Na to wychodzi. Czwartkowy poranek chłodny i jasny, wieczór deszczowy, więc gdy zajechaliśmy do Pieseła, obyło się bez spaceru. Śpisz? zatekstowałam do mamy o naszej dziewiątej wieczorem, gdy akurat chodziłam po Tesco w El Paso. Nie śpię. I tak to z mamą sobie porozmawiałyśmy, a to o tym, że w pewnej publikacji tytuł naukowy się pojawił przed moim nazwiskiem, i że w takim razie nobles oblige, że afera jest w powiecie, gdyż po Ojca Narodu przyjechali o szóstej rano, oraz że, imaginuj sobie, jesteśmy z nim prawie jak rodzina, przez ciocię Stachę, która była przecie kuzynką babki szwagra od starszej siostry. Niby wiedziałam, ale proszę mamę o rozpisanie tego ostatniego na diagramie. Pokazałam też mamie dom, i Pieseła, który postanowił nam towarzyszyć w salonie razem ze swoją gumową żabą.
Sen aż za dobry, przez dłuższy czas o piątkowym poranku nie rozpoznawałam dźwięku budzika w moim własnym telefonie. W końcu nie dało się tego wypierać, mąż jeszcze wciągnął kawę, ja majtki na tyłek (już w majtkach, a nawet chyba czapce na głowie, zdołałam zrobić kilka lekcji Duolingo i zapaść w mikrosen czekając na Kochanego) i wracamy (deszcz). Na chwilę skoczyliśmy do Tesco, tuż po jego otwarciu, a potem już do domu, gdyż myszy nas wypatrywały, mocno zaniepokojone i głodne.
W domu, zachęcona wczorajszą rozmową zajęłam się genealogią, aktywnością bardzo satysfakcjonującą, bo w końcu znalazłam w aktach tę ciociną kuzynkę, która w innych czasach mieszkała w odległości 150 m, więc może nawet ją znałam, choć kontury wydarzeń bardzo zatarły się w mojej pamięci. Kochany wrócił od GP, zjedliśmy późne śniadanie (m.in. guacamole) i wyjechaliśmy do Drołdy. Polski sklep, Czarna, spacer do Szkota. W tym ostatnim odkryłam, że najnowsze tłumaczenie na angielski Hjorth jest już w księgarniach (kochany kupił dwie płyty Queen). Deszcz, słońce, deszcz. W drodze do samochodu kupiłam mężowi skarpetki Barbour, w bażanty :)
Ach, to obrazek z życia rodzinnego, gdy nurkuję w genealogii okolic Dębicza (jedne zagadki są bliskie rozwiązania, więc oczywiście pojawiły się inne), na gazie pyrka rosół, w głośnikach płyta Innuendo Królowej, a Mańka Sikawka relaksuje się przy włochatej nodze Kochanego:
Rosół w końcu dopyrkał, zjedliśmy i Kochany musiał jechać z powrotem do Pieseła, po drodze robiąc "niewielkie" zakupy dla przyjaciół, którzy niedługo wracają z zagranicznych wojaży. Zostałyśmy z dziewczynami same, cisza zaległa, zrobił się nastrój na książkę (wprawdzie słonecznie, ale mam niechcieja związanego z samotnymi spacerami, wolę towarzystwo męża).
Doczytałam przed chwilą autobiografię Keaton, wcześniej, przy myciu garów zaczęłam słuchać Panią Dalloway. Ciężkie lektury sobie ostatnio wybieram, nie wiem czy to potrzeba, czy zbieg okoliczności.
Rosół przeniesiony tuż pod drzwi, niech przeciąg do czegoś się przyda ...



























