył się i rozjaśnił, lubię tak. Wprawdzie rano o wiele zimniej, za to popołudnie przyjemne, od razu po powrocie do domu, wzięliśmy kocóreczki na spacer dookoła komina. Trochę czasu minęło od ostatniego razu, lepiej więc było widać jak urosły — Mania z ledwością mieści się w szelkach.

Od dzisiaj Kochany ponownie wyświadcza przysługę Ka — przez kilka dni będzie jeździł dokarmić i spacerować Pieseła, którego rodzina wyjechała na wakacje. 

Rozmawiałam z mamą, żeby upewnić się, że rodzice odbiorą telefon od Stu, który zamierza do nich wpaść pewnego dnia i zabrać nasz samochód na przejażdżkę do stolicy. Kochany zrobił nam w tym czasie obiad, a potem rozmawiał z Kolegą z Bloku. Obiad był pyszny; zaraz wskoczyłam w buty trekkingowe, żebyśmy raz dwa mogli wyjść nad morze, bo dzień właśnie przygasał.


Jeszcze chwila i wyłączyli światło; wracaliśmy przez wieś, gdy mieszkańcy już zasłaniali okna, a ostatni spóźnieni podróżnicy z pracy 9-5 parkowali pod domami. Jak dobrze wrócić do cieplutkiego pomieszczenia, choćby tak mikroskopijnego. Bronia stała w oknie i czekała, oczka zaświeciły się naszej łasiczce jak wilkołakowi.

Przed ósmą Kochany wyruszył w trasę. Zobaczymy się jutro rano. Ja tymczasem dłubu dłub, przed chwilą nareszcie wysłałam, co zamierzałam pchnąć od dwóch dni, list motywacyjny poprawiałam z pięć razy, jakby to na tym etapie miało jakiekolwiek znaczenie. Poleciało, sorted, mogę wrócić do leserstwa i lektury.

niedziela, 17 sierpnia 2025

2069. W niedzielę o sobocie.

Na śniadanie wczorajsza Fredowa sałatka grecka i bagietki podrasowane masłem czosnkowym (podgrzane we frajerze), plus parówki i ser halloumi, na ciepło oczywiście. Zacne, zacne. Sobota przemile przebimbana. Po śniadaniu Maniowe całusy. Do wczesnego popołudnia netowałam, zajadałam winogrona, przyglądałam się ospałym kociakom. 

Fred przygotował i smażył wołowe kotlety mielone; zajrzałam na chwilę do ogródka (pielenie i podcinanie, kwadrans przyjemności; gdy tak chodziłam po ogródku, rozsłonecznionym, cieplutkim, pod błękitnym niebem, przypomniało mi się, że od wielu miesięcy nie rozstawialiśmy krzeseł i stolika, Fred nie popijał na widoku swojej yerby; dla Ryszarda to robiliśmy, bez niego jest inaczej). Telefon do mamy (njus z tego tygodnia: z grobu pradziadka i jego niewidomej siostry w Zirkwitz, zniknęły marmurowe wazony; pewnie przydały się na innym grobie jakiejś rozmodlonej rodziny; żebysz mieli parchy!); obiad; idę za winkiel kupić loda dla siebie i zimny napój dla Freda; myszowe wyjście do ogródka; w końcu przed szóstą byliśmy gotowi do wyjazdu.

Po drodze niebieska plaża (wiało):

W Lidlu niespodziewanie natknęliśmy się na Aś robiącą zakupy z siostrą (nie poznałam jej, jakby przyjaciółka na czas przyjazdu rodziny upodobniła się do jakiegoś tła z którego zazwyczaj z łatwością odstaje), chwila czatu i lecimy dalej. U Ka&Jot niespodziewanie zostaliśmy obdarowani: Ka wręczył Fredowi kamerkę do zainstalowania w domu (w celu obserwacji myszowych). 

Na deser spotkania obejrzeliśmy film na Netflixie, Django (2012) Tarantino. Film długi, przeciągnęło się nam z przyjemnością. Powrót do domu o pierwszej w nocy, nad nami wyraźna trzecia kwadra.

Ach, i jeszcze dostałam linkowe puezento od Hebiusa :), którego nie zdążyłam odsłuchać z powodu zajętego przyjemnościami popołudnia.

poniedziałek, 11 sierpnia 2025

2064. Ostatni dzień ...

... zawracania sobie głowy Piesełem. Rano kupiłam bilety lotnicze na październikową wizytę w Polsce. Po pracy wróciłam z Kochanym do domu, zjedliśmy obiad opędzając się od myszy i wyjechaliśmy do El Paso, żeby posprzątać u przyjaciół i podkarmić Pieseła, któremu musi już wystarczyć do powrotu rodziców (przyjaciele wracają późną nocą). Wcześniej jeszcze zajrzeliśmy na kawę do Costy i zrobiliśmy zakupy dla podróżników (chleb Brennana i 3l mleka). Czekając, aż Pieseł załatwi po posiłku swoje psie sprawy, siedzieliśmy w ogrodzie przy herbatkach dyskutując na temat tego, jak upadają imperia i niezwyciężone armie (przy okazji przypomniały mi się dzisiejsze rewelacje mojego Szefa: Spłonęła biblioteka Trumpa, oświadczył z grobową miną. Obydwie książki, dodał po chwili. Trump jest wściekły, drugiej nie zdążył pokolorować). Miłe takie siedzenie, niespieszne pociąganie z filiżanek/kubków, gapienie się na niebo, wyjątkowo pogodne i spokojne. Chwilę rozmawialiśmy też o niewychowaniu Pieseła, ale to tylko takie szkice, w sumie nie psujące nam humoru. 

Sprawy pracownicze, po chwilowym zatorze, toczą się swoim trybem; do podjęcia nowych obowiązków zostało mi naprawdę niewiele czasu. Nie czuję się bardzo gotowa, ale nie ma już nic do nauki na sucho, trzeba będzie wskoczyć do tego basenu. Sporo niewiadomych to zwykła rzecz o tej porze roku; staram się nie wymyślać, co może się wykrzaczyć, zadaję pytania dotyczące problemów realnych i do rozwiązania.

Myszy jeszcze harcują, Kochany pod prysznicem; cieszy mnie powrót do naszej rutyny.

niedziela, 27 kwietnia 2025

1958. Spacerem.

Spałam głęboko; dopiero rano się okazało, że Kochany z powodu bólu, który chwycił go jeszcze wczoraj po obiedzie, zszedł na dół do salonu i leżakował pod kocem na tapczanie.

Na dziesiątą byliśmy umówieni z Aś; mój Mózgu cieszył się na naleśniki; podczas pośniadannej rozmowy uzmysłowiłam sobie, że Trzecie Miejsce jest w niedzielę zamknięte i spotykamy się w Coście w której byliśmy wczoraj. 

Po spotkaniu z przyjaciółką (wymiana ciekawostek zajęła nam ponad godzinę) pojechaliśmy w kierunku Carlingford, Aś swoim samochodem inną drogą, my przez góry (na pastwiskach pojawiły się młodziutkie owieczki, białe i czarne). Za chwilę zobaczyliśmy się z przyjaciółką ponownie, a nasza wizyta w sklepie skutkowała całkiem miłym zakupem: nabyłam różowe mitenki naokoło których nabożnie tuptałam przez ostatnie pół roku. Zostawiliśmy Aś w pracy i poszliśmy na spacer po miasteczku, zaszliśmy na cmentarz, na molo i przez zamek wróciliśmy do centrum, na obiad w herbaciarni.

Powrót do El Paso odbył się regularną trasą; reszta dnia bezwydarzeniowa, Kochany próbował drzemać, ja zerkam na któryś tam odcinek MM (sezon 23, jak mniemam). Jestem przesolona paczką popcornu (obiektywnie ohydztwo); włączyłam ogrzewanie, chcę iść pod prysznic trochę wcześniej, może poczytać, albo coś (za kilka dni znowu się przenosimy, trochę już tęsknię za domem).
___
edit 22:25 to prawda, że miałam iść wcześniej spać, ale prawda to nie wszystko ;) Wieczór był na tyle ciepły, że wyszliśmy na spacer z Piesełem. Przechadzka między domami układającymi się do snu: główna droga nadal porykuje w oddali, a po lewej w ciemności stoi bydło rogate — wiem, że tam jest, bo gdy przechodziliśmy tamtędy kilkadziesiąt minut wcześniej, rogacizna patrzyła na nas z pagórka ... może towarzystwo już się położyło i teraz tylko w letargu strzyże uszami.

czwartek, 24 kwietnia 2025

1954-1955. Z pamiętniczka kobity chodzącej legularnie do pracy.

Środa
Kochany miał wolne, więc było mi bardzo wygodnie: pobudka po piątej, spokojne dochodzenie do siebie, potem kawa dla Kochanego, przed ósmą wyjazd z miasta A do miasta B. Mąż zostawił mnie pod pracą i pojechał w siną dal, najpewniej najpierw do kawiarni, potem na wieś, zrobić pranie i spakować parę przydasiów. Jak się później okazało, Kochany pojechał jeszcze do Swords. A skund wiem? A stund, że po powrocie do El Paso został mi wręczony prezent od zajączka: trampy Conversa, model All Star Hi, w kolorze dark green.

Przed powrotem do domu zajechaliśmy na zakupy spożywcze. Wątpię, żeby to miało decydujące znaczenie, ale Pieseł niestety zostawił w kuchni mokrą pamiątkę. Ech, potem robił niby takie mądre miny, gdy mu Kochany tłumaczył: Bo wuj jest tak samo ważny jak ojciec, a jak nie ma ojca to nawet ważniejszy.

Zjedliśmy dobry obiad i zapadliśmy się w relaks. Nie za bardzo miałam ochotę oglądać tv, ot, góra-dół, herbata, zerkanie w sieć, rozmowa.

Czwartek
Spałam aż do budzika bez dłuższych pobudek, czyli nietypowo. Kochany podwiózł mnie w obydwie strony, tzn. po południu zwinął żonę nieomal z ulicy i jedziemy sobie do El Paso na napitki i przegryzki (zjadłam zupę w 3rd Place, trochę byłam głodna). Potem spacer do księgarni. Tym razem to ja kupiłam Kochanemu prezent: tomik z tekstami Leonarda Cohena, sobie zaś Wired Our Own Way, książkę o autyzmie. Po czwartej w domu; Pieseł dostaje w prezencie nową obrożę; trochę genealogii (testuję nowy dings w MyHeritage o nazwie Cousin Finder, i odkrywam, że Ryszard Jabłoński jest kuzynem piąta-woda-po-kisielu tatki).

Rozmawiałam z mamą; Kochany zrobił obiad; wieczorem obejrzeliśmy do połowy Mary, Queen of Scots (2018) z Saoirsą (może wrócimy do niego jutro, choć filmowi brakuje rozmachu); Pieseł dostał jeść i właśnie poleciał z wujem na spacer za osiedle ...

Wczesne wstawanie mnie zużywa. W ciągu dnia nie robię nic takiego, ale około dziewiątej jestem już padnięta. Czyli czytanie opowieści erotycznych kuleje, tym bardziej, że do tej pory tylko jedna nowelka była jako tako ciekawa (a tu zaraz wirtualna biblioteka będzie mnie ponaglała — może wcisnę dzisiaj z dwie historie, oby nie były za bardzo podniecające ;)). 

wtorek, 22 kwietnia 2025

1953. Powrót do aktywności.

Pobudka o piątej. Jeszcze przez chwilę mijaliśmy się z Kochanym, który zaraz wyjeżdżał do pracy. Herbata, śniadanie (moje i Pieseła), wyjście na przystanek. Podróż szybka, poranek słoneczny, praca niewyczerpująca, pełna długich dyskusji o sprawach pobocznych (angielski mój został pochwalon). 

Skończyłam wcześniej i poszłam z buta w kierunku Fredowej pracy, niebo zaczęło się po drodze nieco chmurzyć, ale wstrzymało się do momentu aż zamówiłam herbatę, wypiłam herbatę, przyszedł Kochany i wsiedliśmy oboje do samochodu.

Pieseł bardzo grzeczny, nie nabrudził, próbował wprawdzie wymusić coś w trakcie obiadu, ale zgasiliśmy jego zapał nie zwracając na niego uwagi. Dłuższa rozmowa z mamą. Deszcz się nasilił, więc nie tylko nici ze spaceru psowego, ale też spadek energii. Może tak lepiej. Ósma, a ja już pod kołderką; zamiast filmu książka erotyczna.

poniedziałek, 21 kwietnia 2025

1952. Lany poniedziałek.

Gdyż padało tu i tam. Myślałam wyjść z domu na miasto, ale mamy w sumie spory kawałek do interesujących miejsc oraz żadnej pewności, że deszcz nie pojawi się ponownie w kwadrans. Przejaśniło się dopiero dobrze po trzeciej, gdy blisko już było Fredowego powrotu. Pewnie z tego wynikła chętka obiadu w suszarni. Kochany zaskoczył mnie przyjeżdżając przed piątą, wziął prysznic, przebrał się i mogliśmy wyjechać na miasto.



Suszarnia, spacer z psem wcześniej niż grafik przewiduje (i tak pod koniec złapał nas deszcz); włączam zmywarkę, siedzimy w salonie z Piesełem. Jutro wczesna pobudka i senne wędrówki ludów.

niedziela, 20 kwietnia 2025

1950-1951. Szał świętowania.

Sobota
Bardzo późno poszłam wczoraj spać, albo raczej dzisiaj, bo brałam prysznic już po północy. Wszystko przez to, że pośród wielu nieprzydatnych umiejętności AI natknęłam się na przynajmniej jedną przydatną: chatGPT fajnie wypełnia luki pomiędzy trudnymi do odcyfrowania bazgrołami, a to znaczy, że sprawniej tłumaczy rosyjski pisany ręcznie od zwykłego tłumacza Google. Oczywiście, nadal zmyśla, ale razem szybciej odcyfrowujemy dokumenty.

Poza tym dzień raczej o niczym. Kochany wyjechał do pracy, gdy spałam. Nie miałam planu przygotowywania się do wyjazdu przed jego powrotem (najpierw obiad, histeria później). Po czwartej długo stałam pod prysznicem, orzeźwiło mnie to. 

Zaczęłam czytać zbiór opowiadań z biblioteki, które od dobrych kilku dni mam na czytniku. Little Birds Anaïs Nin traktuję jako ciekawostkę.

Kochany wrócił, nawinęliśmy makaron na widelce. Z Ka&Jot byliśmy umówieni dopiero na dziewiątą. Tak też nam wyszło, kilka minut po dziewiątej przywitanie z przyjaciółmi, przywitanie z Piesełem, dzieciaki już w piżamkach, więc tylko im pomachałam. Krótkie przypomnienie, gdzie co jest, i zaraz sami poszliśmy spać w pokoju Damhnaica.

Niedziela
Przyjaciele wyjeżdżali o drugiej w nocy. Nie słyszałam, obudziłam się dopiero dwie godziny później, chyba zmęczona ciepłem. Kochany zaczynał pracę przed dziewiątą, dopiero wtedy wygrackałam się z łóżka. Zrobiłam sobie herbatę, zadzwoniłam do rodziców z życzeniami (byli już pełni śniadania) i zaczęłam dzień (ze szlafroka wskoczyłam w nowiutkie kaszmirkowe spodnie i noszony już kilka dni T-shirt z Siekierą, oczywiście po inspekcji a la Big Lebowsky). Była krótka rozmowa internetowa z Celtem; próbowałam obejrzeć Netflixową ekranizację Rebeki (2020), ale znudziłam się chwilę po przybyciu nowej pani de Winter do Manderley; testowałam bigos, a po południu postanowiłam dać Netflixowie szansę jeszcze raz i na chybił trafił wybrałam do oglądania The Outrun (2024) z Saoirsą Ronan. Bardzo ciekawy.

Pieseł nie sprawiał kłopotu, głównie drzemał. Ożywił się po powrocie męża do domu. Zjedliśmy solidną porcję żurku, rozmawialiśmy telefonicznie ze świekrą (padło pytanie, kiedy nas zobaczy; zobaczymy), potem Fred wziął prysznic i jeszcze raz obejrzeliśmy The Outrun (nie planowałam oglądać ponownie, ale towarzyszenie pojawiło się naturalnie). Skończyliśmy niedawno; Pieseł ekspresowo zjadł drugą porcję karmy podekscytowany perspektywą wieczornego spaceru po osiedlu; przed chwilą oboje, mąż i Pieseł, zniknęli w ciemności za rogiem. 

czwartek, 22 sierpnia 2024

1710. Odhaczone, carry on.

Pierwsze zajęcia w Jamie minęły spokojnie (zdecydowanie było mi to potrzebne; za sprawą dwóch uczennic mam déjà), no bother. Teraz tylko przeglądanie ofert, czytanie książek oraz picie dużej ilości płynów, żeby rozpuścić gila.

O drugiej złapałam autobus do El Paso i byłam na miejscu o całkiem przyzwoitej porze, kilka godzin przed Fredem. Czekając na niego obejrzałam pierwszy odcinek netflixowego Wiedźmina. Nie było to bardzo złe, ale fascynujące też raczej średnio i kontynuacja doświadczenia zapewne nie nastąpi; Sapkowskiego trzeba mi nabyć, choćby na czytnik.

Tak sobie czekając i czekając, moszcząc się przez kilka godzin na tapczanie przy oknie (Kochany utknął w korku, a potem zajechał do TK Maxxa, odebrał opłacony wczoraj fotel na kółkach i kupił mi wełniane, imaginujcie sobie, spodnie dresowe Majestic Filatures, zawiózł fotel na wieś i zabrał z domu makaron na obiad), tuż po siódmej skończyłam Lalę Dehnela (W.A.B., 2007). Bardzo ciekawa wędrówka treści od "zanussiego" do przypadków uniwersalnych. Po obiedzie, lekko rozmiękczeni (osobiście kicham, prycham) usiedliśmy z Kochanym do Irlandczyka (2019) Scorsese. Po dwóch godzinach seans został przerwany, reszta jutro, oboje musimy się zregenerować.

Pogoda się zasmarkała i Pieseł obywa się bez wieczornego spaceru. Dziwne, że niespecjalnie się do niego garnie (nadal jest jakiś nieswój, mniej je). Może pies-meteopata? Zmiana w ostatnich dniach to efekt resztek z huraganu Ernesto. Deszcz znowu bębni w rynnach.

poniedziałek, 29 lipca 2024

1685. Ostatnia niedziela.

Przed poranną herbatą robię sobie przygłupi test na łonecie "czy zgadniemy, jakie masz wykształcenie", mylę się tylko w temacie amperów, zgadywacz mi na to: Wynik tego quizu wskazuje, że najrozleglejszą wiedzę (lub wykształcenie kierunkowe) masz z zakresu nauk przyrodniczych. Jeśli chcesz uchodzić za erudytę, przyda ci się uzupełnienie wiedzy humanistycznej i z nauk ścisłych. :D Ale czy na to nie jest już za późno w moim wieku, łonecie?

Kochany pojechał do pracy na dziewiątą, wrócił po piątej W międzyczasie zrobiłam trochę papierów, omiotłam z lekka chałupę, umyłam włosy, rozmawiałam z rodzicami (wszystko ok, kotka zdrowieje i już dostała imię, Zosia). Po szóstej wyszliśmy na obiad do Atami, potem na deser do Nonna Nenne (do kawy przygrywał nam Renato Zero), zeszło nam do ósmej, bo jakże by inaczej. 

A miasto jakieś takie ... podniecone. Bo dzisiaj był finał GAA, 2024 All-Ireland Senior Football Championship. Na stadionie Croke Park (Dublin) Armagh pokonało Galway. Armagh to technicznie Północni, ale jakby nie było, bliski sąsiad. Fred mówił, że w jego pracy towarzystwo z tej okazji przerzedzone. Gdy wyszliśmy na obiad właśnie zaczynało się świętowanie, ludzie wychodzili z pubów (gdzie oglądali mecz), ryczeli do siebie po dwóch stronach ulicy i trąbili do przechodniów.

Zaraz po powrocie do domu spacer z Piesełem wg ustalonej rutyny: Pieseł dostaje jedzenie i podekscytowany natychmiast chce wyjść, więc Fred zakłada mu obrożę i pies z wujkiem wypadają na ulicę; zamykam drzwi wejściowe na drugi zamek i idę za nimi, widzę jak Kochany powiewając swoim super punkowym płaszczem znika mi za drugim zakrętem. Pogoda wspaniała, niezbyt ciepło, wiatr umiarkowany, wiedziałam, że towarzysze są gdzieś przede mną, ale zamiast gonić ich bez sensu szłam we własnym tempie. Dobrze jest móc chodzić, tak sobie pomyślałam. Kiedy byliśmy już razem (postój na kupę w tym samym miejscu, co zawsze), doszliśmy do zagrzybionego ronda, a potem myk przez osiedle cokolwiek luksusowe (to bardziejsze niż "nasze", z pięciosypialniowymi domami).

Na sen Wicked Little Letters (2023) z Olivią Colman. 

Jutro (czyli dzisiaj) trzeba się będzie jakoś zorganizować. Ale może najpierw do łóżka.

piątek, 26 lipca 2024

1683. Dzień dwudziesty.

Po śniadaniu wyjechaliśmy postawić samochód pod Tesco i wyjść na kawę do 3rd Place; zadziwiające ile jest tam ludzi w dzień pracujący tuż przed południem. Tłum. Przysiedliśmy na zewnątrz; kolejny dzień blight weather, w powietrzu unosił się słodkawy zapach śmierci (czyli irlandzkie lato w pełni). Po kawie poszliśmy z Kochanym do księgarni (tej samej, co poprzednio) i znowu kupiłam książkę, tym razem coś zupełnie mi nieznanego, ale wącham, że będzie dobra (autorka norweska, Vigdis Hjorth, miała nominację do Bookera w zeszłym roku). Zaczepiłam starszą panią, która mnie obsługiwała i wyjaśniła mi nazwę miejsca znaną mi z paragonu; Carroll to nazwisko założyciela księgarni, aktualna nazwa to Roe River Books. Dobre miejsce.

Czyli nic pożytecznego nie zrobiłam, ale wałęsałam się z Kochanym po mieście do drugiej. Jeszcze zrobiliśmy malutkie zakupy, pod koniec złapał nas deszcz i musiałam chronić książkę za pazuchą.

Kochany zadzwoniło do swojej mamy z życzeniami, dołączyłam się, chwilę rozmawialiśmy. Dopiero wieczorem zadzwoniłam do swojej, ale nie odebrała (pewnie oglądała tv na ful). Awrio.

O ile Igrzyska Olimpijskie w Tokio sprzed czterech lat zignorowałam, dzisiaj zasiadłam do otwarcia Igrzysk w Paryżu. Nie przepadam za zbiegowiskami typu "mydło i powidło", ale było to coś innego (inauguracja poza stadionem), ciekawie obmyślonego. Pieseł też zerkał (i był dzisiaj grzeczny; oczywiście w granicach rozsądku; chyba już wie, że nie żebrze się o jedzenie podczas obiadu). Z ciekawostek, wśród wykonawców wypatrzyłam Orlińskiego. Za to przegapiliśmy moment, gdy polscy reprezentanci machali z rejsu po Sekwanie. 

PS. Na pytanie do Freda, czy się frytkownica beztłuszczowa dobrze sprawdza, Fred mówi "uhum"; przydała się, zwłaszcza tutaj, w gościach (gdyż jako znani bałaganiarze boimy się ubrudzić piekarnik gospodyni mającej fioła, a nawet fijoła, na punkcie czystości ;)).

piątek, 12 lipca 2024

1669. Trzecie miejsce.

Po późnej pobudce i wolnym śniadaniu pojechaliśmy we troje (Kochany, ja, Pieseł) do Gosford Forest Park w Północnej. Nazwa kojarzyła mi się oczywiście z filmem Altmana. W parku jest posiadłość, niedostępna dla zwiedzających, bo przerobiona w ostatnich latach na prywatne apartamenty, za to zieleń okalająca castle jest za niewielką opłatą otwarta dla gości z czworonogami.


Pieseł kręcił się w samochodzie jak głupi, ale potem było już tylko lepiej, spacer można zaliczyć do udanych. Po powrocie z Północnej i zostawieniu psa w domu, podjechaliśmy na obiad do Atami na Park St. Miejsce nieznane, ale się nie dowiemy, jak nie spróbujemy. 


Przeszliśmy jeszcze kawałek do kawiarni o nazwie 3rd Place. I tu kolejna miła niespodzianka, kawa naprawdę dobra, ciast niewiele, ale są świeże (do tego outfit jednego z bywalców niezwykły zaiste — długowłosy chłopak cały w czerni, poza białą chustą wiązaną na głowie, spódnica plisowana, na czarnym golfie białe krzyże, na twarzy makijaż z czarnymi krzyżami, wyglądał jak postmodernistyczny pop ;)).


Wychodzi na to, że jednego dnia odkryliśmy trzy miejsca warte zapamiętania. Nieźle :) Gdy wróciliśmy do siebie, było już dobrze po piątej. Obejrzeliśmy drugi odcinek After Life z Gervaisem, potem kilka chwil na wałęsanie się po domu, nadrabianie czytanek o stanie aktualnym świata (więc i doszły mnie słuchy o dziaderskich wynikach głosowania nad depenalizacją aborcji, ech). Wieczorny seans na chybił trafił: Bielmo (2022) z Balem i Mellingiem. Szybko minął ten piątek, za szybko, doba 24-godzinna jest nieporozumieniem.

czwartek, 11 lipca 2024

1667-1668. Dotarcia.

Środa
W pracy nudy (taki z niej pożytek, że młodzież zachęciła mnie do obejrzenia Śmierci Stalina). Za oknem leje od rana do wieczora z różną intensywnością. Moje Kochanie podwiózł mnie do pracy, po czym zjechał na wieś zrobić pranie i pojawił się pod Centrum, gdy skończyłam. Poszliśmy jeszcze do polskiego sklepu obkupić się herbatami i do Il Forno na obiad (początkowa idea była inna, ale w Czarnej o tej porze tłumy). Po obiedzie wróciliśmy do Pieseła, rozsiedliśmy się przy herbatach, obejrzeliśmy Śmierć Stalina (2017). Pojawiło się okienko pogodowe: między kałużami, ale mogliśmy wyspacerować psa. Wszystko to do wpół do dziesiątej. Jeszcze chwila zwątpienia przed ekranem (czy warto coś rozgrzebywać? nie warto) i pora spać.

Czwartek
równie szary (przynajmniej pierwsza połowa). W przerwie na lunch odebrałam nowe okulary; od razu rzuciły mi się wory pod oczami i opadające powieki, zgroza (chcę wierzyć, że to z niewyspania). Po południu wróciłam do miasta autobusem pospiesznym (€9.50) i pierwszą rzeczą jaką zrobiłam po wejściu do domu, było umycie głowy. W tym czasie Fred, najlepszy z mężów, już pichcił wątróbkę jagnięcą, żebym nie umarła z głodu z włosami czystymi bez sensu. Po pysznym obiedzie mężowskim siedliśmy do pierwszego odcinka serialu After Life (2019). No i tu Pieseł mnie zadziwił. Najpierw rozpoznał, że występuje w nim inny pieseł i podbiegł do ekranu, żeby go nam pokazać. A potem to:


No proszę, jaki grzeczny. Na spacer wieczorny zebraliśmy się dopiero tuż przed zachodem słońca (wróciliśmy wpół do jedenastej). 


Początkowa galopada nie uchroniła nas przed Piesełową kupą w niewłaściwym miejscu. Się mówi trudno. Dzień i tak był bardzo udany, a jutro wolneee.

poniedziałek, 8 lipca 2024

1665. Tu i tam.

Wyjechałam z miasta do miasta dopiero po dziesiątej (po zerkaniu na Poirota, 5.7), gdy Fred dawno już był w pracy. W Centrum widoczne letnisko i ogólne rozprzężenie.

Zaraz po trzeciej wróciliśmy na wieś wspólnie, żeby odpalić piekarnik i zrobić obiad z pozostałej w lodówce kaczki. Przy okazji spakowałam dyplom i nieprzemakalne buty. I tak, słuchając Rory’ego zjedliśmy dobre jedzonko, rozwiesiłam w Kuchniosalonie szybkie pranie, i heja do miasta. Na miejscu wypuściliśmy Pieseła na zielona trawkę i pojechaliśmy jeszcze na chwilę do Tesco. Obejrzałam z Kochanym Godziny (2002), lepiej późno niż wcale. A to już wieczorny spacer (w ciągu kwadransa przechodzimy w nim regiony od klas bardzo niskich do wysokich, ciekawe takie bliskie sąsiedztwo różnych światów):




(poza tym, cirrus na niebie, czyli wiadomo o co chodzi ...)

niedziela, 7 lipca 2024

1664. Dzień pierwszy.

Sen na nowym miejscu był całkiem w porządku. Obejrzałam późny odcinek Inspektora Morse'a (8.2), poza tym część dnia przebimbałam, chyba muszę się "obyć" z nowym otoczeniem. Kochany wrócił po pracy i wizycie w domu, z którego przywiózł kilka uprzednio zapomnianych a niezbędnych przydasiów. Nie za bardzo mamy ochotę używać tutejszego piekarnika (błyszczy nowością), więc na pierwszy obiad pojawiła się pizza od Tony'ego. Po obiedzie trochę padało, ale i tak wybraliśmy się na spacer z Piesełem. Trzeba przyznać, że jest to jeden z mniej bystrych psów, jakie znam, nie reaguje na żadne komendy, na smyczy ciągnie bez sensu, jest reaktywny i marudny. Oh, well, to jak z cudzymi dziećmi, można przeżyć ;). Zrezygnowałam z netflixowania i położę się spać o ludzkiej porze.

sobota, 6 lipca 2024

1662-1663. Przymiarki.

Piątek
Byłam dzisiaj systematyczna, więc mogę się poklepać po pleckach (zrobiłam home office od 10 do 14, przerwa na zupę, sieciowanie, drzemkę, po 15.30 jeszcze półtorej godziny, potem czekam na Kochanego, który od rana był w nowej pracy).

Nareszcie obejrzałam do końca Miłość na Krymie Erwina Axera. Przerywały mi irytujące reklamy, ale adaptacja mnie przekonała. Poza tym nudy. Zauważyłam, że MyHeritage zrobiło aktualizację etniczności, co jeszcze bardziej zaciemnia sprawę. Teraz jestem kartoflanką w 100% z kartoflanej rodziny i nie wiem co o tym myśleć ;)

Sobota
Grafik Kochanego w nowej pracy jest dla niego na razie dość gęsty; Fred zaczął używać aeropresu, który kupił trzy lata temu w Sligo (uczy się obsługi) i rano poszłam śladem męża. Kawa całkiem ok, następnym razem sprawdzę wersję odwróconą (nasz młynek mieli chyba za grubo do takiej techniki zaparzania; no i waga kuchenna by się przydała). 

Poza tym dzień spędziłam przy laptopie, głównie się obijając. Wysłałam podanie o pracę leniwie korzystając z ChatGPT, a co :) Zerknęłam przez półtorej godziny na sprawy szkolne, z większą przyjemnością jednak zerkałam jak Karolina nosi suknię dworską z początków XIX wieku. Kiedy Kochany wrócił z pracy, zjedliśmy obiad i trzeba się było spakować. Zastaliśmy przyjaciół w gorączce podróżniczej. Przeszliśmy się w czworo (ja z Fredem, Ka i Pieseł) na spacer, po czym Kochany wrócił na tę noc do domu. Jeśli chodzi o zmianę adresu z wiejskiego na miejski, taka sytuacja na spacerze:

sobota, 29 czerwca 2024

1656. Stupor.

I znowu próba nadania struktury dniowi. Fred wyjechał do pracy tak wcześnie, że gdy się obudziłam, długo leżałam w przeświadczeniu, że nadal jest obok. Pobudka na dobre o wpół do siódmej (blogowanie, sortowanie prania, ładowanie szczoteczki do zębów, śniadanie, kilka kropel serum do skóry głowy — te drobne rzeczy pozwalają mi poczuć, że coś robię i dokądś zmierzam). 

Praca papierkowa jak krew z nosa. Kochany wrócił o drugiej i zastał mnie zupełnie sfrustrowaną (właśnie zamiast śmietany dodałam majonez do pomidorów na obiad!). Ja chcę wakacji! Taka moja odezwa. Oraz maksiowe pomrukiwania. Drzemka poobiednia rozwlekła się do godziny. 

Byliśmy umówieni z Ka, więc mój łeb mógł się zająć czymś innym. Pojechaliśmy do przyjaciół na rozmowę przy herbacie z dzikiej róży, głównie o planach mieszkania z Piesełem, który ładnie ostrzyżony socjalizował się z nami przez pół wizyty. Fred poszedł z Ka i psem na wieczorny spacer, Jot oprowadziła mnie po domu (nie, że tego potrzebowałam). Kochany jest bardzo poruszony planami, to mój pierwszy pies, wyznał mi w drodze powrotnej. Wiem, że będzie dobrze. Na razie jednak trwam w stuporze. Na wizytę, wbrew rozsądkowi, pojechałam w sandałkach. Pogoda zaś taka sobie, wprawdzie pod wieczór wyszło słońce, ale to nic tu nie znaczy. Za to w drodze powrotnej około północy zauważyłam, że horyzont nadal jaśnieje. 

sobota, 8 czerwca 2024

1634-1635. Papiery i życie.

Piątek
Rytm dnia się powtórzył, choć oficjalnie nie pracowałam. Rano podwózka mężowska, kawiarnia i lektura, po dziewiątej papiery, rozmowy z uczniami (odhaczyłam pół jednego punktu z krótkiej listy rzeczy do zrobienia, mimo to odczuwam, że mgła się przeciera), powrót po trzeciej, we wsi przywitał mnie letni deszczyk.

Nareszcie przypomniałam sobie, żeby zadzwonić do fryzjerki. Postrzyżyny zostały zamówione na następny piątek, w samo południe (już się nie mogę doczekać, końska grzywa przeszkadza mi w myśleniu, Fredowe loki zaczynają zwracać na siebie uwagę przechodniów). 

Po obiedzie (kartofle + kalafior), zanim jeszcze moje Kochanie zdołało się przyturlać pod dom, dokończyłam czytanie Chronicles of a Death Foretold G.G. Márqueza (Penguin Books, 2014).

Z opóźnieniem obejrzałam podsumowanie ostatniego dnia Natsu Basho. Wygrał Ōnosato, jak się spodziewałam (świetna technika i jeszcze brak kontuzji). 

Sobota
Gdybymże ja pracowała codziennie tak wydajnie, jak to się mi zdarzyło dzisiaj, byłabym bardzo znaną osobą. Przewróciłam sporo papierów i zrobiłam prawie tyle, ile chciałam. Kochany w tym czasie (Żony Nieobecnej Umysłowo) pojechał do miasta zrobić zakupy, a po powrocie przygotował wege obiad (pieczone bakłażany). Chwilę tylko rozmawiałam z Anne; sąsiadka wręczyła mi nowy klucz do mieszkania, przyda się, gdy za jakiś czas będę się opiekowała Junoną (po Majkelu nie ma śladu, jakby nigdy tu nie mieszkał, na dodatek życie okazuje się teraz prostsze; czy to nie smutne?).

Ka zadzwonił z zaproszeniem samochodowo-towarzyskim, a mnie się przypomniało, że przecież jutro wcześnie startujemy na wybory; rzutem na taśmę wskoczyłam pod prysznic, żeby umyć włosy i nie musieć tego robić rano. Wyjechałam więc z Kochanym ożarta i wypachniona. Fred z Ka podziwiali nowy samochód przyjaciół; kupiłam od Jot spodnie Benettona za marne grosze; we trójkę obejrzeliśmy na Netflixie krótkometrażowy film Wesa Andersona, Zdumiewająca historia Henry'ego Sugara (2023).

Na wychodnym Ka rzucił ciekawą propozycję, która od razu się mi spodobała: pet sitting w naszym wspólnym, moim i małżonka, wykonaniu. Mieszkalibyśmy z Piesełem w jego domu, podczas gdy Ka&Jot z dzieckami wakacjonowaliby się gdzie indziej. Zerknęłam jedynie na datę ewentualnej opieki nad Junoną. Tylko jeden dzień kolizji. Coś nowego (jestem bardzo za).

niedziela, 19 maja 2024

1614. Gaelic gasp.

Frustracja wygnała mnie z łoża dość szybko, zalegało mi na duszy, że miałam wczoraj sprawdzać, a nie sprawdziłam, poza tym wizję dwutygodniowych wakacji od tej nudnej orki przysłania mi poniedziałkowo-wtorkowy plan robienia osła w zastępstwie Saren. Pomimo tego, że w zasadzie poszłam spać po północy (zafascynowałam się zjawiskiem nazywanym gaelic gasp i nie mogłam się oderwać od yt), gdy Fred wstał, zdążyłam już coś napisać na bloga i wkurzyć się kilkakrotnie, że nie mam w one drivie kilku rzeczy, które powinnam tam mieć. 

Zjadłam z Kochanym drugie śniadanie (robaki; na pierwsze były ogóry małosolne, a co!), następnie mąż widząc, że się pałuję z rzeczywistością, zaproponował dwa plany. Wybrałam drugi: jedziemy do miasta na kawę, kupujemy żarcie, idziemy na spacer nad Boyne. Grand! (+ gaelic gasp).




W zakolu rzeki lato w pełni. Droga przez most była zamknięta (nadal remont, pojawił się murek, którego tam wcześniej nie było), więc mogliśmy swobodnie przejść się odcinkiem, który zazwyczaj pokonywaliśmy gęsiego, mijani przez samochody. 


Dopiero teraz doczytałam w sieci, że to ostatni dzień takiej laby, bo most zostanie otwarty 20 maja ... czyli jutro dzisiaj jutro.

Po powrocie do domu Fred zrobił obiad, potem doturlaliśmy się do Ka&Jot, na wieczorną konsumpcję ciasta, rozmowy, głaskanie Pieseła i seans Hel Kingi Dębskiej (2009). 


Potem Pieseł na spacer, my do domu. Prysznice, ostatnie precelki, Fred coś na zatoki, dobranoc.